Dla potrzeb tego eseju odkurzę pewnie stary banał, a mianowicie, że sztuka jest jednym ze sposobów komunikowania się ludzi. Literatura, jako umiejętność specyficznego układania słów, wyprzedza w tej mierze pozostałe rodzaje sztuk i uznajemy to za oczywiste.
I
Cytujemy powieści nie tylko dla samej przyjemności estetycznej i ptrzeby wzruszeń, ale chcemy dowiedzieć się z nich o takim świecie, o którym nie opowiada telewizja ani nie informują gazety i radio. Ładnie (ale i zwodniczo) napisał o tym Ernesto Sabato: „W literackiej fikcji szukamy innych dróg, rzucając w świat postacie jakby z krwi i kości, a przecież należące zaledwie do krainy widm. Dopełniają one za nas, i w jakimś stopniu w nas, przeznaczeń, jakich odmówiło nam to jedyne życie. Powieść, konkretna, choć nierealna jest formą, jaką człowiek wymyślił, by wyrwać się z tego ograniczenia”. Tak więc, chociaż trudno byłoby dzisiaj znaleźć dom, gdzie nie ma telewizora, to nadal istnieje pewna kategoria ludzi, którzy nie wyobrażają sobie codziennego życia bez książki. Co prawda, jest to gatunek szybko wymierający i statystyki czytelnictwa są na to dowodem bezlitosnym. Coraz mniej ludzi czyta; np. w Polsce mniej niż połowa dorosłej populacji w miastach (tylko tam przeprowadza się podobne sondy), zaś kolejna połowa spośród niej nie potrafi wymienić tytułu książki, przeczytanej w ciągu ostatniego roku. Nie dosyć więc, że czytamy niewiele, to na dodatek czytamy coraz mniej uważnie. I – prawdę powiedziawszy – z coraz mniejszą pasją, jakbyśmy wbrew temu, co powiedział Sabato, bynajmniej nie tesknili za światem lepszym od tego, w którym żyjemy.

A jeszcze nie tak dawno, gdzyż zaledwie trzydzieści, czterdzieści lat temu czytanie powieści było konieczne, jeżeli chciało się odpowiednio dobrze „znaleźć” w towarzystwie. Co ciekawe, dotyczyło to nawet nieco starszych dzieci, gdzyż o przygodach dzielnego Winnetou i nieustraszonego Old Shatterhanda rozprawiali na podwórkach dwunastoletni chłopcy, każdemu zaś, kto nie znał książek Karola Maya, dawano wyraźnie odczuć, że nie nadaje się do wspólnej zabawy. Kiedy w 1960 roku nakładem Iskier ukazała się trzytomowa edycja Winnetou, najmodniejsze (dzisiaj dwunastolatek powiedziałby zapewne, że „trendy”) stały się te powieści Maya, których od dawna nie wznawiano, a które – niemiłosiernie zaczytane – można było dostać w nielicznych bibliotekach. Pamiętam, że najbardziej poważano tych, którzy potrafili całymi godzinami opowiadać fabułę Skarbu w Srebrnym Jeziorze. W miasteczku, gdzie wtedy dorastałem, publiczna wypożyczalnia posiadała tylko jeden egzemplarz Skarbu, wydany jeszcze w 1925 roku. To był prawdziwy rarytas, przedmio nieustannego pożądania i trzeba było niezwykłych umiejętności, by zyskać sympatię bibliotekarki i dostać książkę na parę dni do domu. Ta pogodna epoka niewinności odeszła w bezpowrotną przeszłość wraz z umasowieniem telewizji i poddaniem kultury regułom wolnego rynku, i wszystko wskazuje, że nigdy suię nie powtórzy. Toteż od kilkunastu lat młody człowiek rośnie, dojrzewa i zdobywa podstawowe umiejętności społeczne w zupełnie odmiennej przestrzeni kulturowej, niż trzy- cztery dziesiątki lat temu. Spróbujemy ją tu opisać i pokazać, jak owa „odmienna przestrzeń" wpływa na sposoby wzajemnego komunikowania się, a w tym - na najnowszą literaturę. Na koniec drobna, ale konieczna uwaga: mówiąc o przestrzeni kulturowej, mam na myśli to wszystko, co w istotny sposób kształtuje człowieka od najwcześniejszych lat jego życia.

II
Jeżeli zechcecie wprawić jakiegoś młodszego pisarza w konsternację, zapytajcie go, co chciał on powiedzieć w swojej powieści czy opowiadaniu. Takie proste pytanie, co wiem z wieloletniego doświadczenia, nieodmiennie wywołuje irytację; tym bardziej, że trąci szkołą, gdzie naucza się dziatwę, iż dzieło literackie niesie jakieś przesłanie albo posiada ważną ideę. Ten sposób traktowania literatury wyśmiewał kilkadziesiąt lat temu Gombrowicz w Ferdydurke, ale było w tym więcej młodzieńczej przekory i dezynwoltury niż trzeźwego rozsądku. Jeśli bowiem mamy w ogóle znaleźć jakiś klucz do dzieła, to musimy przecież powiedzieć, co zostało tam przedstawione i w jaki sposób. Nawet prześmiewczych powieści autora Kosmosu nie sposób inaczej analizować, a dowodziło, że tak zwany świat przedstawiony czy wirtualna rzeczywistość jest tym, bez czego dzieło literackie nie może w ogóle zaistnieć. To są sprawy oczywiste, ale wielu młodych autorów czuło się zagrożonych (i mocno urażonych), kiedy pytałem ich o główny wątek powieści, motywy działania bohaterów czy tło społeczne.

