Od redakcji: W odpowiedzi na list Senatora Adama Massalskiego ("Łoziński pod sąd!") zabral głos dr Waldemar Korczyński, któremu Semator Massalski zarzucił głoszenie nieprawdy i "szkalowanie Akademii Świętokrzyskiej. Poniżej zamieszczamy jego odpowiedź na te zarzuty.
Odpowiadając na zapytania „Kontratekstów" Senator Massalski wypowiada się ostro i zdecydowanie; naruszono oto jego dobra osobiste, jego dobre imię wystawiono na szwank, Redaktor Łoziński odpowie przed sądem, a ja od lat szkalowałem zarówno Senatora jak i uczelnię, którą on kierował i jej pracowników. Tych, jakże uprzejmych, słów nie poparł jednak żadnymi dowodami (np. odesłaniem do konkretnych dokumentów czy szkalujących Go moich wypowiedzi); rozumiem więc że są to jego odczucia.

Senator jest człowiekiem kulturalnym; nie przeprosił mnie za fałszywe oskarżenie tylko dlatego, że „nie jest też w zwyczaju akademickim zapoznawanie się z dokumentacją konkretnej sprawy dyscyplinarnej przez władze uczelni" (rozumiem, że uchylanie się od odpowiedzi na proste pytania należy do najlepszych akademickich tradycji), a On tradycji akademickiej jest wierny. Z odczuciami, w szczególności z odczuciami Senatora Massalskiego, dyskutować jest trudno. Ja nie wiem dokładnie o czym Senator myślał pisząc te słowa, ale moje wypowiedzi są dostępne w Internecie, gdzie podpisywałem się nazwiskiem lub anagramem „wako3" (m.in. na forum dyskusyjnym kieleckiej edycji „Gazety Wyborczej" i Niezależnego Forum Akademickiego -www.nfa.pl ) lub „Mikołaj Korzec" (m.in. w „Forum Akademickim" i portalu Parlamentu Studenckiego; przy okazji wielokrotnie podszywał się pod ten pseudonim ktoś inny, ale wypowiadał się wtedy zawsze „w obronie" - warto zobaczyć jaki był styl tej „obrony" - AŚ). Moje wypowiedzi są w dużej części jeszcze dostępne i każdy może sprawdzić na czym owo „szkalowanie" polegało. O wypowiedziach tych wielokrotnie Rektora Massalskiego jak i jednego ze „szkalowanych" - prof. Andrzeja Szplita - informowałem. Zero reakcji. Wygląda więc na to, że Rektorowi Massalskiemu „szkalowanie" kierowanej przez Niego uczelni nie przeszkadzało, ale Senatorowi Massalskiemu (za opinie uczelni odpowiada już jakby mniej) wyraźnie się to nie podoba. Czyżby dobrego imienia Senatora należało bronić bardziej niż opinii Uczelni?

Nie upieram się, że tak jest, ale ja dziś lepszego uzasadnienia nie znajduję. A chętnie bym wysłuchał, bo naprawdę, pisanie takich słów o senatorze RP jest dla mnie żenujące. Jest to żenujące z tego również powodu, że ja byłem przez „nieznanego sprawcę" wielokrotnie obrażany i pomawiany z serwera uczelni, którą Rektor Massalski kierował. I to było naprawdę szkalowanie. Można sprawdzić np. wchodząc na stronę http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=60 i czytając wypowiedzi dupera222, miko2 czy np. news reader-a. (można znaleźć wyszukiwarką). Najczęściej powodem była moja publiczna wypowiedź o rozmaitych dziwnych sprawach związanych z AŚ; ostatnio o habilitacji prof. Szplita. Ta dyskusja ociera się o rynsztok, a Rektor Massalski był o niej wielokrotnie informowany (również publicznie, na wymienionym forum).Informowałem o tym zarówno Rektora Massalskiego jak i członków uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej, również wtedy, gdy byłem jeszcze pracownikiem AŚ. Zero reakcji.

Są widać równi (tych szkalować wolno) i równiejsi (ci sami decydują, kto kogo szkaluje). Senator pisze, że „zakończone procesy nie potwierdziły przedstawianych Uczelni zarzutów". Tu akurat można rozmawiać o konkretach. Moje odwołania w dwóch sprawach załączam. Są one, niestety, długie, ale można sprawdzić jakich zarzutów dotyczą i jak potraktował je Sąd (por załączone orzeczenia SR w Kielcach  w „moich" sprawach). Można również ocenić w jakim związku pozostają one ze słowami Senatora. Można też sprawdzić, o co byłem obwiniany (mam wniosek o komisję dyscyplinarną z odręczną adnotacją Rektora i kopię planu z zaznaczonymi zajęciami, których nie przeprowadziłem - por. załącznik).

Senator nie może, niestety, powiedzieć, że nie wiedział o zakazie wypowiadania się, bo wniosek czytał (czy nie jest to czasem „zapoznawanie się z dokumentacją konkretnej sprawy dyscyplinarnej przez władze uczelni"). Jeśli ja dobrze rozumiem list Senatora, to zarzuca on Redaktorowi Łozińskiemu, że nie zapoznał on się z dokumentami będącymi w posiadaniu Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Rzecz jest o tyle ciekawa, że ja wielokrotnie starałem się o dostęp do rozmaitych dokumentów posiadanych przez władze AŚ. Wiele z nich dotyczyło mnie osobiście, a inne winienem otrzymać na mocy Ustawy o Dostępie do Informacji Publicznej. Tak naprawdę nie otrzymałem niczego. Jako ciekawostkę podam, że mimo wielokrotnych monitów nigdy nie otrzymałem od Rektora Massalskiego pisma przenoszącego mnie do zakładu prof. Szplita, który wnosił o postawienie mnie przed Komisją Dyscyplinarną. A moim pracodawcą był właśnie Rektor Massalski. Tak stanowi prawo. Przypisaną Statutem Uczelni do kompetencji Rektora decyzję (dokładniej, adnotację Rektora na marginesie pisma Dziekana) o zniesieniu „mojego" zakładu otrzymałem przypadkiem w Sądzie cztery miesiące po faktycznej likwidacji.

Ciekawe jakie też dokumenty mógł mieć na myśli Senator obwiniając - to już rzeczywiście jest zarzut - Redaktora Łozińskiego o brak chęci ich obejrzenia. Z treści listu wnosić można, że nie są one związane z pytaniami, na które Senator „odpowiedział" (Por. „...do znacznej części fałszywych informacji zawartych w powołanym artykule, naruszających moje dobra osobiste nie będę się odnosił ..."). O co wiec może chodzić? Tego Senator, niestety, nie wyjaśnia. Nie może tu chodzić o dokumenty związane z „dublowaniem" godzin dydaktycznych, bo te mam (nb. o żadnych istniejących w uczelni „procedurach" nie ma w nich mowy) i Redaktorowi Łozińskiemu udostępniłem. Pochodzą one z akt Prokuratury i Policji (nikt nie zastrzegał, że są tajne). Jeśli nie są to wszystkie dokumenty w tej sprawie to można by pytać dlaczego tych pozostałych prokuratura nie ma. Kto tu zawinił?

Zresztą w ogóle nie może o to chodzić, bo Senator do tego problemu w liście się „odnosi". Podobnie wygląda sprawa z filiami AŚ w Staszowie i Pinczowie. Tu też ciekawostka. Otóż Rektor Massalski bywał na organizowanych przez AOK w Staszowie konferencjach gdzie wygłaszał „słowo wstępne" i referaty. Nie wiem czy materiały z tych konferencji to „dokumenty Akademii Świętokrzyskiej", ale są one ogólnie dostępne (np. w bibliotekach AŚ) i Redaktor Łoziński kopie niektórych materiałów ma. Ja jeszcze raz, bardzo uważnie, przeczytałem artykuł o Senatorze Massalskim. Zarzutów sensu stricte nijakich w nim nie znalazłem. Być może chodzi o styl? Mnie artykuł ten, a głównie odpowiedź Senatora, nasunęły jednak pewne, chyba ważne, pytania.

