Anatol Lawina wysłał ten artykuł do Rzeczpospolitej. Redakcja odmówiła. Redaktor oświadczył, że tekst jest za długi. Dla Kontratekstów jest on w sam raz. (Redakcja Kontratekstów)

Zawsze po wyborach pada mnóstwo krzyżujących się oskarżeń, oczywiście zawsze najbardziej winne jest społeczeństwo. Najpierw ganiono nas za triumfalizm, bo radość społeczeństwa ze zwycięstwa mogłaby zaszkodzić uznaniu przez komunistyczną władzę przegranej. Przegrani zaś biadolili nad brakiem wyborczej refleksji, z poważnych wyborów zrobiono antyrządowy plebiscyt, albowiem nawet koń na zdjęciu z Lechem Wałesą zostałby posłem, a nawet senatorem. Po pierwszych demokratycznych wyborach prezydenckich dowiedzieliśmy się od największego moralisty wszechczasów prof. Bronisława Geremka, że nie dorośliśmy do demokracji, gdyż na prezydenta wybraliśmy Lecha Wałęsę, a nie tego, który do tej demokracji dojrzał. Potem dokonaliśmy „zemsty na elitach”. Pretensje wreszcie ustabilizowały i już wiadomo, że społeczeństwo nie dojrzało, wybiera nie tych, a co gorsza - coraz mniej obywateli uczestniczy w wyborach. <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


W trakcie ostatniej kampanii wyborczej zarysowały się dwa zasadnicze pytania: Jaką rolę w naszym życiu publicznym spełniają służby specjalnych? Jaką też rolę spełniają media? Nic dziwnego, ich wpływ na życie publiczne i funkcjonowanie państwa okazał się ostatnio bardzo duży Na temat służb specjalnych już pisałem 26.02.2004 r w Rzeczpospolitej. Od tego czasu nic się nie zmieniło poza tym, że uzyskaliśmy pełną ilustrację tez dotyczących ich patologii. Wnioski dotyczące zmian sposobu funkcjonowania służb specjalnych powinny być sformułowane w programie rządowym nowopowstającej koalicji. Jeśli nie zostaną sformułowane i zrealizowane, to będziemy mieli następne afery wstrząsające rządem, parlamentem oraz nawoływania do budowy z kolei V Rzeczypospolitej.


Między mediami a politykami trwa ostra walka. Ma ona charakter krucjaty. Nie jest to zwykła walka o rząd dusz, mechanizm jej jest dużo bardziej skomplikowany. Natłok informacji luźnych, których nie możemy odnieść do czegokolwiek, tworzy w nas poczucie chaosu i wielkiego zagrożenia. Aktywność nasza jest zależna od tego jak spostrzegamy świat, a także od naszych oczekiwań. Cokolwiek zobaczymy musimy odnieść do jakiegoś wzorca, archetypu. Bez takiego uporządkowania rzeczywistość dla nas nie istniałaby, byłaby chaosem, stalibyśmy się zagubieni oraz bezradni. To uporządkowanie jest naszą świadomością społeczną. Z tego punktu widzenia nie do przecenienia jest rola Kościoła i wszelkich struktur politycznych takich jak partie i stowarzyszenia. Tu też wyrasta wielka rola mediów obrabiających, rozpowszechniających informacje, opinie, wzorce zachowań.


Za PRL media były częścią aparatu przymusu, traktowane były jako aparat propagandowy, posiadały bowiem jednego dysponenta - jedynie słuszną partię komunistyczną. W totalitarnym systemie realsocjalizmu partia komunistyczna sprawowała swoją władzę za pośrednictwem aparatu przymusu, resortów MSW, Sprawiedliwości, Służby Specjalnych (Komitet Bezpieczeństwa, Informacja Wojskowa, później SB i WSI), które należały do partii komunistycznej, a także za pośrednictwem resortów ideologicznych, jak Ministerstwo Oświata i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Kultury plus Radiokomitet, które też należały do komunistów. Z tą różnicą, że zależnie od aktualnego kursu politycznego raz należały do twardogłowych, a raz do partyjnych liberałów. O obsadzie zaś resortu Obrony Narodowej zawsze decydował Wielki Brat. Pozostałe resorty czyli tak zwaną bazę ekonomiczną poza Ministerstwem Finansów komuniści łaskawie oddawali zgniłym sojusznikom z PPS, ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego oraz ze Stronnictwa Demokratycznego. Wszak gospodarka była wtedy podporządkowana wyłącznie celom propagandowym. Posłuszeństwo społeczeństwa partia zapewniała sobie również dzięki masowemu członkostwu w niej oraz w związkach zawodowych i organizacjach młodzieżowych. Nad tymi członkami ścisły nadzór sprawował aparat partyjny oraz podległy mu aparat związkowy czy też młodzieżowy.