Ponad dwadzieścia lat temu rozmawiałem w Toruniu z Ziemowitem Ogińskim, pisarzem spod znaku wykreowanej przez Henryka Berezę "rewolucji artystycznej w młodej prozie". Ten młody (wówczas trzydziestotrzyletni) pisarz, autor wydanej parę miesięcy wcześniej debiutanckiej powieści Karnawał i post, zachowywał się z pewnością siebie, do czego upoważniały go przychylne recenzje, a co mnie od razu rozdrażniło, gdyż nie dostrzegałem w jego utworze niczego nadzwyczajnego. Wyjaśnił mi ze swadą metaforyczny sens tytułu, przywołał nawet znany obraz Pietera Bruegela Starszego z Kunsthistorisches Museum w Wiedniu Walka karnawału z postem i twierdził, że jego powieść opowiada o nieustannym i nigdy nierozstrzygniętym ścieraniu się wartości. Do tego momentu wszystko się zgadzało; poziom tej konstatacji był tak ogólny, że pasował do każdej poważnej powieści (i do Lalki i do Quo vadis też). Kiedy jednak zapytałem, jakie konkretne wartości miał na myśli, pisarz wpadł w popłoch, zaczął się jąkać, po czym zmienił temat i szybko się pożegnał.

Z innym młodym (wówczas) autorem, również ze "stajni" Berezy, popadłem w trwały konflikt, bo zanegowałem publicznie, że jego druga powieść opowiada o walce ze zniewoleniem. Ja bohatera Gry na zwłokę odebrałem jako człowieka niezrównoważonego, który nie wie, czego chce i do niczego nie zmierza, a w dodatku przypadkowo spotkanym ludziom pozwala sobą manipulować. Później okazało się, że taka uwaga była całkowicie niedopuszczalna, ponieważ znani krytycy okrzyknęli (oczywiście oględnie, jako że istniała cenzura), iż Janusz Anderman opowiada o człowieku prześladowanym przez SB.

O jakim człowieku opowiada Dorota Masłowska czy Mirosław Nahacz? Myślę, że gdyby ktoś musiał streścić na jednej kartce maszynopisu ich powieści, miałby poważny kłopot i skończyłby swoje streszczenie po czterech pięciu zdaniach. Krzysztof Masłoń próbował na łamach „Rzeczpospolitej" opowiedzieć treść utworu Osiem cztery Nahacza i efekt okazał się mizerny. „Kiedy jednak - pisze ten dociekliwy i niezwykle skrupulatny krytyk - brnąc strona po stronie przez litanie stów powszechnie uznanych za obelżywe, zorientowałem się, że problem bohatera polega na tym, czy na imprezie wystarczy dla niego grzybków halucynogennych, czy też będzie się musiał zadowolić trawą, a kto wie nawet, czy nie najzwyklejszym alkoholem - dałem sobie spokój". Na koniec zaś pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi: No właśnie, co autor Osiem cztery ma do powiedzenia.

Jan Pieszczachowicz, który swoim esejem w "Rzeczpospolitej" sprowokował Masłonia do powyższych ocen, twierdzi, że "proza młodych autorów z lat 1989-1999, w znacznej mierze wtórna artystycznie i intelektualnie, znalazła się w ślepej uliczce [...] A przecież wyzwolona z nadzoru ideologiczno-politycznego i cenzorskiego generacja dysponuje nie tylko swobodą wyrażania treści dawniej zakazanych, ale także nieograniczonymi możliwościami kontestowania wartości i tabu wciąż bliskich różnym kręgom społecznym. Mimo to obserwujemy w prozie młodych pisarzy znaczne zawężenie horyzontu poznawczego. Ich zainteresowania ograniczają się do kilku kręgów tematycznych (nie bez wyjątków oczywiście), jak niezbyt głęboko potraktowana fobia cywilizacyjna, krytyczny, a nawet wrogi stosunek do religii i jej instytucji, frustrująca seksualność, opresyjna rodzina, narkotykowe odloty. Brak tu (lub występują marginesowo) takich obszarów życia, jak polityka i życie publiczne, których młodzi pisarze unikają przeważnie niby ognia [...]. Nie ma też w zasadzie odniesień do tradycji (do wyjątków należy m.in. pisarstwo Olgi Tokarczuk) poza prymitywną mitologią dzieciństwa i młodości".