  1. Jak to się stało, że mimo stwierdzenia tylu nieprawidłowosci („dublowanie" zajęć, fałszywe oskarżenie, przekręty z filiami) nikt, poza mną, nie został przez Rektora Massalskiego ukarany?
  2. Dlaczego po stwierdzeniu we wrześniu 2002 nielegalności filii i wypowiedzeniu umowy (nb. czy można wypowiedzieć nielegalną umowę?) Rektor Massalski dalej podpisywał dyplomy wydawane absolwentom AOK w Staszowie?
  3. Jak, po wypowiedzeniu nielegalnej umowy, rozwiązano sprawę finansów AOK w Staszowie i Pinczowie? Chodzi o kilkadziesiąt milionów złotych, a zgodnie z umową AŚ brała z tego 30%. Czy forsę tę zwrócono? Komu?
Nie są to, broń Boże, żadne zarzuty. Ja jestem głęboko przekonany, że wszystko jest w porządku, a Senator, z właściwą Mu jasnością wypowiedzi, na pytania odpowie. Pytań o pojęcie osoby publicznej i jej przejrzystość nie wypada nawet formułować. Ponieważ jednak Senator raczył był obwinić mnie - i to jest zarzut - o szkalowanie AŚ, jej pracowników i Senatora osobiście, wiec ja uprzejmie zapytuję, na czym owo szkalowanie polegało. Gdzie napisałem o Akademii Świętokrzyskiej nieprawdę? Kiedy pisałem cokolwiek złego nie prosząc uprzednio o stosowne informacje, jeśli mogłem obawiać się, że napiszę nieprawdę? Pisałem o tym w artykule „Zaniechania Senatora" w poprzednim numerze „Kontratekstów". Zapytanie o to, w jaki sposób szkalowałem Senatora, AŚ i jej pracowników złożę również w Kancelarii Senatu i Klubu Parlamentarnego PiS z prośbą o doręczenie Senatorowi. Nie wątpię, że odpowiedź otrzymam. Oby nie równie jasną i wyczerpującą jak otrzymała Redakcja „Kontratekstów".

Waldemar Korczyński

PostScriptum. O rzetelności orzeczeń SR w Kielcach w mojej sprawie świadczyć może m.in. poniższy fragment mojego odwołania, gdzie fragmenty jednego z tych orzeczeń cytuję i fakt, że Sąd pisze o mnie per „powódka". (Uzasadnienie Sądu piszę kursywą)

 ...

Sąd dał wiarę zeznaniom Ewy G., Zdobysława K., Zbigniewa G., Antoniego M., Andrzeja S. i Anny Ż. albowiem są konsekwentne, spójne, wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość."

Należałoby przyjąć, iż Sąd okazał się być wyjątkowo łatwowiernym i naiwnym. Nie wiem jak rozumieć w tym kontekście wypowiedź, iż zeznania „są konsekwentne, spójne, wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość", obawiam się jednak, ze przy każdym standardowym rozumieniu tych słów (konsekwentne, spójne) i zwrotów (wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość) nie da się tej tezy obronić. Niżej podaję tylko kilka przykładów, wypisanie wszystkich to materiał na małą książeczkę, bo sprzeczności są nie tylko liczne, ale też i różnorodne.

Tak np. asp. Dorota Soboń z KM Policji w Kielcach w piśmie z dnia 15.04.03 (pismo podpisał prok. PR J.Świątek, pismo w aktach sprawy) stwierdza

"Jeżeli chodzi o materiały znajdujące się na dyskach twardych to część została skopiowana przez panią B. natomiast udostępnienie pozostałej zawartości dysków jest możliwe po uzgodnieniu tego z kierownikiem Zakładu panem S., w gestii którego obecnie pozostaje pokój nr 18. o czym pan Korczyński został pisemnie poinformowany pismem z dnia 26.01.2003 r".

Podobnie Dziekan M. w piśmie z dnia 26.01.03 (znak WA/XVI/26-7/03) stwierdza:

„Kwestie dotyczące udostępnienia zawartości dysków twardych proszę uzgodnić z kierownikiem Zakładu tzn. prof. dr hab. Andrzejem S., w gestii którego pozostaje obecnie pok. 18."

Opierając się na tych informacjach poprosiłem 18 maja 2003 roku pana S. o ustalenie miejsca i sposobu zwrotu mojej własności. Odpowiedzi nigdy nie otrzymałem, a na rozprawie w dniu 6 listopada 2003 pan. S. oświadczył, że nie dysponuje żadnymi moimi rzeczami prywatnymi. Dokładniej świadek S. zeznał:

„Ja nie dysponuję żadnymi prywatnymi rzeczami powoda z tego co wiem dysponuje nimi dział Administracyjno-Gospodarczy. Ja nie byłem nigdy określany jako dysponent rzeczy powoda"

W tymże protokole świadek S. stwierdza (str. 63 akt sprawy ostatnia linia na dole strony):

„Według mnie dorobek naukowy powoda daje conajmniej szansę rozpoczęcia przewodu habilitacyjnego
."

By zaraz potem zeznać, ze

W czasie kilku lat istnienia Zakładu Matematyki i. Przetwarzania Danych nikt z pracowników nie doktoryzował się a dorobek Kierownika nie kwalifikował się do rozpoczęcia habilitacji."

Nie wiem czy Sąd dostrzegł tu spójność czy konsekwencję. Na tej samej rozprawie świadek G. zeznaje:

Powód z tego co wiem po likwidacji Zakładu nadal otrzymywał środki na badania z których pokrywał udział w konferencjach. Nie potrafię powiedzieć w jakiej wysokości i czy w ogóle powód otrzymywał środki na badania własne po likwidacji Zakładu. (sprzeczność z poprzednim zdaniem) Nie wiem jak sytuacja z tymi środkami wyglądała również przed likwidacją Zakładu. (sprzeczność z pierwszym zdaniem - słowo „nadal")"

Ten świadek nie pofatygował się nawet, by sprzeczne wypowiedzi oddzielić wypowiedzią prawdziwą lub stwierdzeniem, ze czegoś nie wie lub nie pamięta (ok. 25% jego wypowiedzi jest tego właśnie typu).Świadek również kłamie, bo po likwidacji Zakładu nie otrzymałem ani złotówki na żadne cele, a Akademia nie pokryła mojego udziału w żadnej konferencji. Dla dowodu proszę o okazanie jakiejkolwiek delegacji wystawionej dla mnie po 3 października 2002. Wnoszę o zażądanie od pozwanej uczelni przedłożenia wykazu takich delegacji. Na stronie 62 (to nr strony akt) świadek stwierdza:

„Pracownicy naukowi mają tylko dofinansowywane badania naukowe przez Komitet Badań Naukowych. W pozostałej części środki na badania muszę gromadzić sami. „

Jest to ewidentna bzdura. Znakomita większość pracowników (w tym świadek G.) otrzymuje dofinansowanie ze środków uczelnianych, a świadek, jako prodziekan ds. Nauki, jest w Wydziale ich głównym dysponentem. Potwierdza to (otrzymywanie środków innych niż granty KBN) w tymże protokole świadek S. stwierdzając, że:

„Każdy pracownik który chce się rozwijać otrzymuje od władz uczelni środki i takie środki otrzymywał powód."

Nie da się, niestety, tak zrobić by wypowiedzi obu panów były prawdziwe. Wiadomo jednak, że obaj zeznawali pod przysięgą

...

Nie chciałbym być gołosłownym, więc przytaczam niżej prawie całe orzeczenia SR w dwóch moich sprawach. Są one bardzo długie i nie wiem czy je ktoś przeczyta, ale nie chciałbym być posądzonym o to, że z orzeczeń sadowych wybieram złośliwie tylko co bardziej kompromitujące fragmenty. Mam tez sporo podobnych orzeczeń.



