W dniach od 6 do 9 lipca tego roku byłam w Niepołomicach pod Krakowem. Powodem mojej podróży była 7. edycja Festiwalu BALLADY EUROPY. Po powrocie pomyślałam, że i nieobecnym tam należy się przynajmniej moja reporterska relacja. A pomyślałam tak, bo było co relacjonować.

I.6 –07-12 - Gorączka piątkowego wieczoru i nocy”

(w rytmie Ameryki Południowej)

 

motto:

 

w noc letnią niepołomicką

na Zamku dziedzińcu jest wszystko:

 

muzyki magia i moc

dżdżu krople strzelane z proc

 

Beatriz i Solo Tres
i anioł miejscowy i bies

 

od Gabi drobinka czarów

podrasowanych gitarą...

 

            Nawilżonym kilkoma kroplami deszczu wytchnieniem po upalnym dniu okazała się rozpoczęta 6. lipca br., siódma już edycja festiwalu „Ballady Europy”, czy jak kto woli „Ballads of Europe”, zwanego inaczej 7. Europejskim Festiwalem Ballady, lub ,przez niektórych, 7. European Festival of Ballad. Impreza przywitała swoich wytrawnych niepołomickich widzów i słuchaczy w adekwatnym do pory roku, i wieczornego momentu doby, południowym rytmie. Krótko po oficjalnym otwarciu imprezy przez jej pomysłodawcę i głównego organizatora Pawła Orkisza burmistrza miasta i Gminy Niepołomice Romana Ptaka o godzinie 19.30 rozpoczął się koncert. Tym razem, przynajmniej geograficznie i mentalnie, wychodzący poza Europę, bo zatytułowany „Bossanowy i ballady Ameryki Południowej”.

 

Na scenie czarowały kolejno (One ,bo mowa o trzech kobietach, wraz z ich muzykami) zarażając na przemian lirycznością i żywiołowością, właśnie owe trzy Panie. Na początek trochę zbyt nieśmiało dynamiczna, choć obdarzona pięknym głosem, Marita Alban Juarez ze swoim Quartetem z Peru wprost.

 

Później zjawiła się - porywająca temperamentem i precyzją wykonawczą – Wenezuelka Beatriz Bianko i Jej Solo Tres (czyli tylko „ Tylko Trzech” ,a może precyzyjniej troje tj.: Leszek Potasiński – gitara, gitara basowa, cuatro, czyli wenezuelska gitarka czterostrunowa, charango i instrumenty perkusyjne – Marek Walawender – gitara, gitara basowa, mandolina  i instrumenty perkusyjne. ). Pachniało dobrą muzyką, nijak niepodrabialną magią, i upalnym latem. W takich warunkach nic dziwnego, że atmosfera udzieliła się całemu otoczeniu. Zwłaszcza, że...

 

Zwieńczeniem wyjątkowego wieczoru był występ naszej , od lat mieszkającej w Holandii , i będącej ozdobą tamtejszej sceny muzycznej, Gabrieli Kozyry & Roberto Taufica z Brazylii. Ostatnia część koncertu, bez wątpienia, przyprawiła publiczność o – najbardziej pozytywnie rozumianą –gęsią skórkę na plecach. Dało się bowiem słyszeć wyjątkowo ujmujące i uwodzące słuchacza – połączenie jazu i brazylijskiego choro. Z tego ostatniego gatunku wywodzą swe korzenie zarówno samba jak i bossa nova. Brzmiało pysznie.

 

            Nad prowadzeniem gorącego, nie tylko z powodu płynącej ze sceny muzyki i emocji na widowni, wieczoru , i edukacją muzyczną słuchaczy, czuwała jak zawsze czarująca, profesjonalna, niezawodna i żałująca, iż tak piękna impreza nie ma, mimo że w pełni na nią zasługuje, adekwatnej do jej sporego duchowego wymiaru – bo ogólnokrajowej -oprawy marketingowej i medialnej, dziennikarka muzyczna Polskiego Radia i Telewizji Polskiej Maria Szabłowska. Pod Jej ręką i słowem znakomicie bawili się wszyscy. Publiczność, wykonawcy, współprowadzący i organizatorzy całego przedsięwzięcia.

