Ósmego lutego 2011 roku Warszawa dołączyła do - nie tak znowu licznego - grona miast, które mają własne Muzeum Erotyki. Jako osoba mająca wrodzony wstręt do pornografii i wyrobów jej tandetnego przemysłu, ale za to niezwykle ceniąca sobie artystyczne wcielenia szlachetnej, także cielesnej, ars amandi, 10 lutego postanowiłam sprawdzić, czy naprawdę i na pewno nie mamy się czego wstydzić. I z przyjemnością stwierdzam, że - co, niestety, wcale nie takie częste i oczywiste - nie ma powodów do konfuzji, czy zażenowania.
Podobne miejsce odwiedziłam kiedyś w Berlinie, jeszcze za życia „Nestorki gatunku", wiekowej już wtedy Damy, Pani Beate Uhse i przyznam, że to, co zobaczyłam w Warszawie, przy ulicy Grzybowskiej 3, bynajmniej nie ustępuje, ani jakością eksponatów, ani ulotną atmosferą, w której owe dzieła sztuki zdają się być pogrążone, temu co zachowałam w pamięci. Co więcej jestem przekonana, że nasze rodzime muzeum spokojnie porównania z siostrzanymi muzeami w Paryżu, Barcelonie, czy Amsterdamie.

W swojej, gromadzonej przez prawie 20 lat, kolekcji, będącej prywatną własnością współwłaściciela i Dyrektora Muzeum, Pana Dariusza Kędziory, posiada ono ponad dwa tysiące eksponatów z całego świata. Jest tu kolekcja porcelany, zbiory grafik, obrazów, rzeźb i amuletów pochodzących, tylko dla przykładu, z Tajlandii (tu coś lekko szokującego dla przeciętnego, wychowanego w kulturze chrześcijańskiej, Europejczyka - PENISY WOTYWNE), Peru, Indii, Chin, czy Japonii. Ale obok nich można też znaleźć zabytkowe przedmioty użytkowe. Pierwsze prezerwatywy i wrzutowy automat na monety do sprzedaży kondomów. Znajdzie tu więc coś dla siebie i prawdziwy koneser sztuki, mogący kontemplować jej, pochodzące głównie z Dalekiego Wschodu, najbardziej wyrafinowane przejawy, ale i obserwator rodzimego życia społecznego nie pozostanie bez satysfakcji. Dla niego są stare polskie plakaty akcji antywenerycznych i, nie tylko ojczyste, regulaminy domów publicznych.

A już prawie na koniec coś z całkiem innej beczki. Coś, czym - powiem to nieskromnie, choć prawdziwie - jeśli nie zajmę się ja, to bardzo nielicznym dziennikarzom, jeśli w ogóle, przyjdzie do głowy poruszyć ten wątek w kontekście Muzeum Erotyki. Jak stali czytelnicy moich tekstów wiedzą, a przypadkowi się dowiedzą, jestem od urodzenia osobą niepełnosprawną ruchowo. Na zewnątrz swego mieszkania poruszam się trochę o kulach, trochę na wózku inwalidzkim. Przed wizytą w Muzeum Erotyki niepokoiłam się więc czy, znajdująca się na pierwszym piętrze ekspozycja będzie dla mnie, i podobnych mi ruchowo, łatwo dostępna. Otóż jest. Na poziom sal wystawowych można się dostać albo wygodną windą koło recepcji, albo drugą na terenie, mieszczącego się w tym samym budynku, banku. Gdy tam się dotrze wszystkie przejścia między gablotami, czy pojedynczymi dziełami sztuki, są wystarczająco szerokie, aby podjechała do nich osoba na wózku. Nie sprawdziłam przyznaję, mea culpa, ale to wszystko z uwagi na zupełnie prywatny pośpiech, jak jest z dostępnością toalet, ale obiecuję naprawić to niedopatrzenie następnym razem. Tymczasem odnotowałam brak szatni. To jednak, jak mnie solennie zapewniono, sprawa kategorycznie chwilowa. W końcu byłam w Muzeum w zaledwie trzecim dniu jego funkcjonowania, i powiedzmy, że jeszcze drobne to i owo miało prawo nie działać pełną parą.

Tę przejściową niedogodność zrekompensowano mi, i to z olbrzymim naddatkiem, przemiłą rozmową. Interlokutorem okazał się drugi ze współwłaścicieli Muzeum, a jednocześnie Dyrektor ds. Marketingu tej instytucji, Pan Marcin Kucharski. Dyskutowaliśmy, aby uchylić tylko rąbka „tajemnicy", na przykład o potencjalnie możliwej współpracy w kampanii na rzecz społecznego postrzegania seksualności osób niepełnosprawnych. Odzew ze strony Pana Dyrektora Kucharskiego był zaskakująco dobry, tj. życzliwy i otwarty. Mam zresztą dla właścicieli całą furę, niekoniecznie związanych z ludźmi niepełnosprawnymi, pomysłów na Ich dalsze niekonwencjonalne działanie. Zobaczymy co z tego wyniknie...

Ewa Karbowska