Załącznik: kopie orzeczeń SR w dwóch zakończonych procesach, na które powołuje się Senator Massalski.

Kielce, 14.12.2004 r.
Sąd Okręgowy w Kielcach
Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych
za pośrednictwem
Sądu Rejonowego w Kielcach
Sądu Pracy  

Powód: Waldemar Korczyński

Pozwana: Akademia Świętokrzyska w Kielcach

sygn. akt IV P 2168/02

Apelacja powoda od wyroku Sądu Rejonowego w Kielcach z dnia 1 października 2004  sygn. IV P 2168/02

Zaskarżam w/oznaczony wyrok w całości.

Wnoszę o zmianę zaskarżonego wyroku i uwzględnienie powództwa.

Proszę o ponowne rozpoznanie sprawy przez Sąd Okręgowy, bo w moim odczuciu była ona prowadzona tendencyjnie. Podtrzymuję wszystkie zgłoszone w pozwie zarzuty wraz z żądaniem uznania sposobu przeprowadzenia likwidacji Zakładu Matematyki i Przetwarzania Danych za niezgodny z prawem.

Uzasadnienie

Sąd Rejonowy prowadził sprawę w sposób uniemożliwiający mi dowodzenie moich racji. Objawiało się to m.in. uchylaniem moich pytań i ignorowaniem wskazywanych przeze mnie rzeczywistych przyczyn zaistniałego konfliktu. Dobitnym tego przykładem była odmowa sprostowania moich własnych zeznań. Postępowanie Sądu ukierunkowane było na omijanie moich argumentów i akcentowanie wypowiedzi przedstawicieli pozwanej. Dokumentacja sprawy, protokoły i uzasadnienie wyroku pełne są sprzeczności. Niżej wskazuję na niektóre z nich. Ponieważ wiadomo mi, iż jeden z pracowników Akademii Świętokrzyskiej nosi to samo nazwisko co prowadzący mą sprawę sędzia, więc proszę o jasne stwierdzenie czy SSR G. Detka ma krewnego będącego podwładnym Rektora pozwanej.


A.                 W części pierwszej („Sąd ustalił następujący stan faktyczny") Sąd orzekł:


1.                              W dniu 2 października 2002 roku przeprowadzono inwentaryzację przedmiotów znajdujących się w pokoju nr 18, zajmowanym przez powoda. Waldemar Korczyński nie brał w niej udziału.

Nie wiadomo, kto i na jakiej podstawie przeprowadzał wspomnianą inwentaryzację, bowiem pismo Dziekana powołujące stosowną Komisję datowane jest na 3 października 2002 (pismo znak WA/XVI/286-6/2002 w aktach sprawy). Jeśli przyjąć, że tak rzeczywiście było, to Sąd ustalił ewidentne naruszenie prawa i należy teraz, pod groźbą utraty przez Sąd powagi i wiarygodności, ukarać winnych. Niemniej jednak może to być prawdą, bowiem rzeczywiście ani 2 października wieczorem, ani 3-go października nie zostałem już wpuszczony do pokoju zajmowanego przez Zakład. Wygląda więc na to, że pismo powołujące wspomnianą Komisję napisano „ex post", aby uczynić legalnym ewidentne bezprawie. Przypuszczam, że pokój został przeszukany wcześniej i znaleziono w nim gromadzone przeze mnie dowody popełnianych przez władze pozwanej przestępstw (m.in. kopie planów zajęć z naniesionymi „zdublowanymi" godzinami dydaktycznymi, rozliczenia niektórych delegacji, kosztorysy i inne dokumenty, których ujawnienie mogło skompromitować władze pozwanej, a w przypadku literalnego potraktowania prawa zaowocować wysokimi wyrokami skazującymi za ewidentne nadużycia, m.in. finansowe.). Prawdopodobnie potrzebowano dłuższego wyłącznego dostępu do pokoju i zdecydowano się na takie właśnie zapewnienie sobie tego dostępu. Nie jest prawdą, iż „przeprowadzono inwentaryzację przedmiotów znajdujących się w pokoju nr 18, zajmowanym przez powoda", bo sposób przeprowadzenia inwentaryzacji regulują bardzo dokładnie stosowne przepisy. Stanowią one, iż integralną, warunkującą legalność inwentaryzacji, jej częścią jest spis z natury wszystkich przedmiotów znajdujących się w przejmowanym pomieszczeniu. Jak zgodnie stwierdzają przesłuchani na tę okoliczność jako świadkowie członkowie Komisji spisu takiego nie dokonano ograniczając się do wykonania spisu przedmiotów będących własnością pozwanej. Cytowane stwierdzenie Sądu jest więc naginaniem prawa do wyobrażeń władz pozwanej uczelni o tym jak winno ono (prawo) wyglądać. Sąd, zgodnie z prawdą, stwierdził, że nie brałem we wspomnianej „inwentaryzacji" udziału, przemilczał jednak dyskretnie fakt, iż nie mogłem tego uczynić, bo przebywałem wówczas służbowo w Warszawie, a zlecił mi ten wyjazd Dziekan M. (ten sam, który powołał komisje dokonującą „inwentaryzacji"). Gdyby zamiarem władz było bym brał w tej inwentaryzacji udział, to albo cofnięto by to polecenie (i nie zapłacono by mi za ten wyjazd) albo przesunięto by termin owej „inwentaryzacji". Było to możliwe, bo jak zgodnie stwierdzają świadkowie pokój jeszcze przez kilka tygodni nie był do niczego wykorzystywany. Nic takiego się jednak nie stało; otrzymałem zwrot kosztów wyjazdu (kopia delegacji w aktach sprawy), zatem wyjazd był akceptowany przez władze pozwanej, a 11-go października część moich rzeczy wydano, bez jakiegokolwiek pokwitowania, osobom trzecim.


2.                              „Do listopada 2002 roku powód, pomimo wezwania Dziekana Wydziału Zarządzania i Administracji, nie zgłosił się po odbiór swoich rzeczy

Sąd ustalił tu tylko część prawdy. Mimo moich wielokrotnych próśb władze pozwanej nie okazały mi nigdy spisu zagarniętych mi rzeczy. Co zatem i w jaki sposób miałem odbierać (por. również punkty B.12-16 niżej)?.


B W zasadniczej części uzasadnienia („Sąd zważył, co następuje") Sąd stwierdził:


  1. „W pierwszej kolejności stwierdzić należy, że w świetle zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego nie może budzić wątpliwości fakt likwidacji Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych. Przede wszystkim fakt ten znajduje potwierdzenie w Zarządzeniu Nr 40/2002 z dnia 27 września 2002 roku Rektora Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, wydanym na podstawie §10 ust.4 Statutu Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, którym została zmieniona struktura organizacyjna m.in. Wydziału Zarządzania i Administracji."

    Informuję otóż, że nigdy nie okazano mi wspomnianego Zarządzenia Nr 40/2002 z dnia 27 września 2002 roku Rektora Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Przez wiele miesięcy domagałem się okazania mi jakiegokolwiek pisma Rektora znoszącego Zakład Zastosowań Matematyki i Przetwarzania danych. Niczego takiego nie otrzymałem. Nie wiem kiedy pismo to znalazło się w aktach sprawy, ale fakt, iż, mimo moich wielokrotnych monitów, pojawiło się ono dopiero w trakcie sprawy sadowej pozwala dopatrywać się tu matactwa, bowiem zgodnie z normalnymi obyczajami Rektor winien powiadomić mnie zarówno o likwidacji zakładu jak i, zgodnie z KP, o przeniesieniu do innej jednostki. Ten ostatni fakt potwierdził zresztą ówczesny wiceminister MENiS d.s. szkolnictwa wyższego Goban-Klas. Pisma tego (Zarządzenia Nr 40/2002 z dnia 27 września 2002 roku Rektora Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach) nie okazano mi również podczas rozprawy, co dodatkowo umacnia mnie w podejrzeniach, iż nie wszystko jest tu zgodne z prawem.