 

A gdy już muzyka ucichła, co uważniejsi zauważyli, że:

na Zamku w Niepołomicach

trafiła się bladolica

nabrała ochoty dzikiej

na Króla wraz ze Stańczykiem –

z dziewicy wnet rozpustnica

 

 

II.7 –07- 2012 - Dzień trzech przeżyć

 

            Drugi dzień 7. Festiwalu „Ballady Europy”, to dzień trzech koncertów i trzech całkowicie odmiennych rodzajów wzruszeń. O godzinie 16.00, w Małopolskim Centrum Dźwięku i Słowa w Niepołomicach rozpoczął się koncert „Młodzi balladziści”. Na scenie , przy udziale dość licznej, jak na panujący tropikalny upał, publiczności, wystąpiło sześcioro wykonawców. 4 kobiety i dwóch mężczyzn. W kolejności pojawiania się na scenie byli to:

1.           Ilona Gawlik – krakowska wokalistka, kompozytorka i poszukiwaczka piękna. W jej wykonaniu usłyszeliśmy dwa utwory zespołu Rolling Stones.

2.           Ewa Nowel – także pochodząca z Krakowa, wciąż kształcąca się wokalnie, piosenkarka, śpiewaczka operowa i operetkowa. W jej wykonaniu usłyszeliśmy dwie piosenki ze słowami prowadzącego cały ten koncert niepołomickiego poety Marcina Urbana. Utwory: „Kawowa piosenka” i „Dlaczego nie mnie?”.

3.           Jolanta Gil. Dwudziestolatka z tytułem TALENTU MAŁOPOLSKI. Zaśpiewała znakomite covery „Kasztany” i „Rebekę”. I w tym miejscu nastąpiła zdecydowana zmiana klimatu, bo pojawił się na scenie pierwszy, a do tego znakomity... mężczyzna.

4.           Przemysław Wróblewski, głównie autor słów i muzyki do własnych utworów. Wykonał trzy kompozycje. Na początek dwie własne: „A ty jesteś” – coś z cyklu „życie słodkie, a nawet nie bardzo”, oraz „Nie porzucaj wiary”, tym razem we mnie. Występ swój zakończył, bardzo ciekawie zaaranżowaną, „Modlitwą o wschodzie słońca” Jacka Kaczmarskiego.

5.           Adriana Szeląg – śpiewa i gra na gitarze. I zasadniczo to niemal wszystko, co da się powiedzieć o tej wykonawczyni.

6.           Jako ostatni, i jak się później okazało jeden z dwóch nagrodzonych w tym gronie, wystąpił fantastyczny Łukasz Sokół. Ten, jak na swój wiek, prawdziwy wirtuoz fortepianu i organów zaprezentował trzy utwory z własną muzyką. Dwa do tekstów Marcina Urbana i jeden do wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

 

Wykonania tego artysty spodobały się bardzo. Gdyby trzeba precyzyjniej dookreślić to co, i jak, zaśpiewał, to śmiało można powiedzieć, że stworzył sceniczny fenomen. Zmieścił się gdzieś między Stanisławem Soyką, a Leszkiem Długoszem, kreując przy tym zupełnie nową jakość. Jego prezentacja została zresztą doceniona przez kierownictwo Festiwalu. Nagrodą dla młodych balladzistów podzielił się z, wymienionym już, Przemysławem Wróblewskim.

Na zakończenie prezentacji wszyscy wykonawcy, do których dołączył pomysłodawca i dyrektor artystyczny Festiwalu Paweł Orkisz, zaśpiewali (razem z publicznością) pieśń Edwarda Stachury „Opadły mgły”.

 

Konkluzja z całej koncertu wydaje się następująca: Jacek Kacznarski, Przemysław Gintrowski i kilku innych, znaczących w tej branży, mężczyzn może być spokojnych o swoich godnych następców. Z następczyniami Ewy Demarczyk i - na przykład – Barbary Dziekan rzecz ma się, niestety, znacznie gorzej.

