Mam kumpla, który jest chyba jedynym autentycznym postmodernistą jakiego znam. Kwestionuje dosłownie wszystko. Z każdej publicznej dyskusji wychodzi „zwycięsko”, bo zawsze jest o „jedno pytanie do przodu”. Prywatnie jest bardzo miłym człowiekiem, ale jego przedziwne żonglowanie między skrajnym pragmatyzmem, a równie skrajnym tumiwisizmem do dziś budzi moje głębokie zdumienie.

Postmodernizm stosowany
Znamy się tak koło 12 lat, a kumplujemy ze sześc. Mój przyjaciel – jak chyba większość postmodernistów – kwestionuje w zasadzie każdą możliwość sensownego porozumiewania się ludzi. Zasadniczym argumentem jest to, że taka normalna, „ludzka”, semantyka języka, którym gadamy bazuje m.in. na naszym indywidualnym doświadczeniu, uwarunkowaniach genetycznych i licho wie czym jeszcze. I w dodatku nie chodzi tu o znaczenie słów mało ważnych, ale właśnie tych najważniejszych, którymi wyrażać chcemy to, co najbardziej ludzkie – tzw. uczucia wyższe. Rzecz w tym, że ani doświadczenie, ani – tym bardziej – cechy genetyczne nie są transferowalne i nie można oczekiwać, że nasz interlokutor rozumieć będzie naszą wypowiedź tak, jak my. A jednak jakoś się dogadujemy. Przekazujemy sobie informacje, a jeśli przekaz nie jest jasny doprecyzujemy jego znaczenie rozmową, gdzie przeplatanie pytań i odpowiedzi pozwala zazwyczaj osiagnąć jakiś poziom zrozumienia. Nie zawsze jest to łatwe. Panuje dość powszechne chyba przekonanie, że w trudnych sprawach najlepiej dogadują się tzw. fachowcy, ludzie, którzy „zjedli zęby” na rozwiązywaniu takich samych problemów. Ale nawet oni mają niekiedy problemy ze zrozumieniem jeden drugiego. Świadomość istnienia kłopotów w porozumiewaniu się wydaje się być powszechna i przeciętny człowiek, któremu kazano by przekazać innemu człowiekowi jakąś informację lub zrozumieć o co interlokutorowi chodzi, ale zabroniono by zadawania pytań wziąłby wydającego polecenie za idiotę. A gdyby jeszcze zakazano mu bezpośredniej rozmowy i nakazano gadanie przez pośrednika, który rozmawiałby innym językiem z każdą ze stron owej „dyskusji” awansowałby pewnie zleceniodawcę na idiotę głębokiego. Tak zrobiłby człek przeciętny. Ale nie prawnik. Prawnik uważa taki sposób porozumiewania się ludzi nie tylko za normalny, ale za lepszy niż bezpośrednia rozmowa prowadzoną w tym samym języku. I wcale nie dlatego, że chodzi o jakiś sformalizowany język o względnie dobrze określonej semantyce np. język programowania lub klasycznej logiki. Nie, tu chodzi o język naszpikowany sloganami i zapożyczeniami z innego języka (aby było śmiesznie nikt nie wie jaka naprawdę była np. wymowa, bo język od stuleci jest praktycznie martwy), który nie znał większości typowych dla naszych czasów relacji społecznych. A dąży się do tego, by sędzia na rozprawie milczał i na końcu ocenił tylko wypowiedzi stron. Jak ma on je zrozumieć nie wiadomo. Chyba, że jest to jakiś inny gatunek człowieka. Ale większość sędziów na nadludzi raczej nie wygląda. Zresztą autor tego pojęcia nie przypisywał nadludziom sprawiedliwości, lecz jakąś szczególna wolę. Chyba mocy, ale nie chciałbym tych skojarzeń kontynuować, bo jeszcze mi ktoś powie, że treści zakazane propaguję