  2. „Zmiana polegała na zlikwidowaniu kierowanego przez powoda Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych. Likwidację Zakładu zgodnie potwierdzili w swych zeznaniach Antoni M., Andrzej S., Zbigniew G., Zdobysława K. i Ewa G."

    Te zdania uzasadnienia sugerować mogą, iż kwestionowałem fakt fizycznej likwidacji Zakładu Z tego co wiem, nikt nigdy tego nie kwestionował, a na pewno nie ja. Przeciwnie domagałem się uznania, iż ta zaistniała fizycznie likwidacja przeprowadzona została niezgodnie z prawem i, ze przy okazji zniszczono lub bezprawnie zagarnięto moje rzeczy osobiste i zniszczono dowody przestępstw popełnianych przez władze Akademii (co jak sądzę było główną przyczyną tak niecodziennej formy likwidacji Zakładu). Nie bardzo wiadomo więc do czego mogą się te dwa zdania odnosić. Jeśli zamiarem Sądu było potwierdzenie zasadności moich zarzutów poprzez ustalenie, iż mój opis stanu faktycznego był poprawny, to dowodziłoby to wielkiej staranności Sądu w dochodzeniu prawdy o faktach oczywistych i przez nikogo nie kwestionowanych. Byłoby to jednak dziwne w kontekście innych działań Sądu, który bardzo arbitralnie ustalał stan faktyczny np. nie dopuszczając do zadawania świadkom niewygodnych dla nich pytań. Wydaje się więc, iż Sąd, uzasadniając tak mocno („Likwidację Zakładu zgodnie potwierdzili w swych zeznaniach Antoni M., Andrzej S., Zbigniew G., Zdobysława K i Ewa G.." - to są zeznania aż czterech świadków!) to akurat stwierdzenie musiał mieć po temu jakieś ważne powody. Wnoszę o ich ujawnienie, bo ilość dziwnych zdarzeń w tej sprawie napawa mnie niepokojem. Proszę Sad Okręgowy o zobowiązanie Sadu Rejonowego do wyjaśnienia tej sprawy.

  3. „Waldemar Korczyński w treści pozwu oraz w oświadczeniu złożonym na rozprawie w dniu 3 marca 2002 roku zakwestionował zgodność z prawem decyzji Dziekana Wydziału Zarządzania i Administracji o przeniesieniu go z Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych do Zakładu Zarządzania Rozwojem Organizacji. W myśl art.52 ust. l ustawy z dnia 12 września 1990 roku o szkolnictwie wyższym (dz. u. Nr 65, poz.385 z późniejszymi zmianami) Dziekan kieruje wydziałem i reprezentuje go na zewnątrz. Dziekan jest przełożonym pracowników i studentów wydziału. W świetle powyższego przepisu bez wątpienia, to do dziekan należy decyzji o przesunięciu pracownika w ramach kierowanegoprzez niego wydziału."

    Nie jest dla mnie jasne dlaczego Sąd twierdzi, iż „W świetle powyższego przepisu bez wątpienia, to do dziekan należy decyzji o przesunięciu pracownika w ramach kierowanegoprzez niego wydziału.". Wspomniany przepisw żadnym miejscu nie stwierdza explicite, iż Dziekan ma takie właśnie uprawnienia. Jest to więc ewidentnie „nadinterpretacja", tzw. interpretacja rozszerzająca, w tym przypadku co najmniej dziwna. Rozumując w ten sposób dojść można do wniosku, że np. przełożony ma prawo zlecić pracownikowi popełnienie przestępstwa (bo jest przecież jego przełożonym). Otóż Statut pozwanej uczelni stwierdza wyraźnie, iż organem powołującym i znoszącym zakłady jest Rektor. (prawdopodobnie niemożliwość zakwestionowania tego faktu była przyczyną tak nieoczekiwanego zmaterializowania się wspomnianego wyżej Zarządzenia Nr 40/2002 z dnia 27 września 2002 roku Rektora Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, wydanym na podstawie §10 ust.4 Statutu Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, którym została zmieniona struktura organizacyjna m.in. Wydziału Zarządzania i Administracji"), Wydawałoby się więc sensowne, by ten sam organ decydował o tym, co stać się ma z pracownikami znoszonych zakładów, a przynajmniej zatwierdzał decyzje Dziekana w tym zakresie. Według mojej wiedzy podobnie reguluje te sprawy Kodeks Pracy. Ja zawierałem umowę o pracę z Akademią Świętokrzyska i zgodnie z KP moim pracodawca był Rektor, który był jedyną osobą władną mnie gdziekolwiek przenosić. Pogląd ten podzielił ówczesny Sekretarz Stanu w MENiS Goban-Klas. Jeśli Sąd kwestionuje prawdziwość (w sensie zgodności z ówczesnym stanem prawnym) wypowiedzi Ministra Goban-Klasa (czyli stwierdza, iż minister mnie oszukał) lub jego kompetencje proszę o wyraźne stwierdzenie tego stanowiska, bo w takim wypadku wystąpię do MENiS o odszkodowanie za wprowadzenie mnie w błąd. Jeśli nawet Rektor upoważnił Dziekana do przeniesienia mnie do innego zakładu, to powinien potem, na moje wielokrotne monity tę delegację potwierdzić. Podkreślam, iż mimo wielu kierowanych do Rektora pism nigdy nie otrzymałem od niego takiego stwierdzenia. Jeśli więc Rektor jako przełożony Dziekana nie potwierdza ani jego (Dziekana) decyzji ani przekazania mu swoich rektorskich uprawnień do jej podejmowania, to mam prawo sądzić, iż decyzja ta jest nielegalna. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Rektor tak dalece lekceważyłby zarówno prawo jak i swoje obowiązki, by nie powiadomić pracownika o swoim stanowisku w tak ważnej kwestii. Jeśli pozew doręczony został pozwanej poprawnie, to Rektor jeszcze w listopadzie 2002 znał moje zastrzeżenia (zakładam tu, iż nie czytał moich pism do niego, lecz, jak to stwierdził w jednym z wywiadów dla prasy kierował je do władz Wydziału, tzn. ludzi winnych popełniania podnoszonych przeze mnie publicznie zarzutów. Gdyby Rektor czytał kierowane do niego pisma, to wiedze tę winien posiąść jeszcze na początku października 2002 roku). Gdyby rzeczywiście zamierzał mnie gdziekolwiek przenosić, to pewnie by mnie o tym powiadomił. Zasadność tego rozumowania potwierdza zresztą Sąd podnosząc, iż „Zgodnie z art. 85 ust. l ustawy z dnia 12 września 1990 roku o szkolnictwie wyższym stosunek pracy z nauczycielem akademickim nawiązuje się na podstawie mianowania, w przypadku adiunkta na czas nie określony (art. 88 ust. l tej ustawy). Mianowanie powoduje nawiązanie stosunku pracy (art. 2 k.p.) z uczelnią jako pracodawcą, a nie z poszczególnymi jej jednostkami organizacyjnymi. Wymienienie w akcie mianowania stanowiska i miejsca pracy stanowi wypełnienie dyspozycji art.86 ust. 5 ustawy o szkolnictwie wyższym, nie oznacza natomiast, że jest to nawiązanie stosunku pracy tylko w określonej jednostce organizacyjnej uczelni." Zgodnie z powyższym stwierdzeniem Sądu Rektor nie miał obowiązku prawnego przypisywać mnie do jakiegokolwiek zakładu, a ja mogłem uznać, iż zatrudniony jestem w wydziale. Tak więc wątpliwości są, niestety, zasadnicze i stwierdzenie Sądu „W świetle powyższego przepisu bez wątpienia, to do dziekan należy decyzji o przesunięciu pracownika w ramach kierowanegoprzez niego wydziału." jest błędne tym bardziej, że jak Sąd stwierdza w następnym zdaniu „Zaznaczyć należy, że po dniu 1 października2002 roku Waldemar Korczyński w dalszym ciągu zajmował w pozwanej uczelni (nie zakładzie, ani wydziale, ale uczelni właśnie - przyp. mój) stanowisko adiunkta".

