Pisanie o sprawach oczywistych uważane jest za stratę czasu i marnowanie papieru. Bywa jednak, że jakaś oczywistość ukazuje nagle swoje mniej oczywiste oblicze i generuje pytania, które dawno już zapomnieliśmy. Ten tekst jest o takiej właśnie oczywistości. Zdarzyło się otóż, że doświadczony różnymi dziwnymi ograniczeniami (otrzymałem np., uznany za legalny, zakaz prowadzenia bez akceptacji przełożonego korespondencji w jakichkolwiek sprawach dotyczących instytucji, gdzie pracowałem) jawności rozmaitych, jawnych teoretycznie, informacji napisałem do sądu pismo z prośbą o zgodę na ujawnienie dokumentacji jawnych spraw sądowych. Prosiłem o wskazanie dokumentów, których upublicznienie sąd uznałby za niewskazane. W odpowiedzi sąd napisał, że radzi mi przed upublicznieniem informacji zasięgnąć porady prawnika, a sąd porad nie udziela. I tu moja wolność (art. 54 Konstytucji RP i jawność postępowania sądowego) spotkała moje bezpieczeństwo, bo za ujawnienie informacji, które jawne być nie powinny ponieść można odpowiedzialność karną. Stąd właśnie ten tekst.



Ograniczenia wolności polegają głównie na tym, że część informacji o obywatelach przestaje być ich sprawą prywatną i staje się własnością Państwa. Są to bardzo różne informacje; od stanu majątkowego do informacji o tym kto z kim pije wódkę i kto u kogo bywa. Truizmem jest dziś stwierdzenie, że tzw. osoby publiczne mają mniejsze prawo do prywatności niż szary obywatel, ale mało kto wierzy, iż podawane oficjalnie informacje o takich osobach są prawdziwe. Ja nie znam żadnego takiego wierzącego. Dowcip polega na tym, że nie ma również jasnego określenia typu informacji, które o takich osobach mogą być ujawnione. Funkcjonuje wprawdzie pojęcie „interesu społecznego” i sąd może orzec, że ujawnienia jakichś informacji dokonano w interesie społecznym, co jest dla ujawniającego okolicznością łagodzącą, ale jest to zawsze ocenne i zawsze „ex post”. Sądy są oczywiście sprawiedliwe, niezawisłe i niezależne (w szczególności od ludzi mających powody by nie ujawniać szczegółów swej biografii i interesów) i nikomu z obywateli III RP nie przyjdzie do głowy, że mogłyby pomagać komuś w ukrywaniu, tego co w interesie publicznym powinno być jawne, ale „ujawniacz” zawsze ryzykuje. W najlepszym przypadku swój czas i nerwy, gdy będą go ciągać po sądach. Powstaje więc naturalne pytanie o to, czy w ogóle istnieją dokumenty, które można absolutnie bezkarnie upubliczniać. Wydawałoby się, że są takimi np. oficjalne dokumenty sądowe; wyroki wraz z uzasadnieniami, protokoły z jawnych rozpraw czy oficjalnie składane na jawnych rozprawach dokumenty. Podany na początku tego tekstu przykład pokazuje, że tak nie jest. Jeśli problem dotyczy pojedynczej osoby, to można powiedzieć, że naruszono jakieś prawa człowieka i uznać, że jest to jego sprawa prywatna. Co jednak zrobić, gdy dokument sądowy, nawet sporządzony w sprawie takiego pojedynczego osobnika orzeka coś, co dotyczy np. kilku czy kilkunastu tysięcy ludzi? Jeśli kandydat na ujawniacza takiego dokumentu, zgodnie z sugestią sądu, zapytał prawnika, a ten ostatni stwierdza, że wprawdzie wszystkie sporządzone przez sąd dokumenty są jawne, ale po takiej odpowiedzi sądu, to jednak radzi niczego nie ujawniać, to jak taką radę rozumieć? Po takiej odpowiedzi nie można nawet prosić o dalsze wyjaśnienia, bo sąd wyraźnie przecież napisał, że informacji (porad) takich nie udziela. Można oczywiście powiedzieć, że w interesie społecznym facet taki powinien wyczerpać wszelkie możliwości legalnego upublicznienia społecznie ważnej informacji i powinien pisać np. do Sądu