Po roku 1989, kiedy to partie pozbawiono ich dotychczasowego sposobu kontaktowania się i wpływania na masy, pozbawiono je też możliwości korzystania z aparatu przymusu oraz odcięto od wpływu na media; stawały się one z dnia na dzień zależne od mediów. Bowiem media przestały już być podległym im aparatem propagandy. Politycy i partie stały się w nowej rzeczywistości bezradne oraz bezsilne. Media. zaś za wszelką cenę chciały zmyć ślady swej hańby, flirtu z władzą, swojego udziału w zniewoleniu społeczeństwa. Ogłosiły, że będą bezstronne i niezależne, będą służyć wszystkim, tak jak sieć telefoniczna służy wszystkim abonentom. Odpowiadać będą tylko przed swoim sumieniem. Gwarantem zaś tego zobowiązania będzie niezależny dziennikarz. Niezależny od wszystkiego, nawet od wydawcy i redaktora naczelnego. Rzetelność i wiedza nie miała wtedy znaczenia, liczyła się tylko intencja. Być może naprawdę wierzyli, że media mogą być tylko niezależnym przekaźnikiem informacji, nie mającym wpływu na treść i sens przekazu.


Dość szybko jednak okazało się, że w praktyce to się jednak nie sprawdza. Media z jednej strony nie spełniały oczekiwań polityków, z drugiej zaś zaczęły mieć ambicje większe niż być tylko łączem telefonicznym.. Pierwszy konflikt powstał wokół Gazety Wyborczej i Tygodnika Solidarność. Inspiratorami tego konfliktu byli bracia Kaczyńscy, późniejsi liderzy PC oraz Prawa i Sprawiedliwości. Nie twierdzę, że całkowicie nie mieli racji, bądź nie było powodów do tego konfliktu. Ale sposób rozstrzygnięcia tego konfliktu był w iście komunistycznym stylu. Potem rząd Mazowieckiego nie mógł się przebić ze swoim stanowiskiem przez tłum niezależnych dziennikarzy. Każdy dziennikarz okazywał wtedy swoją niezależność proporcjonalnie do swojego poprzedniego serwilizmu w stosunku do komunistycznej władzy. Im bardziej był służalczy za PRL-u serwilizm tym większą dziennikarz okazywał niezależność po 1989 r, podkreślając ją swoją niezawisłością od faktów i argumentów.


Media zamiast być dobrym kanałem informacyjnym dostępnym dla wszystkich przekształciły się z roli dyspozycyjnego aparatu propagandowego, podporządkowanego partyjnym aparatczykom,` w samodzielną czwartą władzę tworzącą i obalającą liderów. .Politycy zaś pozbawieni najważniejszych instrumentów władzy tj. aparatu przymusu i mediów, nie posiadając swojego aparatu partyjnego, który by organizował doły partyjne oraz w razie potrzeby mobilizował ich do konkretnych akcji politycznych, zaczęli się umizgać, przymilać oraz przekupywać dziennikarzy czym się tylko dało. Najczęściej newsem, draką lub skandalem, byleby zaistnieć w świecie medialnym. Zwykły obywatel żyje sobie niezależnie od tego, czy media piszą o nim czy nie. Najwyżej jest chwilowym medialnym meteorytem. Natomiast polityk dziś bez mediów nie istnieje. Dla niego ważne jest aby w mediach, dobrze czy źle ale istnieć - patrz przypadek A. Leppera. Media zachłysnęły się swoją władzą i swoją niezależnością. Świat polityków leżał u stóp dziennikarzy. Dziennikarze okazali się jednak zależni od towarzyskich koterii.


Redakcje, powoli zagrożone widmem upadku, zaczęły się uzależniać od dających ogłoszenia, od właścicieli pism, bądź stacji. Nieraz byłem świadkiem, jak redakcja zdejmowała artykuł lub blokowała publikację informacji pod presją wycofania kampanii reklamowej przez zleceniodawcę. Na ogół reklamodawcy kierowali swoje zlecenia tam, gdzie było dużo czytelników, widzów lub słuchaczy, bądź traktowali swoje zlecenia jako pewien sponsoring polityczny. Uzależniło to czwartą władzę od zleceniodawcy reklam oraz anonimowego odbiorcy. Media walcząc o przetrwanie, czyli o widza i czytelnika, zaczęły schlebiać wyobrażonemu przez siebie masowemu odbiorcy, tworząc specjalnie dla niego papkę informacyjno-medialną. Widz z braku lepszego towaru wciska się w skrojony przez media garnitur, przyjmuje tę papkę za świat realny. W ten oto sposób media uzależniły się od nierealnego swojego wyobrażenia, odbiorcy, zarazem kreując go. Zamiast informować powiększały chaos, wnosiły i zrzucały z piedestału medialne autorytety, promowały i obalały polityków, tworzyły coraz to bardziej chaotyczną rzeczywistość medialną., rzeczywistość nieprzyjazną i frustrującą.