  4. „Zmiana treści łączącego strony stosunku pracy może wynikać z różnych zdarzeń prawnych. W szczególności będą to porozumienia między stronami lub specyficzna instytucja prawa pracy jaką jest wypowiedzenie zmieniające. Nie można odrzucić oceny, że do zmiany treści stosunku pracy w zakresie jego istotnych elementów może także dojść wskutek przekształceń organizacyjnych pracodawcy. Przekształcenia te co do celowości czy racjonalności, zwłaszcza finansowej, nie podlegają bezpośredniej ocenie sądu pracy. Jeżeli jednak prowadzą w konsekwencji do zmiany treści istotnych warunków pracy na niekorzyść pracownika, to sąd pracy może dokonywać niejako pośredniej ich oceny w płaszczyźnie niezbędności wypowiedzenia zmieniającego (a więc czy prowadzą do zmiany warunków pracy), a także oceny zasadności samego wypowiedzenia. Jeżeli więc w wyniku przekształceń organizacyjnych pracodawcy dochodzi do zmiany warunków pracy wymagających wypowiedzenia, a pracodawca tego nie uczyni i nie można przyjąć, aby strony zawarły w tym zakresie (choćby w sposób dorozumiany) porozumienie, to nie dochodzi do skutecznego przekształcenia treści stosunku pracy, a tym samym pracownik ma roszczenie o dopuszczenie do pracy na poprzednich warunkach (art. 22 § l k.p.). Tak w istocie należałoby traktować żądanie powoda."

    Nie jest dla mnie jasne jak Sąd rozumie „dopuszczenie do pracy na poprzednich warunkach (art. 22 § l k.p.)". Jeśli na dokładnie tych samych jak przed rozwiązaniem Zakładu to jest to ewidentna nieprawda. Nigdy nie żądałem dopuszczenia do pracy na poprzednich warunkach. Przeciwnie wielokrotnie podkreślałem, iż nie chodzi mi o likwidację zakładu, ale o sposób jej przeprowadzenia. To są zupełnie różne sprawy i jestem zaskoczony faktem, iż Sąd tak właśnie błędnie zinterpretował moje żądanie. Ja domagałem się jedynie zapewnienia mi normalnych warunków pracy i uzasadnienia nielegalnych, moim zdaniem, decyzji. Chodzi tu np. o możliwość wyjazdu do biblioteki czy pracę w zespole ludzi o podobnych zainteresowaniach i umiejętnościach. Można to było spełnić przenosząc np. wszystkich pracowników Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych do jednego zakładu, tak, by można było nadal kontynuować prace prowadzonego w Zakładzie do września 2002 roku seminarium (nb. jedynego monotematycznego w Wydziale). Tak właśnie stało się w przypadku rozwiązanego Zakładu Filozofii. Nie było żadnych sensownych powodów takiego rozdzielenia pracowników likwidowanego Zakładu, by nie mogli oni brać udziału we wspomnianym seminarium. Były to szykany i to właśnie podnosiłem jako zarzut. Wyjaśniałem to wielokrotnie podczas rozpraw, ale Sąd wyraźnie nie uwzględnił tego w uzasadnieniu (w protokołach zresztą tez w niewielkim tylko stopniu). Tak istotna zmiana sensu podnoszonych przeze mnie zarzutów budzi moje obawy o stopień zrozumienia istoty sprawy przez Sąd.

  1. „Podstawą rozstrzygnięcia podniesionego przez powoda zarzutu ewentualnie mogłyby być przepisy dotyczące wypowiedzenia warunków pracy i płacy (art.42 k.p.) oraz roszczeń przysługujących pracownikowi w przypadku naruszenia przez pracodawcę tych przepisów. Zdaniem sądu żaden z tych przepisów nie ma jednak zastosowania do oceny roszczenia zgłoszonego przez powoda.

    Nie wiem na czym opiera Sąd ten pogląd. Nie może to być stwierdzenie zawarte w następnym zdaniu:

  2. W tym zakresie należy stwierdzić, że w ogólności stosowanie art. 42k.p. do stosunku pracy mianowanego nauczyciela akademickiego jest wątpliwe, gdyż art. 124 ustawy o szkolnictwie wyższym odsyła do Kodeksu tylko w sprawach w niej nie uregulowanych."

    bo jak Sąd słusznie zauważył, „art. 124 ustawy o szkolnictwie wyższym odsyła do Kodeksu (Pracy - przyp. mój) ... w sprawach w niej nie uregulowanych" . Ja uważnie przejrzałem wspomnianą ustawę (o szkolnictwie wyższym) i nie znalazłem w niej wzmianki o wypowiedzeniu zmieniającym warunki pracy. Należy zatem przyjąć, iż w tej właśnie sprawie ustawodawca odsyła do Kodeksu Pracy i jest niewątpliwe, że w jej rozpatrywaniu Sąd winien kierować się przepisami tego kodeksu.

  3. Uczelnie wyższe mają zastrzeżoną ustawowo autonomię, w tym także w zakresie kształtowania swoich struktur organizacyjnych. Im większa swoboda w tym zakresie, tym mniejsza możliwość ingerencji w nią podmiotów trzecich. W tym znaczeniu podmiotem trzecim jest także pracownik, który z treści stosunku pracy nie może wywodzić roszczeń, ingerujących w autonomię (samorządność) uczelni. W każdym razie możliwość takiego oddziaływania należy ograniczyć do niezbędnego minimum."

    Ten fragment uzasadnienia sugeruje, jakobym usiłował ingerować w autonomię pozwanej uczelni. Nigdy takich ambicji nie miałem i nie wywodziłem żadnych roszczeń, ingerujących w autonomię (samorządność) uczelni. Imputowanie mi takich zamiarów tylko zamazuje istotę sprawy. Nie wiem jak Sąd doszedł to takich wniosków, ale mam wrażenie, że Sąd rozpatruje zarzuty, których ja nigdy nie podnosiłem, a pomija te, które wyartykułowałem w pozwie i podczas rozpraw (na tyle, na ile Sąd mi to umożliwił, bo bardzo często moje pytania były uchylane.). Być może fragment ten dotyczy innej sprawy, a w tym uzasadnieniu znalazł się przypadkiem, ale wydaje mi się to bardzo nieprawdopodobne.

  4. Nawet jednak gdyby przyjąć, że art. 42 k.p. ma zastosowanie do stosunku pracy mianowanego nauczyciela akademickiego, to należy uznać, iż w okolicznościach sprawy strona pozwana nie miała obowiązku dokonywać powodowi wypowiedzenia zmieniającego. W wyniku przekształceń organizacyjnych doszło wprawdzie do pewnej zmiany warunków pracy powoda, ale nie była to zmiana stanowiska pracy i zakresu jego obowiązków. Jak zaznaczono to już wyżej powód nadal był zatrudniony na stanowisku adiunkta. Według świadków Antoniego M. i Andrzeja S. powód po dniu 30 września 2002 roku miał takie same możliwości pracy naukowej jak przed tą datą. Zakres powierzonych powodowi w roku akademickim 2002 - 2003 zajęć (matematyka, informatyka, zastosowanie informatyki w zarządzaniu) koresponduje z jego przygotowaniem naukowym.

