Kłamstwo PiS-u ma kilka poziomów, co było dobrze widać podczas ostatniej kampanii wyborczej:

Poziom pierwszy - kłamstwo bezczelne

Do tej roli zawsze wyznaczani są pojedynczy działacze. W ostatniej kampanii byli to: Adam Bielan, Adam Hofman i sporadycznie inni. Tu niektóre przykłady:

Adam Bielan oświadczył nagle, że jest nieprawdą, iż Lech Kaczyński w Gruzji wydał pilotom rozkaz lądowania w Tbilisi, mimo zamkniętego lotniska. Twierdził, że takiego rozkazu nigdy nie było, Lech Kaczyński nie wchodził w ogóle do kabiny pilotów, był cały czas razem z nim w saloniku. Oczywiście Bielan kłamał, bo sam Lech Kaczyński domagał się postawienia przed sądem pilota i jego degradacji „za niewykonanie rozkazu". Przemysław Gosiewski wystosował nawet w tej sprawie pismo z identycznym żądaniem ukarania pilota za niewykonanie rozkazu zwierzchnika sił zbrojnych - prezydenta. Rozmowa była zresztą nagrana.

Wydaje się, że takie kłamstwo jest bez sensu, bo natychmiast wiadomo, iż jest kłamstwem, więc nikt nie powinien w nie uwierzyć. Nic bardziej błędnego. Takie kłamstwa skierowane są do konkretnej grupy wyznawców PiS-u, ludzi fanatycznych, bezmyślnych w swym fanatyzmie, bezkrytycznych. Ci ludzie nie analizują, prawda w ich pojęciu nie musi być oparta na faktach, lecz na wykładni partii. Dla tych ludzi nie jest to kłamstwo, nawet gdy jest kompletnie absurdalne - to jest aktualna wykładnia prawdy.

Podobnie jest z ostatnim kłamstwem Joachima Brudzińskiego, iż „padał deszcz, Tusk i Putin obściskiwali się pod namiotem, a ciało prezydenta leżało w błocie, na czarnej folii, w ruskiej trumnie". Pozornie, każdy kto wówczas oglądał telewizję, wie, że nie padał deszcz, nie było namiotu, a ciało prezydenta leżało na noszach, bez żadnej trumny, tylko przykryte. Po co więc tak kłamać, skoro zaraz się wyda? Po to, że podaje się wyznawcom aktualną wykładnię teorii spiskowej, spisku Tuska i Ruska, którą to teorię propagandyści PiS pracowicie budują od 3 miesięcy (obłudnie przy tym twierdząc, iż na czas kampanii wyborczej wstrzymywali się z poruszaniem tematu katastrofy).

Oczywiście dodatkowym elementem jest zastosowanie zasady Goebbelsa, że każde kłamstwo, nawet najbardziej absurdalne i bezczelne, dzięki wielokrotnemu powtarzaniu, przez sporą część ludzi zostanie uznane za prawdę. Jednym z takich kłamstw wpojonych już wielu ludziom jest twierdzenie, że „za PO stoją bogaci", „PO chce prowadzić gospodarkę dla bogatych". Na czym jest to oparte? Na niczym, ale ludzie i tak w to wierzą.

Podobnie z kłamstwem: „Tusk oddal śledztwo [w sprawie Smoleńska] Rosjanom". Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że Tusk niczego nie oddawał, lecz Rosja sama wszczęła swoje śledztwo i nikt jej nie jest w stanie tego zabronić, bo każde państwo świata może prowadzić śledztwo na temat wszystkiego, co zdarzyło się na jego terytorium. Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że są dwa śledztwa, jedno rosyjskie, drugie polskie. Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że domaganie się, by Rosja zaprzestała swojego śledztwa jest idiotycznym absurdem... Niby każdy myślący człowiek powinien wiedzieć, że aby „oddać śledztwo" to trzeba by nasze polskie śledztwo przerwać i przekazać je Rosji, a nic takiego nie nastąpiło. Tylko czy wyznawcy PiS to ludzie myślący? Widać nie, skoro wierzą w takie androny.