III
Zanim spróbuję odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w twórczości młodych pisarzy pojawia się świat najczęściej ścieśniony i zmarginalizowany, co Pieszczachowicz diagnozuje jako "zawężenie horyzontu poznawczego", przypomnę rzecz, o której mało kto pamięta, a na którą żaden z krytyków nie zwrócił uwagi. Oto jeśli pamiętamy pierwsze utwory takich pisarzy jak Prus, Reymont, Orzeszkowa czy Żeromski, to musimy stwierdzić (na pewno ze zdumieniem), że były to już dzieła dojrzałe, zarówno artystycznie, jak i pod względem ich walorów poznawczych i zaangażowania w sprawy społeczne. Oczywiście nie byli kilkunasto czy dwudziestolatkami, ale bez wątpienia zasiedli do pisania dopiero wówczas, kiedy mieli coś ważnego do powiedzenia (a może nawet wykrzyczenia). Reymont opublikował Komediantkę, kiedy miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, a arcydzieło, jakim jest bez wątpienia Ziemia obiecana, gdy był trzydziestodwulatkiem. Anielkę, jeden ze swych pierwszych utworów, ogłosił Prus, mając trzydzieści trzy lata, Lalkę - kiedy miał czterdzieści. Pomijam tu kwestię, że żadnego z dzisiejszych trzydziesto i czterdziestoletnich pisarzy nie stać na dzieła o podobnej (czy chociażby zbliżonej) randze artystycznej i poznawczej. Ale zwróćmy uwagę, że wspomniani pisarze zaczynali "wchodzić" do literatury, kiedy byli już ludźmi w pełni ukształtowanymi. Reymont miał za sobą lata pracy w różnych zawodach i w różnych miejscach Polski. Bolesław Prus terminował wcześniej sztukę słowa jako dziennikarz i publicysta. Żeromski, po przerwaniu studiów weterynaryjnych, do czego zmusiła go bieda, tułał się po dworach jako nauczyciel domowy. Oni nie tylko, zanim wzięli się za kreowanie fikcyjnych światów, dobrze poznali własny kraj i zamieszkujących go ludzi. Oni wiedzieli, czego temu krajowi brakuje i żadnemu z nich na pewno nie zaświtało w głowie, aby pisać o głupotach, chociaż już wtedy istniał (np. we Francji i Anglii) cały przemysł popularnej literatury "dla niższych sfer", mieli więc w zasięgu ręki łatwy wzór do naśladowania.

Tylko że ówczesna Polska była takim dziwnym (i niepojętym dzisiaj dla młodego pokolenia) krajem, w którym istniało niezaspokojone zapotrzebowanie na myśl, idee, ważne społecznie poglądy i programy. Od pisarza oczekiwano nie tylko dobrej, ba! - nienagannej polszczyzny, ale po prostu mądrości i wiedzy. Aby zaś to posiąść, trzeba było pracy i jeszcze raz pracy. Dzisiaj już tylko historycy literatury wiedzą, ile Reymont włożył wysiłku w poznanie realiów, zanim zasiadł do pisania Ziemi obiecanej. Ale również "prostsze" powieści (oczywiście te, które zdobyły trwałe miejsce w literaturze), wymagały pracy, o jakiej młodzi pisarze w Polsce nie mają pojęcia. W dziennikach Alberta Camusa pierwsze zapiski dotyczące Dżumy (wydał ją, mając 34 lata) znajdujemy pod datą marca 1941 roku, ale powieść gotowa była dopiero pięć lat później. Pierwszego człowieka Camus nie wydał za życia, uważając, że musi jeszcze nad tą powieścią solidnie popracować. Wydano ją (opatrując adnotacją wydawcy, że jest "niedokończona") już po jego tragicznej śmierci, w 1960 roku, ale pierwsze notatki do niej poczynił pisarz jeszcze w 1940 roku, a więc dwadzieścia lat wcześniej. Dorota Masłowska, ogłoszona przez tygodnik "Polityka" najlepszym polskim pisarzem roku 2002, uznaje za powód do chwały, że swoją Wojnę polsko-ruską napisała zaledwie w jeden miesiąc. Ale cóż, koń, jaki jest, każdy widzi i dam sobie uciąć rękę, że żaden z tych, co tak cmokają z zachwytem nad pisarstwem Masłowskiej, nie ma pojęcia, kto to pierwszy powiedział.

W podobnej sytuacji socjalnej, co pisarze dziewiętnastego stulecia, debiutowali autorzy jeszcze wiele lat po roku 1945. Także ich pierwszych utworów nikt nie nazywał "młodą literaturą", nie mówiąc już o tym, że nikt nie mógłby im zarzucić, iż traktują o marginaliach i głupotach. To prawda, w chwili debiutu literackiego byli młodsi niż Prus czy Reymont, ale poza tym, że wojna wymusiła na nich szybsze dojrzewanie, to jednak i oni przeszli wcześniej niekwestionowaną szkołę życia zawodowego i społecznego. Sławomir Mrożek, zanim został autorem znanych na całym świecie utworów scenicznych, zdobywał wiedzę o absurdach komunizmu jako reporter "Dziennika Polskiego" w najczarniejszym okresie stalinizmu, czyli w latach 1950 - 54. Andrzej Szczypiorski debiutował jako prozaik w wieku dwudziestu ośmiu lat, mając za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozie koncentracyjnym i trzy lata pracy dziennikarskiej w "Życiu Warszawy". Dojrzałymi ludźmi byli w chwili debiutu Redliński, Nowakowski czy Janusz Głowacki; ludźmi doświadczonymi, którzy znają różnorakie uwikłania międzyludzkie, byli tacy znani dzisiaj debiutanci jak Kazimierz Orłoś i Bogdan Madej. Najmłodszy (co potraktowano wówczas jako niezwykłe wydarzenie) był Marek Hłasko; publikując Pierwszy krok w chmurach miał dopiero dwadzieścia dwa lata. Ba! Ale jakaż to piękna, mądra i elegancka literatura... Czy coś z tej wyliczanki wynika? Myślę, że tak. A na pewno to, że aby cokolwiek sensownego powiedzieć, trzeba najpierw posiąść wiedzę o świecie, w jakim się żyje.

