Uchwalona właśnie przez Sejm ustawa o lustracji jest gigantycznym bublem prawnym. Mnie interesuje w niej tylko jeden aspekt, w którym partactwo prawne osiągnęło apogeum. Chodzi o lustrację dziennikarzy. Ustawa nie precyzuje bowiem, kto jest dziennikarzem, a wcale nie jest to oczywiste. Uchwalono więc lustrację bliżej nie wiadomo kogo, lub też prawie wszystkich, z nieograniczoną niemal możliwością rzucania pomówień bez pokrycia.
Obecnie jedyna definicja dziennikarza w polskim prawie znajduje się w ustawie Prawo Prasowe, która była stworzona w zupełnie innym celu. Ustawa ta miała określić prawa i obowiązki osób tworzących publikacje medialne i na te potrzeby określono dziennikarza, jako każdą osobę wykonująca pracę na rzecz redakcji. Tak więc, w świetle tej ustawy, dziennikarzem jest każdy kto choć raz napisał artykuł, list do redakcji, zrobił zdjęcie lub rysunek publikowany choć raz w prasie, udzielił wywiadu radiu lub telewizji itp. Prawdopodobnie tę definicję dziennikarza obejmuje jakieś 80 procent dorosłego społeczeństwa, a marginalną, wręcz znikomą mniejszością w tej grupie są dziennikarze zawodowi w tej chwili zatrudnieni w redakcjach gazet.

Taka definicja dziennikarza była dobra na użytek Prawa Prasowego, bo to prawo określało, co w mediach można napisać (lub powiedzieć) i jak. Dotyczyło także osób, które z mediami stykały się incydentalnie a nawet przypadkiem. Zaznaczam przy tym, że Prawo Prasowe określało także, co można zaśpiewać w piosence lub utrwalić na zdjęciu, bądź rysunku.

Przeniesienie takiej definicji dziennikarza do ustawy lustracyjnej tworzy absurd. Wynika bowiem z tego, że lustracji należy poddać każdego przechodnia, który wypowiedział opinię zagadnięty przez reportera z kamerą, lub licealistę, którego zdjęcie z wycieczki zamieściła gazetka osiedlowa.

Ale to tylko jeden z absurdów nowej ustawy lustracyjnej. Nawet gdyby sprecyzowano, że dziennikarzem jest ten, kto stale współpracuje z redakcjami gazet, to definicja takiej współpracy też jest elastyczna jak guma i praktycznie w wielu wypadkach nie egzekwowalna. Jak bowiem zakwalifikować człowieka, który od czasu do czasu napisze jakiś tekst do jakiejś gazety, za każdym razem innej i dostaje za to honorarium, lub nie? Wedle ustawy dziennikarz ma przedstawić „kwity" pracodawcy. A, przepraszam, któremu? Wszystkim? A jeśli pisze dla kolejnej gazety, dla której jeszcze nie pisał, to ma za każdym razem dostarczać razem z tekstem zaświadczenie z IPN, i tak do końca życia? Bylibyśmy jedynym takim krajem na świecie i rzecz jasna pośmiewiskiem dla świata. A co z osobami piszącymi pod pseudonimem? A co z autorami, który nie są obywatelami polskimi? W dzisiejszej prasie ogromna część tekstów spływa do redakcji przez Internet. W jaki sposób redakcja ma sprawdzić, czy autor podaje prawdziwe nazwisko? Jeśli płaci mu honorarium, to sprawdzi, ale ogromna większość redakcji lokalnych i środowiskowych honorariów nie płaci za zgodą autorów.

A może teraz senat ograniczy pojęcie dziennikarza do osób zatrudnionych na stałe w redakcjach gazet? No to dochodzimy do kolejnych absurdów. Jaki jest sens lustrowania redakcji „Taternika", „Muratora", „Giełdy Samochodowej" itp.? A redakcje gazet lokalnych, bardzo często jednoosobowe? Dziennikarz ma okazać kwity z IPN samemu sobie jako redaktorowi naczelnemu a później samemu sobie jako wydawcy? A po co?

Jeżeli już koniecznie trzeba robić lustrację dziennikarzy, to można jeszcze zrozumieć sens lustrowania ludzi, który przed 1989 rokiem pracowali w redakcjach gazet politycznych, takich jak „Trybuna Ludu", „Sztandar Młodych", „Polityka". „Rzeczposlolita" itp. No dobrze, ale tych obecna ustawa właśnie głównie nie dotyczy, bo większość z nich albo nie żyje, albo jest na emeryturze (w dzisiejszej redakcji „Polityki" i „Rzeczpospolitej" nie pracuje bodaj nikt z czasów PRL), albo wykonuje inne zawody. Ogromna większość dzisiejszych dziennikarzy, myślę że ponad 90 procent, to ludzie, którzy w czasach PRL nie byli dziennikarzami. To właśnie głównie ich chcą lustrować twórcy ustawy, pozornie nie wiadomo, po co (o tym dalej).

I na koniec dochodzimy do absurdu absurdów. Wedle ustawy, IPN ma ogłosić pełną listę pracowników i współpracowników SB. To ja się pytam, po co cała reszta tej ustawy? Jeżeli ktoś był agentem, to będzie na tej liście niezależnie od zawodu, jaki wykonuje. Po co jeszcze zaświadczenia, skoro ich wystawianie będzie tylko dublowaniem czynności sprawdzenia listy? Nie można sprawdzić bez zaświadczeń?

I powiem państwu po co. Cel jest ten sam, co w przypadku wytaczania procesu dziennikarzowi „Tageszeitung". Jemu, jako obywatelowi Niemiec, przebywającemu w Niemczech, kompletnie nic nie grozi, bo polskie prawo go nie obowiązuje. Czemu więc służy ta heca? Zastraszeniu dziennikarzy w Polsce - uważajcie krytykanci, bo robimy procesy! A czemu ma służyć lustracja dziennikarzy? Temu samemu, proszę państwa, temu samemu - czekajcie pismaki, znajdziemy my na was „kwity", a jak nie znajdziemy, to je zmyślimy, a wy się do końca życia nie wytłumaczycie!

Krzysztof Łoziński

Komentarze

Jota | 2006-07-25 13:09

Lustracja w technologii Maciarewicz-Wildstein!Taką ustawę lustracyjną Posłanki wraz z Posłami przesłali właśnie do Senatu. Według tej technologii wystarczy że w papierach zgromadzonych przez IPN znajduje się nazwisko i imię wskazanej osoby aby stała się ona podejrzaną o niecną współpracę. Nasi dzielni deputowani nie przejęli się zbytnio tym co na temat kwitów zgromadzonych we własnej sprawie mówi wielkim głosem gospodyni domowa z doktoratem! Nikt nie wysilił się aby wyciągnąć wnioski z dotychczasowych doświadczeń. Pierwotna lustracja miała zapewniać komfort agenturze wychodząc z założenia ochrony interesów służb wszelakich w przyszłości oraz spokoju egzystencji byłych członków i urzędników jedynej słusznej siły politycznej. Naruszenie komfortu agentury będzie teraz i w przyszłości owocować problemami w naborze nowych kandydatów na kolejnych Bondów tak długo aż w świadomości rodaków nie zgasną wspomnienia. Do służb będą się za to pchać różni maniacy dający od ręki gwarancję na powtórkę wyczynów ekipy Piotrowskiego.Skoro w IPN „skrzeczy” to coś jest na rzeczy ...