W związku z trwającą w mediach dyskusją, dotyczącą naukowców pracujących na kilku etatach, a tym samym naruszających zasady etyki naukowca i szkodzących macierzystej uczelni, pragnę przedstawić własne zdanie na ten temat. Miałem okazję wypowiedzieć je w marcu br. na posiedzeniu PAU, polemizując z tezami referatu prof. Jerzego Pelca ("Wieloetatowość - pieniądze - etos nauczyciela"), który wszystkich zatrudnionych na kilku etatach odsądził od przysłowiowej "czci i wiary". Otóż zarówno jedną, jak i drugą wypowiedź uważam za pozbawioną podstaw, czego - jak śmiem twierdzić - dowodzi mój własny przykład, chociaż głupio mi mówić de se ipso.
Pracuję aktualnie na trzech etatach: * od 47 lat w Katedrze Prawa Rzymskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym od 15 jako profesor zwyczajny, obecnie kierownik katedry, * od 29 lat na Akademii Wychowania fizycznego w Krakowie jako profesor prawa w turystyce i od kilku lat kierownik Zakładu Prawa i Organizacji Turystyki, * od 3,5 lat jako rektor Wyższej Szkoły Turystyki i Ekologii w Suchej Beskidzkiej, gdzie również wykładam prawo w turystyce. Wydawałoby się zatem w myśl wyżej cytowanych poglądów, że moja drugo- i trzecioetatowa działalność wyraźnie szkodzi Uniwersytetowi Jagiellońskiemu jako pierwszemu pracodawcy. Śmiem jednak twierdzić, że tak nie jest, gdyż:
1) moje pensum na UJ wynosi 120 godzin rocznie, podczas gdy wykonuję 240, a zatem dokładnie dwa razy więcej, na co składa się wykład kursowy z prawa rzymskiego, dwa wykłady monograficzne (do wyboru), seminarium magisterskie, proseminarium dla III roku oraz opieka nad doktorantami. Oprócz tego od wielu lat prowadzę z własnej woli bez jakiegokolwiek rozliczania, a więc całkowicie społecznie, dwa cieszące się dużym powodzeniem konwersatoria dla I roku w ilości 40 godzin, których ze względu na to, że nie są przewidziane aktualnym planem studiów, nawet nie wykazuję w sprawozdaniu z wykonanych zajęć. Do tego należy jeszcze dodać seminarium dla doktorantów (poza indywidualną opieką nad uczestnikami studiów doktoranckich) w ilości co najmniej 40 godzin rocznie. W sumie ilość wykonywanych przeze mnie zajęć na UJ przekracza 300 godzin (!). Wypełniam również pensum dydaktyczne na AWF,
2) nie sądzę też, aby budziła zastrzeżenia moja działalność naukowa. Jestem laureatem Nagrody Fundacji Nauki Polskiej (tzw. polskiego Nobla), Laurów Jagiellońskich, kilkakrotnie Nagród Ministra Szkolnictwa Wyższego, Ministra Edukacji Narodowej itd. W ciągu ostatnich czterech lat opublikowałem 27 pozycji i kilka dalszych złożyłem do druku,
3) mam na koncie osiągnięcia w szkoleniu młodej kadry w postaci wychowania 8 doktorów, co w dziedzinie tak trudnej jak prawo rzymskie uważam za sukces. Uczestniczyłem też w kilku przewodach habilitacyjnych, nie wspominając już o wielu recenzjach profesorskich pisanych na zlecenie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułu Naukowego,
4) w ciągu przepracowanych 47 lat pracy miałem tylko raz urlop naukowy w wymiarze jednego semestru przed wielu laty i to niepełny, gdyż z przyjętym na siebie dobrowolnie obowiązkiem prowadzenia seminarium,
5) nigdy nie uchylałem się od obowiązków organizacyjnych na UJ, czego dowodem jest moja 6-letnia funkcja prodziekana Wydziału Prawa i 3-letnia kadencja prorektora do spraw ogólnych, nie licząc udziału w różnego rodzaju komisjach itd.
6) bynajmniej nie choruję więcej od innych, co podkreślam, gdyż ten argument o częstych chorobach również podnoszono przeciwko pracującym na kilku etatach.
W sumie mogę bez fałszywej skromności stwierdzić, że dla mojej macierzystej uczelni, pomimo zajęć gdzie indziej, robię więcej niż wielu jednoetatowców. I wiem, że mój przykład bynajmniej nie jest odosobniony. Jeżeli ja i inni w podobnej sytuacji decydują się na pracę w dodatkowych miejscach, to czynią to kosztem swojego wolnego czasu, ale i mnie, i im nikt nie ma prawa dyktować, w jaki sposób należy go zagospodarować.
Jednocześnie mam pełną świadomość, że moja dodatkowa praca to nie ordynarna chałtura, jak to usiłuje się nieraz przedstawić. To, że po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, kiedy profesor był wynagradzany dużo gorzej od milicjanta czy murarza, kwalifikacje naukowe zyskały swoją wartość, chociaż za cenę dodatkowych obciążeń, jest chyba oznaką normalności, ale i to nie jest tu najważniejsze. O wiele bardziej bowiem istotny jest fakt, że ta dodatkowa praca w wielu przypadkach jest wręcz nieodzowna, zwłaszcza w takich ośrodkach jak wspomniana wyżej Sucha Beskidzka. Kierowana przeze mnie szkoła liczy w tej chwili ok. 10000 studentów na studiach stacjonarnych i zaocznych. Warto się zastanowić, ilu z nich byłoby w stanie ponieść koszty nauki i mieszkania w Krakowie czy jakimś innym dużym ośrodku akademickim. Prawdopodobnie niewielu, gdyż w przeciwnym razie niewątpliwie już by to uczynili. Dobrze byłoby zatem, aby o tej młodzieży pamiętali ci, którzy chcą doprowadzić do likwidacji wielu podobnych szkół, zmuszonych w aktualnym stanie rzeczy do korzystania z kwalifikowanej kadry zatrudnionej na innych uczelniach. Skąd bowiem takie szkoły miałyby czerpać pracowników. Przywrócić stosowany za czasów komunistycznych przepis o dodatkowym zatrudnieniu wyłącznie za zgodą rektora jest łatwo, tylko trzeba sobie uświadomić, jakie koszty społeczne to za sobą pociągnie. I jeszcze jedno: jeżeli tak koniecznie chcemy znaleźć przykłady na nieetyczne postępowanie, to bez specjalnego wysiłku mogę wskazać na co najmniej kilka przykładów nadużywania sprawowanego na uczelni stanowiska dla własnych korzyści, gdyż, niestety, ta patologia i tu ostatnio zagościła.

prof. dr hab. JANUSZ SONDEL
Tekst ukazał się w Dzienniku Polskim z 26-06-2004.