Ceniony przez wszystkich ksiądz Jan Twardowski napisał jeszcze w ubiegłym wieku, że "celem literatury jest odtruwanie środowiska psychicznego człowieka". Tymczasem wielu młodych pisarzy i wychwalających ich recenzentów (trudno przecież nazwać ich krytykami) za najwyższy walor literackości uważa umiejętność odtworzenia prymitywnego języka dresiarza czy lumpa. "Słuch językowy" to dla Andrzeja Stasiuka najwyższy stopień pisarskich kwalifikacji. Wtóruje mu na łamach "Twórczości" Agnieszka Czachowska, oceniając, że największym atutem Gnoju Wojciecha Kuczoka jest "nieprzeciętny słuch językowy". To samo powiada Jerzy Pilch o umiejętnościach Doroty Masłowskiej, dodając, że "ta metrykalnie młodziutka dziewczyna ma w sobie [...] niesłychaną dojrzałość pisarską" oraz niepospolity "dar władania polszczyzną".

Tyle - że to wszystko już było. Trzydzieści lat temu Henryk Bereza proklamował "rewolucję artystyczną w młodej prozie", uznając za wartościowy tylko taki utwór, który napisany jest żywą, potoczną mową, gwarą a nawet żargonem. Polszczyznę, nazywaną od dawien dawna "literacką", ochrzcił mianem "języka zastępczego", twierdząc autorytatywnie, iż przy jej pomocy nie da się przedstawić artystycznej prawdy o świecie i człowieku. Przedstawiam ten krytycznoliteracki manifest oczywiście w skrócie, ale sprowadzał się on w konsekwencji do opinii, że najwartościowsze dzieła literackie należy sytuować bliżej Panny Lilianki Ryszarda Schuberta niż wysmakowanej, nieskazitelnej prozy Iwaszkiewicza czy, powiedzmy, braci Brandysów. W efekcie, co przecież logiczne, Bereza całkowicie pomijał w swoich analizach świat przedstawiony, czym obracał wniwecz całą dotychczasową historię literatury polskiej.
To, co pisarz nam komunikuje, było zatem (i jest) dla Henryka Berezy nieważne. Stąd wyższość prozy Marka Styka, Donata Kircha czy Jana Drzeżdżona nad utworami, w których dominuje skonwencjonalizowana polszczyzna literacka. Zresztą oddam głos samemu Henrykowi Berezie, który w zbiorze szkiców Taki układ stwierdzał bezdyskusyjnie: " Jan Drzeżdżon, jako autor tylko do roku 1977 włącznie opublikowanych utworów, jest pisarzem wybitniejszym niż Llosa i Cortazar razem wzięci z Borgesem na przyczepkę".

W latach siedemdziesiątych byłem jedynym krytykiem, który odważył się zakwestionować ten punkt widzenia i wielokrotnie stwierdzałem (m.in. na łamach "Nowego Wyrazu"), że promowani przez Berezę autorzy piszą w gruncie rzeczy o niczym. Kiedy zaś napisałem, że najmłodsi pisarze sprzeniewierzają się dwustuletniej tradycji naszej literatury, zostałem mocno zbesztany przez jednego z akolitów autora Czytanych w maszynopisie, który na dodatek udawał, że nie rozumie, o czym mówię. Taki uklad jest dzisiaj, z perspektywy ponad dwudziestu lat, książką nader pouczającą i warto do niej zajrzeć, aby uzmysłowić sobie, że najlepszym krytykiem i weryfikatorem literatury (i każdej zresztą sztuki) jest czas. Spośród tzw. młodych pisarzy, których Bereza promował pod koniec lat siedemdziesiątych jako wybitnych i niepospolitych, nie ostał się w zasadzie żaden. O Schubercie, Słyku, Fiali czy Łozińskim słuch właściwie zaginął, książek Drzeżdżona nikt nie wznawia, chociaż tacy marni (wedle Henryka Berezy) pisarze jak Borges, Cortazar czy Llosa są ciągle wydawani i to nie tylko w Polsce.

