Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze, że Komitet Noblowski (norweski, a nie Akademia Szwedzka) przyznał nagrodę dysydentowi z Chin, ale z drugiej strony Liu Xiaobo to postać nieco kontrowersyjna.
Zacznijmy od tego, że nie był on jednym z przywódców buntu na placu Tiananmen w Pekinie, choć niewątpliwie był jedną ze znaczących postaci. Przywództwo tego ruchu było ściśle określone i stanowiły je trzy osoby: Wuer Kaixi (szef), Wang Dan, Chai Ling (kobieta). Liu Xiaobo (czytaj Liu Śiaopo), choć należał do czołowych postaci, do kierownictwa strajku nie należał. Jest to więc nieścisłość w uzasadnieniu Komitetu Noblowskiego.

Aby szerzej określić, dla czego ma  wobec tej postaci mieszane uczucia, przytoczę w całości mój artykuł z dnia 10 czerwca 2009 roku (proszę o cierpliwe przeczytanie do końca):

Ludzie ginęli na Tiananmen

Ze zdumieniem stwierdzam, że 20 lat po tragedii ludności Pekinu, znanej jako masakra na placu Tiananmen (3-7 czerwca 1989) powtarza się ciągle w mediach kłamliwą i dawno już obaloną wersję, wedle której w obrębie samego placu Tiananmen nikt nie zginął. Wersja ta jest produktem dziwnej relacji Liu Xiaobo skwapliwie rozpowszechnianej przez służby ChRL. Wersja ta, występująca w relacjach innych osób, jest po prostu powtórzeniem relacji Liu Xiaobo, w którą uwierzyli, a nie ich samodzielnym dziełem lub obserwacją. W rzeczywistości jest to ciągle relacja jednej osoby, tylko kilka razy powtórzona. Jest to wersja z całą pewnością nieprawdziwa.

Aby nie być gołosłownym, powiem najpierw, na czym opieram swój pogląd:

- byłem świadkiem części wydarzeń w Pekinie w 1989 roku;

- dotarłem do ok. 70 Polaków przebywających wówczas w Pekinie lub do ich relacji (w Pekinie było wówczas co najmniej kilkuset obywateli polskich);

- prowadziłem przez kilkanaście lat systematyczne badanie wszelkich dostępnych źródeł na temat tego wydarzenia (samo moje archiwum wycinków prasowych zajmuje szafę);

- dotarłem do relacji zagranicznych dziennikarzy obecnych niemal do końca w obrębie placu Tiananmen (m.in. Lousie Branson z „Sunday Times", Joanne Moore z „China Daily", Barra Seitza z telewizji ABC, Melindy Liu z „Newsweeka", Dana Rathera z telewizji CBS) oraz do relacji samych czołowych uczestników tych wydarzeń (Wuer Kaixi, Wang Dan, Chai Ling, Liu Xiaobo, Hou Dejman);

- zapoznałem się z setkami zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych wykonanych na samym placu Tiananmen. Znaczna część tych dokumentów nie pozostawia cienia wątpliwości, gdzie i kiedy zostały wykonane (znaczna część tych materiałów jest dostępna w Internecie);

- zapoznałem się z udostępnionymi materiałami CIA (część nadal pozostaje tajna);

- sam dotarłem do świadków, którzy nie chcą ujawnić swej tożsamości z obawy o bezpieczeństwo. Są wśród nich przebywający obecnie na emigracji żołnierze 27 Armii.

Co do faktów:

