Nie tylko o Antonim Murackim
Jeszcze przed rokiem 1989, tj. przed ostatnią polską zmianą systemu społeczno - politycznego, pewien mój znajomy, też zresztą niegdysiejszy bard i poeta, przestrzegał swoich kolegów z branży. Zwykł był mawiać do nich, mniej więcej, tak: „Chłopaki, zdejmijcie do k.... nędzy te sceniczne czarne golfy i przestańcie krzyczeć do słuchaczy. Bo jeśli przypadkiem coś wreszcie wykrzyczycie, to raptem może się okazać, że nie ma przed kim występować".
Wówczas nikt specjalnie tego człowieka nie słuchał. Chodziło przecież o sprawę. Wszyscy, z wielkim przekonaniem, wkładali wspomniane wyżej czarne golfy i krzyczeli, ile talentu od Boga, tudzież sił w płucach.

Różniły ich jedynie zakres tematyczny i proporcje. Jedni śpiewali tylko o polityce, oczywiście tej szeroko rozumianej, czyli np. apelowali o nie łamanie, z pomocą tekstów własnych i cudzych, praw człowieka. Inni dodawali do tego jeszcze lirykę miłosną i szeroko rozumiany „człowieczy los", poszerzając tym sposobem zarówno prezentowane spektrum ludzkiej moralno-psychicznej aktywności, jak i krąg potencjalnych odbiorców. Byli i tacy, którzy polityką nie zajmowali się prawie, albo nawet i dokładnie, wcale. Ponieważ jednak mieścili się w gatunku „poezji śpiewanej" i często występowali z „politycznymi" kolegami, także im przychodziło dźwigać najpierw ciężar, a potem chwałę opozycyjności. Jedni radzili, i radzą, sobie z tym lepiej, inni gorzej...

Co do jednego, i wtedy i dziś, nie było, i nie ma, sporu. Żaden ze znanych mi, a - choćby z racji pokolenia, wykształcenia, intelektualnych skłonności, hobby, oraz - podobno - jakichś tam uzdolnień - trochę Ich znam, nie tęskni do poprzedniego systemu opresji politycznych. Wielu natomiast z żalem wspomina te pełne sale i salki. Wciąż pamięta te , mniejsze i większe, ale zawsze pełne, pomieszczenia koncertowe, w których ludzie łaknęli mądrego słowa, a i od pięknej , wyciszonej, bo nierzadko pochodzącej z jednej gitary, muzyki oczywiście nie stronili.

Tymczasem słowa mojego, wspomnianego na początku, znajomego okazują się powoli prorocze. Ci, przecież wciąż mądrzy, ciągle wrażliwi i niezmiennie utalentowani artyści, ci czarodzieje słowa tyleż mocnego co tkliwego, występują jeszcze, tyle, że coraz rzadziej i, z roku na rok, przed coraz mniej liczną publicznością.

Kiedyś jedna z absolutnie wybitnych artystek tego poetycko-muzycznego gatunku powiedziała mi, że czuje się oszukania i zmielona przez nowy system. Przeżuta i wypluta przez tę rzeczywistość, którą - w sporym stopniu swoim uporem i talentem - choć przecież nie bez wsparcia innych ludzi, w każdym razie tu, między Odrą, a Bugiem - sama wykreowała....

Zrobiło mi się żal. W pierwszym odruchu pomyślałam, pełna zgoda i całkowita racja. Potem nadeszły dalsze refleksje, że to może nie całkiem tak. Aż w końcu wykrystalizowało się przekonanie, że „pies leży zupełnie, ale to zupełnie gdzie indziej pogrzebany".

Otóż, Artysta, prawdziwy wrażliwiec, kupił - bo tak z Jego natury wynikało - z całym dobrodziejstwem inwentarza, wolność polityczną. Nie kupił natomiast, jako dla Niego w kulturze nienaturalnej, sprawczej mocy mediów, i to mediów całkowicie podporządkowanych dwóm kryteriom. Pierwsze z nich to „oglądalność/ słuchalność" i idący za nimi zysk. Drugie, to prywatne „ekonomiczne słabostki" kulturalno-medialnych decydentów. Szczególnie obrzydliwe w tej części mediów, które bezczelnie gadają o misji kształtowania gustów odbiorców. Zwłaszcza tam, gdzie mowa o ukłonach w kierunku kultury wyższej.

W tych warunkach przestają się liczyć wartości artystyczne, czy zwyczajnie ogólnoludzkie. Zamiast sztuki w godzinach (i pasmach) najwyższej oglądalności/ słuchalności królują osobniki posiadające umiejętność zagrania góra trzech akordów, często - i pożądanie -z zagranicznym nazwiskiem, albo pseudonimem, ale za to z kieszeniami mogącymi uczynić zadość indywidualnym potrzebom „ludzi od kultury" (nie mylić z ludźmi kultury) zatrudnionych w coraz głupszych stacyjkach radiowych i telewizyjnych.

A bardowie, ludzie od płyt słów i przedsięwzięć istotnych, na co dzień w piwnicach i piwniczkach. Wychyną z rzadka tu i ówdzie. I nie jest ważne ile na ich kontach ludzkiej mądrości i dobroci. Ważne tylko dopisywanie zer na nie należących do nich kontach bankowych.

Niektórzy, Ci bardziej od innych uniwersalni w treściach i bardziej uparci w działaniach, jakoś się jeszcze trzymają. Wspomnę tylko Antoniego Murackiego i Mirosława Czyżykiewicza. Po trzy płyty solowe (następne już na końcowym etapie realizacji), wiele koncertowych i albumowych projektów grupowych, w tym międzykulturowych i antydyskryminacyjnych, czyli po prostu przyjaznych WSZYSTKIM, w tym na przykład niepełnosprawnym, ludziom. A wszystko to skromnie, po cichu i bez fanfar. Z tylko czasem powracającym pytaniem: Jak, gdzie i za co godziwie żyć, a przy tym jeszcze - niechby i tylko drobinę - sensownej duchowości, pokoleniom dzieci i wnuków, zostawić.

Ewa Karbowska