 

Kolejnym, niewątpliwie galowym, wydarzeniem tego dnia był, rozpoczęty o godzinie 19.30, w cieniu dużego dębu z niepołomickiego parku, wspólny koncert niekwestionowanej obecnie Damy Polskiej Piosenki Edyty Geppert i brytyjskiego wykonawcy ballady folkowej Pete Mortona. Wbrew zasadzie, że Panie mają pierwszeństwo jako pierwszy wystąpił Pete Morton.

 

            Powiedzieć o tym londyńczyku, że jest wulkanem energii i wzorem warsztatowej tudzież dykcyjnej perfekcji, to nie powiedzieć o nim nic. A jeśli nawet dodać to i owo sprawności głosowej i zaangażowaniu, jeśli w ogóle politycznym, to po stronie zwykłej ludzkiej przyzwoitości (jaką prezentuje np. Mahatma Gandhi), to i tak – o ile ktoś nie słyszał Mortona na żywo, nie do końca będzie wiedział o czym mowa. Stylistycznie to, jakby trochę, mieszanka Leonarda Cohena z najlepszych czasów i najszlachetniejszego Country. Po ludzku natomiast bardzo skromny człowiek. Sam przyznający, że swoje uprawianie sztuki zaczął jako szesnastolatek od grania na ulicy. Dziś „kocha się w Emilly Dickinson”, a my możemy śmiało kontynuować lub zacząć kochanie się w Pete Mortonie.

 

            Chwilę po Brytyjczyku na czarodziejskiej wieczornej plenerowej scenie, jak powiedziano wcześniej, ukazała się Edyta Geppert. I znowu górę wzięła stara, a mimo to wciąż na nowo odkrywana, prawda. A mianowicie ta, która głosi, że prawdziwy artysta, nawet jeśli dobrze znany swojej publiczności od lat, zawsze potrafi oczarować i zaskoczyć swoich słuchaczy. Tak było i tym razem. Pani Edyta, wykonując swoje starsze i nowsze, a w trakcie 28. letniej kariery trochę się tego uzbierało, piosenki za każdym razem zaskakiwała świeżością interpretacji i wciąż nowymi pokładami własnej wrażliwości. Na koncercie wybrzmiały więc, między wieloma innymi, i przejmujące „Zamiast”, i smutno sarkastyczne „To się nie sprzeda, Pani Geppert”, a wszystko odkrywane od nowa tak, jak po raz pierwszy. Publiczność zachwycona, zahipnotyzowana, nie każdemu dane spełnienie marzeń artysty.

 

            Koncertowym zwieńczeniem soboty 7. lipca 2012 roku było, rozpoczęte około godziny 23.00, tradycyjne dla Festiwalu, „Nocne balladowanie” Pawła Orkisza z zespołem. Pomysłodawca i dyrektor niepołomickiej imprezy już od lat dziękuje w ten sposób Przyjaciołom, tym z widowni i tym ze sceny, za mądre współtrwanie w magicznej „Krainie łagodności”. Tym razem w szerzeniu przekonania o tym, że do zobaczenia za rok, dwa i za...wspomógł go również , wspomniany wcześniej Pete Morton. Śpiewom, żartom, a co najważniejsze wzruszeniom, po obu stronach „rampy” nie było końca głęboko w noc...

III. 8 - 07- 2012 -Jacka wspomnienie...

(albo Kaczmarski – reszta świata)

 

            Trzeci, i niestety ostatni, dzień „Ballad Europy” poświęcony był, i słusznie, w całości osobie i twórczości Jacka Kaczmarskiego.

 

            Koncertowo rozpoczął się, z półgodzinnym przesunięciem z powodu burzy, o godzinie 16.30 na rozpalonym i rozświetlonym słońcem dziedzińcu Zamku w Niepołomicach. Po życzliwej zapowiedzi dyrektora Festiwalu Pawła Orkisza na scenie pojawiali się zarówno rówieśnicy i Przyjaciele Jacka, jak i wykonawcy z pokolenia dla którego i Jacek, i Jego poezja to już historia.