Prawdy mniej i bardziej objawione
Ale to jeszcze pryszcz. Wspomniany mój kumpel – postmodernista nie uznawał żadnych prawd. Niekiedy usiłował wprawdzie na użytek konkretnej dyskusji coś uznać za prawdę objawioną, ale przyparty do muru zeznawał jednak, że to „tylko w tym kontekście”.  Sprzeczności olewał, bo zawsze potrafił je oddzielić arbitralnie dobranymi rozłącznymi kontekstami. Gadaliśmy tak sobie o różnych sprawach. O filozofii, o polityce, o rzeczach wielkich i małych, ale przypisana do postmodernizmu elastyczność semantyki języka naukowego (mój kolega jest naukowcem) powodowała, że najlepiej wychodziły nam rozmowy o żarciu i dupie Maryny. Drugim powodem była absolutna niefrasobliwośc mego kumpla w traktowaniu tego, co zdarzyło mu się powiedziec wcześniej; owa wspomniana wyżej łatwość w oddzielaniu sprzecznosci rozłącznymi kontekstami. Nawet o chlaniu gadało nam się kiepsko, bo mój kompan jest mlekopijem, a z alkoholi pijał tylko jakieś ohydne krymskie słodkie wino (inne wina uważał za „gorzkie”) w ilości jeden kieliszek na dwa miesiące. Ale od oceniania  ludzi mój kumpel  odżegnywał się jak diabeł od żony Pana Twardowskiego. Nigdy nikogo nie oceniał. Czasem mawiał o jakimś znajomym „palant”, „matoł” czy np. „debil”, ale rozumiał przez to po prosu faceta, który miał inne niż on poglądy na sprawy naukowe. Ot, taki „późnoniemiecki” obyczaj rodem z klasycznego dyskursu filozofów niemieckich XIX wieku. Od Schopenhauera czy klasyków marksizmu specjalnie nie odstawał. I nigdy nie proponował, by takiego „matoła” czy „palanta” np. sadzac do więzienia ani obciążać grzywną. A prawnicy tak właśnie robią. Kompan mój przeszedł na emeryturę i wyjechał z Kielc. I już się martwiłem, że ubaw z min słuchaczy naszych pogawędek (często gadaliśmy w większym towarzystwie, np. latem w ogródku kawiarnianym) utraciłem na zawsze, gdy inny kumpel przypomniał mi, że przecież dokładnie tak gada sąd z występującymi w sprawie tzw. stronami.

Jakim językiem i o czym gadają w sądach?
No i rzeczywiście. Sąd gada językiem, który ma pretensje do bycia precyzyjnym i zwięzłym. Mile widziane są wtręty z łaciny, bo to do Rzymu nawiązuje i ma o erudycji gadacza świadczyć. Jak się temu jednak przyjrzeć bliżej, to pozostaje tylko śmieszność i napuszoność. Spektakl jest naprawdę żenujący. Może dla ludzi, którzy uzasadnień sądowych orzeczeń nie czytają, kontakt z językiem sali sądowej stwarza złudzenie opartej o solidne podstawy powagi i precyzji stosownych do szacunku jakim cieszyć się winien sąd. Jeśli człowiek nie ma wyjątkowo dużo szczęścia, to wrażenie to pryska po przeczytaniu kilku takich uzasadnień. Ja przez długi czas myślałem, że moje kontakty z sądem były absolutnie wyjątkowe, a standardem w sądzie jest poprawny język i dbałość o to, by nie pleść bzdur. Nie wpadłbym też przed kilku laty na pomysł, że sądy posługiwać się mogą tanimi sloganami po to tylko, by ukryć pod nimi niekompetencje lub lenistwo. Ja nie wiem czy w moich sprawach chodziło o to pierwsze czy o drugie, ale normalnie nie da się pisać o sprzecznych wypowiedziach tak, jak uczynił to sąd w mojej sprawie (por. tekst Jeszcze bardziej zagadkowy Senator). Nie wpadłbym nigdy na pomysł, że Sąd Najwyższy w jednym tylko orzeczeniu może zmienić człowiekowi zarówno pleć jak i (nb. nie pasujące do niej) personalia i na dodatek pomówić go o jakieś bliżej niesprecyzowane kontakty z pracownikami sądu (por Ciężka praca Sądu Najwyższego - czytają akta czy nie czytają? http://www.aferyibezprawie.org/index.php?menu=newsout&id=879por.).  Nie przyszłoby mi też do głowy, że zapytany o jawność wytworzonego przez siebie dokumentu odeśle pytającego do innego prawnika (por. Bezpieczna jawność ). A jednak tak się właśnie stało. Dlaczego? Ja nie mam pojęcia. Koledzy moi mieli, oczywiście, rację, mówiąc, że wiele na wyjeździe mego kumpla nie stracę, bo obserwowanie świadków naszych dyskusji zastąpić mogę czytaniem  uzasadnień orzeczeń lub wysłuchiwaniem wypowiedzi na rozprawach. Ubaw z nieporadnych, a nadętych, wypowiedzi rzeczywiście miał będę nadal. Jednak ta „klasyczna” forma zabawy wydaje mi się do dziś sympatyczniejsza. Jeśli już mam się w ten sposób bawić, to niechże będzie w tym normalne, ludzkie, poczucie humoru. Humor typu Schadenfreude jakoś mnie nie cieszy. Boję się, że w tym przypadku śmiałbym się z mojego w końcu Państwa, czyli właściwie z siebie samego.

