25 maja 1982 roku milicja postrzeliła Jana Narożniaka. Rannego umieszczono w szpitalu pod strażą. Historia jego odbicia z rąk milicji przez działaczy MRKS - Adama Borowskiego i Jerzego Bogumiła - stała się legendą podziemnej Solidarności. Ale naprawdę sprawa Narożniaka zaczęła sie cały rok wcześniej - 19 listopada 1981. Pewne jej reperkusje trwają do dziiś.
Część I - List

Od tych wydarzeń minęło ponad 20 lat. Tyle czasu potrzebowałem na przełamanie niechęci do ich opisania, do przywracania wspomnień, o których raczej chciałem zapomnieć. Liczyłem też na to, że sprawę tę opisze kto inny, bo niezręcznie jest mi pisać o mojej własnej roli. Nic chcę, by czytelnik odniósł wrażenie, że buduję swoją legendę, ale akurat w tej sprawie mojej roli pominąć się nie da. Z drugiej strony, mijają lata, zaciera się pamięć, dwóch istotnych uczestników tych wydarzeń już nie żyje, ludzie, którzy drastycznie wówczas łamali prawo pozostają bezkarni. Jeszcze kilka lat, a w ogóle się nie da tych wydarzeń odtworzyć. Dlatego, mimo oporów, zdecydowałem się je opisać. To jest jednostronna relacja oparta na moim stanie wiedzy. Parę aspektów tej sprawy jest ciągle niejasnych. Liczę, że odezwą się inni uczestnicy tych wydarzeń i opiszą je ze swej strony. W wydarzeniach tych brał udział nie tylko Jan Narożniak, Adam Borowski, Jerzy Bogumił i ja. Brało w nich udział około 30 osób, których rola w większości do dziś jest nieznana.
Opisuję też własną sprawę karną, choć wiem, że to, co się w niej działo, nie było niczym wyjątkowym. Było normą tamtego czasu odwróconych wartości, w którym prawdomówność była podłością, a kłamstwo, składanie fałszywych zeznań i ekspertyz - aktem prawości i odwagi. Ale właśnie dlatego trzeba ten czas opisać.

List
To była pierwsza jesień po strajkowym zwycięstwie Solidarności, listopad 1980 roku. Żyliśmy wtedy wszyscy w jakiejś niezwykłej gorączce. W siedzibie regionu Mazowsze, na ulicy Szpitalnej panował potworny młyn, przewalały się tłumy, każdy chciał coś robić, nikogo nie pytano o funkcję. Pamiętam taki obrazek, że na stole w powszechnie dostępnym pomieszczeniu leżała wielka foliowa torba z pieniędzmi, której nikt nie pilnował. Ludzie dobrowolnie wrzucali do niej pieniądze dla Solidarności. Polacy po latach niewoli po prostu zachłystywali się wolnością, choć komuniści nadal rządzili, za miedzą stała potężna Armia Czerwona, obowiązywała ciągle cenzura, a SB-cja tylko trochę wycofała się do kąta. Ja wówczas byłem przewodniczącym Komisji Zakładowej Solidarności w Teatrze Wielkim, no i udzielałem się w Regionie.
19 listopada przyszedł do mnie mój zastępca z komisji zakładowej, Wojtek Tomaszczuk. Przyniósł dokument – list prokuratora generalnego Lucjana Czubińskiego do prokuratorów wojewódzkich z 30 października. To była istna bomba. Nadruk „Tajne”, a w treści Czubiński zaleca „do umiejętnego stosowania w pracy politycznej i zawodowej” takie metody postępowania z działaczami opozycji, jak inwigilacja, zakładanie teczek, gromadzenie, a nawet fabrykowanie, materiałów do przyszłych procesów, zatrzymywanie na 48 godzin, a po zwolnieniu zatrzymywanie w kolejnej komendzie, a potem w kolejnej i tak dalej. Zrozumiałem, że trzymam w ręku polityczny dynamit. Tylko skąd Wojtek, teatralny kasjer, ma takie rewelacje?
— Bronek Sapeła pokazuje to wszystkim, chwali się, że ma więcej takich dokumentów – odparł Wojtek.
Bronek Sapeła był w teatrze stolarzem, jego syn Piotr pracował w powielarni Prokuratury Generalnej. Tajne dokumenty, które powielał, wynosił do domu, a jego ojciec podkradał mu je i chwalił się kolegom, jakiego to on ma ważnego syna. To był cały PRL. Państwo policyjne jak cholera a tajne dokumenty prokuratora generalnego pokazuje kolegom teatralny stolarz. Żyliśmy w wielkim kabarecie. Bronek i jego syn chyba w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, z jakimi siłami igrają. Komuniści z dużo mniejszych spraw robili już afery szpiegowskie i przywalali potężne wyroki. Później, już w stanie wojennym siedziałem w celi z „młodocianym szpiegiem”, chłopakiem, który będąc na przepustce z wojska wszedł do konsulatu USA w Poznaniu. Tylko wszedł i nic więcej. Dostał 9 lat za „szpiegostwo”. Gdyby Piotra Sapełę złapano na wynoszeniu tajnego dokumentu, a Bronka - na pokazaniu go Solidarności… Za szpiegostwo groziło wówczas „od lat 5, do kary śmierci włącznie”.
Wybłagałem od Wojtka wypożyczenie dokumentu na godzinę. Pognałem do siedziby regionu, na Szpitalną. Miałem pecha, prawie nikogo z zarządu nie było. Spotkałem tylko Zbyszka Janasa i pokazałem mu dokument, ale musiałem ten dokument oddać z powrotem. Nie wiem, czemu żaden z nas nie wpadł wówczas na pomysł, by to od razu skopiować.
Oddałem dokument. Czułem niedosyt. Co z tego, że ja i Janas to widzieliśmy? Ustne świadectwo nie miało wartości bez dokumentu. Wiedziałem już, że ten dokument znajduje się w powielarni prokuratury, tylko jak go stamtąd wydostać? Dopomógł mi przypadek.
W 1980 roku na wykonanie kserokopii w jednym z nielicznych punktów usługowych trzeba było mieć zgodę z cenzury. Dlatego kopiowało się różne rzeczy w państwowych instytucjach „na fuchę”. Oczywiście, do tego trzeba było mieć „dojście”. I tu miałem szczęście. Moim „dojściem” był pewien pracownik Prokuratury Generalnej (znajduje się ona 100 metrów od Teatru Wielkiego). Do dziś nie wiem, jak się nazywał. Od początku istnienia Solidarności powielałem u niego „na fuchę” materiały komisji zakładowej. Pieniądz, jak widać, nie ma poglądów politycznych. Mawiało się nawet, że kumoterstwo i korupcja to ostatnie ludzkie uczucia socjalizmu. A swoją drogą, to znów kabaret. Opozycjonista powiela materiały wywrotowe na lewo w Prokuraturze Generalnej.
Następnego dnia, 20 listopada 1981 roku, zadzwoniłem do „mojego człowieka” i umówiłem się z nim w Telimenie. Wziąłem jakieś mało ważne papiery do powielenia. Chodziło mi o dostanie się do powielarni prokuratury. „Mój człowiek” wprowadził mnie do budynku metodą „ten pan ze mną”. To był ściśle strzeżony budynek. Było biuro przepustek i wartownicy. Ale, jak to w PRL-u, nic nie działało tak, jak powinno. Pracownicy prokuratury wprowadzali często różnych ludzi metodą „ten pan ze mną”, bez przepustki. „Mój człowiek” wprowadził mnie do powielarni i poszedł. Zostałem sam z drukarzem i kombinuję, jak tu odnaleźć ten dokument i zwędzić. I znów miałem szczęście. Drukarz wyszedł na chwilę do telefonu. Ta chwila mi wystarczyła. Znalazłem cały stosik egzemplarzy listu. Zwinąłem jeden do teczki. Po chwili przez nikogo nie sprawdzany wyszedłem. Wartownik jeszcze pamiętał, że przed chwilą wchodziłem z pracownikiem prokuratury i nie żądał przepustki. To się teraz tak łatwo pisze, ale to był najtrudniejszy moment całej akcji. Pozazdrościć Sapełom tej błogiej nieświadomości. Ja w przeciwieństwie do nich dobrze wiedziałem, co mi groziło, gdybym został złapany na zwędzeniu tajnego dokumentu.
Teraz do Regionu, na Szpitalną. Znowu nie ma nikogo z zarządu, ale widzę Janka Narożniaka. Znamy się z gór i ze współpracy z KOR-em. Wiem, że Jankowi mogę zaufać. Pokazuję mu dokument. Obaj postanawiamy natychmiast go skopiować. A tu pech: dziewczyna od kserografu poszła na obiad i zabrała ze sobą klucze. Janek przez chwilę próbuje dostać się do tego pokoju po gzymsie przez okno, ale nie udaje mu się i wraca. Po chwili postanawia powielić dokument na mieście. Ponoć ma pewne, bezpieczne miejsce. Wrócił po jakiejś pół godzinie. Miał chyba kilkanaście kopii i oddał mi oryginał.
Teraz czekała mnie druga ryzykowna część akcji – podrzucenie dokumentu z powrotem. Wróciłem do teatru. „Mój człowiek” po chwili zadzwonił, że druki, które dałem do powielenia, są do odbioru. Musiałem coś wymyślić, by wejść ponownie do powielarni. W innym przypadku facet przyniósłby mi druki do Telimeny. Powiedziałem, że mam jeszcze jakiś interes do drukarza. Ponownie weszliśmy do powielarni metodą „ten pan ze mną”. Odebrałem swoje druki i myślę, jak to podrzucić, by nikt nie widział. I znów miałem trochę szczęścia. Drukarz i mój facet pochylili się nad jakąś publikacją i coś uzgadniali. Wyciągnąłem list Czubińskiego z teczki i podrzuciłem gdziekolwiek. Po chwili podszedł do mnie drukarz i pyta, co jeszcze chciałem. Udałem zakłopotanie, że owszem chciałem, ale zapomniałem tę robotę ze sobą zabrać, podrzucę następnym razem, bo to nic pilnego. W tym momencie zauważył położony przeze mnie list Czubińskiego i mówi:
— Kto to do cholery tu położył? – i do siebie – Nigdy się matoły nie nauczą porządku!
Po czym wziął list i położył na miejsce.
Ponownie przekraczam portiernię, a strażnik do mnie:
— Można zobaczyć, co pan ma w teczce?
Oczywiście szanowny strażniku. Teraz to już sobie możesz oglądać moją teczkę nawet pod światło. Udało się. Idę do teatru i dochodzę do wniosku, że sytuacja jest znakomita. Nawet gdyby się kapnęli, mój facet, drukarz lub strażnik, to żaden z nich nie może się do tego przyznać. Jeden wprowadzał faceta z „Solidarności” bez przepustki, drugi robił fuchy, a trzeci wpuszczał kogoś bez kontroli. Wszyscy muszą więc milczeć.