Przykładów na to, że niewiele warta jest krytyka, która nie bada dzieła jako wielowarstwowej struktury, ale poprzestaje na naskórkowych ocenach, jest zresztą o wiele więcej, i to od czasu, kiedy o kształt (obowiązujący!) literatury klasycy poczęli spierać się z romantykami. Pouczający przykład z ostatnich lat przytacza w swoim eseju w "Rzeczpospolitej" Krzysztof Masłoń: "[...] w wydanej przez PIW wysokonakładowej Literaturze polskiej prof. Jan Tomkowski na końcu owego dzieła zamieścił zdjęcia dziewięciu autorów, z których najstarszy miał wtedy 35 lat (dla dzisiejszych łowców pisarskich talentów to starzec) i opatrzył je tytułem: Na nich liczymy w przyszłości. Przy czym Tomkowski wskazał na twórców mających już w swoim dorobku kilka książek - i to ważnych, a nie literackie pierwociny. Przypomnijmy sobie tę dziewiątkę (miejsce na dziesiątą fotografię zostało zostawione - może dla Ciebie, wirtualny młody pisarzu?): prozaicy - Krzysztof Bielecki, Marek Pąkciński, Roman Praszyński; poeci -Janusz Drzewuckł, Ewa Sonnenberg, Marcin Świetlicki, Roman Tekieli, Janusz Wójcik i eseistka, krytyk literacki - Aneta Mazur. Komentarz pozostawiam czytelnikom".

IV
Krytycy i literaturoznawcy obudzili się jednak, szkoda wszakże, że tak późno, albowiem, jak trafnie zauważył Jan Pieszczachowicz, najmłodsza literatura "odzwierciedla, a także współtworzy obowiązujące mody, nowe wzorce, wreszcie stereotypy". Stąd ten coraz powszechniejszy bohater literacki, który umie tylko jeść, pić, do niczego nie dąży i nie ma do załatwienia na tym świecie absolutnie żadnej ważnej sprawy. Profesor Maria Janion, której wnikliwe analizy literatury i świadomości naszych romantyków zawsze podziwiałem, dopiero w 1996 roku zauważyła (Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś), że po roku 1989 pisarze dokonali całkowitej destrukcji i odrzucenia tej tradycji, która przez ostatnie dwieście lat była siłą napędową i istotą naszej kultury. "Zmierzch paradygmatu romantycznego - pisze Pani Profesor - panującego w kulturze polskiej od dwustu lat spowodował kryzys tradycyjnej formy patriotyzmu i zmącenia odczucia tożsamości narodowej. Rzuceni w kapitalizm zachłanny czy wręcz łupieżczy, pozbawieni głębszej wiedzy o etyce jego historycznych formacji, obarczeni nader szczególnym bagażem doświadczeń osobistych, zostaliśmy poddani przemożnemu oddziaływaniu heterogenicznych wzorców kulturowych. Przeważają wśród nich idole amerykańskiej kultury masowej i co tańsze jej naśladownictwo. [...] Jesteśmy świadkami okrutnego paradoksu: osiągnięta niepodległość, do której zdobycia wszechwładny romantyzm przyczynił się w sposób zauważalny, niweczy teraz podstawę jego oddziaływania". Trafne jest więc w tej mierze podsumowanie Pieszczachowicza, który pisze we wspomnianym eseju: "Jest to obraz kultury niezdolnej - mimo gwałtownego technologicznego rozwoju - do wytworzenia nowych impulsów, w dziedzinie literacko-artystycznej depczącej na śmietnisku byłych awangard, chorej na anomię - niezdolność do podtrzymania jakichkolwiek wartości. Współczesny człowiek - zdaniem wielu młodych pisarzy - stał się niewolnikiem przerostu cywilizacyjnego; jest - jak wielu bohaterów prozy z lat 1989-1999 - unoszoną przez wiry i prądy monadą, samotną, bezradną i zagubioną w coraz bardziej zrelatywizowanej rzeczywistości". Chociaż mam teraz satysfakcję, iż wielu uznanych krytyków (dołączyłbym tu jeszcze Tomasza Burka z Dziennikiem kwarantanny i Marka Zielińskiego z jego książką Kilka niewzruszonych przekonań) powtarza mój punkt widzenia z Rozbiorów, mianowicie, że literatura powinna nieść zasadnicze wartości moralne i poznawcze, to słaba z tego pociecha. Młodzi pisarze i popierający ich recenzenci zabrnęli w ślepy zaułek, który kończy się ścianą. Na okładce Wojny polsko-ruskiej... Marcin Świetlicki pisze, że "warto było żyć 40 lat, by wreszcie coś tak interesującego przeczytać". Świat oglądany i opowiadany przez tępego muła miarą dla polskiej literatury? Otóż na pewno nie. Albowiem czas, tak jak w przypadku niegdysiejszych ocen Henryka Berezy, Tomasza Burka czy Leszka Szarugi, na pewno i tym razem dokona trafnej weryfikacji. Jeżeli Dorota Masłowska uwierzy tego rodzaju ocenom i kolejne swoje książki napisze w tej samej poetyce, za trzydzieści lat nikt nie będzie pamiętał o jej istnieniu. Tym bardziej, że polszczyzna jej powieści, wbrew ocenie Pilcha, jest niesłychanie uboga, by nie rzec - prymitywna. Zadałem sobie trud i porównałem w tej mierze jedną stronę znormalizowanego maszynopisu Lalki i Wojny... Na 1800 znaków pisarskich u Prusa mamy 187 różnych wyrazów. U Masłowskiej - zaledwie 142. Różnica kolosalna (25 procent) i niepokojąca, zważywszy, że w ciągu ostatnich stu lat polszczyzna wzbogaciła się o wiele dziesiątków (jeżeli nie setek) tysięcy nowych słów. Nie tylko więc obraz świata przedstawionego jest w najnowszej literaturze ścieśniony, ubogi, kaleki i bardzo daleki od realnej rzeczywistości. Uboga i prymitywna jest polszczyzna tych książek. Zresztą nie może być inna, skoro na bohaterów tej literatury, a zatem naszych przewodników po świecie, kreuje się przestępców, postaci z marginesu albo po prostu ludzi o niedojrzałej bądź ułomnej psychice. Zauważmy ponadto, że ci bohaterowie nie potrafią ze sobą rozmawiać, przepełnieni są jakąś niezrozumiałą i tępą agresją (co już widać było w powieściach Janusza Andermana), że ich życie ogranicza się w zasadzie do czynności fizjologicznych, a ich świat do przedmiotów, wytworzonych przez innych (albowiem sami niczego nie wytwarzają). Ten świat, jak bezbłędnie zauważył Pieszczachowicz, to "poszerzający się obszar pustki duchowej i bezradności".