Część przywódców studenckiego buntu potwierdza wersję Liu Xiaobo o wyjściu wszystkich studentów z placu przed atakiem wojska, ale tu pojawia się szereg nieścisłości. Wiadomo na przykład, że niektórzy z nich, jak Wang Dan, opuścili plac wcześniej i nie byli świadkami tego wydarzenia. Liu Xiaobo twierdzi, że negocjował z wojskiem przerwanie ognia w pobliżu schodów budynku Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych razem z Hou Dejmanem. Hou Dejman relacjonuje zupełnie co innego - negocjował sam, bez Liu Xiaobo, w pobliżu bramy Tiananmen (czyli zupełnie gdzie indziej) i to potwierdzają inni świadkowie, także ze strony wojska. Podkreślam, że negocjowano przerwanie ognia, a więc nie jest prawdą, iż na placu Tiananmen w ogóle nie strzelano. Jeden z wojskowych świadków twierdzi, że faktycznie, Liu Xiaobo podszedł do szpaleru żołnierzy w pobliżu gmachu Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, ale niczego nie negocjował. Wręcz przeciwnie, pokazał amerykański paszport (lub inny dokument, to nie jest do końca jasne), powiedział, że jest obywatelem USA i chce wyjść, po czym został przepuszczony i opuścił plac. Relacja ta jest trudna (lub niemożliwa) do zweryfikowania, ale gwoli ścisłości należy ją przytoczyć, zwłaszcza wobec rozbieżności w relacjach innych przywódców studenckiego ruchu (np. raz szli oni na czele pochodu, a raz na końcu, raz sami widzieli, raz słyszeli od innych).

Należy też wziąć pod uwagę fakt, że wersja o tym, że na placu już nikt nie został, jest dla tych ludzi szalenie wygodna psychologicznie i być może sami oni chcą w to wierzyć. Oto bowiem, zamiast przywódców, którzy wyszli pozostawiając kolegów na rzeź, są wówczas bohaterami, którzy wszystkich uratowali.



Otoczenie Placu Tianamen na zdjęciu satelitarnym (Google Earth). A - Brama Tiananmen, B - Pomnik Bohaterów Rewolucji, C - Mauzoleum Mao Zedonga, D - podwójny szpaler drzew wokół mauzoleum, E - Brama Quanmen, F - Aleja Changan, G - ulica Quanmen, H - budynek Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, J - Muzeum Historyczne, X - miejsce, z którego Liu Xiaobo miał ponoć widzieć, że na placu nikogo już nie ma. Jak widać, bez przenikania przez ściany, jest to niemożliwe.

Obecnie wśród chińskich uczestników tamtych wydarzeń panuje atmosfera podobna do tej, co wśród dawnej polskiej opozycji. Ludzie są skłóceni. Oskarżają się nawzajem, lub tworzą legendy. W relacji jednego z chińskich świadków natknąłem się opowieść, o tym, że dzwonił on z placu Tiananmen przez telefon komórkowy (w 1989 roku!). W Pekinie nie było wówczas ani jednej sieci telefonii komórkowej. Wiele sprzeczności może być wynikiem konfabulacji. Konfabulacja to nie kłamstwo, lecz uzupełnianie luk w pamięci wyobraźnią i wiedzą zdobytą później. Człowiek, który konfabuluje jest przekonany, że mówi prawdę. Dlatego bardzo ryzykowne jest opieranie się na relacjach jednej lub tylko kilku osób.

Należy też pamiętać, że w sytuacji takiego dramatu i takiego zamieszania powstaje mnóstwo plotek, mitów, fantasmagorii, w które wielu ludzi chętnie wierzy i rozpowszechnia, zaś rzetelne badanie historyczne tego wydarzenia jest z powodów oczywistych szalenie utrudnione do dziś.



Fragment centrum Pekinu z satelity (Google Earth). A - plac Tiananmen, B - Hotel Beijing, C - Muzeum Historyczne, D - wysokie budynki przy alei Changan. Jest oczywiste, że z Hotelu Beijing nie widać palcu Tananmen.

Istnieją jednak dowody, fakty obiektywne, jak topografia otoczenia, nagrania obrazu i dźwięku. i dokumenty (choć tych ostatnich jest bardzo mało). Można też ustalić dość łatwo czas wykonania zdjęć, bo był to świt, okolice 4 rano w czerwcu. Moment wykonania zdjęcia można ustalić po tym, na ile jest jasno lub ciemno (wschód słońca 4 czerwca to godzina 4.20; jasno zaczyna się robić stopniowo od 3.50). Z tych obiektywnych źródeł coś jednak wiemy.