Kryzys
Jeszcze tego samego dnia wieczorem milicja przeprowadziła rewizję w Regionie. Tego jeszcze nie było. Od czasu podpisania porozumień sierpniowych władza nie atakowała nas jawnie. Były kryzysy i napięcia, ale milicja nie wkraczała do siedzib związku. Znaleźli kopie powielonego listu Czubińskiego. Myśleli naiwni, że wszystkie. Zatrzymali Janka Narożniaka, którego ewidentnie musiał ktoś zakapować. Z milicją przyszła prokurator Wiesława Bardonowa. Zaskoczony Zbyszek Bujak widzi list Czubińskiego po raz pierwszy, ale od razu mówi, że takie coś, to on na pewno każe powielać. Później okazało się, że jednocześnie zatrzymali Piotra Sapełę. Zrobili rewizje u wszystkich osób związanych z powielarnią i w samej powielarni. O tym, że dokument pochodził z powielarni świadczył brak numeru nadania.
Wyniki tych przeszukań musiały wprawić ubecję w zakłopotanie. W powielarni nie brakowało żadnego egzemplarza. W domu u Sapeły znaleźli różne dokumenty, jakie wynosił, ale tego dokumentu nie było. Dowiedziałem się o tym nazajutrz, 21 listopada, od jego ojca, Władka. Zrozumiałem, że władza wcale nie wie, kto wyniósł dokument i kiedy. Janka zgarnęli, bo ktoś go zakapował, prawdopodobnie ktoś, kto zauważył, że dokument powiela, ale nie wiedział nic więcej. Rewizja w powielarni i w domach jej pracowników była logiczną konsekwencją szukania źródła przecieku. Co do młodego Sapeły, to wiedzieli tylko, że wynosił jakieś dokumenty do domu, ale wcale nie byli pewni, że wyniósł także ten. W końcu, według ich wiedzy, żaden egzemplarz z powielarni nie zginął, nikogo obcego tam nie było, słowem - zagadka. Ubecja prawie nic nie wiedziała i tylko oszukiwała swoich przełożonych, czyli KC PZPR, że sporo wie.
Władza zachowała się w tej sprawie idiotycznie i histerycznie. Mimo że wcale nie wiedzieli, czy to Sapeło i Narożniak rzeczywiście wykradli ten list, oskarżyli ich o kradzież i powielanie tajnego dokumentu. Nie tylko potwierdzili w ten sposób, że dokument jest prawdziwy, ale w dodatku przyjęli konfrontację z nami w najlepszym dla nas i najgorszym dla nich momencie. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego na zebraniu 26 listopada zachowywało się jak gromada zacietrzewionych fanatyków i nie potrafiło znaleźć pragmatycznego wyjścia z sytuacji. Z protokołu tego zebrania: „Tow. Józef Pińkowski zapytuje, kiedy dokument był wykradziony i czy Narożniak wiedział, że jest to dokument tajny? Tow. Lucjan Czubiński – Dokładnie nie wiadomo. Narożniak nie odpowiada na pytania. Narożniak w chwili przeszukania powiedział, że dokument otrzymał od osoby, której nazwiska nie ujawni, odbił 10 egz. i oddał osobie, której nie ujawni.”
21 listopada, na drugi dzień po zatrzymaniu Janka Narożniaka i Piotra Sapeły idę do Regionu z Bronkiem Sapełą, który ma od naszych prawników otrzymać poradę i pomoc. Bronek jest roztrzęsiony i przerażony. Idziemy przez Plac Zwycięstwa, a Władek niemal mi płacze, że on pójdzie się zgłosić na SB i w ten sposób uratuje syna.
— W ten sposób to go wkopiesz, a nie uratujesz – mówię – Oni na razie wcale nie wiedzą, jak ten list się wydostał. Jeśli się przyznasz, to dostarczysz im dowodu na to, że Piotr ten list wyniósł i wtedy to już sytuacja będzie naprawdę ciężka.
Robię Bronkowi cały wykład o postępowaniu z SB i o zachowaniu „na salonach MSW”, o odmawianiu zeznań itp. Poskutkowało. Oczywiście Władek nic nie wie o mojej akcji, ale jego przyznanie się byłoby groźne także dla mnie. Do tego momentu młody Sapeło nie mógł mnie wkopać, bo sam nie wiedział, w jaki sposób list dotarł do „Solidarności”. Nawet, jeśli w śledztwie się przyznał, że wyniósł go do domu i odniósł z powrotem, to dla prowadzących sprawę nic z tego nie wynikało.
Tego samego dnia Prezydium Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” wydaje oświadczenie, w którym odnosi się do listu Czubińskiego: „Dokument ten ujawnia liczne przypadki samowolnych decyzji policyjnych, nadużywania władzy i łamania prawa. Co więcej traktuje je jako zupełnie oczywiste. Pokazuje tym samym, że urząd prokuratorski jest instrumentem w rękach aparatu bezpieczeństwa.” Dalej związek domaga się „natychmiastowego uwolnienia Jana Narożniaka” oraz „ujawnienia roli Lucjana Czubińskiego w naruszaniu prawa w minionym dziesięcioleciu, a zwłaszcza jego odpowiedzialności za znęcanie się nad robotnikami Ursusa i Radomia po czerwcu 1976 r.” Oświadczenie kończy się ogłoszeniem gotowości strajkowej i zapowiedzią strajku regionu w razie nie spełnienia żądań.
Odrębne oświadczenie wydał Zbigniew Bujak, jako prezes Zarządu Regionu, w którym polecał powielenie dokumentu „w takiej liczbie egzemplarzy, by mogło otrzymać go każde koło związku”. Doszło do paradoksalnej sytuacji, w której „tajny” list prokuratora generalnego do prokuratorów wojewódzkich, przygotowany w ograniczonej liczbie egzemplarzy, został powielony w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy (incjatywę Bujaka podchwyciły inne regiony) i udostępniony każdemu, kto chciał go przeczytać. W końcu autor tego listu wcale nie wysłał go adresatom. I tak mogli go przeczytać niemal wszędzie.
Gdy czytam po latach list Czubińskiego wydaje mi się on śmieszny. W opisach działalności „elementów antysocjalistycznych” i „trockistowsko-rewizjonistycznych”, jak on nas wszystkich nazywa, błąd na błędzie i kompletny kabaret. Na przykład: „Służba Bezpieczeństwa ujawniła »List otwarty do członków PZPR«” Kuronia i Modzelewskiego. Jak można ujawnić list otwarty? Napisanie listu otwartego to „próba obalenia przemocą ustroju PRL”. Delikatny ten ustrój. „Zwalczano przypadki wrogich działań antysocjalistycznych, na przykład aresztowano, oskarżono i skazano Melchiora Wańkowicza”. Pamiętam krążący wówczas dowcip: na Trzech Króli złapią Kacpra i Baltazara (bo Melchiora już mają). Czubiński wspomina o „organizowaniu aktów terroru – próbie wysadzenia pomnika Lenina w Poroninie”. Jaki kraj, taki terroryzm. Współpraca z „wrogimi Polsce organizacjami” polegała na „przekazywaniu im fałszywych wiadomości”. Na czorta komu fałszywe wiadomości?

