Nikt jeszcze w historii ludzkości nie oszukał tak wielu ludzi i nie sprawił, by wszyscy oni byli z tego powodu zadowoleni oraz wzmacniali efekt mistyfikacji poprzez własną pracę badawczą.
Poniżej publikujemy feagment książki o tematyce słabo znanej społeczeństwu od strony naukowej, za to w powszechnej świadomości funkcjonującej gdzieś na obrzeżach postrzegania, często z tej świadomości wypieranej, nierzadko świadomie omijanej, jako coś wstydliwego. Łatwiej się przyznać do HIV niż do choroby psychicznej. Czy depresja jest chorobą psychiczną? Z wielu prac naukowych zdaje się wynikać jednoznacznie, że tak i - jak wynikać zdaje się z badań - problem narasta w tempie apokaliptycznym. Poniższy tekst ukazuje zupełnie inne oblicze tego zagadnienia. 


                                                        System

     Żeby zrozumieć fałszywą konieczność leczenia „depresji" oraz równie irracjonalny i spreparowany fakt, iż stanowi ona epidemię, należy przyjrzeć się systemowi, który manipuluje zarówno psychologami, psychiatrami, jak i całym społeczeństwem. W owym systemie, już nie sposób odnaleźć winnego temu zakłamaniu, nie sposób nawet stwierdzić, kiedy większość ludzi straciła zdolność zdrowego osądu i zaczęła przyjmować za prawdę wszystko, co jej się wmówi.
Oczywiście, psychiatrzy i psychologowie stanowią integralną część tego systemu, bo to oni „informują" społeczeństwo o zagrożeniach nie leczonej depresji i jej nagłym wzroście w społeczeństwie, który nie jest niczym innym, jak konsekwencją informowania o zagrożeniach nie leczonej depresji i jej wzroście w społeczeństwie - co oczywiście skutkuje większą ilością wizyt w gabinetach tych specjalistów. Nie wiadomo, gdzie to błędne koło ma swój początek, a gdzie koniec.
     Pomimo tego, nie psycholodzy i psychiatrzy „pociągają tu za sznurki", bo oni wierzą w to, co mówią. Tylko nieliczni zdają sobie sprawę z tego, w czym mimowolnie uczestniczą, lecz milczą. Boją się wykluczenia ze środowiska, a czasem nawet realnych gróźb ze strony firm farmaceutycznych. Wydaje się jednak, że nie są pozbawieni osobistej motywacji do milczenia.

     Co bowiem zrobiłby psychiatra, gdyby ludzie racjonalnie stwierdzili, że dotąd ich okłamywano, manipulowano nimi i wyłudzano od nich pieniądze zalecając leki, które stanowią mistyfikację leczącą równie fikcyjne schorzenie? Co zrobiłby psycholog, który chociażby dzięki istnieniu lekkiej i umiarkowanej depresji w końcu nie musi zachęcać pacjenta do wizyt, nie musi go przekonywać, że nie powinien się wstydzić przez to, co mu dolega, że nomen omen - to naturalne - co przeżywa, bo miliony innych ludzi też „to mają".
   Specjaliści ci mieliby pustki pod drzwiami gabinetu, bo rzeczywiście chorych psychicznie jest w społeczeństwie zaledwie garstka. Szerzą więc, mniej lub bardziej świadomie, prochorobową propagandę i czerpią z tego zyski.

Mało tego, wielu z nich wypowiadając się w mediach twierdzi, że „nadal", tylko połowa chorych na depresję szuka i otrzymuje profesjonalną pomoc (pojawia się więc w psychiatrii i psychologii również jasnowidzenie). Publicznie i bezwstydnie nawołują do gabinetów, a raczej do wypełnienia swoich portfeli. Być może, niejeden ekonomista powiedziałby - należy korzystać z polskiego „produktu", bo gospodarka się rozwija - ale czy za wszelka cenę?

     O ile jeszcze psycholodzy są w tym względzie nieco bardziej uprawnieni (choć znacznie mniej świadomi), bo cały czas jest tutaj mowa o naturalnym cierpieniu, a więc stanie kwalifikującym się do udzielenia pomocy psychologicznej, to psychiatrzy „chcą" w tym samym przypadku, ludzi zdrowych, chemicznie wpływać na ich mózg.