    Sąd dyskretnie przemilcza w tym miejscu fakt, iż pozbawiony zostałem sporządzonych dużym nakładem pracy pomocy i materiałów dydaktycznych; folii z naniesionymi wykładami (tzw. slajdów), jednej prawie całkowicie napisanej i jednej rozpoczętej książki,. materiałów egzaminacyjnych (prace studentów, schematy oceniania, notatki itp.) na podstawie których wystawiać miałem oceny i wielu innych potrzebnych mi w pracy dydaktycznej rzeczy. Nie wiem tez jak miałem kontynuować pisanie prac naukowych (np. brakującej części rozprawy habilitacyjnej), skoro zabrano mi wszystkie materiały; gromadzone przez wiele lat notatki bibliograficzne (zabór tej części moich rzeczy odczuwam najbardziej dotkliwie, bo nie mam żadnych kopii, a odtwarzanie wymaga ogromnej pracy i wielu wyjazdów, również zagranicę), napisanej już w zasadzie pracy, która chciałem przedłożyć jako brakującą część habilitacji, kilku innych rozpoczętych, często prawie ukończonych prac (niektóre odtworzyłem, ale kosztowało mnie to wiele pracy), moich prywatnych lub pożyczonych książek i notatek z bibliotek. Rozstrzygającym jest jednak fakt, iż pozbawiony zostałem możliwości normalnej pracy wśród ludzi zajmujących się takimi samymi problemami. W normalnych uczelniach praca naukowa koncentruje się wokół seminariów, spotkań ludzi mówiących tym samym językiem o tych samych sprawach. Ma to zasadnicze znaczenie zarówno dla pracy naukowej jak i dydaktycznej. Rozumieli to prawdopodobnie autorzy Statutu AŚ, który explicite stwierdza, że Zakłady powołane są właśnie do prowadzenia pracy naukowej. Jest to zresztą sensowne, bo można wtedy dopasować pracę dydaktyczną do naukowej. Przeniesienie każdego pracownika likwidowanego Zakładu do innej jednostki organizacyjnej praktycznie uniemożliwiało taka współpracę. Jako pracownik Zakładu Zarządzania Rozwojem Organizacji winieniem brać udział w pracach tego Zakładu, do czego w żaden sposób nie byłem przygotowany. W moim odczuciu zostałem tam umieszczony celowo, aby móc potem zwolnić mnie motywując to brakiem wyników lub nieuczestniczeniem w pracach Zakładu. Tak więc warunki pracy zarówno dydaktycznej jak i naukowej uległy w tym przypadku zasadniczej zmianie. Przywoływanie w tym miejscu zeznań świadków Antoniego M. i Andrzeja S. jest nieporozumieniem, bo zarówno z racji swych specjalności jak i instytucji, gdzie uzyskali habilitację nie są oni w tym względzie zorientowani. Obaj uzyskali habilitacje w uczelniach partyjnych i na bardzo dziwnych zasadach (np. świadek S. utajnia do dziś obligatoryjny do uzyskania habilitacji dorobek naukowy. Jest to z jednej strony komiczne - tajne publikacje - z drugiej jednak pozwala sądzić, że świadek uważa, iż każda instytucja winna nadawać stopnie naukowe tak jak zlikwidowana natychmiast po zjednoczeniu Niemiec Hochschule f. Oekonomie w Berlinie). Usiłowałem zwrócić na to uwagę Sądu, ale bez rezultatu.

  5. Powód nie pozostał także bez środków zarówno na badania własne (3.000 Złotych na początku 2003 roku), jaki na badania statutowe (18.274,08 Złotych na początku 2003 roku)."

    To ustalenie Sądu jest fałszywe.  Fakt, iż na jakimś koncie pozostawały pieniądze nie miał żadnego znaczenia, bo nie mogłem z nich skorzystać. Wydanie każdej złotówki z tych pieniędzy wymagało zgody władz Wydziału, a w przypadku większych kwot (np. na planowany w początku roku 2003 wyjazd na konferencję zagranicą) władz uczelni. Przedkładałem Sądowi wiele pism, w których bezskutecznie prosiłem o zwrot kosztów wyjazdów do bibliotek Mimo, iż jak „ustalił" Sąd podobno miałem sporo pieniędzy po 3 października 2003 nigdy nie udało mi się z nich wydać ani złotówki. Wyjazdy (tylko te, do których zobowiązałem się wcześniej opłacałem z własnych pieniędzy). Usiłowałem wyjaśnić to na rozprawie, ale Sąd oddalał moje pytania do świadków.

  1. W świetle ustaleń faktycznych Sądu drugiej instancji nie doszło też do zmiany, a w każdym razie zmiana ta nie miała istotnego znaczenia na niekorzyść, w zakresie możliwości kontynuowania przez powódkę pracy naukowej (obowiązków strony pozwanej w tym zakresie). Tym samym zmiana organizacyjna powodująca pewną zmianę w warunkach pracy Waldemara Korczyńskiego była skuteczna, a więc powód nie może zasadnie wnosić o dopuszczenie go do pracy na warunkach poprzednich."

    Tej części uzasadnienia nie rozumiem. Nic nie wiem o tym, by sprawa, o której piszę była przedmiotem bliższego zainteresowania jakiegokolwiek sądu drugiej instancji, w szczególności, o „ustaleniach faktycznych" (co to znaczy?) tego sądu. Być może chodzi tu o moje odwołanie się do Ministra w sprawie sprostowania protokołu, ale nie wiem o jakich ustaleniach może być tu mowa, skoro nikt mnie o nic nie pytał. Otrzymałem rzeczywiście pismo, z którego treści można coś podobnego zawnioskować, ale Sąd Okręgowy opierał się prawdopodobnie o informacje w protokołach rozprawy, które jak już pisałem są niepełne i nieprawdziwe. Nie wiem, który z Sądów ustalił zmianę mojej płci, ale informuję, że ja jak dotąd nic o tym nie wiem. Przepraszam za ostatnie sformułowanie, ale to zdanie wydaje się dobrze oddawać rzetelność Sadu Rejonowego w rozpoznawaniu mej sprawy.

  1. Sąd dał wiarę zeznaniom Ewy G., Zdobysława K., Zbigniewa G., Antoniego M., Andrzeja S. i Anny Ż. albowiem są konsekwentne, spójne, wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość."

    Należałoby przyjąć, iż Sąd okazał się być wyjątkowo łatwowiernym i naiwnym. Nie wiem jak rozumieć w tym kontekście wypowiedź, iż zeznania „są konsekwentne, spójne, wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość", obawiam się jednak, ze przy każdym standardowym rozumieniu tych słów (konsekwentne, spójne) i zwrotów (wzajemnie się uzupełniają, tworząc logiczną całość) nie da się tej tezy obronić. Niżej podaję tylko kilka przykładów, wypisanie wszystkich to materiał na małą książeczkę, bo sprzeczności są nie tylko liczne, ale też i różnorodne.

    Tak np. asp. Dorota Soboń z KM Policji w Kielcach w piśmie z dnia 15.04.03 (pismo podpisał prok. PR J.Świątek, pismo w aktach sprawy) stwierdza

    "Jeżeli chodzi o materiały znajdujące się na dyskach twardych to część została skopiowana przez panią B. natomiast udostępnienie pozostałej zawartości dysków jest możliwe po uzgodnieniu tego z kierownikiem Zakładu panem S., w gestii którego obecnie pozostaje pokój nr 18. o czym pan Korczyński został pisemnie poinformowany pismem z dnia 26.01.2003 r".

    Podobnie Dziekan M. w piśmie z dnia 26.01.03 (znak WA/XVI/26-7/03) stwierdza:

    „Kwestie dotyczące udostępnienia zawartości dysków twardych proszę uzgodnić z kierownikiem Zakładu tzn. prof. dr hab. Andrzejem S., w gestii którego pozostaje obecnie pok. 18."

    Opierając się na tych informacjach poprosiłem 18 maja 2003 roku pana S. o ustalenie miejsca i sposobu zwrotu mojej własności. Odpowiedzi nigdy nie otrzymałem, a na rozprawie w dniu 6 listopada 2003 pan. S. oświadczył, że nie dysponuje żadnymi moimi rzeczami prywatnymi. Dokładniej świadek S. zeznał:

    „Ja nie dysponuję żadnymi prywatnymi rzeczami powoda z tego co wiem dysponuje nimi dział Administracyjno-Gospodarczy. Ja nie byłem nigdy określany jako dysponent rzeczy powoda"

    W tymże protokole świadek S. stwierdza (str. 63 akt sprawy ostatnia linia na dole strony):

    „Według mnie dorobek naukowy powoda daje conajmniej szansę rozpoczęcia przewodu habilitacyjnego
    ."