Strajk
W następnych dniach Solidarność rozszerza żądania o zwolnienie także Piotra Sapeły i Leszka Moczulskiego z KPN (siedzi od początku września). Strajkuje coraz więcej zakładów. W końcu strajkują niemal wszystkie zakłady regionu. Jeszcze moment, a stanie cała Polska.
W Ursusie zgromadziło się kilkuset przedstawicieli strajkujących zakładów. Trwa nieustający wiec. Nastrój coraz bardziej radykalny. Oliwy do ognia dolewa poeta Jerzy Narbut odczytując wiersz dedykowany Zbigniewowi Bujakowi:

Nasz jest ten dzień, a jutro jest nieznane,
Lecz róbmy tak, jak gdyby nasz był wiek.
Pod wolny kraj spokojnie kłaść fundament
Zjednoczmy się, bo jeden jest nasz cel.

A jeśli ktoś nas polski dom zapali,
To każdy z nas gotowy musi być,
Bo lepiej byśmy stojąc umierali,
Niż mieli klęcząc na kolanach żyć.


Jednocześnie Stefan Bratkowski prowadzi mediację między nami a władzą. 26 listopada późnym wieczorem władze decydują się zwolnić aresztowanych. Bratkowski jedzie po nich na Rakowiecką. Czeka pod bramą całą godzinę, bo jak się okazało zgubiono podkoszulki aresztantów i zwolnienie się przeciąga. Kryzys w całym kraju grożący nieobliczalnymi konsekwencjami a paru klawiszy opóźnia jego przerwanie o całą godzinę, bo szuka dwóch podkoszulek. Wreszcie koło północy Narożniak i Sapeło zostają wniesieni na rękach do sali w Ursusie. Odwołujemy strajk.

Po drugiej stronie
Cofnijmy się w czasie o parę godzin. 26 listopada zbiera się Biuro Polityczne KC PZPR. Panuje na nim chaos i histeria. Niektórzy wręcz proponują działania magiczne. Stefan Olszowski chce złamać strajk za pomocą „wystąpienia w telewizji ministra sprawiedliwości i prezydenta Warszawy”, Tadeusz Grabski za pomocą „uchwały antystrajkowej”. Wojciech Jaruzelski oburza się, że Życie Warszawy opublikowało oświadczenie Solidarności. Władysław Kruczek histeryzuje: „Artykuł Życia Warszawy nie tylko o Narożniaku pisze, już biorą się za Służbę Bezpieczeństwa, dobiorą się i do nas!”. Wspierają go w tej histerii Henryk Jabłoński i Mieczysław Jagielski – „to, co opublikowało Życie Warszawy, jest karygodne!” Między tym wszystkim wezwania do użycia przemocy pomieszane z biadoleniem, że „nie jesteśmy na to przygotowani”.
Na plenum pojawiają się żądania „przyspieszenia przygotowań do konfrontacji” (Olszowski, Grabski, Milewski, Kruczek, Jaruzelski, Brych). Wojciech Jaruzelski wypowiada zdanie: „Czy tow. Jabłoński będzie w stanie uzyskać stanowisko Rady Państwa dla dekretu o stanie wojennym?” (wszystko to cytuję za protokołem KC PZPR z 26 listopada 1980 roku). Rozważane są różne warianty: zwolnić tylko Narożniaka, zwolnić obu, nie zwalniać żadnego.
„Tow. Stanisław Kania – Informacja od towarzysza Fiszbacha – jeśli Narożniak zostanie zwolniony i pojawi się dziś w Ursusie, to strajk odwołają. Mają plan strajku dla wszystkich dużych miast.
Tow. Kazimierz Barcikowski – Na konfrontację nie jesteśmy przygotowani.
Tow. Stefan Olszowski – Czy wtedy, gdy zdecydowano się na aresztowanie Narożniaka, nie brano tego wszystkiego pod uwagę?
Tow. Józef Pińkowski – Przeciwnicy dążą do demontażu władzy. Sprawa Narożniaka jest ogromna, może dojść do awantur. Czy czas do podjęcia konfrontacji jest odpowiedni i sprawa tego warta? Jeśli odwołaliby strajk, to można to (zwolnienie aresztowanych) rozważyć. Jednocześnie powołać sztab, który podejmie wszechstronne przygotowania na wypadek konfrontacji, rozważyć możliwość wprowadzenia stanu wojennego.”

Jakże groźnie brzmią te słowa. 13 miesięcy później stan wojenny wprowadzono. Z tych wypowiedzi widać, że towarzyszom chodziło wyłącznie o czas. Hasło „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” traktowano na serio.
Wreszcie decyzję podejmuje Stanisław Kania: „Podjąć próbę honorowego kompromisu – przerywają strajk, zwalniamy obu zatrzymanych. Natychmiast podjąć przygotowania do osiągnięcia gotowości do konfrontacji:
- powołać roboczy sztab w składzie: Pińkowski, Olszowski, Barcikowski, Grabski, Jagielski, Kociołek, Werblan, Waszczuk, Milewski, Czubiński i szef Sztabu Generalnego. Przystąpi do pracy natychmiast.
- dokonać bilansu wszystkich sił, możliwości manewrowania nimi,
- opracować rozwiązania prawne dotyczące strajku,
- zaprogramować funkcjonowanie życia społecznego w warunkach nadzwyczajnych.”

Dziś czytam ten protokół jak kryminał. Czyżbym miał przed sobą pierwszą decyzję o przygotowaniu stanu wojennego? To, że towarzysze postanowili pod wpływem tego kryzysu przystąpić na serio do przygotowań nie ulega wątpliwości. Nie oznacza to jednak, że podjęli już decyzję o jego w prowadzeniu. Raczej chcieli się przygotować na taką ewentualność. Pewne wypowiedzi na tym posiedzeniu wskazują, że myślano o stanie wojennym już wcześniej, ale być może nic konkretnego nie robiono. Teraz podjęto decyzję działania. Z tych dokumentów wynika jasno, że przygotowania do siłowej likwidacji „Solidarności” zarządził nie Jaruzelski, lecz Stanisław Kania. Jaruzelski na pewno jego dzieło kontynuował i zapewne to on podjął ostateczną decyzję, ale pomysłodawcą nie był.
Dodatkowe światło na tę kwestię rzuca protokół z posiedzenia Biura Politycznego z 6 grudnia (10 dni później). Stanisław Kania był już po wizycie w Moskwie, gdzie wezwał go na dywanik zaniepokojony Breżniew. Polscy komuniści dopiero co z trudem przekonali Breżniewa, że podpisując porozumienia sierpniowe opanowali sytuację, a tu minęły nie całe trzy miesiące i strajkuje kilkaset zakładów. Kania musiał się nieźle wić na tym dywaniku.
6 grudnia Stanisław Kania mówił: „Stanowisko zajęte przez bratnie partie na spotkaniu w Moskwie wzmacnia nas i tworzy nowy element sytuacji. Nie ze wszystkimi ocenami przyjaciół możemy się zgodzić, ale musimy je brać pod uwagę jako realność. Nasza sytuacja rzutuje na sytuację w bratnich krajach, dlatego mają one prawo do ostrzejszego spojrzenia na sytuację w Polsce. Wielkim naszym atutem jest zaufanie bratnich partii do naszego kierownictwa, połączone z wiarą, że sytuację opanujemy własnymi siłami.” Przetłumaczmy tę partyjną nowomowę na zrozumiały dla wszystkich język polski: Moskwa poparła pomysł wprowadzenia stanu wojennego („wzmacnia nas”) i wywiera nacisk na jego realizację („tworzy nowy element sytuacji”). Za razem pojawiło się ultimatum („realność”) – jeśli sami stłumicie Solidarność, naszej interwencji nie będzie („ zaufanie, że sytuację opanujemy własnymi siłami”). Tym samym zapadła decyzja, już nie o przygotowaniu stanu wojennego, ale o jego wprowadzeniu (choć bez daty). Ta decyzja zapadła w Moskwie.
Przestrzegał bym jednak przed zbyt uproszczoną interpretacją. Do realnego wprowadzenia stanu wojennego był jeszcze rok. Decyzje w tym czasie mogły wielokrotnie się zmieniać. Nie można pisać historii tylko na podstawie jednego, czy dwóch dokumentów. Jedno nie ulega wątpliwości. Sprawa Narożniaka znacznie wzmocniła w szeregach władzy obóz prący do konfrontacji. Wygraliśmy bitwę, ale zaczynaliśmy przegrywać wojnę.

Część II – Akcja

Panuje przekonanie, że stan wojenny nas zaskoczył. Nie jest to prawda, choć zaskoczyła nas data jego wprowadzenia. Sygnałów było bardzo dużo już kilka miesięcy wcześniej. Aby nie widzieć, co się święci trzeba było być ślepym. Realne przygotowania z naszej strony, w wielkiej tajemnicy, do której u nas w Mazowszu dopuszczone było tylko kilkanaście osób, zaczęły się gdzieś na przełomie sierpnia i września 1981 roku. Później nabrały one tempa. 15 sierpnia otrzymaliśmy informację, że w Moskwie drukowany jest plakat „Obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego na całym terytorium PRL”. Nie było na nim daty, a w podpisie był „Przewodniczący Rady Państwa” bez nazwiska. 11 października zostałem upoważniony do „organizowania sieci Tymczasowych Komisji Wykonawczych na terenie dzielnicy Warszawa Śródmieście”. Podpisał to upoważnienie, w imieniu Prezydium Zarządu Regionu, Krzysztof Łypacewicz. Mam ten dokument do dzisiaj, a mówi on sporo. Otóż wypisany jest na gotowym druku, w który wstawiono tylko moje nazwisko i dzielnicę. Takie upoważnienia musiało dostać więcej osób, bo dla mnie jednego nikt by specjalnego druku nie robił. To znaczy, że na początku października nasze przygotowania do stanu wojennego były już bardzo zaawansowane.

