Z JACKIEM CYGANEM - poetą, autorem znakomitych tekstów w lepszych czasach polskiej piosenki - NIE TYLKO O DWOISTOŚCI DUSZY- rozmawia Ewa Karbowska
Jacek Cygan, niewątpliwie jeden z tekściarskich filarów polskiej piosenki niebanalnej w łaskawszych dla niej czasach i, o czym pewnie wiedzą już nie wszyscy, autor mądrych wierszy, spotkał się ze mną w - ulubionej przez wielu stołecznych artystów - warszawskiej kawiarni ANTRAKT. Miejsce na rozmowę Artysta pozwolił mi wybrać. A ja zdecydowałam się właśnie na to, a nie inne, w przekonaniu, że panująca tu atmosfera wyciszenia, otoczenie starych mebli, stylowych fotografii i innych bibelotów będą sprzyjały konwersacji na tematy niegłupie...
Jeszcze przed spotkaniem uprzedziłam Pana Jacka, że nie chcę raczej rozmawiać o merytorycznej zawartości Jego dokonań twórczych, bo tę wszyscy zainteresowani dobrze znają, nie zainteresowani i tak nie przeczytają, więc po co się powielać. Dodałam też, że nie chcę zajmować się tematami ekscytującymi tytuły plotkarskie, bo to i poniżej mojego intelektu i poziomu reprezentowanego przeze mnie pisma. Ustaliliśmy wstępnie, że pogadamy o DWOISTOŚCI. Dwoistości mianowicie Jego duszy i co istotniejszych, wynikających z faktu tegoż rozdwojenia, sprawach.

Ewa Karbowska:

  • Jak pogodzić ze sobą okoliczności, że Pan, człowiek o - bez wątpienia wrodzonej - wolnej artystycznej duszy, poeta, a więc osoba o nie tylko artystycznych uzdolnieniach, ale przede wszystkim podniesionym progu wrażliwości, wybrał - jako młody chłopak - studia, mało że techniczne, to jeszcze obciążone dodatkowo balastem wojskowego drylu?
Jacek Cygan:

Na moją decyzję o podjęciu nauki na , nowo wtedy powstałym i bardzo nowatorskim, Wydziale Cybernetyki Wojskowej Akademii Technicznej wpłynęła zbitka moich młodzieńczych rozterek , sugestii nauczycieli ze szkoły średniej i... miejsca zamieszkania. Dwoistość, o którą Pani pyta, dała o sobie wyraźnie znać w latach licealnych. Umysłowość miałem już wtedy ściśle uporządkowaną. A emocjonalność unosiła mnie w zupełnie inne , te bardziej artystyczne i poetyzujące rejony.

Do tego dochodziło coś w rodzaju pozytywnej presji nauczycieli. Z jednej strony znakomity matematyk - z sosnowieckiego liceum im. Emilii Plater - „groził", że nie zechce mnie znać, jeśli zaprzepaszczę rezultaty swego obiecującego flirtu z „królową nauk", czyli - oczywiście - matematyką. Z drugiej Jego, równie zdolni i uparci, koledzy z pracy, mój historyk i polonistka, sugerowali wyklęcie w przypadku odłożenia na bok uzdolnień, pasji, a chyba i po prostu naturalnych dla mnie skłonności natury humanistycznej...

E.K.:

  • I jak w końcu poradził Pan sobie z dylematami zbyt wszechstronnego intelektualnie młodzieńca?
J.C.:

Wtedy, chyba w chłopięcej naiwności, myślałem, że pasji, czyli artystycznej strony mojej natury, nie trzeba, a może i nie warto, pogłębiać w trybie akademickim. Po prostu nie chciałem być przymuszanym do wkuwania tego, co kocham. Równocześnie bardzo chciałem być jak najbliżej możliwości korzystania z kultury. I to, obowiązkowo, kultury tej najwyższej próby. Wymarzyłem więc sobie studia techniczne - na Akademii Górniczo - Hutniczej - ale za to w królewskim Krakowie. To jednak nie było mi dane.

Obowiązujące wtedy przepisy o rejonizacji cywilnego kształcenia nie pozwalały mi na to. Mogłem owszem studiować, ale w Gliwicach, co - w tamtych warunkach - wiązało się dla mnie, chłopaka z Sosnowca, z codziennymi - w sumie kilkugodzinnymi - dojazdami. Na to - człowiek złakniony życia - w możliwie największej różnorodności jego twórczych przejawów - nie miałem ani ochoty, ani - to chyba głównie - czasu.