Propagandyści PiS wykorzystują przy tym znakomicie media. Doskonale wiedzą, że jeśli któryś z ich ludzi walnie w telewizji wyjątkowo bezczelne i bulwersujące kłamstwo, to zostanie ono szeroko rozkolportowane, przez co dotrze do milionów odbiorców, bo wszystkie stacje telewizyjne będą je wielokrotnie powtarzać przez kilka dni. To samo zrobią rozgłośnie radiowe i gazety. Ostatnio, 16 lipca, kłamstwo o oddaniu śledztwa Rosji wyartykułował w TVN-24 Bronisław Wildstein, dodając jeszcze, że „Polska oddała [w ten sposób] część swojej suwerenności". Tego dnia miałem urodziny i telewizji nie oglądałem, ale już następnego dnia rano przeczytałem to w TVN-24 na pasku. Zasada Goebbelsa została zmodernizowana: kłamstwo wielokrotnie powtórzone zostanie przez wielu ludzi uznane za prawdę, a powtarzać je wielokrotnie będą bezmyślni dziennikarze, mylący obiektywizm z brakiem prostowania kłamstw i bezmyślnym ich kolportowaniem.

Poziom drugi - insynuacja

Insynuacja jest zawsze niejasna, a jej interpretacja podpowiadana jest w propagandzie szeptanej. Na przykład: „Ustalenie odpowiedzialności politycznej [za Smoleńsk] nie wymaga śledztwa" (Jarosław Kaczyński). Jest to zawoalowane pomówienie, że za katastrofę odpowiada PO i Tusk. Albo tak: „Jeśli Komorowski usunie krzyż, to pokaże, kim rzeczywiście jest" (Jarosław Kaczyński). Oczywiście jest Żydem, masonem, poganinem, nie Polakiem, liberałem... (Jarosław Kaczyński używa słowa „liberał" jako obelgi, albo tego słowa nie rozumie, albo przekręca jego znaczenie celowo). Takie insynuacje rzucane są świadomie, jako swoiste hasło do ataku na określone osoby, lub grupy. W historii nie jest to niczym nowym. „O tym, kto jest Żydem to ja decyduję" - miał powiedzieć Hermann Goering, a bojówki robiły swoje. Teraz Jarosław Kaczyński decyduje publicznie, kto jest patriotą, chrześcijaninem, Polakiem, a kto nie. Oczywiście, każdy kto ma poglądy inne od wodza, nie jest. Reszty dokonają ludzie z fanatycznego tłumu, nieuczciwi dziennikarze, sterowane media. To oni wkrótce zaczną nazywać Komorowskiego Żydem. Też nic nowego. To samo środowisko, w ścisłej symbiozie z propagandą PZPR i SB, na początku lat 90. zrobiło Żydów z Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia i Hanny Suchockiej, a Gazetę Wyborczą mianowało gazetą żydowską. Masa ludzi do dziś w to wierzy. To przecież Jarosław Kaczyński mocno przyczynił się do obalenia rządu Hanny Suchockiej, przez co obóz solidarnościowy na 8 lat stracił władzę. Znaczy, wódz miał rację i ocalił Polskę od Żydów. I tu, poziom następny:

Poziom trzeci - antysemityzm

Ścisłe kierownictwo PiS powstrzymuje się od wypowiedzi antysemickich. To nie ich rola. Od tego są doły, a szefostwo skromnie nie zaprzecza. Gdy doły PiS jawnie mianują Żydówką Hannę Gronkiewicz-Waltz, Kaczyński, Poncyliusz, Kluzik-Rostkowska nie dementują, udzielając tym samym cichego błogosławieństwa. To bardzo chytra metoda: ja nie jestem antysemitą - ja tylko preferuję jawnie antysemickie Radio Maryja, nie zajmuję stanowiska wobec jawnie antysemickiej propagandy z prowincjonalnych ambon, itp. Ale to oni, to nie ja. To tak, jakby wódz dowodzący bitwą mówił: „To nie ja się biję, tylko ci żołnierze z przodu, ja stoję z tyłu i tylko stoję".