    By zaraz potem zeznać, ze

    W czasie kilku lat istnienia Zakładu Matematyki i. Przetwarzania Danych nikt z pracowników nie doktoryzował się a dorobek Kierownika nie kwalifikował się do rozpoczęcia habilitacji."

    Nie wiem czy Sąd dostrzegł tu spójność czy konsekwencję. Na tej samej rozprawie świadek G. zeznaje:

    Powód z tego co wiem po likwidacji Zakładu nadal otrzymywał środki na badania z których pokrywał udział w konferencjach. Nie potrafię powiedzieć w jakiej wysokości i czy w ogóle powód otrzymywał środki na badania własne po likwidacji Zakładu. (sprzeczność z poprzednim zdaniem) Nie wiem jak sytuacja z tymi środkami wyglądała również przed likwidacją Zakładu. (sprzeczność z pierwszym zdaniem - słowo „nadal")"

    Ten świadek nie pofatygował się nawet, by sprzeczne wypowiedzi oddzielić wypowiedzią prawdziwą lub stwierdzeniem, ze czegoś nie wie lub nie pamięta (ok. 25% jego wypowiedzi jest tego właśnie typu).Świadek również kłamie, bo po likwidacji Zakładu nie otrzymałem ani złotówki na żadne cele, a Akademia nie pokryła mojego udziału w żadnej konferencji. Dla dowodu proszę o okazanie jakiejkolwiek delegacji wystawionej dla mnie po 3 października 2002. Wnoszę o zażądanie od pozwanej uczelni przedłożenia wykazu takich delegacji. Na stronie 62 (to nr strony akt) świadek stwierdza:

    „Pracownicy naukowi mają tylko dofinansowywane badania naukowe przez Komitet Badań Naukowych. W pozostałej części środki na badania muszę gromadzić sami. „

    Jest to ewidentna bzdura. Znakomita większość pracowników (w tym świadek G.) otrzymuje dofinansowanie ze środków uczelnianych, a świadek, jako prodziekan ds. Nauki, jest w Wydziale ich głównym dysponentem. Potwierdza to (otrzymywanie środków innych niż granty KBN) w tymże protokole świadek S. stwierdzając, że:

    „Każdy pracownik który chce się rozwijać otrzymuje od władz uczelni środki i takie środki otrzymywał powód."

    Nie da się, niestety, tak zrobić by wypowiedzi obu panów były prawdziwe. Wiadomo jednak, że obaj zeznawali pod przysięgą

    Ciekawe jest inne stwierdzenie świadka G.:

    „Nie mogę stwierdzić czy w przeliczeniu na pkt. Komitetu Badań Naukowych powód otrzymał wystarczającą ilość pieniędzy. Stwierdzenie że powód otrzymywał dużo środków finansowych opieram na porównaniu powoda z innymi pracownikami."

    O którym stwierdzeniu świadka jest tu mowa? Ten właśnie świadek stwierdził przecież (por. jego wypowiedź wyżej): „Nie potrafię powiedzieć w jakiej wysokości i czy w ogóle powód otrzymywał środki na badania własne po likwidacji Zakładu." Warto tu zauważyć, iż świadek musiał znać przyznane mi środki finansowe, aby je z czymkolwiek porównywać. W tym miejscu chodzi prawdopodobnie o spójność wypowiedzi świadka.

    To są niektóre, nie najważniejsze dla sprawy, ale w miarę dobrze widoczne sprzeczności, w zasadzie „wewnętrzne" dla jednego tylko, protokołu rozprawy z dnia 6 listopada 2003 roku. Jak już wspomniałem sprzeczności w zeznaniach świadków, którym Sąd tak łatwo daje wiarę, jest znacznie więcej. Również dokumenty przedłożone w tej sprawie pełne są sprzeczności. Na rozprawie przed Sądem Okręgowym wskażę ich więcej.

  2. Za niezasadne uznać należy także drugie roszczenie zgłoszone przez powoda. Waldemar Korczyński wniósł o zasądzenie protokolarnego wydania bezprawnie zajętych, a należących do niego:
    dokumentów, elektronicznych wersji prac i książek, zawartości poczty elektronicznej, gromadzonych w ciągu ostatnich siedmiu lat danych z intemetu oraz wydawnictw. Polskiemu prawu nie jest znane tego typu roszczenie i to przesądza o oddaleniu powództwa w tej części.

    To stwierdzenie Sądu jest niewątpliwie rewolucyjne. Znam osobiście kilka osób, które skutecznie domagały się zwrotu zabranych im ich rzeczy w tym książek i napisanych prac. Powinny się teraz bać, iż odzyskały je niezgodnie z prawem. Mam uzasadnione obawy, że popularyzacja tych akurat poglądów Sądu Rejonowego w Kielcach skutkować może zasadniczą poprawą samopoczucia wielu oskarżonych (powaga rzeczy osądzonej!) i kandydatów na oskarżonych. Pragnę zauważyć, ze wśród zagarniętych mi bezprawnie rzeczy znajdowały się m.in. dyktafon i kilka wydanych przez różne wydawnictwa papierowych książek. Jeśli prawo polskie nie traktuje zaboru takich przedmiotów jako przestępstwa, to proszę o wyraźną odpowiedź czy mogę np. zabrać takie przedmioty pozostawione np. przez studenta w moim pokoju w pracy lub u mnie w domu (zdarza mi się, gdy jestem np. chory, a student ma wkrótce obronę pracy, .umawiać na spotkania w domu. Jeden ze studentów zostawił kiedyś u mnie notebook, chyba marki „Dell".). Jeśli ja nie mogę, to czy może uczynić to uczelnia. Potem wyznaczyłbym oczywiście termin odbioru tych rzeczy nie precyzując jednak co zostało zabrane. Gdyby właściciel nie odszukał swoich przedmiotów (musiałby oczywiście wpierw okazać mi ich listę) wśród udostępnionych mu np. ośmiu paczek rozmaitych przedmiotów (mógłbym nie umieścić w nich np. wspomnianego notebooka), to byłby to ewidentny dowód, iż niczego mu nie skradziono i mógłbym oskarżyć go o utrudnianie mi życia pomówienie itp.(do wyboru, zastanowiłbym się co jest bardziej korzystne). 

  1. „Podkreślić należy, co powód sam przyznał, że strona pozwana wzywała go do odebrania tych rzeczy, czego jednak nie uczynił ...".

    Mógłbym oczywiście wzywać okradzionego do odbioru jego własności, nie precyzując o jakie przedmioty chodzi. Miałbym potem dowód mojej dobrej woli, bo przecież taki domagający się zwrotu swych rzeczy powód musiałby przyznać, ze był do ich odbioru wzywany. Wywód Sądu Rejonowego w tej kwestii jest znakomitą instrukcją bezkarnego okradania naiwnych. Jestem zaszokowany faktem, iż ten fragment uzasadnienia wyroku mógł znaleźć się w oficjalnym dokumencie sądowym.

  1. „... wobec niespełnienia stawianych przez niego warunków."

    Sąd sugeruje tu, jakobym domagał się spełnienia przez pozwaną jakichś specjalnych, w domyśle - nietypowych - warunków. To bzdura. Domagałem się jedynie stosowania ogólnie w takich sytuacjach przyjętych zasad przejmowania cudzej własności. Według mojej wiedzy, w każdym takim przypadku należy dokonać komisyjnego spisu przejmowanej cudzej własności i zagwarantować jej nienaruszalność do chwili przejęcia jej przez prawowitego właściciela. Na pewno nie wolno wydawać tych przedmiotów osobom trzecim, w szczególności nie wolno tego czynić bez pokwitowania, co władze pozwanej uczyniły. Powyższy fragment uzasadnienia odbieram jako ewidentny dowód tendencyjnego prowadzenia sprawy przez Sąd Rejonowy.