Kiedy już zdiagnozowałem prymitywną polszczyznę Wojny polsko-ruskiej, zaszedłem parę razy do salonu gier komputerowych, aby przysłuchać się, jakim językiem komunikują się pomiędzy sobą grający. Najczęściej wypowiadano cztery wyrazy: kurwa, chuj, pierdolić i jebać w różnych formach gramatycznych. I w zasadzie te cztery słowa wystarczały tym kilkunastoletnim chłopcom do wyrażenia wszystkiego, co mają do powiedzenia. Poczułem się w pewnej chwili tak, jakbym znalazł się na obcej planecie i wśród kosmitów, ale to przecież jest bez wątpienia nasz świat i warto się nad nim nieco zastanowić. Przypomniałem sobie wtedy swoje dzieciństwo i to, jak zafascynowani powieściami Karola Maya bawiliśmy się w gronie rówieśników w nieustraszonych Indian i dzielnych kowbojów. Pamiętam, że jeżeli któryś z chłopców używał w nadmiarze brzydkich wyrazów, był przywoływany do porządku lub wręcz odsuwany od zabawy, gdyż nie chcieliśmy, aby nam ją psuł. Pamiętam także, jak z chłopcami z sąsiednich podwórek toczyliśmy bitwy na grudy. Tak - to były grudy zeschniętego błota i jeżeli taką grudą trafiło się kogoś w głowę, nie było z tego nawet guza ani siniaka. Zdarzyło się kiedyś, że dopuściliśmy do zabawy jakiegoś "nowego" i ten, aby zwycięstwo było po naszej stronie, począł ciskać kamieniami. Kiedy się to wydało, natychmiast i bezapelacyjnie został odsunięty od zabawy. To była jakaś niepisana, ale ważna umowa: kto zachowywał się ponad miarę agresywnie, był eliminowany z zabawy i usuwany z towarzystwa rówieśników.

Czy to przestrzeganie reguł uczciwej i rycerskiej zabawy wynikało z naszej fascynacji pewnymi książkami, których bohaterów chcieliśmy naśladować? Jestem pewien, że tak. Oczywiście toczyliśmy pomiędzy sobą bójki, jak to chłopcy, niejeden z nas wracał do domu z rozkwaszonym nosem czy zasiniaczonym okiem. Nie pamiętam jednak ze swojego dzieciństwa ani jednego przypadku, bym bał się starszych, silniejszych kolegów. Po prostu było nie do pomyślenia, aby większy zaatakował i pobił mniejszego. Wyrastaliśmy bowiem w przestrzeni kulturowej, w której obowiązywały wzory, reguły i kodeksy (oczywiście niepisane), ale przez wszystkich ściśle przestrzegane. Gdzieśmy się jednak tego wszystkiego nauczyli, skoro nigdzie nie było to spisane?

Na pewno od starszych kolegów, od rodziców, jasne sygnały dostawaliśmy na co dzień w szkole od nauczycieli, wreszcie były książki, które każdy z nas pochłaniał, a nierzadko czytał z latarką pod kołdrą. Prawie każdy z nas chodził do przedszkola, gdzie od najwcześniejszych lat uczył się rozwiązywać zatargi i konflikty przy pomocy rozmowy. Jak to się ma do dzisiejszej sytuacji, gdy aż jedna piąta nauczycieli czuje się zagrożona i napastowana przez uczniów? Gdy czternastoletni chłopcy gwałcą swoje szkolne koleżanki, a piętnastolatki mordują swoich dwunastoletnich kolegów z podwórka?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie w eseju o najmłodszej literaturze. Mogę tylko powiedzieć, że młodzi pisarze opisują taki świat, ponieważ tylko taki świat znają z własnych doświadczeń. Oni zostali ukształtowani przez inną przestrzeń kulturową; tutaj obowiązują inne wzory niż dawniej i inne rzeczy uważane są za wartościowe. Nie może być zresztą inaczej, albowiem pisarz potrafi opisać tylko taką rzeczywistość, którą sam potrafi przeżyć i ogarnąć własnym intelektem.