     Częściowo, można to nawet zrozumieć. Gdyby z klasyfikacji zaburzeń psychicznych wyłączyć stany, które ewidentnie nie są chorobami psychicznymi, a w wielu przypadkach nawet zaburzeniami (Tabela 1), to pozostałoby w niej zaledwie kilka chorób. Mogłoby się przez to okazać, że psychiatria właściwie nie jest potrzebna, bo pozostałe w ICD - 10 choroby przejąć może neurologia, tym bardziej, że prawie połowa z nich ma organiczne podłoże.

     Aczkolwiek, istnieją konsekwencje opisywanego stanu rzeczy, wśród których należy wymienić m.in., zagrożenie samobójstwa wykraczające poza skutki uboczne fałszywych leków przepisywanych na fałszywe zaburzenie. Znane są przypadki samobójstw spowodowanych „samym istnieniem depresji", którą wmawia się ludziom zdrowym. Nie zabijają tu ani leki, ani objawy rzekomego zaburzenia, lecz sama propaganda i stosunek zindoktrynowanego społeczeństwa do kłamstw, jakie słyszy. Poniższy, tragiczny przykład jest tego odzwierciedleniem.

     „Dziesiątego listopada 2009 roku, znany bramkarz niemiecki Robert Enke, rzucił się pod pociąg. Na skutek niepowodzeń w footbolu, w naturalny sposób cierpiał. Nałożyła się na to śmierć córki w 2006 roku. Prawdopodobnie, na skutek problemów zawodowych, żałoba przybrała nieprawidłowy przebieg. Oczywiście psychiatra zdiagnozował depresję i leczył ją farmakologicznie. W liście pożegnalnym Robert napisał, że ukrywał trwającą stale depresję bo bał się, iż jak wyjdzie na jaw, że nadal choruje, to odbiorą mu adoptowaną córkę".

     Można przypuszczać, że Enke nigdy nie miał depresji, jednak propaganda prodepresyjna tak silnie wpłynęła już na społeczeństwo (którego Robert oczywiście był częścią), że człowieka „zabił strach" przed uznaniem go przez nie za chorego (co jest konsekwencją umieszczenia cierpienia w klasyfikacji zaburzeń), podczas gdy był zupełnie zdrowy. Był w żałobie i stresie, i dlatego też leki mu nie pomogły, gdyż na linii przyczynowo - skutkowej nie miały z jego stanem nic wspólnego.
     Wracając jednak do właściwego tematu, bardzo istotnym elementem opisywanego systemu jest „epidemia" depresji, z którą jak się twierdzi, mamy do czynienia od jakiegoś czasu. Można by pomyśleć, że skoro jest tak powszechna, to być może w rzeczywistości istnieje. Tylko czemu tak bardzo się rozprzestrzenia?
     Należy przyjrzeć się bliżej źródłu tej epidemii bo zakładając, że „depresja" jest ściśle związana z jakością życia, powinna ona raczej zanikać we współczesnym społeczeństwie, które znacznie pełniej niż dawniej zaspokaja potrzeby wszystkich ludzi. Czemu więc, coraz większa ich ilość miałaby być nieszczęśliwa? Natomiast, jeśli jest związana z pierwotnymi zmianami w chemii mózgu, to czemu one nie następowały stopniowo?
     Opisane powyżej czynniki prodepresyjnej propagandy, są wtórne wobec wczesnych założeń systemu. Stanowią konsekwencję edukacji psychiatrów i psychologów, którym od jakiegoś czasu robi się pranie mózgu.

     We wczesnych latach 80 XX wieku jeszcze nie mówiło się powszechnie o epidemii depresji. Były tylko nowe, nie wprowadzone do sprzedaży „antydepresanty" (leki z grupy „S"). Wtedy też, istniała tylko ciężka depresja, stan, w którym chorzy wymagali opieki lekarza (bo temu, że w ciężkiej depresji pacjent wymaga konsultacji lekarskiej, w niniejszej pracy nie zaprzecza się).

     Wraz z podjętymi badaniami nad nowymi „antydepresantami" i wykluczeniu ich roli w wyprowadzaniu pacjentów z ciężkich stanów np. osłupienia depresyjnego oraz generalnie, niskiej skuteczności w depresji ciężkiej (należy pamiętać, że istniała tylko ona), na świat przyszły lekka i umiarkowana depresja. Było to konieczne względem sprzedaży nowych leków, bo istniejąca już wiedza dotycząca tego, że leki z grupy „S" nie działają w ciężkiej depresji uniemożliwiała ich wypisywanie.