O czym gadają sędziowie?

Ostatnio przeglądałem poświęcony sędziom i przez nich chyba stworzony portal Forum Dyskusyjne Sędziów Rzeczypospolitej Polskiej (http://sedziowie.kei.pl/phpBB2/index.php). Szukałem tam dyskusji na – jak mi się wydawało – typowe tematy nurtujące sędziów. Myślałem o czymś w rodzaju filozofii prawa, jakichś podstawach aksjologii, problemach psychologicznych czy psychofizycznych (np. nie tak dawno „Spiegel” zainicjował arcyciekawą dyskusję o wolności ludzkiej woli), czy choćby społecznym odbiorze wymiaru sprawiedliwości. Szukałem też jakiejś refleksji na tematy praktyczne; jak karę „wymierzać” tzn. jak „mierzyć stopień winy”, jak dbać o tzw. jednolitość orzecznictwa, a nade wszystko jak korzystać z własnego sumienia, do czego Ustawa sędziów obliguje. Poszukiwałem też gorących sporów o sens immunitetu, o możliwości samooczyszczania się środowiska sędziowskiego z ludzi, którzy sędziami być nie powinni, a którym immunitet gwarantuje bezkarność. Nie ma środowisk idealnych, więc byłoby to normalne. Oczekiwałem, że znajdę dyskusję o zagrożeniach przed którymi immunitet sędziów chroni, o dziurach w immunitecie, które umożliwiają naciskanie na sędziego za pośrednictwem jego rodziny (np. mobbingowaniu małżonka). Generalnie poszukiwałem jakiejś merytorycznej dyskusji ludzi, którzy decydują o ważnych dla społeczeństwa sprawach, o jakości życia wielu z nas, a często o tragedii ludzi dotkniętych wątpliwymi moralnie czy prawnie wyrokami.   Niczego takiego nie znalazłem. Znalazłem za to trochę rozmów technicznych (o konkretnych przepisach, jak dyskutują urzędnicy) i namiętną dyskusję o forsie. Ale może ja źle szukałem? Może ktoś z Państwa wytknie mi błąd wskazując równocześnie konkretne wypowiedzi na wspomniane tematy? Masochistą nie jestem, ale bardzo bym się ucieszył, gdyby mnie ktoś sensownie za moje gapiostwo opierniczył. Mam ku takiej uciesze poważne powody.

