Zapraszamy do odwiedzenia wystawy „Światłem i ciniem"- fotografie Andzreja Łojki w Starej Kordegardzie, Łazienki Królewskie, Warszawa. Wystawa będzie czynna jeszcze do 22 stycznia 2006. Część zdjęć z tej wystawy jest dostępna na naszych stronach, jako galeria zdjęć pt. „Sceny z dawnej polskiej wsi".

Redakcja

 

Światłem i cieniem

 

Pierwsze wrażenie, gdy się patrzy na te obrazy fotograficzne (bo to są obrazy), to nieodparte uczucie, że spotykamy się z żywym, niezwykłym pięknem niemal w stanie czystym, z pięknem wszystkiego, co na nich jest, dziewczyny i otaczających jej przedmiotów (choć są to zużyte starocie) wydobyte łagodnym, ciepłym, złocistym światłem. Jest to piękno, które daje rozkosz dla oczu, nasuwa skojarzenie o jakiejś słodyczy dawnego wiejskiego życia, wśród znajomych jeszcze (przynajmniej dla starszego pokolenia) przedmiotów, narzędzi, urządzeń, życia w spokoju i pewności każdej nadchodzącej godziny. Chwilami można się nawet zastanawiać, czy to nie jest zbyt łagodne, zbyt spokojne, a zwłaszcza zbyt słodkie i rozkoszne, bo piękno może nagle zgnić w takiej melasowej polewie. Ale nie, tak nie jest, bo następuje też drugie wrażenie, wrażenie dejà vu, w każdym razie w pewnym sensie, w znaczeniu widzenia czegoś trochę podobnego, oczywiście, u dawnych mistrzów malarstwa europejskiego. Zdajemy sobie jednak natychmiast sprawę, że jest to świadome nawiązanie do dawnego malarstwa, takie fotomalowanie światłem, z zastosowaniem inscenizacji, przemyślanej i nader zdyscyplinowanej kompozycji. W każdym razie efekt jest niezwykły, oryginalny, a co najciekawsze uzyskany na drodze całkowitej bezinteresowności, co bywa warunkiem wysokiego artyzmu. Inaczej mówiąc na fundamentalne pytanie: po co? można odpowiedzieć: po to, żeby było piękno.

Mówi Andrzej Łojko, autor tych fotoobrazów:

Najpierw zamierzałem stworzyć cykl martwych natur nawiązujących do malarstwa, głównie XVII-wiecznego. Pragnąłem jedynie tworzyć kompozycje z przedmiotami dawnego, minionego już świata. Cofnąć się do innej epoki, myśleć jak wtedy, znaleźć się na nowo w tym świecie. Zależało mi na starych przedmiotach, zniszczonych, wypolerowanych niejako przez ludzkie ręce, przez pokolenia, wskutek długotrwałego używania, ale na których jak gdyby ciepło tych rąk wciąż jeszcze można poczuć. Zobaczyłem kiedyś w sklepie starą lutnię, kupiłem ją, a moja modelka, Marzena Gorska - aktorka teatru w Tarnowie - przywiozła właśnie stosowny kostium i tak powstało pierwsze zdjęcie. Być może zresztą daje ono właśnie początek innemu cyklowi, ze starymi, ludowymi instrumentami. Naturalnie, ma to związek z właściwą wielu ludziom potrzebą poszukiwania własnych korzeni. Jestem na tej ziemi urodzony, jest we mnie potrzeba opowiedzenia o moim dzieciństwie spędzonym na wsi, z którego to czasu pamiętam głównie rzeczy dobre i miłe, a złe zapominam, albo nie chcę do nich wracać. Do tej pory, gdy znajdę się na wsi, to wszystkie jej zapachy - koni, krów, obory, nawet gnojówki - czuję jako swojskie, miłe, wcale nie przykre. Pozostały mi też w pamięci obrazy pracy wiejskiej, widzianej oczami dziecka.

I chciałem to pokazać. Analiza poprzez malarstwo, szczególnie barokowe, w którym zawiera się pewna filozofia, mistycyzm, duchowość, zaduma nad życiem i śmiercią, nad człowiekiem i jego losem, pozwoliła mi oczyścić te wspomnienia ze zbędnych elementów, poddać je dyscyplinie oszczędnej kompozycji. No i światło - ono tworzy klimat, atmosferę to ciemną, groźną, to znów przyjemną, jasną, radosną. To światło - o takiej ciepłej na ogół, złocistej barwie - przypomina bardziej tamto malarstwo niż dzisiejszą fotografię. Ta dokumentuje jedynie to, co pozostało w mojej pamięci, z tym, że ja to na nowo interpretuję, komentuję, poprzez kompozycję, układ, dobór sztafażu i reżyserię modelki. W ten sposób powstaje nowy obraz.

Temat okazuje się rozwojowy. Wspomnieliśmy o pierwszym zdjęciu z lutnią. Instrumenty, zwłaszcza instrumenty ludowe, mało znane, istniejące tylko w replice, takie jak np. suka biłgorajska czy fidel płocka, choć nie można sfotografować ich brzmienia, zaczęły niezwykle barwnie „grać" na zdjęciach. Nie gorzej od wiejskich narzędzi utensyliów i elementów sztafażu sprzed stu lat. Jeno że inaczej, tworząc nową serię obrazów „światłem fotomalowanych" -  Polskie instrumenty ludowe.

Poszukiwania dawnych, zaginionych instrumentów muzycznych naprowadziły autora na źródło i drogę skąd one do nas dotarły , Azję i „jedwabny szlak". Mamy więc następną historię i początek kolejnego cyklu - Instrumenty jedwabnego szlaku.

Różne drogi prowadzą do piękna, które jest coraz rzadszym zjawiskiem we współczesnej sztuce. Jeśli się pojawia, taka sztuka staje się podejrzana, wydaje się rozmijać ze współczesnym światem, który jest pełen zła, przemocy i śmierci. Więc i sztuka stara się za nim nadążyć, ukazując przede wszystkim brzydotę, zniszczenie, różne koszmary, deformacje i śmierć. Andrzej Łojko odważył się na inny kierunek, sięgnął do przeszłości i przywiódł ją do nas, oczyszczoną ze zła, z tego, co niemiłe, obce, drażniące i wywołujące strach. Pokazał z niej to, co swojskie i przyjemne, ciepłe i piękne. Czy tak można? A dlaczegóżby nie!

Jerzy Biernacki