   Pozostawał również do rozwiązania problem finansowania leczenia owymi lekami (oczywiście nie były to problemy lekarzy, lecz firm farmaceutycznych). Skoro nieuzasadnione było ich podawanie w stanach ciężkich, należało stworzyć ich lekką postać. Fakty te już opisano - w 1992 roku ukazała się klasyfikacja ICD - 10 z nowymi jednostkami lekkiej i umiarkowanej depresji.

     Należy wyjaśnić, czemu pisze się tutaj o firmach farmaceutycznych, a nie medycynie. Jest tak, bo większość ośrodków naukowych jest skorumpowana przez te firmy. Dochodzi nawet do tego, że decydują one o tym, kogo przyjąć do pracy. Informują dla przykładu, że określona osoba nie może zostać przyjęta, a uczelnia postępuje zgodnie z tym „życzeniem", bo jeśli nie dostosuje się straci ogromne dotacje (nakręcono na ten temat i pokrewne kilka filmów dokumentalnych: „Psychiatry: an industry of death", „Chemiczny spokój" i inne; problematyka ta jest poruszana również w raportach dotyczących korupcji Transparency International). Chociaż są to fakty ważne, to jednak nieistotne wobec wątków poruszanych w tej pracy. Nie zostaną więc rozwinięte.

     Zatem, wraz z pojawieniem się w klasyfikacji zaburzeń psychicznych lekkiej i umiarkowanej depresji, firmy farmaceutyczne rozpoczęły wielką, trwającą do dzisiaj kampanię reklamową. Obrała ona sobie dwa główne cele: lekarzy i społeczeństwo. Społeczeństwo należało przekonać, że cierpienie to choroba i powinno się ją leczyć. Lekarzy, że powinni przekonać społeczeństwo, iż jest „chore".

     W międzyczasie, pojawiało się coraz więcej leków z grupy „S", wytwarzanych przez różnych producentów. Jak to bywa w handlu, każda firma chce sprzedać swój towar. Firmy farmaceutyczne nie mogły jednak reklamować leków bezpośrednio zwracając się do pacjentów. Musiały więc robić to poprzez lekarzy.

Tym samym, lekarze stali się przedstawicielami handlowymi tych firm, niejako automatycznie. Mieli oni zadanie rozpowszechniania wiedzy o depresji w mediach, w czasopismach naukowych prowadząc badania (które były finansowane przez te firmy, a często, dla wielu naukowców, były warunkiem kariery zawodowej), w końcu, w swoich gabinetach (na co miały wpływ jeszcze inne czynniki, opisywane nieco dalej).
     Generalnie, w relacji firma farmaceutyczna - psychiatra, istniały i istnieją dwie linie korupcji. Jedna z nich, skierowana jest na profesorów, którzy decydują o edukacji przyszłych lekarzy oraz o społecznym wizerunku zaburzeń i ich leczenia. Druga, dociera do praktyków przyjmujących pacjentów. Jakiego rodzaju jest to korupcja, przedstawiono w poniższych podpunktach (wymieniono wybrane, nie wszystkie jej aspekty):


  • 1. Drobne prezenty - w Poradni Zdrowia Psychicznego, w której pracował autor, przedstawiciele medyczni pojawiali się niemalże codziennie, a czasem kilku w ciągu dnia. Każdy z nich przywoził czekolady, kawę, gadgety firmowe, próbki leków, książki i wiele innych prezentów.
  • 2. „Czyste" łapówki - by oczywiście „budować pozytywny wizerunek firmy" czasem trzeba dać coś więcej, niż tylko czekoladę. Istnieje pewna forma legalnej płatności, która ukryta jest pod fikcyjnymi działaniami lekarza - wystawia się mu np. rachunek (najczęściej na 500 - 1000zł), za uczestniczenie w jakiejś akcji np., „zapobiegania depresji" w określonym dniu, w miejscu pracy lekarza, podczas gdy ów lekarz nie robi nic ponadto, że przychodzi jak zwykle do gabinetu, a żadna akcja nie ma miejsca.
  • 3. Programy lojalnościowe - chociaż mają podobną formę do poprzednich działań, tym razem lekarz zobowiązuje się do czegoś - np. znalezienia kilku nowych pacjentów na określony lek lub kontrolowania przebiegu leczenia i zapisywania jego wyników w specjalnym zeszycie (oczywiście firmy farmaceutycznej nie interesują te zapiski, ona wie jakie są skutki leczenia, chodzi tu jedynie o psychologiczną manipulację, która polega na zaangażowaniu lekarza w tego typu działania, co niesie ze sobą wiele skutków, a najważniejszym z nich jest pozytywne {przez wzgląd na gratyfikację} kojarzenie określonego leku z depresją i częstsze wypisywanie go). 
   W trakcie trwania programu lojalnościowego mają miejsce działania z punktów 1, 2 i wzmacniają cały proces. Dzięki tym programom można zdobyć wiele cennych prezentów, począwszy od wycieczek za granicę, aż po samochody, czy domy (szczególnie za oceanem - informacja osobista od pracowniczki firmy farmaceutycznej mieszczącej się w Kanadzie).