  1. Nie jest możliwe, by ludzie idący na końcu pochodu studentów widzieli, że na palcu nikogo już nie ma. Cały niemal plac Tiananmen zastawiony był budami, namiotami i szałasami, w których studenci koczowali przez 1,5 miesiąca. Plac jest ogromny, ma ok. 600 na 1000 metrów. W dodatku stoją na nim budynki: ogromny Pomnik Bohaterów Rewolucji, Mauzoleum Mao Zedonga, Brama Quanmen. Ogarnięcie tego wszystkiego wzrokiem, w dodatku w okolicznościach niebywałego zamieszania, w półmroku, wśród dymów (część szałasów płonęła), jest absolutnie niewykonalne i to z żadnego miejsca, a już na pewno z pobliża wylotu ulicy Quanmen, skąd rzekomo relacjonujący widzieli, że nikt nie został. Nie trzeba być wielkim detektywem, wystarczy choć trochę znać Pekin, by wiedzieć, że z tego miejsca niewiele można zobaczyć. Relacje o tym, że nikogo na placu już nie było, należy więc uznać raczej za pobożne życzenie, konfabulację - samousprawiedliwienie, niż za fakt.
  2. Według zgodnej relacji wielu świadków, już po wyjściu z placu pochodu studentów, wybuchła tam wyjątkowo gwałtowna strzelanina. Propaganda ChRL twierdziła, że wojsko strzelało do megafonów. Abstrahując od absurdalności tej bujdy (nikt nie strzela do nieczynnych megafonów), przeczą temu obiektywnie stwierdzalne fakty. Według nagrania dźwiękowego kanonada zlewająca się w nieprzerwany jeden wielki huk trwała aż 18 minut (było to między godz. 5.00 a 5.30). Załóżmy, że strzelało tylko 10 żołnierzy (na pewno więcej niż 10). Znając szybkostrzelność karabinka KbKAK (kałasza), łatwo obliczyć, że wystrzelono ok. 54 tysięcy sztuk amunicji (!!!). Do megafonów? Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że strzelało bardzo wielu żołnierzy do bardo wielu celów. Jeśli rzekomo na palcu nikogo nie było, to po co oni strzelali, i do czego?
  3. Wielu świadków relacjonuje, że z palcu Tiananmen wywożono zwłoki w sieciach podczepionych pod helikoptery. Nie sądzę, by niezależni od siebie ludzie zmyślali, że widzieli takie helikoptery nad miastem, zwłaszcza, że ich relacje są zadziwiająco zgodne. Wiadomo też, że przez wiele godzin 4 i 5 czerwca płonęły wielkie stosy, choć nie można wykluczyć, że palono w nich głównie resztki namiotów i szałasów.
  4. Nie jest na pewno prawdą, że na placu nie było wcale ofiar, bo strzelano tam już o wiele wcześniej, niż pochód studentów z niego wyszedł. Wiarygodne relacje o strzelaniu w obrębie samego placu (relacje poważnych dziennikarzy Barra Steitza  i Melindy Liu nagrywane na gorąco na dyktafony) mówią o tym, że ogień do demonstrantów otwierano już z przerwami od godziny 1.30 rano 4 czerwca, zaś studenci opuścili plac miedzy 4.30 a 5 rano, czyli dobre trzy godziny później. Istnieją setki zdjęć ludzi zabitych na placu, jeszcze gdy było ciemno, czyli przed 4 rano. Jest też powszechnie znanym faktem, że wzniesiona przez studentów gipsowa replika Statuy Wolności została rozbita pociskiem z działa czołgowego.