Najwyższego, Prokuratora Generalnego, Prezydenta czy np. marszałka Sejmu. Czy nie są to jednak zbyt wysokie wymagania w stosunku do przeciętnego obywatela? Problemy takie pojawiać się będą coraz częściej, bo w tym właśnie miejscu wynikająca z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Konstytucji RP wolność obywatela do przetwarzania i rozpowszechniania informacji zderza się z wolnością sądu do oceny wspomnianej wolności obywatela. Uzasadnieniem tej ostatniej (oceny sądu) jest oczywiście ochrona bezpieczeństwa (np. dóbr osobistych) obywatela, któremu ujawnienie informacji może zaszkodzić. Chcę być dobrze zrozumiany. Ja nie usiłuję odmawiać sądowi prawa do oceny tego, co powinno czy nie powinno być jawne. Chciałbym jednak, by sąd w chwili sporządzania dokumentu (np. wyroku) stwierdzał w tym dokumencie jasno czy jest on jawny czy nie, a jeśli nie, to aby określał, co z tą niejawnością robić (zmieniać dane personalne, zastępować nazwiska inicjałami, ujawniać na własne ryzyko, itp.). Odsyłanie obywatela w tej kwestii do prawnika to nieporozumienie, bo w ostateczności i tak o jawności lub niejawności dokumentów zadecydować musi sąd. Gdyby na każdym wytworzonym przez instytucje Państwa dokumencie umieszczać informację o tym czy jest on (być może tylko częściowo) jawny czy niejawny, to sytuacja obywatela byłaby znacznie jaśniejsza, bo odpowiedzialność za, „państwowe” w końcu wypowiedzi ponosiłoby Państwo. Zrównałoby to wobec prawa pozycję Państwa i obywatela, bo ten ostatni za swoje wypowiedzi odpowiada (nie każdy obywatel tak samo, ale wiadomo przecież, że „co wolno wojewodzie…”), a Państwo, jak wynika z powyższego opisu, niekoniecznie. Propozycja umieszczania na dokumentach informacji o tym czy są jawne czy nie wydawać się może bzdurnym dmuchaniem na zimne, bo istnieją przecież tzw. zasady państwa prawa, ale przykład powyższy nie jest fikcją. Taką jasną zasadę odpowiadania instytucji i funkcjonariuszy państwowych za słowa i decyzje wprowadzać by można stopniowo, np. najpierw urzędy centralne (Prezydent, Sejm, Ministerstwa itp.), a potem pozostałe instytucje państwowe. Sądy powinny wprowadzać to chyba również gdzieś na początku. Ja wiem, że mnożenie przepisów nagania zwykle klientów prawnikom, a Państwa nie poprawia. Ten jednak przepis działałby akurat w przeciwnym kierunku; ilość zapytań o legalność ujawniania dokumentów i spraw o naruszenie dóbr osobistych znacznie by pewnie zmalała. A obywatel tracąc być może trochę wolności (asekurujący się urzędnik zapewne częściej niż potrzeba pisałby na dokumentach „niejawne”), zyskałby więcej bezpieczeństwa. W dzisiejszym, skomplikowanym świecie każde uproszczenie jest ważne, a taki prosty zabieg uwolniłby obywatela od obaw o legalność części jego poczynań. <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Jest jeszcze jeden, „długodystansowy”, aspekt całej sprawy. Większość z nas, obywateli III RP, nosi w sobie jakieś, głęboko niekiedy ukryte, pozostałości opisywanego m.in. przez Sołżenicyna ducha niewolnika. Immanentną cechą homo sovieticus była niepewność legalności postępowania. Wszystko mogło być nielegalne; prawa miało Państwo, a obywatel kontentował się posiadaniem obowiązków i ograniczeń. Pogląd, że odzyskując piętnaście lat temu niepodległość odzyskaliśmy również utraconą bardzo dawno wolność, to iluzja. Tej wolności (i jej ograniczeń) musimy się uczyć. Wielu z nas nie nauczy się tego  nigdy, ale niektórym można pomóc przypominając im, że są wolni. Takie przypomnienie na dokumencie wiele nie kosztuje, a pomóc może sporo.



Waldemar Korczyński



Dokument – pismo do sądu.