     W psychiatrii, w przeciwieństwie do pozostałych dziedzin medycyny oraz w kontekście „depresji", wyszukiwanie nowych pacjentów właściwie nie ma miejsca, bo „depresję" zdiagnozować można prawie u każdego pacjenta, a następnie podać mu odpowiednie leki z grupy „S". Ten element fałszywie podnosi statystyki, bo firmy farmaceutyczne chcą, by w dostarczonych przez nie zeszytach opisywać wyniki leczenia pacjentów z diagnozą depresji.

  • 4. Wartościowe prezenty - o ile poprzednie punkty dotyczyły działań podejmowanych wobec lekarzy praktyków (oczywiście, ocena ich wartości jest względna), to wartościowe prezenty częściej trafiają do pracowników naukowych. Jest to swoista symbioza, bowiem często tak bywa, że pracownik naukowy nie może zrealizować badań bez odpowiednich finansów. Wtedy nadchodzi pomoc z zewnątrz, jednak stawiane są wobec tych badań pewne oczekiwania (oczywiście jest to przykład, bo instytuty naukowe zazwyczaj na stałe „współpracują" z firmami farmaceutycznymi). Dochodzi więc do tego, że autorowi badań może zależeć na spełnieniu tych oczekiwań. Jakkolwiek, mowa tu o karierze naukowej, która bez pieniędzy firm farmaceutycznych często nie byłaby możliwa. Właściwie jednak, przez sformatowany charakter ICD - 10 względem „depresji", nie można już mówić o rozbieżnościach między oczekiwaniami naukowców, a firm farmaceutycznych.
     Oczywiście, współpraca ta jest w różny sposób nagradzana. Znikomym jej przejawem jest finansowanie przez firmy farmaceutyczne wyjazdów profesorów na konferencje medyczne (autor niniejszej pracy od jednej z firm farmaceutycznych otrzymał e-mailem, przez pomyłkę, rezerwację i elektroniczny bilet lotniczy do Acapulco w Meksyku, przeznaczony dla jednego ze znanych profesorów).

     Pytanie, jakie można zadać wobec powyższego brzmi: „Kto chciałby zrezygnować z tego wszystkiego?". Odpowiedź jest jednoznaczna. Zatem, „depresja" stanowi centralny element intratnego biznesu, który przynosi korzyści wręcz wszystkim. Opisane powyżej prodepresyjne elementy korupcji wzmacniane są przez pracę pracowników naukowych, którzy kształtują myślenie studentów i praktyków.

     Istotne dla kreowania fikcyjnej epidemii „depresji" są m.in., jeszcze dodatkowe elementy:

  • 1. Uświadamianie stygmatyzującego charakteru diagnozy psychiatrycznej - fakt ten ma niewątpliwie znaczenie dla chętnego wyboru diagnozy „depresji" względem innych „zaburzeń", które prezentuje pacjent - np. zaburzeń osobowości. Kiedy pacjent pojawia się w gabinecie i właściwie cierpi na co dzień z powodu tego, jak jest wewnętrznie ukształtowany, współczesny psychiatra zdecydowanie chętniej zdiagnozuje „depresję" niż zwróci uwagę na jej przyczynę - osobowość. Tym bardziej, że na tę pierwszą ma leki, a osobowości farmakologicznie nie leczy się, aczkolwiek w każdym zaburzeniu osobowości można je podać (grupa „S"). Ważne jest tutaj to, że podczas tworzenia rocznej statystyki zaburzeń Polaków, przetwarzana będzie wpisana do karty pacjenta diagnoza „depresji", podczas gdy był to jedynie stan emocjonalny pacjenta wyzwolony jakimiś istotnymi, nie branymi pod uwagę czynnikami.
  • 2. Konstrukcja ICD - 10 - fakt, iż depresję można zdiagnozować w każdej chorobie psychicznej i fizycznej, jako zaburzenie współistniejące, jest tutaj znaczący i często podkreślany. Bardzo wielu pacjentów leczących się na inne niż depresyjne zaburzenia, przychodząc do psychiatry przejawia stan depresyjny - to wystarczy, by w karcie wpisać epizod depresji lub depresję nawracającą i wypisać antydepresanty. Za wypisaniem leków z grupy „S" idzie jednak konieczność wpisania epizodu depresji do karty pacjenta, bez względu na wiodące zaburzenie, na które cierpi. Efekty tego działania są takie same, jak opisane w poprzednim punkcie.
     Kolejnym i jak się wydaje najważniejszym elementem, jest szeroko opisywany w niniejszej pracy fakt, iż kryteria diagnostyczne depresji pozwalają każde, naturalne cierpienie uznać za jednostkę chorobową.