Demokracja z sądokracją trudno się dogaduje
Demokracja to, z definicji rządy ludu. Niezależnie od tego, czy przedstawicielska, czy bezpośrednia zakłada jednak jakiś wpływ szarego obywatela na skład zespołu, który Państwem zarządza i może mu (obywatelowi) nakazać np. płacić większe podatki, wymusić jego (obywatela) określone zachowania, czy np. wsadzić go do pierdla. Aby wpływ ten był realizowalny lud musi mieć szanse dogadać się z aktualną władzą i kandydatami do jej sprawowania w przyszłości w jakimś wspólnym języku. Ale wygląda na to, że sąd z ludem dogadywać się nie ma zamiaru. Sąd nie ma ochoty słuchać ludzi mówiących językiem potocznym. A typowy obywatel RP innego języka nie zna. Jeśli nawet zna jakiś inny język, to jest to zwykle również język etniczny, którego przeciętny sędzia nie zna, bo znajomość języków obcych nie jest wśród naszych sędziów standardem. Sąd, jeśli już zniży się do dyskusji ze zwykłym obywatelem, to wymaga od niego, by do wysokiego sądu mówił językiem prawników. Jest nawet gorzej, bo znajomość tego języka też nie gwarantuje, że sąd zechce obywatela wysłuchać. W wielu przypadkach wymagany jest certyfikat w postaci bycia adwokatem lub radcą prawnym. Sąd za taki certyfikat uznaje też stopień naukowy doktora prawa. Nauka zajmuje się odkrywaniem prawidłowości, które formułuje potem w postaci praw. Konia z rzędem temu, kto wśród naszych doktorów prawa znajdzie 1 (słownie jeden) procent takich odkrywców. Ale stopnie i prestiż stosowny mają. Jeśli obywatel nie jest adwokatem, radcą prawnym lub doktorem prawa, to musi sobie takiego tłumacza wynająć i dopiero za jego pośrednictwem usiłować swoje racje zakomunikować sądowi. O problemach związanych z tłumaczeniem z jednego języka na drugi (a chodzi tu nie tylko o języki etniczne) przeciętny sędzia pojęcie ma mętne, ale bierze to tłumaczenie na serio i jak się nawet coś popieprzy to winnym i tak jest obywatel, bo mógł przecież dopilnować, by jego pełnomocnik gadał co gadać powinien. Jak obywatel ma to uczynić, to już jego sprawa. Co to sędziego obchodzi. A jak obywatel nie potrafi tego sprawdzić w terminie wyznaczonym przez sąd, to wina tego obywatela. Jest on (obywatel) po prostu za głupi, aby dostąpić zaszczytu proszenia sądu o dostrzeżenie jego (obywatela) krzywdy.