Nie oznacza to, że wszystkiemu były winne media, jednak nie mogą się one uchylać od odpowiedzialności za swoją nierzetelność. Co bardziej rzutcy politycy od czasu do czasu próbują uporządkować nadmierny, ich zdaniem, chaos medialny. Ale zamiast porządkować tworzą jakieś dodatkowe bariery, zakazy nakazy, powiększając w ten sposób w świecie mediów chaos i patologie. Nie należy lekceważyć chęci polityków i rządu podporządkowania sobie mediów. Każdy rząd a zwłaszcza ten z misją „rewolucji moralnej” będzie chciał podporządkować sobie media; wzmacniając finansowo media publiczne, bądź co bądź zależnych jednak od nich, przy jednoczesnym osłabianiu mediów prywatnych, różnymi dodatkowymi zakazami bądź nakazami


Skutki symbiozy władzy z mediami są opłakane. Jak media do spółki z rządem potrafią stworzyć tragikomiczny świat wystarczy wspomnieć medialny cyrk wokół zimy z roku 2001 na 2002 z opadami śniegu średnio dużymi jak na tę porę roku. Byliśmy wtedy zasypywani dramatycznymi meldunkami jak to dzielna dziennikarka dociera do zasypanej wsi z bochenkiem chleba, dzielny Premier łopatą odkopuje drogę, dzielne konie ciągną na saniach kobietę do porodu, itp. Dramatyzm sytuacji rósł z minuty na minutę, groził nam kataklizm większy niż wybuch bomby wodorowej. Żadna stacja oraz redakcja nie zwróciła uwagi na absurdalność informacji i komizm sytuacji. W zimie kiedy normalnością są opady śniegu kraj zamiera. Zatory powstały bowiem służby torowe, drogowe zaniedbały swoich obowiązków. Co też nie było, jak na polskie warunki, rzeczą wyjątkową. Media jednak bohatersko, bezstronnie i niezależnie informowały o dramatycznej sytuacji na polu walki z zimą. Premier zamiast zajmować się rządem w otoczeniu kawalkady borowików uśmiechając się do kamery wziął łopatę w swoje ręce. Ale też nadmierna aktywność polityczna mediów też daje również skutki opłakane.


Ciągle tkwimy w pozostałościach systemu totalitarnego, w którym media musiały odgrywać aktywną rolę: brać udział w jakiejś akcji: odśnieżania, „chuligani wysiadka”, czy też w ostatnio modnej akcji nakarmienia głodnych dzieci. Bowiem. zostaliśmy przez system totalitarny pozbawieni dziesiątek tysięcy więzi społecznych. Nie potrafimy zwykłych, codziennych spraw załatwiać bez sterowanej z góry akcji.. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać, dyskutować, wspierać i spierać się, pozbawieni zostaliśmy zwykłej ludzkiej solidarności. Od państwa, od rządu oczekujemy rozwiązania naszych codziennych spraw. Natomiast od obywateli oczekuje się aktywności raz na cztery lata i to tylko przy urnie.


Politycy, a tym bardziej partie boją się i nie chcą aktywności obywatelskiej w większym zakresie niż oddanie głosu na słusznego kandydata. Potem odbywa się w mediach globalne biadolenie nad niską frekwencją, odwróceniem się od polityki, od elit i autorytetów. Dla polityka jedynym wskaźnikiem jego skuteczności, posiadania słuszności, czy też przeświadczenia, że jego propozycje są pożyteczne dla Polski - stały się wyniki w sondażu. W ten sposób powstaje wynaturzona sondażowa demokracja. Nie ważne to że sondaże są narzędziem bardzo wrażliwym na manipulacje i można nimi mierzyć tylko proste relacje, np.: popularność medialną. Sondażami jednak nie zmierzy się racjonalności działania politycznego. Nadając nadmierną rolę sondażom politycy, media pogrążają się coraz to bardziej w urojonym świecie. Podejmowane decyzje wahają się od sondażu do sondażu. Nie są nastawione one na uzyskanie konkretnego efektu poza ociągnięciem dobrego wyniku w sondażu. Nie narzekajmy zatem na brak polityków z wizją państwa, bo nikt tego od polityka nie oczekuje, a zwłaszcza media ekscytujące się sondażami. Nasi politycy na śniadankach serwowanych przy mikrofonie bełkoczą jakieś bzdury zapchanymi ustami, a do tego jeszcze wzajemnie zakrzykują się. Dziennikarze prowadzący wywiady lub program TV przyjmują te bzdury za dobrą monetę, w ten sposób - jak za komuny - biorą udział w okłamywaniu i ogłupianiu społeczeństwa. Przysłowiowy dziewiętnastowieczny magiel w porównaniu z tymi śniadankami przy mikrofonie, to salony światłej myśli obywatelskiej, politycznej, a nawet myśli filozoficznej.