  • 3. Tworzenie nowych rodzajów „depresji" - w ostatnich latach tworzy się coraz to nowsze postacie „depresji", np.: powakacyjnej, pooperacyjnej, sezonowej itd. Jest to element propagandy uzasadniającej wizytę u specjalisty właściwie bez powodu. Wszystkie te stany kwalifikują się (zgodnie z ICD - 10) do „leczenia" lekami z grupy „S". Ich wpływ na zawyżenie statystyk zachorowań na „depresję" jest jednoznaczny, poprzez „ściąganie" do poradni nowych pacjentów.
  • 4. Zniżki na leki antydepresyjne - jest to element systemu, który na dłuższej przestrzeni czasu generuje wzrost fałszywych diagnoz „depresji", a dotyczy refundacji leków. Bardzo często pacjenci są ubodzy. Natomiast cokolwiek im nie dolega, jeśli pomóc mogą im „antydepresanty", to zawsze recepcie ze zniżką musi towarzyszyć wpis diagnozy „depresji" nawracającej w karcie pacjenta.
  • 5. Chęć niesienia pomocy przez lekarza - jedyny, nie jatropatogenny czynnik spośród tutaj wymienionych, chociaż prowadzi do tych samych patologicznych skutków - fabrykowania statystyk.
    Z racji swojego wykształcenia psychiatra nie może zrobić nic więcej ponad wypisanie pacjentowi leku. Wobec tego, że większość, jeśli nie wszyscy pacjenci psychiatryczni cierpią,
    u wszystkich można zdiagnozować „depresję". Natomiast, każdy psychiatra chce pacjentowi pomóc.

     Propaganda firm farmaceutycznych, która ukrywa skutki uboczne leków z grupy „S", informuje, że one nie uzależniają, że nie zwiększają ryzyka samobójstwa etc., oraz fakt, iż przeciętny lekarz nie różnicuje depresji od cierpienia, a jego wykształcenie pozwala mu spostrzegać je tylko w kategoriach choroby sprawia, że uznaje on wypisanie leków z grupy „S" nie tylko za uzasadnione, bezpieczne i właściwe, lecz również za najskuteczniejszą formę pomocy.

  • 6. Utrzymanie się w pracy - fakt ten łączy się z poprzednim. Jedną z konsekwencji nagłaśniania epidemii fałszywej depresji jest to, że pacjenci „depresyjni" stanowią dominującą populację Poradni Zdrowia Psychicznego. Lekarze bardzo często, w poczuciu właściwego wykonywania swoich obowiązków, przepisują im leki choć nie są one potrzebne. Poradnie te bowiem są prywatne i jeśli pacjent nie otrzyma pomocy na jaką liczy, można podejrzewać, że pójdzie do innego lekarza. Zatem, ulga jaką musi odczuć jak najszybciej jest zdecydowanie ważniejsza, niż długoterminowe konsekwencje pobierania leków, z którymi w przypadku „antydepresantów" psychiatra się nie liczy lub nie zdaje sobie z nich sprawy.
  • 7. Oczekiwania pacjentów - ten punkt również łączy się z poprzednim. Niestety, w dobie stale przyśpieszającego świata, wielu pacjentów nie ma ochoty na leczenie przyczynowe i szukają szybkiej pomocy, jaką zapewniają leki. Wpisują się więc oni w powyżej opisane praktyki. Nawet jeśli znają ich skutki uboczne są zdecydowani je brać. Dlatego też, nie uważa się tutaj leków z grupy „S" za destruktywny element współczesnego świata i nie postuluje się ich usunięcia. Ludzie mają prawo do wyboru. To, co podkreśla się w niniejszej pracy, to uczciwe informowanie ich o charakterze praktyk medycznych, bez oszukiwania i wmawiania chorób tam, gdzie ich nie ma, tym bardziej, że sami lekarze nie wiedzą na jakich zasadach odbywa się terapia lekami z grupy „S", czy terapia elektrowstrząsowa.
     Butelka wódki, może się okazać równie skuteczna na sen, co środek nasenny, znalezienie partnera dla osoby samotnej znacznie lepsze, niż podanie jej „antydepresantów". Wypada więc uzasadnić zastosowanie tych leków czymś więcej, niż tylko opinią w ustach autorytetów, że są skuteczne, co zresztą jest wątpliwe. Psychiatrzy i psycholodzy zapomnieli najwyraźniej o tym, że ich rola polega na utrzymywaniu ludzi w zdrowiu psychicznym, niekoniecznie tylko dzięki leczeniu, ale też wskazaniu drogi zdrowego życia psychicznego, a wydaje się, że wmawianie ludziom zdrowym choroby i wypisywanie im leków tej roli nie spełnia.