Konspira
Zostałem włączony do zespołu organizującego „straż robotniczą”, która miała być odpowiedzią na przygotowania władzy. Kierujący zespołem Marek Nowicki polecił mi przygotowanie zakonspirowanej grupy do trudniejszych akcji oraz grupy do rozpracowywania struktur milicji i SB. Oczywiście wszystko potoczyło się inaczej niż planowaliśmy. W podziemiu powstały zupełnie inne struktury. Nigdy nie zostałem szefem podziemia w Śródmieściu. Kierowanie grupą mającą śledzić poczynania milicji i SB przejął ode mnie Bogdan Zalega, pseudonim „Laborant” (a nie „Bobas”, jak błędnie o nim niedawno pisano), ja zaś zająłem się organizowaniem grup do trudniejszych akcji. Nie jednej, lecz kilku. Marek powierzył to zadanie mnie, bo byłem trenerem kung fu i dysponowałem klubem zrzeszającym kilkuset bardzo sprawnych fizycznie młodych ludzi (muszę tu wyjaśnić, że nie chodziło o umiejętność walki – te grupy miały dokonywać akcji wymagających większej odwagi i sprawności, ale nie planowaliśmy walki czy terroryzmu). Kłopot jednak w tym, że ci ludzie byli bardzo młodzi, ich odporność psychiczna i dojrzałość pozostawiały wiele do życzenia. No i nie mieli żadnej praktyki w konspiracji. Szkoliłem ich, ale zwlekałem z włączeniem do akcji. Tymczasem inne grupy, złożone z mniej „bojowych”, ale za to nieco starszych osób, od samego początku zaczęły się sprawdzać w akcjach ulotkowych i… No właśnie, objawił się pewien szkopuł przypadkowej struktury podziemia, w której każdy działał trochę gdzie popadnie. Okazało się, że część „moich” grup uczestniczy jednocześnie w akcjach MRKS-u organizowanego przez Adama Borowskiego. Innego dnia w moje pomysły włączali się zupełnie „nie moi” ludzie od Adama. Czasami naprawdę nie było wiadomo, kto komu podlega, a niektórzy podlegali temu, komu dziś podlegać chcieli.
Między tym wszystkim były kawałki bardzo dobrej konspiracji. Na przykład bardzo skuteczne ukrywanie Bujaka (przez 5 lat), bardzo dobrze ukryta grupa Bogdana dostarczająca parę razy cennych informacji (tajemnicę, kto w niej był, zabrał Bogdan do grobu). Ale jednocześnie były takie sytuacje, że działający w ścisłej konspiracji Bogdan udzielał się przy wydawaniu pisma „Fakty”, gdzie konspiracja była wręcz symboliczna i moim zdaniem niepotrzebnie ryzykował wsypę (Trzeba mu jednak przyznać, że w tym środowisku nie pisnął ani słowem o tym, że robi coś jeszcze i o ile wiem, nie powiedział nawet własnej żonie). Nie chcę twierdzić, że byłem mądrzejszy od wszystkich. Sam wdałem się w wydawanie niskonakładowego pisemka „Cel” (wyszły tylko 3 numery) i nawet sam się bawiłem w kolportaż, a miałem przecież zajmować się dużo poważniejszymi sprawami.
Taka sytuacja irytowała mnie i chciałem ją uporządkować. Spotkałem się z Adamem, ale on zażądał, bym się mu po prostu podporządkował. Ja z kolei nie widziałem ku temu powodu, skoro w powstałej strukturze podlegałem niemal bezpośrednio przewodniczącemu regionu, Zbyszkowi Bujakowi. Z kolei Bujak miał zupełnie inną niż ja koncepcję organizacji podziemia (po latach przyznaję, że miał rację). Ja chciałem uporządkowania struktur, a Zbyszek uważał, że taka luźna, płynna struktura jest dużo trudniejsza do rozpracowania. Z kolei z Adamem różniliśmy się podejściem do działania, mimo kilkukrotnej, mniej lub bardziej zamierzonej współpracy (np. przy wmurowaniu tablicy upamiętniającej górników z kopalni „Wujek”, przy organizacji pochodu Solidarności 1 maja 1982 roku). Ja na każdą większą akcję chciałem uzyskać zgodę Bujaka, lub chociażby Marka Hołuszki (członka prezydium zarządu Regionu). Tymczasem Adam Borowski preferował działanie bez oglądania się na nikogo i z dobrym skutkiem przeprowadził parę bardzo spektakularnych akcji. Adam miał pełne prawo do takiego sposobu działania. Nasze podziemie nie było wojskiem, nie było regulaminów ani rozkazów. Każdy robił to, co uważał za słuszne. Muszę zaznaczyć, że mimo różnic w koncepcji działania, nie byliśmy ugrupowaniami konkurencyjnymi. Wręcz przeciwnie, pomagaliśmy sobie nawzajem, a dyskusje i różnice poglądów to rzecz normalna.

Strzały
25 maja 1982 roku Janek Narożniak został postrzelony dwoma pociskami z Kbk-AK przez patrol ZOMO.
Po ogłoszeniu stanu wojennego Janek ukrywał się. Wśród dawnych działaczy podziemia dominuje obecnie opinia, że ukrywał się niepotrzebnie, bo nikt go nie szukał. Jednak furia, w jaką wpadło SB po jego uwolnieniu przez podziemie, a także niezwykle rozbudowana obstawa szpitala na Banacha, w którym leżał po postrzale, świadczą raczej o czymś innym. SB uważało go za bardzo ważnego więźnia, co było zrozumiałe po wydarzeniach z przed roku związanych z listem Czubińskiego. Myślę, że oni nadal bardzo się chcieli dowiedzieć, jak ten list wydostał się z prokuratury.
Janek został zatrzymany przez przypadkowy patrol ZOMO. Wówczas ZOMO na ulicach legitymowało, a nawet rewidowało, ludzi. Tym zomowcom jego nazwisko nic nie mówiło, ale nie miał w dowodzie osobistym stempelka o zatrudnieniu, a obowiązywała ustawa o „pasożytnictwie” wprowadzająca obowiązek pracy. Nie miał też legitymacji studenckiej, bo był na studium doktoranckim. Zomowcy stwierdzili, że muszą go zatrzymać. Janek przestraszył się internowania i zaczął się targować, by go puścili. Zażądali od niego 5 tysięcy złotych (równowartość dzisiejszych 220 zł), ale on miał przy sobie tylko 1200 złotych (ówczesna wartość nabywcza tej sumy była zbliżona do dzisiejszych 50-60 zł). Wówczas zaczął uciekać, a zomowiec wycelował z kałasza i puścił serię. Janek dostał dwie kule. Jedną w nasadę małego palca prawej ręki, drugą w biodro. Pierwsza urwała mu palec, druga przebiła miednicę i narządy wewnętrzne. Pogotowie zabrało go do szpitala przy ulicy Banacha, gdzie był operowany. Mimo że nazwisko zomowca, który strzelał, jest znane, nigdy nie pociągnięto go do odpowiedzialności karnej (za usiłowanie zabójstwa z powodu odmowy wręczenia łapówki). Nawet w stanie wojennym, zomowcom nie było wolno używać broni bez rozkazu przełożonych.
Milicja obstawiła wszystkie wejścia do szpitala. Pod drzwiami pokoju, w którym leżał Janek, stale dyżurowało dwóch milicjantów.

