motto:

stary aktor

jego strach -

nie uciekniesz, Feuerbach...”

(E.K)


Pierwszy raz sztukę Tankreda Dorsta „Ja, Feuerbach”, w ponad zwykłą polską normę profesjonalnym przekładzie Jacka Stanisława Burasa, oglądałam jeszcze w warszawskim „Teatrze Dramatycznym” w 1988 roku, drugi 1990 w Teatrze Telewizji, za każdym razem z fantastycznym w roli tytułowej Tadeuszem Łomnickim. Tyle, że we wcześniejszej – teatralnej – wersji ,którą zresztą sam Łomnicki reżyserował, towarzyszyli Mu Ryszarda Hanin (w niewielkiej omalże niemej roli pani z psem) i Krzysztof Stelmaszyk (jako postać asystenta reżysera). Wariant o dwa lata późniejszy, ten dla TV, był dodatkowo – telewizyjnie - „doreżyserowywany” przez Jerzego Gruzę, a głównemu bohaterowi partnerowali , ponownie, niezapomniana Pani Hanin i Mieczysław Morański.

 

Dlatego też , z jednej strony,bardzo chciałam przekonać się jaki nowy pomysł na tę sztukę będzie miał (jako odtwórca głównej roli i jako reżyser), który do aktorskiej współpracy w tym niełatwym zadaniu zaprosił Marię Ciunelis i Grzegorza Damięckiego, Piotr Fronczewski. Równocześnie jednak, mówię to szczerze, bez silenia się na patos czy przesadny intelektualizm, bałam się konfrontacji. Po pierwsze tej związanej z własnymi wspomnieniami. Po drugie innej. Rozumianej jako – wprawdzie przesunięty w czasie, ale jednak obecny w świadomości – i, jak sądzę, Piotra Fronczewskiego i – czego doświadczyłam nie tylko na własnym przykładzie – tych widzów, którzy dziś są na tyle dorośli, aby doskonale pamiętać poprzednie kreacje, swoisty pojedynek dwóch tak bardzo różnych aktorskich wielkości.

Tymczasem jednak przejdźmy do samej akcji. Początkowo zdaję się, że wszystko jest, do bólu, zwyczajne. Starszy, ale co tu ważniejsze „starej daty”, dawnego patrzenia na aktorstwo jako posłannictwo, aktor zjawia się na przesłuchanie do teatru. Po siedmiu latach przerwy, które – jak się później okazuje,prawdopodobnie skutkiem swej ludzkiej i aktorskiej nadwrażliwości spędził w szpitalu psychiatrycznym, ma szansę znowu zagrać. To dla niego ważne. Aktorstwo jest przecież sensem jego życia.

 

Umówiony reżyser lekceważy go jednak wyraźnie. Sam się spóźnia, a zamiast siebie przysyła młodego asystenta. Arogancki młody człowiek nie ma nawet pojęcia kto przed nim stoi. O aktorze nazwiskiem Feuerbach nie słyszał nawet mimochodem. Natomiast aktor jest na tyle zdeterminowany, że skłonny zmieść każde chamstwo i upokorzenie byleby tylko móc grać.

My, to jest widzowie dramatu Tankreda Dorsta, uczestniczymy w tym poniewieraniu człowiekiem. Nie mamy pełni przekonania, że ani jasnej informacji czy, naprawdę jest on genialnym aktorem. Może tak, a może wcale nie. O jednym możemy jednak zaświadczyć. O tym, że dzieje się przed nami historia obnażająca nędzę i wielkość może tylko zawodu, może aż powołania. W każdym razie zaczynamy rozumieć śmieszność i tragizm losu tych, których niegdyś nazywano komediantami.

 

Zaczyna się tak, że w prawie całkowitej ciemności dostrzegamy sylwetkę aktora, który najpierw spokojnie prosi, a potem to już nawet niemal histerycznie błaga, o światło. A gdy ono wreszcie się zapala, widzimy teatralny bałagan i pośród niego starszego człowieka w niemodnym ubraniu, który w miarę rozwoju akcji, na pozór dobrowolnie, sam pozbawia się butów, a wraz z nimi resztek szacunku, tego doznawanego od otoczenia i tego, którym pewnie kiedyś darzył sam siebie.

 

Symboliczną dojmującą pointą, w wersji Piotra Fronczewskiego, jest ta chwila, gdy asystent reżysera wyrzuca te marne, zapomniane przez aktora, buty do kubła na śmieci. A mimo wszystko widz, wypełniony tym co zobaczył usłyszał i... zrozumiał, pozostaje pod wrażeniem magii teatru. Tyle, że w nowszej wersji była to jakby magia „drapieżna”. Mimo odgrywanych scen bezradności Piotr Fronczewski, szeptem albo krzykiem – tu rola obydwu wydaje się być zamienna – bombarduje widza słowem jakby spadającym z góry. U Łomnickiego słowo też było mocne, ale wypełzało z trzewi, z dołu, z tunelu nadziei i beznadziei...

 

Ci którzy nie widzieli w roli Feuerbacha Tadeusza Łomnickiego, sami już pewnie niewiele mogą na to poradzić. Ci co dotąd, a spektakl w warszawskim ATENEUM miał premierę 2 lutego 2013,nie zobaczyli w niej Piotra Fronczewskiego powinni nadrobić tę zaległość i to jak najszybciej.

 

Ewa Karbowska