Waldemar Korczyński



Kielce



Prezes Sadu Okręgowego w Kielcach



Kielce 12 lipca 2005



Szanowny Panie Prezesie (Szanowna Pani Prezes),



uprzejmie informuję, że na internetowym forum dyskusyjnym kieleckiej edycji Gazety Wyborczej (adres www2.gazeta.pl -> Forum -> Regionalne -> Kielce, wątki „skromność profesorska”,czy ten śmieszny profesor Szplit”, „czy ten śmieszny dr Korczyński” i „Panie Adamie Massalski”, „panie przyszły senatorze Massalski” i chyba parę innych), od co najmniej roku pojawiają się informacje dotyczące spraw, które miałem w SR w Kielcach, a ostatnio również SO w Kielcach. Nieznane mi osoby wielokrotnie przywoływały fragmenty orzeczeń Sadu sugerując np. moje pieniactwo i bezzasadność podnoszonych przeze mnie roszczeń przeciwko Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Czyniły to również w sposób uwłaczający powadze, a przynajmniej bezstronności, Sadu „przewidując” wyrok przed jego orzeczeniem. Sąd Okręgowy w Kielcach orzeczeniem z 30 lipca 2003 roku stwierdził, ze nie ma interesu społecznego w ściganiu pomawiających mnie publicznie osób. Ostatnio jedna z tych osób, ujawniając znane tylko Sądowi i stronom (a niektóre nie wymienione nigdy na sali sądowej) szczegóły wyroku w mojej sprawie, podpisuje się „prawnik”, co, szczególnie niezbyt dociekliwym forumowiczom,  sugerować może, iż jest to osoba związana w jakiś sposób ze środowiskiem prawników, a jej wypowiedzi maja powagę zbliżoną do „powagi sprawy osadzonej”. W sprawie pomówień zwracałem się (również w tym roku, po datowanej na 29 maja 2004 zmianie ustawy o ochronie danych osobowych) do prokuratury o ustalenie sprawców pomówień, ale jej działania nie dały żadnych efektów. Nie mogąc liczyć na ujawnienie sprawców przez powołane do tego organa Państwa, działając w obronie mojego dobrego imienia mam zamiar upublicznić wszystkie dokumenty związane ze wszystkimi sprawami jakie miałem przed kieleckimi sądami, w szczególności przed Sądem Okręgowym w Kielcach. Nie chciałbym jednak w jakikolwiek sposób działać na szkodę dobrej opinii Sadu. Proszę więc Pana Prezesa (Panią Prezes) o przejrzenie akt tych spraw (sygn. V Pa 207/05 i V Pa 308/05) i, jeśli uzna Pan(i) to za wskazane, napisanie, które z tych dokumentów nie powinny być upublicznione. Zwróciłem się z analogiczną prośbą do Prezesa Sadu Rejonowego w Kielcach i wobec braku jego odpowiedzi w ciągu 31 dni zrozumiałem, że nie ma on nic przeciwko upublicznieniu akt Sądu Rejonowego dotyczących tych spraw. Ja mam oczywiście świadomość faktu, ze dokumenty te są jawne niejako „z definicji”, ale, jak już wspomniałem, nie chciałbym w jakikolwiek sposób działać na szkodę powagi Sadu.



Z wyrazami szacunku



Waldemar Korczyński



Dokument 2 - odpowiedź



PREZES
SĄDU OKRĘGOWEGO
25-372 W KIELCACH
ul. Seminaryjska 12a
tel. /041/3402300



Nr Pręż. Wiz.-051-539/04 P
Kielce, dnia 29 lipca 2005r



Pan Waldemar Korczyński



Kielce



W odpowiedzi na pismo z dnia 12 lipca 2005r uprzejmie informuję, iż po analizie akt spraw V Pa 207/05 i V Pa 308/05 stwierdziłam, że postępowanie w tych sprawach było przeprowadzone w myśl art. 148 § 1 kpc na posiedzeniu jawnym.



Art. 153 § 1 kpc daje Sądowi możliwość zarządzenia z urzędu odbycia posiedzenia lub jego części przy drzwiach zamkniętych, jeżeli publiczne rozpoznanie sprawy zagraża porządkowi publicznemu lub moralności, albo gdy mogą być ujawnione okoliczności objęte tajemnicą państwową lub służbową.



Sąd może zarządzić odbycie posiedzenia przy drzwiach zamkniętych również na wniosek strony, jeżeli podane przez nią przyczyny są uzasadnione, lub jeżeli roztrząsane mają być szczegóły z życia rodzinnego.



W sprawach V Pa 207/05 i V Pa 308/05 żadna ze stron nie złożyła wniosku o rozpoznanie sprawy przy drzwiach zamkniętych, jak również Sąd nie podjął takiej decyzji z urzędu.



Co do podnoszonej w Pana piśmie sprawy upublicznienia dokumentów jakichkolwiek, nie tylko sądowych, poddaję Panu pod rozwagę celowość konsultacji w tej kwestii z prawnikiem udzielającym porad prawnych.



Takich porad nie udziela prezes Sądu Okręgowego.



Z up. Prezesa



Wizytator z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych



SSO Bożena Fabrycy

< body>