Plan
Gdy dowiedziałem się o postrzeleniu Janka i o tym, że jest w szpitalu, niemal natychmiast postanowiłem go odbić. Wiedziałem, że czasu jest mało, bo gdy tylko jego stan zacznie się poprawiać, zostanie przeniesiony do szpitala więziennego, a wówczas odbicie stanie się niewykonalne. Już na drugi dzień rano przeprowadziłem zwiad i zauważyłem, że obstawione są wszystkie wejścia z wyjątkiem wejścia do odrębnego budynku stojącego nieco z boku od strony ulicy Pawińskiego. Najwyraźniej milicja nie traktowała tego budynku jako części szpitala. Nie wiedziałem jeszcze o istnieniu podziemnego korytarza łączącego oba budynki. Myślałem raczej o tym, że osoba przechodząca z jednego budynku szpitalnego do drugiego nie zwróci uwagi milicjantów i nie zostanie poddana kontroli, jak ktoś wchodzący z miasta. Pierwsza myśl była taka, by wejść do małego budynku przez nie strzeżone wejście. W środku narzucić białe lekarskie fartuchy, zwędzić wózek i w takim stroju już razem z wózkiem wejść do głównego budynku. No dobrze, ale co dalej?
Przez następne dni pracowałem jak w gorączce. Spotkałem się z „Barnabą” (Michałem Wroniszewskim), przez którego miałem kontakt z Bujakiem (lokalem kontaktowym było mieszkanie Elżbiety i Pawła Strojnych) i poprosiłem o zgodę na akcję, a jednocześnie zwróciłem się do Michała, oraz współpracującej z nim Krystyny Łubnickiej, o dotarcie przez środowisko lekarskie do kogoś z personelu szpitala na Babacha, kto mógłby nam pomóc. Podobną prośbę skierowałem do Marka Hołuszki. Do przeprowadzenia akcji zacząłem przygotowywać równolegle trzy grupy, pozostawiając na koniec decyzję, która z nich ją wykona. Był to oczywiście błąd, bo w ten sposób o przygotowaniach wiedziało stanowczo zbyt wiele osób. Kolejnym błędem (tak to dziś oceniam) było to, że jedna z tych grup składała się głównie z bardzo młodych instruktorów kung fu i nigdy jeszcze nie brała udziału w żadnej akcji. Byli to bardzo odważni młodzi chłopcy, ale bez żadnego doświadczenia. W mojej strukturze podziemia wszystkie grupy miały kryptonimy (nazwy) a wszyscy ludzie używali pseudonimów. Niestety nie najlepiej było z konsekwencją w przestrzeganiu tych zasad i w ogóle zasad konspiracji. To była zresztą słabość całego ówczesnego podziemia, gdzie o wielu poważnych akcjach (na szczęście nie wszystkich) wiedziało zawczasu pół Warszawy, więc SB-cja też.
Pierwsza z moich grup wywodziła się ze środowiska, które wcześniej miało pomysł reaktywowania przedwojennego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” i dlatego wybrała sobie kryptonim „Sokół”. Grupa „Laboranta” (Bogdana Zalegi) miała kryptonim „Orzeł” (Bogdan był zawsze bardzo zasadniczy w swych pomysłach). Trzeciej grupie nadałem kryptonim „Kondor” (na zasadzie, że jak już po ptakach, to konsekwentnie) i nie przyszło mi do głowy, że jest to nazwa niefortunna, bo później SB przerobi tę nazwę na „Legion Kondor” (tak się nazywało niemieckie lotnictwo w czasie wojny domowej w Hiszpanii) i będzie nas wrabiać w rzekomą grupę faszystowską. Ta przekręcona nazwa pojawiła się pierwszy raz w meldunku tajnego współpracownika SB o pseudonimie „Karol”. Ciekawostką jest, że obecnie działa niewielka firma handlowa pod taką nazwą (Legion Kondor s. c.) i nikt jej nie wyzywa od faszystów. Może dlatego, że nie ma już SB.
Już po dwóch dniach otrzymałem od „Barnaby” bardzo dokładny plan szpitala, informację, w którym miejscu znajduje się Janek, jak jest pilnowany (informację tę przygotował dla nas chirurg, Andrzej Sankowski). Wiedziałem też, że Janek jest przytomny, ale do transportu będzie się nadawał najwcześniej za kilka dni. No tak, ale jak będzie się nadawał do transportu dla nas, to i dla drugiej strony też. Lekarze z Banacha mieli jak najdłużej odwlekać moment ogłoszenia, że stan Janka się poprawia. Trzeba było bardzo szybko przygotować nie tylko plan działania, ale i jego zaplecze, lokal do ukrycia Janka, samochód do jego przewiezienia, zapewnić mu dalszą opiekę medyczną. Załatwieniem tego zaplecza obiecał się zająć Marek Hołuszko. Po kilku dniach spotkałem się z nim i z jakimś mężczyzną z Pogotowia Ratunkowego, który zapewnił mnie, że z transportem nie ma problemu. Mieliśmy w tym celu użyć jednej z karetek, której załoga w ogóle nie zgłosi wyjazdu. Bogdan Zalega dotarł do jednej z pielęgniarek z oddziału, na którym leżał Janek. Od niej otrzymaliśmy dwie cenne informacje. Pierwszą, że Janek Narożniak chce być uwolniony (musieliśmy mu zadać to pytanie, by nie był zaskoczony), drugą o podziemnym korytarzu, który łączy główny budynek szpitalny z tym mniejszym. Był to podobno korytarz do prosektorium. Kilka dni później Bogdan przyniósł mi skarb: grubą teczkę dokładnych planów architektonicznych szpitala na Banacha, oraz ciekawostkę: nazwisko i stopień zomowca, który strzelał. Skąd to wszystko miał, nie mam pojęcia. Powiedział tylko: „pierwszy raz w życiu coś ukradłem”.
Na tym etapie przygotowań spotykałem się z wieloma osobami od strony Marka Hołuszki, których nie znałem i do dziś nie wiem, kto to był. Pamiętam tylko, że na jednym ze spotkań był ukrywający się członek zarządu regionu, Jerzy Narkun. Na tym spotkaniu był też nieznany mi mężczyzna, który proponował nam pistolet do sterroryzowania milicjantów pilnujących Janka. Z propozycji nie skorzystałem, ale przypomniała mi się ona po latach, gdy przeczytałem reportaż Jacka Hugo Badera o super wtyce w MRKS-ie, Sławomirze Miastowskim. On też proponował podziemiu broń. Czyżby SB chciało wetknąć nam w ręce pistolety, by móc nazywać nas bandytami lub terrorystami? Nie można tego wykluczyć. Nie wierzę, by Miastowski był jedynym wywiadowcą przeciwnika w naszych szeregach. Na podobny zamiar wrabiania nas w terroryzm wskazuje jeszcze kilka faktów (pozorowany napad na Ambasadę PRL w Bernie, gdzie służby specjalne komunistów „zamachnęły się” same na siebie, by zrzucić winę na Solidarność, próba powiązania Solidarności z zamachem na Papieża w Fatimie).
Opracowałem trzy wersje uwolnienia Janka. Dwie pierwsze przewidywały obezwładnienie pilnujących go milicjantów, trzecia wywiezienie Janka z sali operacyjnej na drugi korytarz, podczas gdy milicjanci będą dalej czekać pod drzwiami na koniec zabiegu (Andrzej Sankowski codziennie zmieniał mu opatrunki na bloku operacyjnym, milicja nie wchodziła do sali zabiegowej). Wszystkie trzy wersje zakładały wywiezienie Janka przez podziemny korytarz do drugiego budynku, pod którym miała czekać karetka. Właściwie wszystko było gotowe, ale Zbyszek Bujak zwlekał z wydaniem zgody na akcję. Rozmawialiśmy za pomocą kaset magnetofonowych, które przekazywał „Barnaba”. Zbyszek mówił: „jeżeli macie takie możliwości to lepiej wywieźcie z regionu maszyny poligraficzne” (w siedzibie Regionu Mazowsze zostały dwa nasze Romayory). Potraktowałem to jako polecenie i równolegle zacząłem przygotowywać i tę akcję (nigdy nie doszła do skutku). Dodatkowej roboty dowalił mi też Marek Hołuszko polecając na dwa dni przed wyznaczoną datą akcji zająć się przyjęciem „pod swoje dowództwo” trzech grup studenckich wywodzących się z NZS-u. Przypuszczam dziś, że ta moja nadmierna krzątanina „za pięć dwunasta” musiała zwrócić uwagę SB. Na domiar wszystkiego „Barnaba” w ostatniej chwili wypożyczył jedną z moich grup do rozrzucania ulotek drukowanych w mieszkaniu Basi Tryjarskiej.
Termin wykonania akcji wyznaczyłem na 9 czerwca. Decyzję o wyborze grupy do jej wykonania miałem podjąć 8 czerwca wieczorem.