Jawnie, PiS nie jest partią antysemicką, ale gdy posłucha się dołów tej partii i wyznawców (np. na wiecach wyborczych), to słowo „Żyd" jest główną obelgą wypowiadaną wobec ich przeciwników. Podobnie rasistowskie jest podejście tej partii do innych narodów (określenia: Rusek, Szwab...)

Oczywiście zasada Goeringa, „o tym kto jest Żydem, to ja decyduję", obowiązuje i tu. Na obywateli narodowości żydowskiej wspierających PiS (B. Wildstein, L. Dorn, J. Zelnik, A. Sandauer...), ataków antysemickich nie ma. Ale by być atakowanym jako „żyd" (z małej litery), można mieć narodowość dowolną.

Poziom czwarty - luźno rzucane kłamstwa

Takie drobne kłamstwa, rzucane ot tak sobie, które działają tak, jak drobna mżawka - niby nie ma deszczu, a po pewnym czasie wszystko jest mokre. Są zbyt drobne, by je dementować, więc zostają. Działają dopiero w masie tworząc fałszywy obraz. I tu przykład: Elżbieta Jakubiak mówi, że Jarosław Kaczyński „był członkiem KOR-u i pomagał więźniom (politycznym)". Jarosław Kaczyński nie był członkiem KOR, co łatwo sprawdzić, lecz najwyżej współpracownikiem. Różnica jest zasadnicza, bo członkowie KOR występowali jawnie, pod nazwiskiem, i byli najbardziej narażeni na represje. Współpracownikom, zwłaszcza tym mało aktywnym, niewiele groziło. Jedynymi osobami ze środowiska KOR, które pomagały uwięzionym, byli adwokaci, bo nikt inny, choćby nie wiem jak chciał, nie miał żadnej możliwości im pomagać. Wiem to choćby na podstawie własnych doświadczeń z więzienia. A Jarosław Kaczyński nigdy adwokatem nie był. Nie chcę powoływać się na własne obserwacje, co w czasach KOR robił Jarosław Kaczyński, więc przytoczę wypowiedź Zofii Romaszewskiej, obecnie zwolenniczki PiS: pracował na uniwersytecie w Białymstoku i „dostarczał nam cennych informacji o tym, co się dzieje na tamtym terenie". Brak tu tylko informacji, że „na tamtym terenie" niemal nic się nie działo.

A w 2004 roku, zrobiono bohaterkę Powstania Warszawskiego z Jadwigi Kaczyńskiej (matki Jarosława i Lecha). Po wyborach wyszło na jaw, iż Jadwiga Kaczyńska w Powstaniu nie brała udziału. Ciekawa była metoda tej mistyfikacji. Propagandyści z Muzeum Powstania Warszawskiego, niby przez pomyłkę, umieścili ją jako powstańca na plakacie rozklejanym w autobusach miejskich (L. Kaczyński był wówczas prezydentem Warszawy). Podczas ostatnich wyborów prezydenckich, telewizja publiczna (zależna od PiS) powtórzyła tę mistyfikację przed debatą prezydencką z udziałem J. Kaczyńskiego. Prezes dyskretnie nie sprostował.

Poziom piąty - niby prawda, a nieprawda

To jest taka metoda prześlizgiwania się w okolicy prawdy, drobnego naginania faktów, niedomówień, by prawdziwe fakty zinterpretować jako kompletną nieprawdę. Na przykład: Jarosław Kaczyński, w latach 1980-81 był „doradcą zarządu Regionu Mazowsze Solidarności". Jak było naprawdę? J. Kaczyński pracował w Ośrodku Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Jeśli był doradcą, to Antoniego Macierewicza, a nie zarządu regionu. Praca w jednej z pobocznych organizacji przygarniętych przez region została interpolowana na „bycie doradcą regionu", bo ta organizacja miała według statutu rangę ciała doradczego, ta organizacja, a nie jej pracownicy. Ot, drobne naciągnięcie faktów.