 

            Pierwszym z czworga pieśniarzy był wieloletni admirator twórczości Kaczmarskiego Zbigniew Grzyb. Porywająco, mimo, że w sposób nieporównywalny z oryginałem wykonał pamiętne jackowe „Ancore jeszcze raz ancore”. Chwilę potem, w „Przypowieść o ślepcach” ten sam artysta przypomniał słuchaczom, że najważniejsze w życiu jest „padać i wstawać i... wstać”. „Śniadanie z Bogiem”, jedna z ostatnich piosenek Jacka, wybrzmiało w interpretacji Z.G. jak konstatacja, iż „uparty gość, mój Bóg”...

 

            Kolejnym gitarzystą na niepołomickiej scenie był Marcin Skrzypczak. Śpiewał głównie własne znakomite i, by tak rzec „kaczmarskoklimatyczne” utwory. Zapamiętać dały się sarkastyczna „Piosenka kulturalna mojego miasta” i mocna „Wypowiadam wojnę tobie wielki świecie”, z wyjaśnieniem, że chodzi o „świętą wojnę dobra umywania dłoni”. Wartym zapamiętania tekstem, i oczywiście muzyką, wydaje się też „Bezzębna miłość”, powiedzmy że przestroga. Nie tylko dla Panów.

 

            Po Panu Marcinie na estradę „zstąpił” prawie klasyk, czyli Tomasz Wachnowski. Brawurowo przypomniał smutny los „Starych ludzi w autobusie”. Napomknął też o konieczności „budowania arki” zwłaszcza „przed potopem” i wygłosił pochwałę „dobrej rzeki, mądrej wody”. Zakończył skromnie i pięknie, własną piosenką „... i już”. Coś o tym, że „Było nas wielu, a dzisiaj sam – jak pod Wawelem hejnał gram”...

 

            Jako ostatnia, w tym koncercie, pokazała się publiczności kobieta – Barbara Raduszkiewicz. Śpiewała dobrze, ale jakby trochę bez przekonania. Tym niemniej „Tomaszów” Tuwima i... Ewy Demarczyk oraz „Obława” Jacka Kaczmarskiego dawały się zauważyć.

 

            O godzinie 19.00 otwarto w piwnicach Zamku wystawę poświęconą fenomenowi i twórczości Jacka Kaczmarskiego. Rzecz skromna, ale interesująca i dająca do myślenia. O ile ktoś taką potrzebę posiada.

 

            Półtorej godziny później , miało się rozpocząć, i rozpoczęło, obiecujące widowisko „Arue- tako rzecze Kaczmarski”. Całość oparta na młodzieńczej próbie dramaturgicznej Jacka Kaczmarskiego. Spektakl muzyczny z udziałem Krzysztofa Globisza, Katarzyny Groniec, „Babu Króla” i „L.U.C.”, zapowiadał się na znaczący końcowy akord trzech festiwalowych dni. I istotnie, zapowiadał, zapowiadał, aż zapowiedział. Po kilkunastu minutach nastąpiła przerwa z powodu... burzy. Pewnie sam Jacek urządził taki wiwat, aby jeszcze bardziej pobudzić ciekawość tego, co nastąpi za chwilę.

 

            Gdy wznowiono grę usłyszeliśmy i zobaczyliśmy coś niewątpliwie ciekawego. Młodzieńcze odczytanie tekstów Kogoś, Kto, gdyby żył, miałby dzisiaj 55 lat i wiekowo mógłby być ojcem większości wykonawców. Interpretacja momentami porywająca, choć niestety czasami jakby nie dośpiewana. Braki warsztatowe i „duchowe” słychać tu było szczególnie boleśnie przy wykonaniu „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego”. Takie potknięcia trzeba chyba jednak młodzieży wybaczyć zwłaszcza, że więksi od nich połamali sobie na tym zęby. A oni mają szansę, żeby się rozwinąć. I rozwijać jeszcze bardzo, bardzo długo....