Z Andrzejem Heidrichem twórcą - między innymi - graficznych projektów starszych i zupełnie współczesnych polskich banknotów i wielu innych „powszedniości" rozmawia Ewa Karbowska
Krótka notka biograficzna o bohaterze długiej i urokliwej rozmowy

Pan Andrzej Heidrich wykonał projekty wielu banknotów, które od połowy lat 70. Weszły w Polsce do obiegu W tym wszystkie te, którymi płacimy dzisiaj. Ten niezwykle skromny artysta i uroczy człowiek urodził się w 1928 roku w Warszawie.

Tu też uczęszczał do powszechnej Szkoły Rodziny Wojskowej na Żoliborzu oficerskim. Naukę kontynuował w Gimnazjum Graficznym przy ul. Konwiktorskiej i znanym Liceum Sztuk Plastycznych przy ul. Górnośląskiej.

Studia wyższe rozpoczął w roku 1948 na Wydziale Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Uczelnię ukończył z wyróżnieniem w 1954 roku. Dyplom zrobił u samego prof. Jana Marcina Szancera - ucznia Józefa Mehoffera, który był z kolei uczniem Jana Matejki. Lepszej rekomendacji raczej nie trzeba. Przedmiotem dyplomu były ilustracje do sztuki Moliera „Świętoszek"....

Przez wiele lat wspierał swoim talentem wiele wydawnictw, w tym przede wszystkim ukochanego CZYTELNIKA, Pocztę Polską i.... Naturalnie tak wiele miejsc i instytucji, że wyliczyć ich nie sposób.

***********

A teraz.... udało mi się Go namówić na rozmowę. Do kawiarni w centrum Warszawy przyszedł, niezwykle punktualnie, tyleż dystyngowany, co chyba nieśmiały, starszy Pan. Nie wiem jak i dlaczego, ale ogromnej początkowej tremy wyzbyłam się natychmiast. Z Panem Andrzejem rozmawiało się tak, albo i lepiej, jak/niż z rodzonym Wujkiem. Rezultaty - częściej mojego zasłuchania, a rzadziej wymiany zdań - prezentuję poniżej:



Ewa Karbowska:
W czasach, gdy dziennikarstwo, niestety coraz częściej, sprowadza się do zwykłej pogoni za sensacją, my chcemy porozmawiać o sztuce... I to sztuce dość szczególnej, tak codziennej, że aż prawie niedostrzegalnej (no chyba, że przy okazji takich wystaw jak ta, którą na 50. lecie Pańskiej pracy urządził Panu, w końcu 2011 roku NBP)? .....

Andrzej Heidrich:
No cóż, każdy czas ma swoich i artystów, i dziennikarzy. Nie chciałbym tego wartościować.

E.K.:
Ja też nie. Zacznę więc - nie wiem, czy to dobrze czy źle - ale od pytania, na które, jak sądzę, odpowiadał Pan już wielokrotnie, ale które musi w naszej rozmowie paść O czym myśli artysta taki jak Pan, który swoje dzieła ogląda na co dzień, w każdym sklepie? I czy nie jest mu przykro, że dla innych ludzi są one tak oczywiste, że aż niewidoczne?

A.H.:
Wie Pani, kiedyś miałem na ten temat rozmowę z pracownikami Wytwórni Papierów Wartościowych. Powiedzieli mi, że człowiek pracujący na co dzień z taką masą pieniędzy przestaje to zauważać. Robota ma być przyzwoicie wykonana i tyle. Dziś ja patrzę na to podobnie. Oczywiście, jako artyście, jest mi, ale tylko jakby przy okazji, miło jeśli rezultat mojej pracy przypadnie komuś do gustu w kategoriach sztuki lub estetyki. Co więcej, nawet kiedy sam płacę za cokolwiek, nie myślę o pieniądzach jako o efekcie własnej pracy. Zachowuję się wobec banknotów dokładnie tak, jak my wszyscy. Fakt, że mój pierwszy projekt wszedł do obiegu już w 1974 roku (500 zł z Kościuszką) przypominają mi inni, a i to od święta.

E.K.:
Domyślam się że praca nad kreowaniem wyglądu banknotu to robota iście benedyktyńska. Nigdy nie było Panu szkoda własnych oczu? Koledzy uprawiający mniej precyzyjne formy sztuki mieli chyba łatwiej?...
Cóż więc jest w tym takiego magicznego, że można i warto poświęcić temu pokaźny kawał życia?

A.H.:
Z tą magią to chyba trochę przesada. Ale, skoro już Pani tak to ujęła, to umówmy się, że właśnie dla magii robiłem nie tylko to. Były przecież i znaczki pocztowe, i - jeszcze w trakcie studiów, bo już od 1951 roku, książki. Moim nie tylko zawodowym przytuliskiem stała się właśnie wtedy Spółdzielnia Wydawnicza CZYTELNIK, z jej pracownią graficzną pod kierunkiem Jana Samuela Miklaszewskiego ze Szkoły Kenara w Zakopanem. W tym właśnie miejscu otrzymałem bardzo ważne wsparcie. Nie tylko finansowe, ale także moralne. Potrzebne mi wtedy szczególnie w obliczu aresztowania mojego ojca...

E.K.:
A w czasach „słusznie minionych" nie miewał Pan innych, związanych choćby właśnie w związku z projektowaniem „biletów NBP", kłopotów z władzą?