Na tej zasadzie to i ja byłem „doradcą zarządu regionu" bo byłem szefem aż dwóch komisji doradczych - Sekcji Branżowej Pracowników Teatrów i Komisji Kultury Fizycznej. Ja byłem szefem dwóch ciał doradczych, a nie uważam się za „doradcę zarządu", Jarosław Kaczyński był tylko szeregowym pracownikiem jednego ciała doradczego, a się uważa za doradcę zarządu. To się chyba nazywa „polityka historyczna". Na tej zasadzie Franek Dolas wywołał II Wojnę Światową. Nie muszę chyba dodawać, że doradzania zarządowi przez tego pana jakoś nie pamiętam, choć byłem na wszystkich zebraniach zarządu, od początku aż do stanu wojennego. I może mam pamięć kiepską, bo nie pamiętam, by pan J.K. w ogóle na tych zebraniach był.

Do tej metody należy także przedstawianie faktów z życiorysu, tak że nie wiadomo, co konkretnie znaczą. Np. „zakładał NSZZ Solidarność". To znaczy co konkretnie robił? Ja mogę powiedzieć konkretnie: byłem przewodniczącym komitetu strajkowego w Teatrze Wielkim w Warszawie w sierpniu 1980 roku. Później założyliśmy wolny związek zawodowy pracowników teatrów, który po kilku dniach przyłączył się do NSZZ Mazowsza a ten połączył się z innymi podobnymi związkami, z czego powstał NSZZ Solidarność. Dziwnym trafem miesiąc temu zadaliśmy sztabowi PiS pytanie: do której komisji zakładowej Solidarności należał Jarosław Kaczyński? Od miesiąca kierownictwo PiS ma jakieś dziwne trudności z odpowiedzią na to proste pytanie. Co więc znaczy „zakładał solidarność", skoro nie można nawet ustalić gdzie?

Albo: „należał do:" ... i tu następuje wyliczenie (na stronie IPN) kilku kanapowych partyjek o buńczucznych nazwach, liczących kilka do kilkunastu, na ogół cały czas tych samych, osób. Niby to prawda, bo należał, ale wrażenie sugeruje, że był wielkim działaczem, niemal wodzem podziemia. Czy był? Mamy do czynienia z polityczną karierą Nikodema Dyzmy. Z człowieka, który nieco się kręcił na obrzeżach opozycji, za pomocą „polityki historycznej" powstaje główny bohater, ważniejszy do Wałęsy, Kuronia, Niesiołowskiego, Czumy, Romaszewskiego i innych.

Podziemie lat 70. i 80. nie miało ostrej granicy przynależności, list członków, legitymacji. Stąd dziś, każdy kto otarł się o nie, był przypadkiem na jakimś zebraniu, czytał bibułę, kogoś znał, podaje się za kombatanta. Tacy ludzie piszą swoje życiorysy ogólnikami typu: „zakładał", „należał" itp. Unikają konkretów, takich jak wyliczenie akcji podziemia, w których brali udział, konkretnej roli w jakimś wydarzeniu.

Na te samej zasadzie turysta, który był na trekkingu w Nepalu, tytułuje się „himalaistą", a konkretnie tylko obszedł Annapurnę dookoła (dolinami) lub wszedł na Island Peck lub Gokyo Peck (pagórki o zerowych trudnościach).

Poziom szósty - normalne jest podejrzane

Metoda ta polega na przedstawianiu rzeczy zupełnie normalnych w taki sposób, jakby były niebywałym przestępstwem. Obliczone to jest na najbardziej typowego wyborcę PiS - człowieka zakompleksionego, zawistnego, a jednocześnie słabo wykształconego, o dosyć niskiej inteligencji.

Typowym przykładem było rozbuchanie pseudo afery, mającej polegać na tym, że prof. Leszek  Balcerowicz zasiada w radzie fundacji swojej żony. Odbiorca, na którego jest to obliczone, nie wie, co to jest fundacja, co to jest rada fundacji (myli ją z radą nadzorczą w spółce, a to zupełnie co innego). Z rzeczy zupełnie normalnej, moralnie neutralnej, zrobiono jakiś rzekomy niebywały skandal.