Zaskoczenie
8 czerwca 1982 roku jak zwykle przyszedłem rano do pracy w modelatorni Teatru Wielkiego. Niemal natychmiast otrzymałem informację (nie pamiętam już skąd) o tym, że Janek Narożniak został odbity przez podziemie. Pamiętam, że w pierwszej chwili kompletnie zbaraniałem. Jak, kto, jakim cudem? Byłem przekonany, że to jedna z moich grup wyskoczyła przed szereg i wykonała akcję bez mojego polecenia. Do głowy mi nie przyszło, że zrobił to zupełnie kto inny (Adam Borowski i Jerzy Bogumił z MRKS). Znacznie później dowiedziałem się, jak to było, ale do dziś nie wszystko w tej sprawie wiem.
Adam Borowski wpadł na pomysł odbicia Janka Narożniaka niezależnie ode mnie i na pewno później ode mnie, bo zaledwie na kilka dni przed akcją. Zwrócił się o informacje prawdopodobnie do tego samego źródła, co ja, czyli do lekarzy z Banacha. Otrzymał cały przygotowany dla nas pakiet informacji, łącznie z tymi, które zdobył Bogdan (musiały one przejść do niego jakąś okrężną drogą przez środowisko Zbyszka Bujaka). Nie jest dla mnie jasne do dziś i nie wiem, czy kiedykolwiek zostanie wyjaśnione, w jaki sposób MRKS zdobył pomysł przeprowadzenia akcji tak zwanym „trzecim sposobem”. Nie mogę wykluczyć, że dysponując tym samym pakietem danych, po prostu to samo wymyślili. Wysoce prawdopodobne, że ci sami ludzie, którzy przygotowywali zaplecze akcji na polecenie Marka Hołuszki, w pewnym momencie zaczęli pracować dla Adama, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że to już kto inny z nimi współpracuje. Z całą pewnością Adam Borowski i Jerzy Bogumił nie wiedzieli, że dostają jak w pigułce gotowe rozpoznanie zrobione już przez kogo innego i byli przekonani, że sami zbierają informacje. Z całą pewnością nikt nie zlecił Adamowi mojej akcji (co przez pewien czas podejrzewałem). Te fakty ustaliłem, gdy kilka lat później rozmawiałem z Adamem. W każdym razie akcja odbyła się dokładnie tak, jak ją przygotowałem, choć nie mogę wykluczyć, że niektóre rozwiązania MRKS opracował niezależnie, myśląc tymi samymi torami, co my. Kilka osób z MRKS-u, z którymi rozmawiałem po latach, nadal uważa, że całą akcję przygotowało samodzielnie. No cóż, tak powstają zagadki historii.
Z całą pewnością też lekarz, Andrzej Sankowski, „nasz człowiek” na Banacha, nie wiedział, że w pierwszym etapie przygotowań współpracował z kim innym, a w ostatnim, z kim innym. Przecież „Barnaba” nie mówił mu, dla kogo zbiera informacje. Mnie z kolei Marek Hołuszko nie mówił, kto ma Janka przewieźć i dokąd. To już nie miało mnie obchodzić, a w konspiracji nie zadaje się zbędnych pytań. Jednego jestem pewien, gdyby nie nasza wielodniowa praca, Adam i Jerzy nie przeprowadziliby rozpoznania tak szybko. Wiem, ile pracy to wymagało. Zresztą, gdyby nie zwlekanie z decyzją ze strony Zbyszka Bujaka, to my byśmy zrobili tę akcję pierwsi, bo byliśmy całkowicie gotowi od dobrych paru dni. Ale to nie sport, ani licytacja zasług. Ważne, że jako całość – Solidarność w podziemiu – przeprowadziliśmy akcję. Reszta nie ma znaczenia.
Jak przebiegła akcja? Adam Borowski zadzwonił z budki telefonicznej na oddział, na którym leżał Janek Narożniak i powiedział, że dzwoni z bloku operacyjnego i „prosimy pana Narożniaka na zabieg”. Nikogo to nie dziwiło, bo Jankowi codziennie na bloku operacyjnym zmieniano opatrunki. Dwaj sanitariusze wzięli Janka na wózek i zawieźli na blok operacyjny. Milicjanci podążyli za nimi, ale na salę operacyjną nie weszli, tylko zostali pod drzwiami. Drzwi otworzył lekarz, Andrzej Sankowski. Adam Borowski i Jerzy Bogumił byli już w środku. Po zabiegu wzięli wózek z Jankiem i wyszli innymi drzwiami, tak że milicjanci ich nie zauważyli. Zjechali windą do podziemia i korytarzem przez prosektorium zawieźli Janka do wyjścia przez mały budynek, gdzie czekała karetka. Zawieźli go do przygotowanego lokalu, w którym ukrywał się aż do amnestii. Milicjanci czekali pod drzwiami ponad godzinę, zaczym zorientowali się, że zostali wykiwani. Adam i Jerzy wykonali więc akcję dokładnie w ten sam sposób, w jaki ja zamierzałem to zrobić. Muszę stwierdzić, że zrobili to perfekcyjnie i należy im się za to najwyższe uznanie.
Około godziny 10 rano zostałem aresztowany. Jednocześnie ze mną zatrzymano Mirosława Ś. i Michała Sienkiewicza (nie miał nic wspólnego z konspiracją, ale razem ze mną pracował i trenował – to cała jego wina). Nieco wcześniej zatrzymany został Andrzej Sankowski. Kilka godzin po mnie wpadli: Piotr Osuch, Jacek Świątkowski, Leszek Gago, Wiesław Morawski, Tomasz Gołębiewski i Dariusz Michniak. Wpadła niemal cała grupa „Kondor”, z wyjątkiem tylko łączniczki „Zuzanny” (Zuzanna Wychowańska).

Część III – Wsypa

Wsypa nie objęła innych grup i kontaktów. Według późniejszego aktu oskarżenia „5 czerwca Służba Bezpieczeństwa uzyskała informację” o mojej działalności. Nie wydaje mi się by ta wersja była prawdziwa. Raczej SB i prokuratura chciały ukryć prawdziwe źródło swej wiedzy. Zastanawiające jest to, że natychmiast, jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem oficer SB wiedział o tej grupie niemal wszystko. Wiedział, kto w niej był, łącznie z adresami. Wiedział, kiedy i gdzie się spotykaliśmy, o czym rozmawialiśmy. Znał wszystkie trzy plany uwolnienia Janka. Dlaczego więc nie aresztowano nas wcześniej i dopuszczono do wykonania akcji? Wytłumaczyć to można tylko w jeden sposób: byliśmy pod ścisłą obserwacją od znacznie dłuższego czasu, na pewno nie od trzech dni. Jednym słowem mieliśmy wtykę lub wtyki. Z ujawnionych już dokumentów wiem, że wokół mnie działało czterech tajnych współpracowników SB o pseudonimach „Micke”. „Ewa”, „Jacek” i „Karol”. SB prawdopodobnie czekało na to, aż zaczniemy akcję, by wtedy nas zgarnąć. Musieli być tak pewni, że obserwują grupę, która ma wykonać akcję (błędnie, tę grupę traktowałem jako rezerwę, nawet nie rozdzieliłem ról), że nie wzmocniono ochrony Janka i nie uprzedzono pilnującej go milicji.
Nie tylko my zostaliśmy zaskoczeni akcją Adama i Jerzego. SB było zaskoczone też, a grupa „Kondor” nieświadomie odwróciła uwagę SB od prawdziwych wykonawców akcji. Ale tu pojawia się następna zagadka. Już w czasie pierwszego przesłuchania, około godziny 11 rano, oficer SB wiedział, że akcję przeprowadził Adam Borowski. Skąd wiedział? Na pewno nie od nikogo z nas. Do tego momentu przesłuchiwani byli tylko Mirek Ś. i Michał Sienkiewicz, którzy nawet nie znali nazwiska Borowski i nie wiedzieli, kto to jest.
Po latach Adam Borowski powiedział mi, że jego zdaniem doniósł Sławomir Miastowski. Adam spotkał się z Miastowskim około godziny 14-tej i powiedział mu o akcji. Miastowski był wściekły, że nie powiedział mu wcześniej. No tak, ale mnie pytano o Borowskiego na trzy godziny przed tym. Źródłem informacji musiał więc być kto inny.
Dlaczego zostałem zaskoczony? Przez myśl mi nie przeszło, że została namierzona akurat grupa, która dotąd nic nie zrobiła, poza odbyciem wstępnego szkolenia. Poza tym byłem przekonany, że skoro to nie ja zrobiłem akcję, to nie mnie szukają.