A.H.:
Różnie z tym było w różnym czasie. Choć, wbrew niektórym pozorom, początki można było oceniać wcale obiecująco. Na przełomie lat 1959/1960 ogłoszono, jasne, że cokolwiek sekretny - chodziło wszak o pieniądze - konkurs na projekt 1000 złotych. Byłem najmłodszym z zaproszonych. A powodu zaproszenia właściwie nie znam. Ostatecznie konkursu nie wygrałem. Wybrano wtedy projekt profesorów Tomaszewskiego i Pałki, którzy zresztą w konkursie udziału nie brali. Ten z Kopernikiem. Myślałem, że to koniec mojej współpracy z NBP.

Jednak na początku lat 60. Narodowy Bank Polski ponownie zwrócił się do mnie z propozycją wykonania projektów serii „Wielcy Polacy". W roku 1968 pojechałem do Mediolanu do firmy Giori, aby zapoznać się z nowymi metodami projektowania banknotów. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Niestety, moje projekty - 500 zł z Marią Skłodowską-Curie i 100 zł z Fryderykiem Chopinem, nie zyskały aprobaty premiera Jaroszewicza - podobno zabrakło „polskiego ducha" w rysunku. Potem znów karta się odwróciła i przyjęto moje projekty: 50,100, 500,1000 i 2000 złotych. Łaska pańska jeździła więc, jak zawsze, na koniu dość pstrym.

E.K.:
Słyszałam też , że ma Pan w swoim dorobku projekty np. paszportu, orzełków na czapkach i odznaczeń państwowych. Może coś więcej o tym? Czy świadomość odpowiedzialności przy tego rodzaju pracy nie jest dla artysty paraliżująca?

A.H.:
Dla mnie to robota jak każda inna. Ma być dobrze zrobiona i koniec. Tak jest i teraz, gdy wykonuję prace już tylko dla własnej satysfakcji. Ale owszem, projekt pierwszego, po zmianie systemu, polskiego paszportu jest mojego autorstwa.

E.K.:
Czy projektowanie, innych niż pieniądze, papierów wartościowych, w Polsce lub gdzieś w świecie, było również Pana udziałem?

A.H.:
Poza Polską nie projektowałem. Na takie trafiłem czasy. Ale w kraju robiłem na przykład świadectwa udziałowe.

E.K.:
A przygoda z książką?... Proszę łaskawie coś więcej o tym opowiedzieć.

A.H.:
O CZYTELNIKU już mówiłem. Choć i gdzie indziej było tego sporo. Na przykład z dużym sentymentem wspominam NASZĄ KSIĘGARNIĘ i wydawnictwo „Ruch", a w nich książki dla dzieci. Ale pewna epoka pracy nad książką skończyła się wraz z powszechną komputeryzacją. Nie mam nic przeciw komputerom, ale ja komputera nie mam. Chociaż oczywiście uważam go za znakomite narzędzie.

E.K.:
Czy , i ewentualnie na ile, kusiły Pana inne, mniej użytkowe, formy grafiki, tzw. „sztuka dla sztuki" jako takiej?

A.H.:
Oczywiście, że kusiły. Na przykład zaprojektowałem poczet władców Polski, namalowałem też bożki słowiańskie...

E.K.:
O tak, widziałam kilka z tych Pańskich prac. Naprawdę fenomenalne. Ale jakby  trochę .... banknotopodobne?....

A.H.:
Nic w tym dziwnego. Przecież autor jest w końcu ten sam.

E.K.:
Najsilniejsze Pańskie wrażenia z obcowania ze sztuką plastyczną „kolegów", tych współczesnych, trochę dawniejszych i tych sprzed wieków. Czy może jakieś istotne artystyczne inspiracje, albo fascynacje?

A.H.:
Od 1948 roku, kiedy to rozpocząłem studia na warszawskiej ASP, uczyli mnie jeszcze przedwojenni profesorowie. Bartłomiejczyk, Jastrzębowski, Kulisiewicz, Szancer. W tym sensie jestem z dwudziestolecia międzywojennego. I grafika tego okresu fascynuje mnie do dziś.

E.K.:
Czy jest coś, naturalnie chodzi mi wyłącznie o niwę artystyczną, co zmieniłby Pan w swoim życiu, gdyby można było cofnąć się w czasie?

A.H.:
Nie. Uważam, że miałem w życiu wiele zawodowego szczęścia. A największy sentyment mam do CZYTELNIKA. Tam nawet w najgorszych czasach była enklawa wolności. Nie tylko artystycznej.

E.K.:
I prawie na koniec. Interesuje mnie bardzo Pana stosunek do perspektywy wprowadzenia w Polsce waluty Euro. Czy nie będzie czegoś trochę żal? A jeśli tak, to czego konkretnie najbardziej?

A.H.:
Ja po prostu lubię złotego. I nie ma to nic wspólnego ze świadomością ekonomiczną i polityczną.

E.K.:
I jeszcze jakieś pytanie na które chciałby Pan odpowiedzieć, a którego jeszcze nie zadałam?...

A.H.:
Nie ma jakiegoś konkretnego pytania. Może tak ogólnie byłbym rad, gdyby dziennikarze więcej czasu poświęcali innym moim pracom, a nie tylko projektom pieniędzy. Chociaż rozumiem, że to one są dla ludzi szczególnie ciekawe.

E.K.:
No to następnym razem ....obiecuję poprawę. I dziękuję za zajmującą rozmowę.

A.H.:
Ja również dziękuję.



Rozmawiała Ewa Karbowska