Tuż po katastrofie smoleńskiej, w Gazecie Polskiej pojawił się artykuł, w którym sugerowano zamach (znów spisek Tuska i Ruska), bo „lista uczestników delegacji krążyła wcześniej wśród dziennikarzy". Tymczasem skład oficjalnych delegacji podawany jest ZAWSZE wcześniej prasie, jest jawny, publikowany w serwisie PAP i do uzyskania bez kłopotu w biurze prasowym MSZ. Ale oczywiście typowy wyborca PiS o tym nie wie, a więc „afera", „spisek", itp.

W ostatnich dniach przed wyborami, niemiecki adwokat rodziny Anny Walentynowicz wystąpił do polskiej prokuratury z wnioskiem, by przesłuchać Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska „na okoliczność tego, czy Putin znał skład delegacji do Smoleńska". I znów, jest oczywiste, że strona rosyjska musiała znać skład delegacji, bo chociażby musiała wystawić im wizy, zapewnić ochronę, transport, służby musiały wiedzieć, kogo, jako członka delegacji, mają do stref chronionych wpuszczać, a kogo nie... Zresztą skład oficjalnych delegacji do innego kraju uzgadnia się z władzami tego kraju ZAWSZE, i nie da się tego nie zrobić. Kraj docelowy ZAWSZE MUSI się na taki skład delegacji zgodzić i nigdy nie jest inaczej. Jest też oczywiste, że Rosja nie jest w strefie Schoengen i nie da się jej granicy przekroczyć anonimowo, bez wizy. O co więc chodzi?

Oczywiście o kolejną grę trupami w celu zdobycia władzy dla Jarosława Kaczyńskiego. No bo w ramach „spisku Tuska i Ruska", Komorowski cichcem poinformował Putina, że leci do Rosji Lech Kaczyński, dzięki czemu „Rusek" samolot zestrzelił pozorując wypadek na zlecenie Tuska. Ale są tu jeszcze dwa elementy. Czemu adwokat z Niemiec? Może temu, że żaden polski adwokat nic chciał publicznie się zbłaźnić tak kretyńskim wnioskiem, bo w istocie pytanie jest o to, czy Rosja wie, komu wydaje wizy, czy rosyjski pogranicznik umie czytać, i nie musi dzwonić do polskiego premiera, by mu wniosek wizowy przeczytał. A może temu, że Jacek Kurski ma dobre kontakty w niemieckiej adwokaturze. A druga ciekawostka to to, że tym razem PiS, nie wiedzieć czemu, doznał olśnienia i już wie o śledztwie prowadzonym przez polska prokuraturę, rzekomo śledztwie „oddanym Ruskim".

Największym jednak wyczynem z tej kategorii jest tzw. „afera hazardowa". Czym dłużej działa komisja sejmowa, tym bardziej widać, iż w tej „aferze" nie ma afery. Nie ma żadnego przestępstwa, skarb państwa nic nie stracił, nie było żadnej korupcyjnej propozycji. Ot tylko kilku panów rozmawiało niezbyt eleganckim językiem i to wszystko. Cała ta „afera" służy wyłącznie temu, by telewizja transmitowała obelżywe monologi i bzdurne oskarżania Beaty Kempy.

Poziom siódmy - hipokryzja

Jacek Kurski w wywiadzie dla Onet.pl 19 lipca: „Na konkretnych przykładach widać było, że ekipa Donalda Tuska nie ma kompetencji do rządzenia państwem. Ten rząd nie był w stanie przyjąć odpowiedzialności za rządzenie. [...] Jedyną rzeczą, która ta ekipa była w stanie zrobić, to pośpiesznie zapełnić urzędy opróżnione po ofiarach tragedii, czyli takie jak Kancelaria Prezydencka, NBP czy IPN".