Aresztowanie
Do mojej pracowni zadzwonił portier i powiedział, że przy wejściu czeka na mnie kolega. Spodziewałem się łącznika z informacją, co się właściwie dzieje, więc nie zdziwiło mnie to. Zjechałem windą na parter i idę korytarzem w kierunku portierni. Tuż przed schodami dziwnie postawiony wózek, jakim w teatrze wozi się dekoracje. Mijam go i dochodzę do schodów. W tym momencie dostaję silne uderzenie w tył głowy, prawdopodobnie kolbą pistoletu i silne pchniecie w plecy (tym wózkiem). Spadam ze schodów, ale jestem przecież mistrzem kung fu i dżudoką. Odruchowo robię więc po tych schodach dwa przewroty ukemi i staję na nogach. W tym momencie czterech ludzi, do tej pory schowanych za ścianką, łapie mnie za obie ręce. Nie wytrzymałem i rzuciłem ich. Miałem dawno przemyślane, że nie będę bił się z policją (życie to nie film i nawet największy mistrz sztuki walki z policją nie wygra) ale ci gamonie z oddziału specjalnego milicji do tego stopnia nic nie umieli (wiem kto ich szkolił, więc się nie dziwię), że złapali mnie w jedyny sposób, przy którym można rzucić czterech ludzi na raz. Miałem się z nimi nie bić, ale takiego gamoństwa po prostu nie zdzierżyłem i panowie polecieli na podłogę. Niestety zza ich pleców wyłoniło się sześciu dalszych i wobec sześciu wycelowanych we mnie luf musiałem skapitulować.
Tym razem stanąłem spokojnie i pozwoliłem się skuć kajdankami. Zawieźli mnie na ulicę Okrzei, gdzie mieścił się cały ówczesny sztab SB do walki z podziemiem. Wjechaliśmy windą na szóste piętro i zaczęła się próba zastraszania i wrzasków.
Wpada oficer oddziału specjalnego milicji, kulturysta, którego później poznałem w siłowni klubu „Błyskawica” (przez kilka lat prowadziłem tam treningi) i wrzeszczy:
— Gdzie jest Borowski, gdzie jest Narożniak? Mam stu ludzi i wolną rękę z rozkazu premiera! Zaraz ich złapię! – i zaraz po tym – Gdzie jest Bujak?
— Tam, gdzie was nie ma – odpowiadam i wywołuję furię SB-ków.
— Zaraz dostaniesz wpierdol. Będziesz tu skakał pod ścianką, a ja cię będę bił, a jak się zmęczę to ich zawołam! – wyciąga pistolet, przeładowuje i wrzeszczy – zaraz będziesz miał kaliber 9 i o 10 gram będziesz cięższy! Zaraz cię wyrzucę przez okno!
— Przez okno, to ja mogę ciebie wyrzucić – odpowiadam.
Uspokaja się. Widać mój rzut czterema komandosami pana Misztala zrobił wrażenie. Na odosobniony wyskok pozwala sobie jeszcze jeden z szeregowców, młokos ostrzyżony na pazia (też go znam, trenował karate Kiokushinkay). Mówi:
— Ty dopiero możesz oberwać!
— To stań ze mną na ringu – mówię – w dziesięciu i z bronią to każdy jest silny.
Oficer każe mu się zamknąć. Widać rozumie, że pyskówka zamiast przesłuchania do niczego nie prowadzi. Poza tym żałosna jest ta odwaga SB-ków wobec człowieka, który nie tylko ma skute na plecach ręce, ale jeszcze jest przykuty do krzesła.
Przychodzi inny oficer i robi mi wykład w stylu „widzita, rozumita, wszystko o was wiema”. Wylicza, gdzie i ile razy się spotkaliśmy, kto był, o czym była mowa. To był największy błąd, jaki w tej sprawie zrobiła SB-cja. Chciał zrobić na mnie wrażenie, że wiedzą wszystko, a pokazał mi, że nie wie nic. Cóż oni bowiem wiedzieli? O kilku spotkaniach z grupą, która nie zrobiła dotąd nic konkretnego? O planach akcji, którą ewidentnie zrobił kto inny a ja miałem na ten czas żelazne alibi? Każdy normalny oficer policji byłby wściekły, że zdemaskował informatora, spalił obserwację, a właściwie nic nie wie. Ale SB to nie była normalna policja. Oni nie myśleli o tym, by dojść do prawdy, tylko o tym, by mieć materiał, żeby nas wsadzić. Jak już mieli ten materiał, nie szukali dalej.
Z tego SB-kiego kazania zrozumiałem dwie rzeczy: pierwszą, że nie wpadła żadna z grup, które były już włączone do działań i nie zostały zdekonspirowane żadne istotne kontakty: drugą, że w tym, co o mnie wiedzą, nie ma przestępstwa. No, bo cóż to za przestępstwo: odbycie kilku rozmów o tym, że może by coś zrobić, ale bez żadnych konkretnych przygotowań, podziału ról, decyzji, terminów? Czyli tak naprawdę, to nie ma poważnej wsypy, jest tylko trochę kłopotów. Muszę tylko zrobić wszystko, by wsypa nie poszła dalej, bo to by mogło rzeczywiście być groźne.
Wyciągnąłem z tego wniosek: należy się przyznać do tych spotkań, bo to nie jest żadne przestępstwo nawet według praw stanu wojennego, a jednocześnie rżnąć głupa, że żadnej innej działalności nie prowadziłem, to nie było podziemie Solidarności, tylko (tak jak twierdzi SB) organizacja „Legion Kondor”. Myślałem wówczas, że z powodu mitycznej organizacji, która nigdy nie istniała, o wymyślonej przez SB-ków głupawej nazwie, mogą co najwyżej trochę potrzymać mnie w areszcie. A że rozmawialiśmy o uwolnieniu Narożniaka? No to co? Janek nie był ani aresztowany, ani internowany. Ot, wyszedł ze szpitala bez wypisu. Guzik z piórem mi zrobią. Myliłem się.
Po kilku godzinach bicia Mirek Ś. załamał się i złożył obszerne zeznanie o treści podyktowanej przez SB-ków. Nie mam do niego żalu. Dwudziestoletni chłopak nie mógł wytrzymać takiej presji. Nie tylko go bili, ale jeszcze szantażowali, pokazywali sfałszowane rzekomo moje zeznania (Mirek nie znał mojego charakteru pisma). Z zeznań Mirka wynikało, że nie tylko planowałem założenie organizacji terrorystycznej, ale jeszcze terroryzowałem ich wszystkich, a oni przychodzili na zebrania, bo się mnie bali. Mało tego „Legion Kondor” istnieje i ma milion członków (tu już SB-cy naprawdę przesadzili). Dzisiejszego czytelnika może to dziwić lub śmieszyć, ale to wcale nie były największe bzdury tworzone przez komunę w procesach politycznych. W latach 50. mój dziadek, Leonard Żaczkowski, został skazany na 12 lat za to, że w czasie powstania warszawskiego, jako dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Państwowego (powstańczej policji) rozstrzeliwał na Placu Teatralnym komunistów (na tym placu byli Niemcy, czyżby z NRD?).
Późnym wieczorem przewieźli mnie do celi w Pałacu Mostowskich. Na pożegnanie SB-ek zapowiada jeszcze: „jutro będziesz śpiewał, jutro zrobimy ci piętki i imadełko!” Z ujawnionych już przez IPN dokumentów wiem, że protokół zatrzymania sporządzono dopiero o godzinie 23.20. W ten sposób SB zyskiwała 11 godzin do ustawowego czasu zatrzymania (48 godzin). Wówczas nie znałem tego dokumentu, ale dziś jest on i przerażający (bezprawiem) i komiczny (głupotą). W rubryce opisującej rodzaj przestępstwa wpisano dużymi literami: „UWOLNIENIE J.NAROŻNIAKA”. To chyba jakiś nowy artykuł w kodeksie karnym. W innej rubryce: „stan zdrowia dobry” orzekł kapral Jakiś Tam (zapewne dyżurny z KS MO).
Mijają dwie doby i nic się nie dzieje. Przez ten czas Prokuratura Wojskowa odmawia wszczęcia postępowania. Uzasadnienie – brak przestępstwa. Zdesperowany porucznik Witold Jóźwiak dwoi się i troi, aby mnie nie wypuścić. Gdy mija 48 (a właściwie 59) godzin od zatrzymania, wpada na pomysł i załatwia dla mnie postanowienie o internowaniu. Wracam do tej samej celi, ale już jako internowany. Po kolejnych dwóch dniach jestem znów zatrzymany na 48 godzin, a jeden z podwładnych idealnie dyspozycyjnej prokurator Wiesławy Bardonowej przedstawia mi zarzut: „W okresie od 15 maja 1982 r. do dnia 8 czerwca 1982 r. w Warszawie zorganizował i kierował kilkoma wieloosobowymi zebraniami mającymi na celu założenie nielegalnego związku o charakterze antypaństwowym »Legion Kondor«, program którego przewidywał akcje terrorystyczne wobec funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, kradzieże z państwowych instytucji urządzeń poligraficznych, rozpowszechnianie antypaństwowych ulotek, jak również podejmowanie rożnego rodzaju akcji sabotażowo-dywersyjnych.” Słowem – i ty zostaniesz ben Ladenem – SB-cja wzniosła się na szczyty absurdu. W uzasadnieniu prokuratura pisze, że „celem działania podejrzanego było przywrócenie swobód demokratycznych i zniesienie rygorów stanu wojennego” a następnie wyciąga z tego wniosek, że „szkodliwość społeczna czynu jest znaczna”. Sprawa ma się toczyć w trybie doraźnym, co znaczy, że grozi mi od 3 lat wzwyż.
Prokurator Bardonowa dobrze przerobiła lekcję z listu Czubińskiego „do umiejętnego stosowania w pracy politycznej i zawodowej”: „W ostatnich latach zmieniono formy postępowania wobec osób prowadzących działalność antysocjalistyczną […] pociągano do odpowiedzialności karno-sądowej za popełnienie przestępstw pospolitych.” Dobrze odrobił też lekcję porucznik Jóźwiak „osoby te były przed upływem 48 godzin zwalniane z aresztu i osadzane w innej komendzie na kolejne 48 godzin. […] Pomiędzy jednym a drugim zatrzymaniem funkcjonariusze SB pozwalali tym osobom na spacer po mieście, wypicie kawy w kawiarni, kupno owoców.” Porucznik Jóźwiak poszedł dalej. Zwolnił mnie po 59 godzinach, a zamiast spaceru pozwolił mi na bycie internowanym prze dwa dni.
Przez następne miesiące prokurator Anna Detko (vel Jackowska) wielokrotnie przedłuża mi areszt; Uzasadnienie: „postępowanie wymaga jeszcze wielu żmudnych czynności, szkodliwość społeczna czynu jest znaczna, sprawa toczy się w trybie doraźnym”. Za każdym razem odwołuję się do sądu, a sąd moje odwołanie oddala, choć przez kolejne 8 miesięcy w sprawie nie ma żadnego postępu, w aktach nie pojawia się żaden nowy dokument. Prokurator Detko oczywiście doskonale wie, że w sprawie nie ma już do zrobienia żadnych czynności. SB i prokuratura zapewne obawiały się, że materiał dowodowy jest zbyt kiepski nawet dla dyspozycyjnego sądu i chciały, bym jak najwięcej odsiedział w areszcie. Jeden z SB-ków powiedział mi wręcz cynicznie:
— My panu załatwimy wyrok dokonany. Posiedzi pan tyle w areszcie, że sąd to będzie musiał przyklepać. Odechce się panu Narożniaków na długo.
SB się przede mną nie kryje z tym, że mityczny „Legion Kondor” wcale ich nie obchodzi, że to po prostu zemsta za Narożniaka.