Jest to świat rzeczywiście ubogi i kaleki, jeżeli dla jego odwzorowania wystarczy o jedną czwartą mniej słów, niż potrzebował pisarz w dziewiętnastym wieku. Dziecko nabywa umiejętności komunikowania się w ciągu pierwszych sześciu lat życia, ale w Polsce nie ma już prawie przedszkoli. Nauczyciel boi się uczniowi zwrócić uwagę, młodzi ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, ponieważ do skomentowania gry w komputerze i wymiany na ten temat poglądów wystarczą cztery popularne słowa.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt tej sytuacji, to aspekt rynku. Isaak Bashevis Singer, kiedy zapytano go, dlaczego tak wielu ludzi o małym talencie rządzi rynkiem literackim, odpowiedział: "Chcąc sprzedać książkę, wydawcy muszą nazywać grafomana utalentowanym pisarzem, bo gdyby czekali na tych nielicznych, którzy naprawdę rozumieją, kto jest utalentowany, a kto nie, wypadliby z branży. A nawet jeśli założyć, że wydawcy i krytycy wiedzą, co jest grane, to skąd wziąć te talenty?"

Przed rokiem 1989 było w Polsce około czterdziestu wydawców książek. Dzisiaj jest ich dziesięć razy więcej, a interes musi się przecież kręcić.

Proza najmłodszych autorów, chociaż niezwykle wątła artystycznie i poznawczo (jeżeli myślimy o tradycyjnym posłannictwie literatury) jest jednak niezmiernie ważnym dokumentem socjologicznym (podobnie jak powieści z kręgu tzw. artystycznej rewolucji językowej Henryka Berezy). Powód jest prosty, a nawet banalny: utwory te opisują świat, który został namacalnie doświadczony przez pisarzy. Jest to świat dla nich najbliższy (innego po prostu nie znają) i dlatego uznany przez nich za ważny i godny opisania.

Idolem tego świata, głównym bohaterem powieści, jest człowiek z marginesu: przestępca, menel, narkoman, człowiek, który nie zajmuje się żadną uczciwą pracą i nie uczestniczy w uznawanych za istotne ze społecznego punktu widzenia relacjach międzyludzkich. Takie są postaci z powieści Masłowskiej i utworów Andrzeja Stasiuka, takim jest bohater powieści Osiem cztery Mirosława Nahacza. Ale przecie wcześniej takimi samymi ludźmi byli bohaterowie powieści uznanych za "wybitne" przez Berezę. Zatem to nic nowego i warto się nad tym zastanowić.

Kultura (tu znowu banały) istnieje dzięki naśladownictwu. Dzieci uczą się dorosłości, naśladując rodziców i otoczenie, dzięki czemu potrafią później wchodzić w role konieczne w życiu społecznym. Niektórzy ludzie (grupy i narody) są w tej mierze twórcze; wymyślają nowe sposoby życia, produkcji i nowe relacje międzyludzkie. Inni je naśladują i w ten sposób kultura konserwuje stare wartości, ale także wzbogaca się o nowe: nowe wzorce zachowań, nowe przedmioty i nowe dzieła artystyczne. Można zatem powiedzieć w skrócie, że kultura ludzka składa się z replik starych przedmiotów i wynalazków, i byłaby to jej najszersza definicja opisowa.

Jeżeli teraz widzimy, że głównymi postaciami najmłodszej literatury są tzw. ludzie marginesu, to zapytajmy jednocześnie, jakiego wzorca kulturowego są oni odbiciem. Przeciętny (statystycznie) Polak spędza ponad cztery godziny dziennie przed telewizorem. Oto w wieczornych "Wiadomościach" telewizji publicznej pierwsza informacja czytana przez lektora dotyczy tego, że w Krakowie postrzelali się gangsterzy z gangu takiego i takiego (pada nazwa grupy przestępczej). Bandyta o konkretnym nazwisku i imieniu został zabity, dwóch innych (także imiona i nazwiska) zostało rannych. Zważmy: to jest wiadomość podana jako pierwsza, a więc uznana przez dziennikarzy TV za najważniejszą. A oto inna pierwsza informacja w telewizyjnym dzienniku: córka (lub wnuczka - nie pamiętani) Arystotelesa Onassisa ukończyła osiemnaście lat. Albo taka "najważniejsza" informacja: jakiś tam lider jakiegoś tam zespołu muzycznego ożenił się z kimś tam; panna młoda dostała w prezencie srebrnego Rolls-Royce’a i kolię z diamentów za dwa miliony dolarów.

Na równorzędnym biegunie są media do czytania. Oto w zaduszkowym wydaniu "Gazety Wyborczej" znajduje się rubryka Którzy odeszli, upamiętniająca ludzi, którzy zmarli w poprzednim roku. Obok postaci wybitnych znajdujemy tam nazwisko znanego gangstera o pseudonimie "Baranina" oraz dwóch synów Saddama Husajna, znanych z tego, że zabijanie i torturowanie sprawiało im sadystyczną przyjemność. Jak można spokojnie coś takiego skomentować? Ano spróbuję: "Gazeta Wyborcza", stawiając znak równości pomiędzy dobrem i złem, nakłania nas, byśmy z równym szacunkiem co Zbigniewa Lengrena czy Zofię Hertz uczcili pamięć "śp." bandyty Jeremiasza Barańskiego. To nawet nie jest już kwestia dobrego smaku czy przyzwoitości. Wiem, że do redakcji „Gazety" przyszło z całej Polski wiele listów w tej sprawie, ale żaden nie został opublikowany. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej tylko to, że wedle redaktorów „GW" nie istnieją wartości moralne ani społeczne i że bandyta jest człowiekiem tak samo wartościowym jak niepospolity twórca kultury.