A teraz Jacek Kurski na zjeździe wyborczym PiS, 4 marca 2007, w Gdańsku: "Będę konsekwentny w odzyskiwaniu dla ludzi PiS urzędu po urzędzie, przedsiębiorstwa po przedsiębiorstwie, agendy po agendzie. Odzyskamy te miejsca, których obsada zależy od państwa. PiS musi tam rządzić. Trzeba jasno powiedzieć, że 16 miesięcy po wygranej PiS żaden działacz czy zwolennik naszej partii, który wykrwawiał się w naszych kampaniach wyborczych, nie może cierpieć głodu i niedostatku. Ci ludzie muszą w satysfakcjonujący sposób przejąć władzę w części sektora podlegającej rządowi".

I wszystko w tym temacie.

Poziom ósmy - program, jaki program?

Należy się zastanowić, czy PiS w ogóle ma jakiś stały program (oczywiście poza dorwaniem się do władzy). Zacznijmy od Porozumienia Centrum, poprzednika PiS. Najpierw głównym celem było rozbicie Klubu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i walka z Gazetą Wyborczą, której odebrano znaczek „Solidarności", okrzyknięto ją „żydowską" i „koszerną". Później najważniejsze dla braci Kaczyńskich było zwalczanie reform Balcerowicza („Balcerowicz musi odejść"), przyjaźń z Bagsikiem i Gąsiorowskim, handlowanie akcjami spółki „Telegraf". Minęło nieco czasu i tematem nr 1. stało się robienie z Lecha Wałęsy agenta „Bolka", oraz palenie jego kukły. Później receptą na sukces miało być zaostrzanie kar dla przestępców i przywracanie kary śmierci. Tu pojawiła się nazwa PiS, w kontraście dla środowiska prawniczego, które było „frontem obrony przestępców". Kolejna odsłona i pojawiła się „IV Rzeczpospolita" z próbą przywrócenia cenzury pod pozorem lustracji. Kit nie wypalił, a więc „polityka miłości".  Nagle trzeba było zdobyć głosy lewicy, więc Edward Gierek, który groził „połamaniem kości" każdemu, kto wystąpi przeciw władzy PZPR, wpisał do konstytucji podległość ZSRR i kazał do Polaków strzelać w 1976 roku, okazał się „patriotą". Też pudło, więc teraz jest cyniczna jazda po trupach do żłobu, czyli żerowanie na śmierci przyjaciół i nawet własnego brata.

Pewien znajomy powiedział mi, że będzie głosował na Kaczyńskiego, „bo on przynajmniej coś chce". Jednak na pytanie: „a co chce?" odparł: „nie wiem". No właśnie, ja też nie wiem.

Naprawdę trudno uznać z program takie hasła jak „Polska solidarna" lub „zrównoważony rozwój", bo jest to bełkot z tej samej serii, co „władza ludowa", „myśl socjalistyczna" lub „nauka radziecka".

Poziom dziewiąty - nie jakość tylko ilość

Politycy PiS w wypowiedziach publicznych kłamią tak dużo, że nie sposób wszystkiego sprostować, bo człowiek nie nadąża. I tu małe ćwiczenie dla czytelnika. Poniższy tekst zawiera 16 kłamstw. Znajdź je, jeśli zdołasz.

Ze strony Komorowskiego była czysta uzurpacja władzy. W kwestiach IPN, NBP, KRRiT Komorowski wykorzystał śmierć Lecha Kaczyńskiego. Palikot już dawno temu powinien był zniknąć z debaty publicznej, a PO, która go trzyma, robi wielkie moralne zło. Jeżeli ktokolwiek z PO w publicznych wypowiedziach dobiera się już do trumny prezydenta na Wawelu i Donald Tusk nie reaguje, to sprawa jest jasna. Pamięć prezydenta i majestat Rzeczpospolitej kala w tym momencie premier Tusk. Tupolew 154 był samolotem rządowym, za bezpieczeństwo którego odpowiedzialność ponosił rząd Tuska, podobnie jak za wszystko, co się działo przed, jak i po katastrofie. Za ciągłą wojnę z prezydentem Kaczyńskim, za rozdzielenie uroczystości, za lumpenizację aparatu państwowego" (Jacek Kurski, 19 lipca, Onet.pl).

Jeśli znalazłeś mniej, to wiesz, na ile już się nabrałeś.

I to by było na tyle (na razie).

Krzysztof Łoziński