 Politycy nie zauważają absurdu w tym, że swoje wizje, swoje programy, swoje decyzje polityczne przekazują bazie politycznej i elektoratowi tylko za pośrednictwem wywiadów, śniadanek przy mikrofonie, za pośrednictwem dziennikarza, którego jedynym interesem jest zdobycie newsa i pokazanie, że on jest lepszy od swojego rozmówcy. Mrugając przy tym do widowni słuchaczy; „nie bierzcie tego poważnie, przecież to polityk, on musi tak mówić, sami widzicie Ja jestem niezależny, ja mu w waszym imieniu zaraz dołożę ”. Jakby ta niezależności i dziennikarska buta miała dawać patent na prawdę, wiedzę i mądrość!


Będę powtarzał do znudzenia: klasa polityczna jest naszą emanacją. Jest wytworem naszego głosowania na tego, który ma szansę, a nie na tego, którego uznajemy za wartego naszego mandatu zaufania. Największą szanse ma ten, którego wykreują media. Kogo kreują media to już wiemy To media wykreowały A. Lepera, B. Piwnik, L. Kaczyńskiego - oczywiście teraz wstydliwie starają się o tym zapomnieć. Teoria głosowania na tego, który ma największe szanse, bo szkoda zmarnowania twojego głosu, oddaje nad politykami władze mediom. Jest praprzyczyną coraz to większej degeneracji klasy politycznej.


System demokratyczny wymaga aktywności obywatelskiej, bez niej zawsze przerodzi się w rządy oligarchiczne. Dlatego tę aktywność trzeba rozwijać i pielęgnować. Zwłaszcza w społeczeństwie posttotalitarnym, postkomunistycznym. System demokratyczny wymaga niezależności mediów, składający z wielu podmiotów jawnie reprezentujących interes i opinie, nie ukrywające się za niezależnością dziennikarza, będącego zależnym od opinii jakiegoś amorficznego towarzystwa lub podporządkowanemu interesom tylko jemu znanemu sponsorowi publikowanego tekstu. Gwarancją wolności słowa jest tylko wielość rzetelnej informacji, publikacje wielości poglądów, rywalizacja między mediami, nie tylko o newsy i sensacje, ale też o wizje państwa toczące między sobą spory polityczne i ideologiczne. Wolność słowa jest tam gdzie jest wolny i swobodny przepływ rzetelnej informacji i poglądów. Dziennikarz jest niezależny tylko wtedy, gdy walczy o przekazanie rzetelnej informacji, a nie wtedy gdy przekazuje tylko tę informację, która jest jemu wygodna lub zgodna z jego poglądami, z jego interesami.


Czy w Polsce jest wolność słowa? Śmiem w to wątpić. Czasami mam wrażenie, że jest więcej cenzury niż 30 lat temu. Wtedy była tylko jedna cenzura. Teraz jest wielość cenzur. Nie wyobrażam sobie naprawy Rzeczypospolitej bez rzetelnej dyskusji. A jak na razie nie istnieje takie miejsce, ani taka gazeta, na której łamach można by było podjąć taką dyskusję lub która by stworzyła forum poważnej dyskusji o państwie. Od odpowiedzialności za stan Państwa Polskiego nie mogą uchylać się ani media, ani politycy, ani ci, którzy na nich narzekają. Jeśli media naprawdę chcą wziąć udział w naprawie państwa, muszą zacząć od siebie. To oczywiście dotyczy wszystkich środowisk. Nie ma tak, że można naprawiać u sąsiada, a u siebie zostawić socjalistyczny skansen. Bośmy tacy skromni, mało wymagający, nam ten skansen nie przeszkadza i. bardzo przyzwyczailiśmy się do niego...


Anatol Lawina
Autor: działacz opozycji demokratycznej i Solidarności podziemnej,
w latach 1989 - 1994 dyrektor zespołu w Najwyższej Izbie Kontroli

 

Komentarze

piotrwojcicki | 2005-11-02 17:30

Znakomita analiza. Nie chce się wierzyć, że jakaś gazeta nie znalazła dla niej dość miejsca na swoich łamach (ale są Kontrateksty!). Wielu dziennikarzy nie jest w stanie (nie chce?) pojąć, że właśnie w warunkach demokratycznej swobody wypowiedzi ich, dziennikarska odpowiedzialność za działania jest ogromna. A medialne wylansowanie Leppera pozostanie jedną z najczarniejszych kart w historii dziennikarstwa III Rzeczpospolitej.( I jeszcze długo bym mógł o urojonym świecie mediówł, ale bardzo mnie deprymuje owe &quot;max. 150 słów&quot;).