E.K.:

  • Dość jasno wytłumaczył się Pan z motywacji wyboru technicznego wykształcenia. Ciągle jednak nie wiem jednego. Po co człowiekowi o duszy artysty armia, i to jeszcze w tak nieciekawych ustrojowo czasach?
J.C.:

Proszę mi wierzyć, ja tego aspektu w ogóle nie brałem pod uwagę. Tak jakby słowo „wojskowy" w nazwie wybranej przeze mnie uczelni w ogóle nie istniało. Było tak, przeczytałem wtedy w tygodniku ITD wywiad ze studentem WAT-u, który opowiadał o nowo powstającym Wydziale Cybernetyki i studiach na nim. I ja się całkowicie tą sprawą zafascynowałem!

No bo poza studiami była Warszawa z jej wspaniałymi teatrami, klubami studenckimi itp. Pamiętam, że przyjechałem z mojego Sosnowca w maju, tuż po maturze, na warszawskie Bemowo. Wszystko kwitło, studenci leniwie wracali z zajęć. Porozmawiałem z nimi. Mój sondaż wypadł pozytywnie. W lipcu, mimo, że było jedenastu kandydatów na jedno miejsce, zdałem egzamin i zacząłem studia na Wydziale Cybernetyki. Spotkałem tam wspaniałych ludzi, kolegów ale także wykładowców, z którymi do dzisiaj się przyjaźnię.

E.K.:

  • To studia, a co z Pana pasjami kulturalnymi?
J.C:

Chłonąłem z całych sił kulturalną Warszawę - premiery teatralne, Konfrontacje filmowe, studenckie kabarety. I zacząłem z przyjaciółmi jeździć na studenckie rajdy, a tam spotkałem ludzi, studentów z różnych miast, którzy sami pisali wiersze i piosenki. To mnie porwało i razem z Jurkiem Filarem, studentem watowskiego Wydziały Elektroniki napisaliśmy nasze pierwsze piosenki. Muszę podkreślić, że zrobiliśmy to jakby w rewanżu dla tych ludzi, którzy przez swoją twórczość tyle nam dawali. Prawda jest taka, że gdyby ci nasi już wtedy przyjaciele tego nie zaakceptowali, z pewnością byśmy dali sobie spokój. Ale oni zaczęli te nasze piosenki śpiewać, dali nam odczuć, że one im się podobają! To było niesamowitą motywacją do pisania, otworzyło nas.

Skończyłem studia i zacząłem pracować na Wydziale Cybernetyki jako asystent, ale ta miłość nie dawała mi spokoju. Z czasem pragnienie poświęcenia się pisaniu stało się tak silne, że zmieniło moją życiową drogę. Zawsze jednak zastanawiam się, czy gdybym studiował na AGH albo, na przykład polonistykę, czy dzisiaj bym pisał?

E.K.:

  • A teraz zapytam przewrotnie, czy czasem czuje się Pan jeszcze inżynierem?
J.C.:

Ostatni raz poczułem się nim chyba w momencie, gdy magazyn PRZEGLĄD TECHNICZNY przyznał mi, kilka lat temu, tytuł Honorowego Inżyniera. Jak stwierdzono, w uznaniu dla dorobku artystycznego, tym dla Nich cenniejszego, że należącego do kogoś z wykształceniem technicznym. Nawiasem mówiąc, wyróżnienie to obierałem wspólnie z Rektorem krakowskiej AGH. Gdy powiedziałem Mu, że kiedyś o mały włos nie zostałem Jego studentem, z rozbawieniem zauważył, że wtedy pewnie nie spotkalibyśmy się przy dzisiejszej okazji.

Przyznałem mu rację.

E.K.:

  • A czy czynny twórca, no honorowy inżynier oczywiście też, ma jakieś ulubione miejsce na Ziemi? Jakiś zakątek, albo kąt, który jest Mu szczególnie bliski? Który jest, albo czasem bywa, przedmiotem - lub podmiotem - artystycznych inspiracji? Mam nadzieję, że moja ciekawość, gdzie to jest, nie będzie przejawem niepożądanej niedyskrecji?
J.C.:

Nie. Nie będzie. A to głównie dlatego, że nie ma jednego takiego miejsca. Przyznam się natomiast do słabości, jaką mam do wysokich nadmorskich brzegów, głównie w basenie Morza Śródziemnego. Lubię siedzieć w takich miejscach i patrzeć na morze. To wycisza mnie, ułatwia skupienie. Jeśli nie zabrzmi to kiczowato, to powiem nawet, że inspiruje.

E.K.:

  • Kiczowato z pewnością nie. Ale to Morze Śródziemne?... Czy rodzimy Bałtyk naprawdę nie ma szans?
J.C.:

Nie wiem. Po prostu nie znalazłem nad Bałtykiem takiego brzegu. Jak dotąd.