  1. „Skoro strona pozwana nie utrudnia powodowi objęcia w posiadanie rzeczy stanowiących jego własność, a wręcz przeciwnie uczyniła wiele, aby powód te rzeczy zabrał, nie można powyższego zadania zakwalifikować jako roszczenia o wydanie rzeczy (art.222 k.c. w zw. z art.300 k.p.)"

    Strona pozwana utrudnia mi w oczywisty sposób objęcie w posiadanie rzeczy stanowiących moją własność, bo konsekwentnie odmawia ujawnienia jakie mianowicie moje rzeczy posiada i co zostało wydane osobom trzecim. Nie uczyniła niczego abym te rzeczy odebrał, a wręcz przeciwnie, gdy w dobrej wierze, w oparciu o podpisane przez prok. Świątka i Dziekana M. pisma, zwróciłem się do wskazanej przez nich osoby o zwrot moich rzeczy (por. moje pismo do pana S. z dnia 18 maja 2003 w aktach sprawy) nie uznała za stosowne na moją prośbę o ustalenie miejsca i terminu ich zwrotu odpowiedzieć, zaś na rozprawie ustami świadka S. oświadczyła cynicznie, że wskazany przez bądź co bądź poważne osoby (prokurator i Dziekan Wydziału) człowiek nie jest ich dysponentem. To są fakty i Sąd wykazał wiele starań aby je zignorować.

Waldemar Korczyński

Kielce, 14.02.2004 r.
Sąd Okręgowy w Kielcach
Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych
za pośrednictwem
Sądu Rejonowego w Kielcach
Sądu Pracy

Powód: Waldemar Korczyński

Pozwana: Akademia Świętokrzyska w Kielcach

sygn. akt IV P 1683/03

wpz.: ................ zł

Apelacja powoda od wyroku Sądu Rejonowego w Kielcach z dnia 21 grudnia 2004

sygn. IV P 1683/03

Zaskarżam w/oznaczony wyrok w całości. ...

Uzasadnienie

W poniższym tekście cytowane wypowiedzi Sądu pisane są kursywą, a moje normalną czcionką.

....[Pomijam tu długi opis prawny, bo nie ma on właściwie nic do rzeczy. Jest to prawnicza gra polegająca na przytaczaniu rozmaitych przepisów i orzeczeń. Opis stanu faktycznego jest niżej i żaden sąd go nie kwestionował.]

... Sąd Rejonowy prowadził sprawę w sposób uniemożliwiający mi dowodzenie moich racji. Objawiało się to m.in. uchylaniem moich pytań i ignorowaniem wskazywanych przeze mnie rzeczywistych przyczyn zaistniałego konfliktu. Dobitnym tego przykładem była manipulacja polegająca na zgodzie Sadu na rejestrowanie przebiegu rozprawy, a następnie odmówieniu mi udostępnienia stosownych nagrań. Postępowanie Sądu ukierunkowane było na omijanie moich argumentów i akcentowanie wypowiedzi przedstawicieli pozwanej.

W zakresie ustalenia przez Sąd stanu faktycznego

1. „Zarządzeniem Rektora Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach nr 40/ 2002 z dnia 27 września 2002 r., na podstawie § 10 ust. 4 statutu Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach zmieniona została struktura organizacyjna Wydziału Zarządzania i Administracji. Zmiana polegała na zlikwidowaniu kierowanego przez powoda Zakładu Zastosowań Matematyki i Przetwarzania Danych."

O istnieniu tego pisma dowiedziałem się z wyroku SR w sprawie sygn. P IV 2168/02. Jest to o tyle istotne, ze Sąd przywołuje w uzasadnieniu ten wyrok, jak rozumiem, dla poparcia swego orzeczenia w tej sprawie „powagą rzeczy osądzonej". Tajemnicze pojawienie się tego pisma, prawdopodobnie po wszystkich rozprawach w sprawie P IV 2168/02 podważa wspomniany wyrok i sugerowaną przez Sąd „powagę rzeczy osądzonej",

2. „Na początku października 2002 r. przeprowadzono inwentaryzację przedmiotów znajdujących się w pokoju nr 18, zajmowanym przez powoda w której nie brał on udziału."

To stwierdzenie Sądu zawiera tylko część prawdy i całkowicie ignoruje zarówno moje wyjaśnienia jak i przedłożone dowody i zeznania świadków. Owa „inwentaryzacja" pokoju zaplanowana została w taki właśnie sposób, bym nie mógł w niej brać udziału. Zostałem na ten okres przez podpisującego pismo o powołaniu przejmującej pokój komisji Dziekana wysłany służbowo do Warszawy (kopie delegacji służbowych w aktach sprawy) i wyrażona w tym zdaniu sugestia (por następne zdanie uzasadnienia), jakobym nie chciał w tym brać udziału jest ewidentnie sprzeczna ze stanem faktycznym, który Sąd „ustalił". Określenie inwentaryzacja" nie jest w tym przypadku adekwatne, bo zajęto, bez jakiegokolwiek ich spisania, moje prywatne rzeczy, których cześć wydano następnie osobom trzecim. Był to po prostu zabór mienia i kwalifikowanie tego jako „inwentaryzacji" jest nadużyciem tego słowa.

3. „Pomimo wezwania Dziekana Wydziału Zarządzania i Administracji powód nie zgłosił się celem zabrania swoich rzeczy z pokoju nr 18. W związku z planowanym rozpoczęciem prac remontowych w pokoju, rzeczy powoda zostały spakowane w osiem paczek przez Annę Żołądek - pracownika administracyjnego i zdeponowane w magazynie. Pomimo wielokrotnych wezwań powód nie odebrał swoich rzeczy z magazynu."

Również to stwierdzenie jest tendencyjne. Sąd nie wspomina tu o tym, iż o konieczności opuszczenia pokoju dowiedziałem się przypadkiem o godz. 18.55 w dniu 25 września 2002 roku, mimo, iż cały dzień byłem w pracy i można było doręczyć mi to pismo w normalny sposób. Również w tym przypadku zastosowano wybieg podobny, do opisanego w punkcie 2 wyżej. Dziekan delegował mnie w dniach 26-29 września na konferencję do Warszawy i gdybym nie zapomniał wziąć z pok. 18 materiałów na te konferencje, to wspomniane pismo otrzymałbym 30 września i być może można by było napisać, iż było to z mojej winy. Warto tu wspomnieć, że tak samo „powiadomiono" mnie o wspomnianym przez Sąd przeniesieniu do Zakładu prof. S.; pismo otrzymałem 30 września ok.. 17.30 i również prze portiera. Tym razem byłem w pracy bez przerwy od 8-mej do 17.30 (pismo odebrałem wychodząc z pracy). Kopie obu pism są w aktach sprawy i nie wiem dlaczego Sąd tego nie uwzględnił.

4. „Waldemar Korczyński nie złożył wniosku o przedłużenie zatrudnienia wraz z dokumentami wymaganymi celem przedłużenia zatrudnienia na stanowisku adiunkta jak również nie wystąpił o opinię do swojego przełożonego."

Na wstępie zauważyć należy, iż samo złożenie pozwu w tej sprawie mogło być rozumiane jako wymienione podanie o przedłużenie zatrudnienia. Można je było uwzględnić nie naruszając przyjętej w Akademii procedury, bo ocena pracownika przez stosowną komisję ma być pracownikowi doręczona do 31 maja (nb. ja moja ocenę za rok 2001 otrzymałem we wrześniu), a po jej otrzymaniu pracownik może jeszcze odwołać się od tej oceny do Uczelnianej Komisji Odwoławczej. Gdyby władze AŚ nie były do mnie negatywnie nastawione, to tak właśnie potraktowałyby ten pozew. Sąd pominął też zarówno moje wyjaśnienia, iż wielokrotnie usiłowałem zarówno skontaktować się z prof. S. jak i złożyć stosowne dokumenty bez jego opinii. To ostatnie częściowo mi się nawet udało, bo złożyłem, trochę „podstępem", arkusz ocen nauczyciela akademickiego (