motto:
„z Antoniego M. czerpiąc płyt
dzień złożyłam w wielobarwny mit..."

Mit to przecież coś , podobno, nieistniejącego w co, choć to  jakoby nierozsądne, warto uwierzyć. Całkowicie nieobiektywnie, bo po cholerę mi ten obiektywizm, uwierzyłam, że barda i poetę Antoniego Murackiego wiele łączy z... Mikołajem Kopernikiem. Jak wiadomo, przynajmniej niektórym, ten astronom i ksiądz był również ekonomistą. To właśnie jemu przypisuje się autorstwo teorii o wypieraniu lepszego pieniądza przez gorszy. I jest, moi drodzy, ów punkt styczny między Murackim, a Kopernikiem. To ten mój, a z czasem, mam nadzieję, że także Wasz, mit wspólnoty losów dwóch ww. Panów.
Istnieje między nimi wprawdzie pewna, niewielka zresztą, różnica, ale jądro problemu pozostaje identyczne. Tyle, że kopernikańska obserwacja dotyczyła pieniądza, i na temat wyciągniętych z niej przez uczonego praktycznych wniosków nic nie wiem, a ta „muracka" dotyczy słowa i o wciąż wyciąganych przez artystę wnioskach wiem sporo. A skoro wiem to, z wielką, albo z jeszcze większą przyjemnością się podzielę.

Antoni Muracki, niemal tak dawno, jak Kopernik w sprawie pieniądza, zauważył, że lepsze - tj. w tym wypadku, na przykład: mądrzejsze, bardziej adekwatne do sytuacji, ładniej brzmiące, celniejsze i sensowniejsze - SŁOWO wypiera to gorsze, czyli po prostu swoje przeciwieństwo, które codziennie słyszymy na ulicach, w tramwajach i autobusach, tudzież innych miejscach publicznych. Skonstatowawszy ten obiektywnie smutny fakt postanowił, jak to poeta, czyli osobnik, dla którego słowo jest narzędziem pracy i przedmiotem nie udawanych wzruszeń, się nie poddawać.

Przyjął do wiadomości, że ludzie są dziś często zmęczeni, a mimo to wielu z nich bez forsy i, pewnie trochę w związku z tym, chociaż nie wyłącznie, myśleć im się nie chce. Pogodził się z okolicznością, iż na większości współczesnych salonów stroje, zwłaszcza te metaforyczne, znaczy intelektualne, bywają raczej byle jakie i gusta, niestety, też.

Jako antidotum na zerową chęć do „brania na klatę" naprawdę istotnych problemów, i roztrząsania ulotnych kwestii poetycko-filozoficznych, zastosował niemodne leki. Aplikuje swoim słuchaczom, na koncertach i na płytach, surowicę przeciw, jak powiada jedna z Jego piosenek, KULTURCE DLA MAS.

Jego SALONIKI Z KULTURĄ, czy autorskie recitale to, mierząc nie tylko dzisiejszą, kategorycznie zaniżoną(!!) miarą, ale i patrząc oczyma osób naprawdę wymagających, to prawdziwe SALONY KULTURY, a nawet AREOPAGI SUBTELNOŚCI. Jeśli mogę, nie opuszczam żadnej okazji, żeby z nimi obcować. Co i innym polecam. Jeśli nie mogę, wracam do płyt. Trzech, jak dotąd, solowych i wielu składanek. Co innym wprost zalecam. Ja, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, samozwańczy lekarz ludzkich dusz. U dobrych Mistrzów Słowa kształcony. Bo na powszednią i powszechną bylejakość najlepiej pomagają: cztery krople zażyte PO DRUGIEJ STRONIE, ampułka, a w zasadzie ampuła, ze ŚWIATEM DO SKŁADANIA i syrop o nazwie ZA BLISKO STOISZ. Wskazane są również wszelkie mieszanki i pochodne tych specyfików. Kreacje na takich, prywatnych, urządzanych we własnych, lub cudzych domach, koncertach są przeważnie dowolne. Poglądy, chwalić Boga, też. Ważne tylko by umieć latać. Jak JASKÓŁKA, albo chociaż LATAWIEC.

Ewa Karbowska