Ale i renomowany i poważny dziennik "Rzeczpospolita" nie pozostaje w tej mierze w tyle. Na drugiej stronie gazety publikowana jest od jakiegoś czasu rubryka pod nazwą Postacie, w której przedstawiane są osoby ze świecznika polityki, kultury i nauki. I oto obok Kristiana Zimermana, brata Rogera czy Rogera Moora (niedawno odwiedził Polskę) mamy sylwetkę ze zdjęciem przestępcy i malwersanta (ukradł ze wspólnikami kilkaset milionów złotych) – Józefa Jędracha. Ta sama "Rzeczpospolita" jest współwydawcą książki, której całą okładkę zajmuje roześmiana twarz Lwa Rywina. Inny przestępca o pseudonimie (zdaje się) "Słowik" jest autorem książki o swoim przestępczym życiu, która rozeszła się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy i której dzisiaj nie sposób dostać w księgarni.

Profesor Gaviryde Becker, wybitny amerykański znawca problemów agresji, udowadnia w swojej książce far strachu, że od chwili, gdy media poczęły interesować się i nagłaśniać (ze względów czysto komercyjnych) ataki agresji, liczba tych ataków w Stanach Zjednoczonych wzrosła kilkakrotnie (!). Przyczyna jest banalna: ludzie naśladują takie wzorce zachowań, które zapewniają im popularność. Opisując przypadek Ruth Steinhagen, która postrzeliła w hotelu znanego sportowca, de Becker stwierdza: "Mając dziewiętnaście lat, Ruth uważała, że lepiej jest być poszukiwaną przez policję niż przez nikogo niechcianą. Mniej więcej dwadzieścia lat później tak samo musiała uważać kobieta o nazwisku Valerie Solanas. Mając ambicje pisarskie i aktorskie wniosła broń do pracowni Andy´ego Warhola i postrzeliła słynnego artystę. Krótko potem podeszła do policjanta na Times Square i powiedziała: »Szuka mnie policja«. I dodała z dumą: »Chcą mnie dostać«. To właśnie Andy Warhol jest autorem powiedzenia, które stało się niejako symbolem epoki mediów: »W przyszłości każdy będzie znany na całym świecie przez piętnaście minut«. Jest prawdziwym szyderstwem losu, że Valerie Solanas miała swoje piętnaście minut kosztem Andy´ego Warhola. W ubiegłym roku dostała dodatkowe dziewięćdziesiąt minut, kiedy nakręcono pełnometrażowy film o jej życiu". A skoro bandyta i menel (propagowany na dodatek przez wielkonakładowe i opiniotwórcze gazety) stał się istotnym elementem polskiej kultury przełomu XX i XXI wieku, jest całkowicie zrozumiałe i oczywiste, że jest także ważną postacią literacką.

Zaskakujące jest natomiast na tym tle zachowanie krytyków literackich, którzy - jak się powszechnie domniemywa - znają historię naszej literatury, naszą tradycję oraz dzisiejsze mechanizmy promowania bestsellerów. Zakładając miłosiernie, że w grę nie wchodzi ich głupota lub niedouczenie (już bardziej skłonny byłbym zrozumieć przekupstwo), doszedłem do wniosku, że Jerzym Pilchem, który wypromował Dorotę Masłowską, kierowała przewrotność połączona z cynizmem. Ten piekielnie inteligentny i prześmiewczy pisarz musiał zauważyć, że skoro w najpoważniejszych mediach w Polsce można opublikować bezkarnie każdą, najbardziej wierutną bzdurę, to można również wypromować Wojnę polsko-ruską... jako najwybitniejszą książkę roku 2002. On sam doskonale bowiem zna wartość własnego pisarstwa i na pewno jest bezustannie zaskoczony, że cieszy się taką poczytnością i pokupnością. Dlaczegóż by więc - pomyślał zapewne - nie Masłowską? Hasło chwyciło, znalazł akolitów (powtarzać bzdury za Pilchem to nie to samo, co za jakimś anonimowym Piprztyckim), zaś poważny do niedawna tygodnik "Polityka" dał się złapać na ten lep. A teraz widzę sobie pod zamkniętymi powiekami, jak Jerzy Pilch siedzi w fotelu z kieliszkiem czegoś dobrego i zaciera z uciechy ręce, jakiego to wypłatał figla. Wie, że Wojna polsko-ruska... jest nic nie warta, ale przecież nabrał setki tysięcy ludzi i wpływowe gazety. Nic nie zastąpi tak wspaniałej zabawy i jestem pewien, że za ileś tam lat sam Jerzy Pilch opisze to w swoim dzienniku, który niechybnie wyda, aby pokazać gawiedzi, jak to się kiedyś setnie zabawiał.
Andrzej W. Pawluczuk

Esej ukaże się w marcowym wydaniu miesięcznika "Tygiel"