     Istnieje więc epidemia „depresji", na której powstanie składa się bardzo wiele czynników. Środowisko medyczne ma w tym duży udział od wielu lat siejąc propagandę prodepresyjną. Jednak nie chodzi w tym wszystkim tylko o zyski. Propaganda ta również wskazuje na wagę istnienia psychiatrii, przez wzgląd na wzrastającą każdego roku liczbę pacjentów. Poważny kryzys, z jakim boryka się ta specjalizacja od początku swojego istnienia, względem pozostałych specjalizacji medycznych, jak się wydaje, dopiero w ostatnich latach został rozwiązany. O ile nie jest inaczej, bo poważny kryzys może dopiero nadchodzić i jeśli tak się stanie, to będzie on spowodowany tym, że psychiatria oszukuje się całą światową populację, wmawia ludziom zdrowym chorobę i czerpie z tego zyski.

     Nie ma bowiem wątpliwości, że cel w postaci imputowania ludziom zdrowym choroby osiągnięto i zaczęli oni myśleć, że gdy jest im źle są chorzy i powinni się leczyć. Po zaledwie kilkunastu latach doszło do tego, że prawie nikt już obecnie nie poddaje refleksji swojego stanu psychicznego i nie uznaje go za naturalną kolej rzeczy skojarzoną z życiowymi trudnościami. Wręcz automatycznie, kieruje swoje kroki do lekarza, z „przygotowaną" diagnozą depresji. Co więcej, społeczeństwo również zaczyna brać w tej propagandzie czynny udział.

     Jako przykład takiego działania, właściwie marketingowego, który w dodatku jest nagłaśniany przez media bezpłatnie, można tu podać obchodzony już od 8 lat w Polsce „dzień walki z depresją". W jednej z opisujących go gazet w 2010 napisano:

     „Ogólnopolska Kampania Społeczna Forum Przeciw Depresji już po raz czwarty będzie aktywnie promować walkę z depresją. Organizowane przez Silver Polska i Fundację ITAKA akcje informacyjno-promocyjne mają poprawić świadomość społeczeństwa na temat zaburzeń psychicznych oraz wpłynąć na zmianę zachowań w stosunku do ludzi dotkniętych depresją. Jak twierdzą specjaliści, tylko fachowa pomoc i aktywne przeciwstawienie się chorobie może ją zatrzymać.

     Jak co roku organizatorzy przygotowali liczne atrakcje. Największą z nich ma być jeżdżący po ulicach stolicy Antydepresyjny Tramwaj Edukacyjny, w którym będzie można dowiedzieć się wszystkiego o objawach, skutkach i sposobach walki z chorobą. Wypełniając specjalną ankietę będzie można sprawdzić swoją wiedzę dotyczącą depresji, a także otrzymać kupon (ilość ograniczona) uprawniający do bezpłatnej konsultacji ze specjalistą. Tramwaj rusza z Placu Narutowicza o godzinie 12:00. Przejazd jest bezpłatny".

     W innych, wielu psychiatrów wypowiadało się w tym dniu:

     „Według WHO zaburzenia depresyjne są obecnie czwartym, najpoważniejszym problemem zdrowotnym na świecie, a w 2020 roku, przesunąć się mogą na miejsce drugie, po chorobie niedokrwiennej serca".