Quid prodest?
Ale może to, tak per saldo, dla dobra ludu, bo język prawniczy jest o kilka klas precyzyjniejszy od tego, którym obywatel szary o swych mało ważnych sprawach gada? Może jego semantyka (znaczenie wypowiedzi) jest tak dobrze określona, że warto ten potoczny język durnego obywatela dla jego (obywatela) dobra poświecić i jednoznacznym językiem prawa o jego (obywatela) sprawach gadać? Albo może ten język prawa daje się łatwo przetwarzać i do jakiejś dobrej logiki pasuje? Nic z tych rzeczy, niestety. Semantykę języka prawa wyznaczają, z jednej strony, podobnie jak języka potocznego nawyki jego używania (konteksty, w których występują wypowiedzi), a z drugiej rozmaite wcześniejsze orzeczenia, najlepiej sądów wyższej instancji, a jeszcze lepiej niż najlepiej Sądu Najwyższego. Te „udoskonalenia” zwykłego znaczenia wypowiedzi poprzez dodanie owych orzeczeń maja to do siebie, że – zapewne w trosce o tzw. jednolitość orzecznictwa – nikt nigdy nie sprawdzał ich niesprzeczności. W Polsce nie ma po prostu nikogo, kto z mocy prawa dbałby o jego (prawa) niesprzeczność, czyli o to, by jedno orzeczenie nie przeczyło drugiemu. A przynajmniej ja nie słyszałem, by ktokolwiek z tytułu takich – ewidentnych nawet – sprzeczności poniósł odpowiedzialność. Ta precyzja języka prawa, to zwykła lipa. No to zobaczmy jak to jest z logiką. Jedyną, tak naprawdę powszechnie znana i jako tako w różnych miejscach stosowaną logiką jest klasyczny rachunek kwantyfikatorów. Dziś jest to już nie tyle logika w znaczeniu przypisywanym jej np. w czasach Monteskiusza, ale kawałek najzwyklejszej matematyki. I taka właśnie logika jest na większości wydziałów prawa wykładana. Jak wyglądało to na jednym z uniwersytetów wiem, bo tam pracowałem. Opowieści o tym jak studenci prawa rozumieją logikę przebijały nawet dowcipy o milicjantach. I w tym zakresie wiele się raczej nie zmieniło. Aby było weselej, logika, którą teoretycznie stosować powinni prawnicy obejmować powinna jeszcze tzw. logikę deontyczną, tzn. odnoszącą się do norm (prawnych) oraz jakąś postać logiki intensjonalnej, bo sąd ma oceniać intencje (zamiary) swych klientów. Obie są o parę klas trudniejsze od logiki klasycznej, a w przypadku pierwszej istnieje sporo zasadniczych kontrowersji związanych z pojęciem dowodu. Nawet bardzo naiwny matematyk miałby poważne problemy z uwierzeniem, że da się toto prawnikom sensownie podczas studiów wyłożyć. A o dokształcaniu się naszych orłów Temidy w tym akurat aspekcie ich pracy jakoś nie słyszałem.

 

Ale może ja przesadzam z tymi wymaganiami pod adresem sędziów? Może oni po prostu robotę zwyczajną jak np. sprzątaczka dobrze odwalają i wielkich szkód społecznych wyrządzić nie mogą? A ta sądokracja to termin wymyślony przez złośliwych pismaków, którzy z natury rzeczy szacunku właściwego dla władzy nie mają i jak mogą to od razu dziury w całych jej pięknych (jak jednego króla z bajki Andersena) szatach szukają? Niestety nie. Mnie dziś już tylko bawi grożenie, że nadchodzi czas sądokracji, kiedy to sądy przejmą uprawnienia Narodu. Tu nie ma czym grozić. My to już mamy. O tym, kto może zostać wybrany decydują sądy. Człowiek karany nie ma szans reprezentowania kogokolwiek, choćby opowiadało się za nim 90% Polaków. A ukaranym być można za wiele przewinień. I to sąd decyduje o tym, czy były one umyślne. Ja nie wiem nawet czy chcę jeszcze wierzyć w niezawisłość sędziów i w konsekwencji przypadkowość orzeczeń o posiadaniu przez obywatela RP biernego prawa wyborczego czy też wolałbym uznać, że sądy są ręcznie sterowane. Konsekwencją tego ostatniego byłaby przynajmniej jasność sytuacji. Tak jak w PRL-u. Wiadomo by było kto jest kim i żadne dywagacje nt. wyborczych preferencji obywateli nie byłyby potrzebne. Jeśli ktoś z Państwa wie co lepsze, niech napisze. Ale tak czy siak o jedno możemy się dopominać. Aby nie traktować nas jak durniów i gadać nam, że to dla naszego dobra panowie (i panie pewnie też) prawnicy te reformy prawa robią. Jeśli już robią nas w konia, to dopraszajmy się uprzejmie, by odbywało się to w lepszym stylu, bo jakby się tak dokładniej przyjrzeć, to durniów znaleźlibyśmy wszędzie. Wśród robiących nas w bolo też.

Do kogo to jest?
Ja mam świadomość, że takie jak wyżej opinie są dla wielu sędziów krzywdzące. Nie wiem jednak dla jak wielu, bo w Internecie, przynajmniej w znanych mi miejscach tych „innych” nie widać. I z konieczności reprezentują ich ludzie, których ja jestem w stanie dostrzec. C’est la vie, jakby powiedział Hrabia.
Waldemar Korczyński