E.K.:

  • A jak już człowiek przysiądzie na takim melancholijnym śródziemnomorskim brzegu, popadnie w zadumę, to i może przysnąć. Czy Jacek Cygan pamięta jakiś swój najbardziej przerażający, bo takie chyba bardziej- od tych ckliwych - pobudzają artystyczną fantazję, sen?
J.C.:

Owszem, miałem taki sen, tyle, że - akurat wtedy - nie śniłem na morskim brzegu.

E.K.:

  • ????
J.C.:

Śniło mi się, leżę na stole operacyjnym i wiem, że sprawa jest bardzo poważna. Obok leży gazeta, w której czytam, że zmarł generał Charles de Gaulle, a de Gaulle, jeszcze wtedy żył. Przez lata bałem się chwili rzeczywistej śmierci francuskiego generała. Myślałem, że, gdy On umrze, mnie stanie się coś złego. De Gaulle zmarł, a nic takiego się, na szczęście, nie wydarzyło. Od tej pory szczególną estymą darzę Jego pomniki. Zwłaszcza ten paryski i jego warszawską replikę.

E.K.:

  • Człowiek z estymą nawet dla pomnika... Ludzi kocha chyba jeszcze bardziej, niż ich spiżowe podobizny?
J.C.:

Różnie z tym bywa, ale generalnie tak. Kocham ludzi. Jestem na nich otwarty i ich ciekaw.

E.K.:

  • Nawet tych kolegów z „branży", którzy mają cokolwiek rozdęte, niekoniecznie tylko artystyczne ego?
J.C.:

Takich znam niewielu. A tych, których znam staram się omijać. Pozostałych kocham za pasje i ich zdolności odkrywcze. Taka miłość uczy, pokory także.

E.K.:

  • Pozwoli Pan, że na koniec zapytam, co zmieniłby Pan w polskiej rzeczywistości artystycznej, albo przynajmniej w percepcji tej rzeczywistości, gdyby to wyłącznie od Pana zależało?
J.C.:

Bardzo cierpię z powodu nieobecności polskiej piosenki w polskich mediach. Zwłaszcza tych publicznych, deklarujących misję kulturotwórczą. Bo tu nie chodzi tylko o piosenkę. W zjawisku, o którym mowa widzę niestety zagrożenie dla ciągłości polskiej kultury w ogóle. Z radiowych i telewizyjnych głośników prawie już nie słychać, napisanych w pięknej polszczyźnie, mądrych tekstów Mariana Hemara, Agnieszki Osieckiej, czy Wojtka Młynarskiego. A polskie dzieci i nastolatki postrzegają Polskę jako kraj, gdzie królują wyłącznie anglojęzyczne piosenki.

E.K.

  • A kiełbaski na krajowej majówce piecze się na oryginalnym... chińskim grillu?...
J.C:

Otóż to, na oryginalnym chińskim.

E.K.:

  • Coś mało optymistyczna wyszła nam ta pointa, niestety.
J.C.:

Żeby było trochę weselej, nawiążę do pani tytułu „/Nie/ cyganiący Cygan". Proszę sobie wyobrazić, że kilka lat temu byliśmy z żoną w Zakopanem u mojego przyjaciela Kuby Krugera. Spodobał mi się przedwojenny obrazek przedstawiający nasze piękne Tatry. I Kuba bez wahanie zdjął go ze ściany i napisał z tyłu: „Cyganom, którzy prowdę mówiom!"

Ma Pani zatem bliską osobę pod Giewontem.

Na koniec chciałbym zaprosić Panią oraz Czytelników  na premierę mojego nowego tomu wierszy „Pies w tunelu" wydanego przez Wydawnictwo „Iskry". Wieczór będzie miał miejsce w Filii Fabryki Trzciny na warszawskim Skwerze Hoovera, 6 czerwca o godz. 19.00.

Troszkę „pocyganię", za to na pewno w miłym i zacnym gronie.

Jednak nie zostawiać Czytelników, Pani i wreszcie siebie kompletnie bez nadziei na zmianę tego stanu rzeczy, zapraszam wszystkich (6 czerwca 2011 o godzinie 19.00) na warszawski Skwer Hoovera. Będę tam czytał i promował swój, PIERWSZY OD SZEŚCIU LAT, tomik poezji.

E.K.:

  • Dziękuję. I za wywiad i za zaproszenie. Będę na pewno.
J.C.:

Ja również dziękuję i już cieszę się na spotkanie z Panią i. Naturalnie, innymi potencjalnymi słuchaczami i czytelnikami.

Ewa Karbowska