     Można powiedzieć, że przy takich akcjach promocyjnych „depresji", jakie urządza się już w Polsce, nie dziwi fakt, iż za 10 lat nieliczni, pozostali sceptycy również będą maszerować z „depresją" do poradni po leki: po utracie pracy, odejściu bliskiej osoby, jej śmierci, zimą bo słońca brakuje, bo przy okazji nie mają apetytu, nie mogą zasnąć, skoncentrować się w pracy i generalnie, jest im smutno. Tego typu akcje społeczne są niczym innym, jak całkowicie nieuświadomionym i bezpłatnym wykonywaniem „zlecenia" na rzecz firm farmaceutycznych, które „dni walki z depresją" nie traktują inaczej, niż producent samochodów każdego roku w styczniu, starając się sprzedać nadwyżki produkcji z poprzedniego. Dlatego też, dzień ten jest obchodzony w - depresyjnej - atmosferze lutego, w którym ludzi można przekonywać, że poza „poważnymi" postaciami depresji istnieje jeszcze np. sezonowa.

     Należy zdać sobie sprawę z tego, że epidemia depresji nie jest faktem namacalnym, lecz wirtualnym. Po takich, jak opisywana akcja (i wielu innych każdego roku), coraz więcej nowych, cierpiących ludzi pojawia się w gabinetach psychiatrów, bo jak już wiadomo lekkiej i umiarkowanej depresji nie sposób odróżnić od naturalnego cierpienia, a szczególnie pacjenci tego nie potrafią. Natomiast wobec tego, że ICD - 10 jest celowo tak skonstruowana, by cierpienie diagnozować jako chorobę, lekarz jakoby „nie ma innego wyjścia". W ten właśnie sposób - akcje medialne > wzrost liczby pacjentów > konstrukcja ICD - 10 i inne czynniki > wzrost liczby diagnoz depresji - sztucznie zwiększa się statystyki zapadalności na rzekomą depresję.

     Również dzięki tego typu działaniom, kiedy dla przykładu, w Polsce NFZ zbiera roczne statystyki z Poradni Zdrowia Psychicznego, widzi wyraźnie, że coraz więcej ludzi choruje na depresję. Kiedy Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zbiera dane z poszczególnych krajów to nie należy się dziwić, że prognozuje kolosalny wzrost zaburzeń depresyjnych na przestrzeni kolejnych lat. Prognozuje jednak wzrost choroby, która nie istnieje. Przewidywania WHO najzwyklej i w rzeczywistości, stanowią ocenę skuteczności marketingowej i korupcyjnej firm farmaceutycznych. Natomiast społeczeństwo otrzymuje z ust specjalistów komunikaty o tym, że ma miejsce epidemia depresji, a prognozy WHO są bardzo niepokojące.

     Kryteria diagnostyczne zaburzeń depresyjnych w ICD - 10 stanowią odzwierciedlenie tak pospolitych stanów emocjonalnych, że gdy widz przed telewizorem je słyszy, uznaje się za chorego, a następnego dnia udaje się do lekarza. W ten sposób błędne koło się zamyka (dlatego też, na str. 22 stwierdzono, że statystyki nie są wiarygodnym źródłem, na bazie którego można szacować relację między depresją a samobójstwem, ale też jakąkolwiek inną).

Zatem, epidemia depresji jest wygenerowanym przez system „sfabrykowanym faktem", nad którego rozprzestrzenianiem się już nikt nie panuje. Mechanizm ten żyje już własnym życiem. Skoro wszyscy uznali ten mit za fakt, stał się on elementem rzeczywistości. Nie jest jednak prawdą, że na zmiany jest za późno, bo ludzie nie oszaleli, lecz są oszukiwani. To natomiast, budzi pewną nadzieję na otrząśnięcie się świata z balastu medycznego kłamstwa, bo wobec przypuszczeń autora opisywanych w rozdziale „Przyszłość", jeśli tak się nie stanie, skutki mogą być fatalne.

     Opisywane zjawisko generowane jest więc przez zmanipulowane społeczeństwo i właściwie profity, jakie z tej mistyfikacji czerpią przede wszystkim lekarze (ze strony pacjentów i firm farmaceutycznych), lecz również psycholodzy (ze strony pacjentów). Obie te dziedziny wiedzy prześcigały się i nadal to robią, w tworzeniu nowych rodzajów dla omawianej fikcji (pkt. 3, str. 77). Te intelektualne „wyścigi", jak zresztą każde przy nadmiernej szybkości, prowadzą do wielu wypadków po drodze. Jednak największa kraksa już miała miejsce. Jest nią sam fakt wykreowania lekkiej i umiarkowanej depresji.