  5. Znany jest też ujawniony już dokument CIA sporządzony 5 czerwca 89 r. w Pekinie: „[...] żołnierze strzelali do wszystkiego w zasięgu wzroku; ścigali ludzi aż do bocznych uliczek, żeby ich zabić. [...] napadali na szpitale i odłączali rannych od urządzeń medycznych. [... było to] starannie zaplanowane działanie mające na celu zlikwidowanie możliwie jak największej liczby naocznych świadków. Polecenie władz, by uniemożliwić ucieczkę naocznym świadkom, wypełniono też na placu Tiananmen. Plac został szczelnie otoczony przez pojazdy wojskowe i żołnierzy, zanim rozpoczęła się rzeź. Chociaż relacje chińskiego rządu oraz nielicznych naocznych świadków wspominają o wynegocjowaniu odejścia studentów z placu, część studentów tam pozostała. [...] wszyscy potencjalni naoczni świadkowie prawdopodobnie zginęli."
  6. Przez krótki czas, w 1993 roku, był jawny raport CIA, który później szybko utajniono, zawierający analizę zdjęć satelitarnych. Mówił on o „1750 ciałach leżących na ziemi" w obrębie placu Tiananmen (nie wiadomo, zabitych, czy rannych) ok. godziny 5.45 czasu pekińskiego.
  7. W 1996 roku jeden z profesorów Uniwersytetu Pekińskiego wygłosił zadziwiające oświadczenie: „Działając za zgodą najwyższych władz partii i państwa podaję po raz pierwszy pełną liczbę ofiar kontrrewolucyjnych wystąpień na placu Tiananmen w Pekinie. W ramach samego placu zginęło 931 osób, zaś 25 tysięcy zostało rannych. 540 osób rozstrzelano natychmiast po aresztowaniu". To zadziwiające oświadczenie zostało niemal niezauważone przez prasę światową (choć powtórzyły je liczne agencje prasowe, jak Reuters, AFP, AS i inne). W Polsce poinformował o nim tylko tygodnik „Wprost". Zastanawiające jest to, że podane liczby (931+540= 1371) są zbliżone do liczby ciał naliczonych przez CIA z satelity (1750). Ja bym tej zbieżności nie ignorował.
  8. Ujawnione już dokumenty podają skutki tej mniejszej, wcześniejszej kanonady - w 37 pekińskich szpitalach „do południa (4 czerwca) doliczono się 6,5 tysiąca rannych i 4 tysiące zabitych". Liczby te pochodzą z chińskich źródeł medycznych, które początkowo dość rzetelnie informowały, do momentu zablokowania informacji przez służby bezpieczeństwa. Jeżeli ludzie ginęli na placu później (po 4.30, 4 czerwca), to ich ciała nie trafiły do szpitali, lecz tam zostały.
  9. Zwolennicy tezy, że na samym placu nikt nie zginął, przytaczają jeszcze jeden argument: rano, z okien hotelu Beijing (czytaj Pejczink, czyli Pekin) „nie było widać żadnych ciał" na Placu Tiananmen. Nie było widać z prostego powodu. Z okien tego hotelu nie widać placu (zasłania go budynek Muzeum Historycznego i inne budynki) a widać tylko część alei Changan przyległą do placu. Ta część była opanowana przez wojsko wcześniej. Zwolennicy tego argumentu chyba nie znają topografii Pekinu. Hotel Beijing znajduje się na tyle daleko o placu Tiananmen (ponad 2 kilometry), że nawet gdyby nic nie zasłaniało, to i tak nic by widać nie było. W dodatku miasto spowite było dymem. Płonęły barykady, autobusy, pojazdy 27 armii podpalone przez demonstrantów...


