Nie ma ani odrobiny przesady w twierdzeniu, że fascynacje Antoniego Murackiego poezją i muzyką, to immanentna, a do tego najważniejsza, cząstka Jego natury. Przede wszystkim oczywiście natury artysty. To nawet nie druga, ale zdecydowanie pierwsza, skóra tego poety i barda, ale też pierwsza skóra tego człowieka. A skoro człowieka, to także, i to od bardzo wczesnej młodości, słuchacza. To namiętnego odbiorcy tego, co piękne poruszające ciekawe i ważne.
Ta właśnie odbiorczo-wykonawcza, a do tego poetycka, pasja sprawiła, że z czasem Antoni stał się nie tylko twórcą i wykonawcą własnych, bezsprzecznie istotnych wrażliwością, utworów. Zaczął, co nawet na jakiś czas przysłoniło Jego własną twórczość, fenomenalnie wykonywać i co bardzo ciekawe, ZWŁASZCZA przy UMIARKOWANEJ ZNAJOMOŚCI JĘZYKÓW OBCYCH, fantastycznie przekładać bliskich sobie duchowo pieśniarzy i poetów spoza Polski.

O wielopłaszczyznowości i głębi przygody Antoniego Murackiego z dorobkiem twórczym Czecha Jaromira Nohavicy pisałam już niejednokrotnie. Dlatego tym razem chciałabym dodać to i ono o innych artystycznych - a co za tym poszło i ludzkich - zauroczeniach warszawskiego barda. Zacznę może od rodaków Nohavicy.

Na pierwszym miejscu wymieniłabym, całkowicie intuicyjnie, Karela Kryla. Ten urodzony 12 kwietnia 1944 w Kromieryżu, a zmarły 3 marca 1994 roku w Monachium, pieśniarz poeta, grafik i ważny przedstawiciel nurtu publicystycznego  w czeskiej poezji lat 60- tych XX w., a więc zdecydowanie starszy „kolega po fachu", zdaje się być dla Murackiego źródłem wielu wzruszeń inspiracji i natchnień. Jeśli ktoś mi nie wierzy, nie wszak takiego obowiązku, gorąco polecam zapoznanie się ze znakomitą jakością tłumaczeń tekstów Karela Kryla, zarówno na koncertach Antoniego, jak i na internetowej stronie http://www.muracki.pl/ .

Spośród szczególnie ważnych ,w artystycznym życiu warszawskiego barda i poety, Czechów trzeba wymienić jeszcze jednego Karela, mianowicie Plihala. Tym razem mówimy o niemal rówieśniku Antoniego. Polak urodził się mianowicie 19 października 1957 roku, a ten jakże istotny dla Niego sąsiad z południa, przyszedł na świat 23 sierpnia 1958, w Přerovie na Morawach. Między obydwoma Panami, choć przyznam, że nie wiem czy znają się osobiście (choć raczej chyba tak, a to ze względu choćby na wieloletnią przyjaźń obu z Jaromirem Nohavicą) istnieje niewątpliwie jakaś absolutnie wyjątkowa twórcza chemia. Teksty i wiersze Karela Plihala Antoni przekłada nie tylko z ogromnym talentem i pieczołowitością. Czyni to także z ponadprzeciętnie wielkim sercem. Dowodem na poparcie tej tezy mogą być choćby takie utwory Plihala jak: JESIEŃ, MYSZ, czy NA DOMOWYCH SCHODACH. Całą, przełożoną zresztą nie tylko przez siebie, twórczość Plihala Muracki bardzo chętnie, by nie rzec imperatywnie, prezentuje przy każdej nadarzającej się, a stosownej po temu, okazji.

Żeby nie powstało wrażenie, iż poetycko -muzyczno -translatorskie zainteresowania i zauroczenia warszawskiego pieśniarza ograniczają się tylko do Czechów, to jeszcze dwójce innych Słowian, którym Antoni Muracki dał się artystycznie uwieźć. Jako wielbiciel kobiet, i niebywałego kobiecego śpiewania, dał się porwać urokowi tekstów śpiewającej po rosyjsku, a do tego jeszcze zjawiskowo pięknie Ady Jakuszewej. Jako hołdujący niebywałym męskim talentom poetyckim, taki samym głosom i charakterom, nie oparł się przeogromnemu, ILOŚCIOWO i JAKOŚCIOWO, dorobkowi - urodzonego 13 września 1951 roku w, zwanym wówczas Leningradem, Sankt Petersburgu Aleksandra Rozenbauma.

Determinacja Antoniego w , nie tylko zresztą językowym, przybliżaniu dorobku tego twórcy polskiemu odbiorcy jest zaiste podziwu godna. Bo ilość tekstów przepastnie wielka (można spokojnie liczyć w wielu setkach) i wachlarz tematyczny bardzo rozłożysty, że wspomnę tylko - wybierając spośród bardzo wielu innych „podgatunków" - pieśni bandyckie, miłosne, czy pacyfistyczne, a nadto są to rzeczy często bardzo wymagające intelektualnie, bywa, że bez sporej wiedzy socjologiczno -historycznej się nie obejdzie, i trudne translatorsko. Ale kto UPARTEMU i UTALENTOWANEMU zabroni. Na szczęście, dla nas słuchaczy, nikt. Dlatego bardzo ucieszyłam się na wiadomość o tym, że Antoni nosi się z zamiarem wydania płyty ze śpiewanymi po polsku pieśniami Aleksandra Rozenbauma. A podzielania tej radości, i przetrwania w niecierpliwym oczekiwaniu, i Wam wszystkim życzę, bo i warto i opłaci się też.

Ewa Karbowska