Nikt jeszcze w historii ludzkości nie oszukał tak wielu ludzi i nie sprawił, by wszyscy oni byli z tego powodu zadowoleni (być może dlatego, że leki z grupy „S" mają charakter zalegalizowanego narkotyku) oraz wzmacniali efekt mistyfikacji poprzez własną pracę badawczą. Uważa się tutaj, że wmówienie ludziom, iż gdy cierpią są chorzy i powinni się leczyć nie jest niczym innym, mówiąc nie bez kozery i uwzględniając zyski jakie się z tego czerpie, jak największym kantem wszech czasów.

 Biorąc pod uwagę opinię autora, iż lekka i umiarkowana depresja (łącznie z ciężką, bo ta również w swoim wyrazie kojarzy się jednoznacznie) jest niczym innym jak naturalnym cierpieniem, każdą książkę i wszelkie inne prace naukowe skupiające się na depresji lekkiej i umiarkowanej, a napisane po 1992 roku (ukazanie się ICD - 10) można śmiało uznać za literaturę z pogranicza popularno-naukowej fantastyki.

Nie opisują one bowiem rzeczywistości, lecz jej alternatywną formę, w której nie brakuje dodatkowych absurdów - doszło do tego, że stworzono kryteria diagnostyczne, które nawet w przypadku braku objawów klinicznych depresji, pozwalają na stwierdzenie depresji. Nie wydaje się, by istniał inny powód ich wypracowania, jak możliwość wypisania „antydepresantów". W ICD - 10 znajduje się następujący, dodatkowy opis zaburzeń depresyjnych:

     „U niektórych chorych, na pierwszy plan obrazu klinicznego wysuwa się lęk, distres, podniecenie ruchowe, a zaburzenia nastroju mogą być maskowane przez takie dodatkowe objawy, jak: rozdrażnienie, nadużywanie alkoholu, zachowania histeryczne, narastanie już poprzednio występujących fobii lub natręctw, albo też przez dolegliwości hipochondryczne".

     Zwraca uwagę termin „maskowane", a właściwie cały akapit, bo wynika z niego, iż depresję stwierdzić można nawet wtedy, gdy depresji stwierdzić nie można.

     Istnieje zatem „depresja bez depresji", które to pojęcie jest zamiennie stosowane z „depresją maskowaną". Jest to obowiązująca obecnie diagnoza, którą można stwierdzić, gdy objawy depresji nie występują. Być może można też mówić o „schizofrenii bez schizofrenii", o „raku bez raka" i o „złamaniu ręki bez złamania". Owa, „depresja bez depresji" wydaje się być znakomitym podsumowaniem wszystkich, opisanych w tym rozdziale faktów, obserwacji i hipotez.


Jarosław Stukan

------------------------

Jarosław Stukan, Toksyczna psychologia i psychiatria: depresja a samobójstwo, Prometeusz, 2010 r. ISBN: 978-83-915222-5-7


------------------------

Jarosław Stukan

Ukończył psychologię kliniczną i sądową na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. W kolejnych latach szkolił się w psychoterapii psychodynamicznej (nowoczesna psychoanaliza). Ukończył ponadto kilkadziesiąt innych szkoleń z zakresu diagnozy i pomocy psychologicznej i studia podyplomowe z zakresu seksuologii. Kontynuuje naukę seksuologii klinicznej. Pracuje nad doktoratem z zakresu suicydologii.

 Pracował w wielu instytucjach niosących pomoc: w poradni dziecięcej, w kilku poradniach zdrowia psychicznego dla dorosłych (Krapkowice NZOZ i ZOZ, Zawadzkie NZOZ - szpital miejski), w ośrodku interwencji kryzysowej (Opole) oraz wielu innych placówkach  Sporadycznie występuje w charakterze biegłego sądowego. W swojej pracy klinicznej wyspecjalizował sie w niesieniu pomocy osobom, które utraciły chęć życia.

 Wydał dotąd 6 książek. We wszystkich skupia się na przewidywaniu i zapobieganiu samobójstw oraz morderstw. Jest twórcą wielu nowych pojęć, które pozwalają lepiej zrozumieć poruszane przez niego zagadnienia. Należą do nich m.in.: pseudosamobójstwo, syndrom premorderczy, sadyzm czysty i inne. 

 Pozycja "Toksyczna psychologia i psychiatria: depresja a samobójstwo" jest obecnie przekładana na język niemiecki.