Północno zachodni kraniec placu Tiananmen, godzina tuż przed 5 rano, 4 czerwca 1989. W tle brama Zhongnanhai. Według teorii o wyjściu wszystkich studentów, nie powinno tu być już nikogo. Jak widać, ludzie ciągle na placu Tiananmen są.



Ludzie uciekający z placu Tiananmen pod obstrzałem w rejonie wylotu ulicy Quanmen. Godzina 4 rano, 4 czerwca 1989. Jak widać, ktoś tu jednak strzelał przed wyjściem pochodu studentów.

Na koniec chcę się jeszcze odnieść do podawanych w mediach i raportach (np. AI) liczb ofiar tego wydarzenia. Podane w mojej książce liczby 7 tys. zabitych i 25 tys. rannych wynikają z następujących przesłanek:

  1. znanej cząstkowej liczby ofiar z 37 pekińskich szpitali i jej interpolacji na pełną liczbę szpitali (51), które przyjmowały rannych i ciała zabitych;
  2. znanej z medycyny wojskowej proporcji liczby zabitych do liczby rannych w wyniku strzelania do ludzi z broni palnej;
  3. porównania czasu trwania walk, liczby żołnierzy i liczby ofiar w innych podobnych wydarzeniach w innych krajach;
  4. cytowanej już tajemniczej wypowiedzi na Uniwersytecie Pekińskim;
  5. informacjach ze źródeł CIA.
W każdym razie są to jedyne liczby ofiar oparte na jakimś wyliczeniu, rozumowaniu, na jakiś danych wyjściowych. Starałem się dojść, z czego wynika liczba 1 tysiąca ofiar podawana w raportach Amnesty Interntional... i doszedłem - z niczego nie wynika. Po prostu raz tak napisano, bo tak się komuś wydawało, a później liczba ta jest bezmyślnie powtarzana. Całkowity jest też brak informacji o oparciu o jakiekolwiek źródła podawanej ostatnio w mediach liczby 5 tysięcy zabitych. Przypuszczam, że jest to również liczba wzięta z sufitu.

Nie twierdzę, że podawane przeze mnie liczby są z całą pewnością prawdziwe, ale są to jedyne liczby wyliczone przy pomocy metod matematycznych, a nie „sufitologii".

Mam jeszcze uwagi co do czasu tego wydarzenia i czasu obchodzenie jego rocznicy. Pierwsze strzały na ulicach Pekinu padły o godzinie 23.30, 3 czerwca. Jest to godzina 13.30 czasu Warszawskiego dnia 3 czerwca. Wojsko ostatecznie wtargnęło na plac Tiananmen ok. godziny 5 rano 4 czerwca, czyli o godzinie 19 czasu Warszawskiego, ciągle 3, a nie 4 czerwca. Według naszego czasu, największa tragedia rozegrała się po południu 3 czerwca, a więc nie w dniu polskich wyborów, lecz dzień wcześniej. Trzeba jednak dodać, że sporadyczne walki trwały jeszcze w Pekinie do 7 czerwca, czyli w sumie 5 dni.

I jeszcze na koniec o postaci wspomnianego już Liu Xiaobo. Nawet jeśli nieco on nabujał, chcąc dodać sobie zasług, i tym bardzo zaszkodził prawdzie historycznej, nie można na tej podstawie całkowicie go potępiać i przekreślać innych jego zasług. Sam przez wiele lat uczestniczyłem w konspiracji antykomunistycznej i wiem, jak potwornym stresom i presjom poddawani są działacze takich formacji. A ludzie są tylko ludźmi. Mają wady, robią błędy, nie zawsze mają rację. Przestrzegam przed kaczystowkim rozumieniem historii, w którym wszystko jest czarno-białe. To jest widzenie charakterystyczne dla ludzi, którzy sami niewiele robili.

Krzysztof Łoziński
PS.
  W artykule „Niech wojsko oczyści ten plac" (Gazeta Wyborcza, 30-31 maja 2009), prof. Bogdan Góralczyk pisze, iż wojsko otrzymało rozkaz „zakazujący rozlewu krwi na placu Tiananmen". Jest to wersja kolportowana intensywnie przez propagandę ChRL od wielu lat, także pod postacią specjalnie spreparowanych po fakcie „dokumentów" i relacji etatowych „świadków" podsuwanych politologom i sinologom. Prawdziwa treść rozkazów przekazanych wojsku brzmiała tak:

„Skutecznie wprowadzić stan wojenny, aby siły zbrojne okryły się chwałą" - minister obrony Qin Jiwei, godzina 23.15, 3 czerwca, 1989. Następnie sztabowcy przekładają to na konkrety. Rozkaz, jaki otrzymują drogą radiową poszczególne kompanie brzmi dosłownie: „strzelajcie tak, aby zabić". Pierwszy na język praktyki przekłada to dowódca kompanii Tan Yaobang (czytaj: Dan Jaopank) o godzinie 23.30 w alei Fuxing, w dzielnicy Muxudi, wydając komendę: „krótkimi seriami, kierunek na wprost, ognia".

Aby sprawę zamknąć - wszyscy świadkowie niskiego szczebla ze strony wojska (szeregowcy, dowódcy plutonów i kompani), do których udało się dotąd dotrzeć, zgodnie twierdzą, że rozkaz nie strzelania w obrębie placu Tiananmen do nich nie dotarł i go nie znają. Był natomiast inny rozkaz, wydany 5 czerwca, nie strzelania na odcinku alei Changan w pobliżu hotelu „Beijing". Chodziło więc nie o to, by nie zabijać, tylko by zagraniczne media, zakwaterowane głównie w tym hotelu, tego nie widziały.