Dziwne gry i zabawy
Po tygodniu od aresztowania przewożą mnie na Rakowiecką do III pawilonu (dawnego dziesiątego) więzienia Mokotowskiego. Jak mnie od razu uświadamia jeden z więźniów kryminalnych, „ten trzeci pawilon to przejebana instytucja”. W odróżnieniu od dołka w Pałacu Mostowskich (wilgoć, ciemno, szczury) na III pawilonie jest jasno i czysto. Nie ma wrzasków, mówią mi na pan. Od razu przypomina się refleksja Eugenii Ginsbirg z książki „Stroma droga”: „czym bardziej uprzejmie i czysto, tym bliżej na egzekucję”. Mnie egzekucja wprawdzie nie grozi, ale potężny wyrok nie jest wykluczony. Na tym pawilonie nie trzyma się byle kogo. Panuje pełna izolacja. Przez 8 miesięcy nie widzę ani jednego więźnia z innej celi, niż moja. Cele są czteroosobowe, ale często więźniów jest 2 lub 3. Z uprzejmością na III pawilonie bywa różnie. Dostaję łóżko po jednym z aresztowanych w sprawie sierżanta Karosa. Współwięźniowie opowiadają mi, że był straszliwie pobity.
Przesłuchania prowadzi porucznik Jóźwiak. Kierunek dociekań jest stały: „Gdzie jest Narożniak?” Postęp śledztwa też jest stały: „Tam, gdzie was nie ma”. Po trzech miesiącach zastępuje go pułkownik Będkowski (imienia nie znam). Jest znacznie inteligentniejszym i przez to groźniejszym przeciwnikiem. Mimo to sprawa nie posuwa się ani trochę.
Już w pierwszym miesiącu aresztowania zaczynają się dziwne gry. Zostaję wezwany na „spotkanie” w gabinecie naczelnika. Nie przesłuchanie, tylko „spotkanie” z facetem, który mówi, że jest „pracownikiem kancelarii premiera”. Nie przedstawia się nazwiskiem. Proponuje mi „załatwienie sprawy” w zamian za zgodę na emigrację i wystąpienie w telewizji z pochwałą stanu wojennego. Odmawiam. Facet widząc, że jestem palący a nie mam papierosów, zostawia mi paczkę „Sportów”. Rozmowa jest wręcz uprzejma.
Po kilku dniach niespodziewanie przenoszą mnie na drugi pawilon. W celi jest już dwudziestoletni chłopak, dziwnie milczący. Próbuję go zagadywać (w więzieniu jest nudno), ale on milczy.
— Czekam na wykonanie kary śmierci. Nie chcę rozmawiać – mówi w pewnym momencie, jakby się usprawiedliwiał.
Na trzeci dzień drzwi celi otwierają się i wpada kilku klawiszy. Wywlekają go. Chłopak przeraźliwie krzyczy. Zostaję sam. Następnego dnia wracam do celi na III pawilonie. Znów pojawia się dziwny facet na kolejnym „spotkaniu”. Ponawia propozycję emigracji i wystąpienia w telewizji. Ponownie odmawiam. Na odchodnym facet mówi:
— Pan mi jest winien paczkę papierosów.
— Oddam, kiedy pan będzie siedział - odpowiadam
Mija kolejne kilka dni i porucznik Jóźwiak prowadzi mnie do budynku administracji. Tam czeka ekipa telewizyjna z Markiem Barańskim z redakcji Dziennika Telewizyjnego. Barański proponuje mi wywiad. Odmawiam. Tłumaczy, że mogę dostać o trzy lata więcej, a poza tym odpowiadam nie tylko za siebie, ale i za tych chłopców, którzy siedzą razem ze mną. Jest to kłamstwo, bo wszystkich chłopaków zwolniono po kilku dniach nie stawiając im żadnych zarzutów. Najdłużej siedział Mirek Ś., którego bili podobno przez 9 dni. Pół roku był na zwolnieniu lekarskim. Do pracy w Teatrze Wielkim już nie wrócił. Ale ja o tym nie wiedziałem. SB utrzymywała mnie w przekonaniu, że oni wszyscy siedzą i że ode mnie tylko zależy, czy wyjdą. Jak będę zeznawał, to wyjdą, a nie, to siedzą przeze mnie. Wywiadu nie udzieliłem, dodatkowych zeznań nie złożyłem. Przez kolejne trzy miesiące nic się nie dzieje, tylko prokurator przedłuża areszt powołując się na „czynności, które nie są zakończone”.

Symulacja, czyli biełaja shizofrenija
Śledztwo praktycznie ugrzęzło, pora pomyśleć o sobie, czyli rozwiązać problem: jak wyjść z więzienia? Postępowanie toczy się w trybie doraźnym i z tego powodu grozi mi 3 lata za wejście na salę sądową, a dalej się zobaczy. Są tylko dwie metody uchylenia trybu doraźnego – zmiana zarzutu (nie ma szans) lub orzeczenie biegłych o „ograniczonym rozeznaniu czynu i zdolności kierowania swoim postępowaniem”. No tak, ale do tego trzeba być chorym, a ja jestem zdrowy jak byk. W chorobę somatyczną albo psychiczną wyczynowego sportowca, alpinisty, trenera dwóch dyscyplin sportów walki, nikt nie uwierzy. Czyli klops. Na szczęście więzień ma bardzo dużo czasu na myślenie i kombinowanie. No to wykombinowałem intrygę tak nieprawdopodobną, że sam w nią nie wierzyłem. Ale co mi szkodzi spróbować?
Mówię klawiszowi, że chcę złożyć zeznanie. Już następnego dnia zgłasza się zdziwiony pułkownik Będkowski.
— Cóż to się stało, że pan Łoziński chce nagle składać zeznania?
— Jedno zeznanie.
— Jakie?
— Takie, że mam uszkodzony centralny układ nerwowy.
Zapada cisza.
— Pan mnie robi w konia – Będkowski doskonale wie, co jest grane.
— Ja składam zeznanie.
— I ja mam je zaprotokółować?
— Tak.
Będkowski milczy i po chwili mówi:
— Jak pan chce, ale tu już większe cwaniaki symulowały – i wyciąga protokół.
Składam zeznanie, że trenując sporty walki doznawałem wielu urazów głowy z powodu uderzeń i wstrząsów po upadkach a w dodatku jako alpinista wystawiony byłem na niedotlenienie. Poza tym na wyprawach przechodziłem różne ciężkie choroby tropikalne. Po takim zeznaniu Będkowski musi skierować mnie na badanie neurologiczne, bo to wynika z kodeksu postępowania karnego. Jeśli podejrzany zeznaje, że jest chory, to musi być opinia lekarza w aktach.
Tydzień później prowadzą mnie do szpitala więziennego. Ten szpital robi takie wrażenie, że zdrowy by umarł, ale nie wszyscy lekarze, którzy w nim pracują są tacy jak doktor Wroński (orzekł, że Jan Józef Lipski z wszczepionym rozrusznikiem serca jest idealnie zdrowy). Większość to zupełnie normalni lekarze. Na to właśnie liczę. Mówię lekarzowi, który mnie bada, że razem z doktorem Wiktorem Bodnarem prowadziłem zajęcia ze sportoterapii w szpitalu na Sobieskiego. Liczę po cichu na to, że ten lekarz skontaktuje się z Bodnarem, który zna moją rodzinę.
Dobrze trafiłem. Na drugi dzień Bodnar zjawia się u mnie w domu. Wiadomość, że symuluję chorobę i jest szansa, by mnie wyciągnąć dociera do podziemia. Nie wiem, kim był ów lekarz z Rakowieckiej, ale w następnych dniach w pełni współpracował z podziemiem. Przekazał mi gryps z instrukcją, jak się mam zachowywać i orzekł, że konieczna jest obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. Podziemie spodziewało się, że przewiozą mnie do Pruszkowa, gdzie w konspiracji był prawie cały personel, a stamtąd dam nogę. Ale ja nie chciałem dawać nogi. Wiedziałem, że jeśli plan się uda, to za dwa, trzy miesiące, i tak wyjdę.
Ale pułkownik Będkowski nie był durniem i wiedział, o co mi chodzi. Zamiast do Pruszkowa przewieziono mnie do Łodzi. Wylądował