K. Ł.

Tyle przytoczony artykuł.

Co do samego Liu Xiaobo: później został on w ChRL skazany na 3 lata więzienia za krytyczne wobec władz publikacje. Następnie w 2009 roku, za zredagowanie apelu do władz o demokratyczne reformy, pod którym podpisał się ok. 300 osób, został skazany na 11 lat więzienia. Ma więc niewątpliwe zasługi w walce o prawa człowieka i demokrację. Incydent z jego niefortunnymi wypowiedziami po wydarzeniach na Tiananmen nie może go całkowicie przekreślać.

Wypada jeszcze dodać, iż przeciw nagrodzeniu go Noblem protestowało 14 innych dysydentów chińskich, w tym Zhang Guoting, który spędził w więzieniach chińskich 22 lata. Takie list są wynikiem głębokich podziałów wśród dysydentów chińskich. Liu Xiaobo reprezentuje tu miękką linię, więc nie jest lubiany przez radykałów.

I jeszcze co do samej nagrody. Komitet Noblowski poprawił się po paru dość dziwnych nominacjach, których szczytem była nagroda dla Baraka Obamy, nie bardzo wiadomo, za co. Na zasadzie, że jeszcze nic nie zrobił, ale może zrobi, albo nie. Jak dotąd, nie zrobił. Inną, moim zdaniem, niefortunną była nagroda dla Amnesty International, dana w momencie, gdy szacowna organizacja niemal zupełnie zaprzestała zajmowania się prawami człowieka koncentrując się niemal wyłącznie na prawach gejów. Raporty AI na temat Chin są obecnie dalece niekompetentne, a szkoda.

I uwaga na koniec. Jestem głęboko oburzony tym, co w telewizji TVN24 powiedział dziś Krzysztof Mroziewicz: „W Chinach demokracji nie będzie nigdy [...] demokracji nie ma ani w Singapurze, ani w Japonii". Pan Mroziewicz nie zna historii Chin. W 1910 roku Chiny miały demokratycznie wybrany parlament i był to jeden z nielicznych wówczas parlamentów na świecie. Ta demokracja została po kilku latach obalona przez pucz Yuan Shikaia, po którym nastąpiła wieloletnia dyktatura Jiang Jeshi (Czang Kai Szeka). Demokracja więc  w Chinach już była, choć krótko. Demokracja jest też na Tajwanie (to przecież też Chiny, choć nie ChRL) i krótko była w Hong Kongu. Natomiast Singapur nigdy nie był częścią Chin, a co ma wspólnego z Chinami Japonia (w której zresztą demokracja jest i to niezła), wie tylko Krzysztof Mroziewicz.

Krzysztof Łoziński

PS.
Gdy czytam liczne już publikacje i slucham licznych wypowiedzi w mediach, których autorzy pieją z zachwytu nad Liu Xiaobo (przy okazji źle wymawiając jego nazwisko) i przepisują informacje jeden od drugiego, obawiam się, że zostanę zaraz okrzyknięty chińskim Zyzakiem i zdrajcą praw człowieka. Nie szkodzi. Całe życie mówiłem prawdę, nawet gdy komuś się nie podobała i do obelg z tego powodu przywykłem. Gwoli prawdy przypominam nie najlepszy incydent z życia Liu Xiaobo, ale zaznaczam, że krysztłowe życiorysy bez żadnej wpadki lub chwili słabości mają tylko mitomani. Tylko w życiorysie zmyślonym nie popełnia się błędów. Ale dziś na fali Nobla pieją także ludzie, którzy jeszce niedawno wychwalali pod niebiosa Komunistyczną Partię Chin i zapewne ci najmocniej mnie zaatakują.
K.Ł.

PS. 1.
Z Chin dobiegają informacje, że reakcja władz ChRL jest porwanie żony Liu Xiaobo, Liu Xia, oraz fala aresztowań jego zwolenników i przyjaciół. Media chińskie całkowicie przemilczały nagrodę, a MSZ grozi Norwegii i ogólnie Zachodowi.
K.Ł.