Działo się to w piątek, 5 lutego. Podobne pikiety odbyły się przed konsulatami w innych miastach, Zgromadziły po 50 do 100 osób. Pikietujący domagali się, by władze Ukrainy unieważniły dekret Wiktora Juszczenki, uznający Stepana Banderę za bohatera narodowego, a UPA i OUN za organizacje walczące o wolność Ukrainy. Manifestanci podkreślali, że nie występują przeciwko Ukraińcom. Chcą tylko uznać, ze względu na milczenie oficjalnych czynników, że w 1944 i 1945 roku na Wołyniu UPA wymordowała 100 – 150 tysięcy obywateli polskich.
W odpowiedzi na głosy dochodzące z Polski pod polskim Konsulatem Generalnym we Lwowie pojawiła się pikieta ukraińska., której uczestnicy przekazali Konsulowi Generalnemu RP we Lwowie Grzegorzowi Opalińskiemu oświadczenie, w którym potępili „przejawy ukrainofobii i szowinizmu w Polsce”. Demonstranci trzymali transparenty z napisami "AK (Armia Krajowa)m - bandyci!" i "Bandera - nasz bohater. Niech żyje Ukraina!".
Przyjaciel polskiego prezydenta zawsze miał bardziej swoje, niż polskie, co zrozumiałe, interesy na względzie. Niestety, jego własne interesy nie zawsze są interesami państwa ukraińskiego. Odgrzewanie historycznych sporów umacnia może pozycję byłego już właściwie prezydenta Ukrainy wśród tamtejszych nacjonalistów z Zachodniej Ukrainy, jednak osłabia pozytywne zainteresowanie Ukrainą w dotychczas przyjaznej Polsce. A nadto uruchamia antynacjonalistyczne środowiska ze Wschodniej Ukrainy, gdzie Bandera uznawany jest za faszystowskiego zdrajcę, zaś UPA identyfikowane jest z SS-Hałyczyna (SS-Galizien).
Juszczenko to z dzisiejszej perspektywy spora pomyłka polskich przyjaciół Ukrainy. Choć z tej samej perspektywy – kogo mogli wcześniej poprzeć? Janukowycza, który sprzeniewierzył się regułom uczciwych wyborów? Odchodzącego wtedy już Kuczmę, który zostawiał po sobie ten cały bałagan?
Oczywiście, dla Juszczenki nie było wtedy, patrząc z polskiej i europejskiej perspektywy, jakiejś rozsądnej alternatywy. Był tylko on i nikt więcej. Jednak nacjonalistyuczne znaki były już wtedy do odczytania, polscy przyjaciele Ukrainy powinni byli je odczytać i zachowywać pewną wstrzemięźliwość. A nieumiarkowanie było widoczne w postępowaniu zwłaszcza Lecha Kaczyńskiego, który przy pomocy Juszczenki (i Saakaszwilego w Gruzji) chciał leczyć swoje kompleksy po porażkach w Unii Europejskiej i przegranych starciach w dziedzinie polityki zagranicznej z Donaldem Tuskiem. Prezydent Juszczenko był plastrem na rany Kaczyńskiego. Okazało się, niestety, że plaster był zatruty nacjonalistycznym miazmatem.
Niech więc pikiety i kontrpikiety będą nauczką dla naiwnych, którzy muszą wiedzieć, że cyniczni gracze wykorzystają ich i odrzucą jak zbędny balast. Na pewno zaś dzisiaj polskie władze muszą spokojnie zareagować i nie dopuścić do eskalacji narodowych napięć.
I jeszcze jedno: w wydawałoby się dużo bardziej skomplikowanych stosunkach z Rosją udało się powoli, krok po kroku, zacząć dochodzić do wspólnych ocen przeszłości. Naiwnie sądziliśmy w Polsce, że w stosunkach z Ukrainą powoływanie jakiejś wspólnej Komisji do spraw Trudnych nie będzie potrzebne. Otóż właśnie dziś widać, że z Ukrainą też trzeba zaczynać od nowa.
Byle Ukraińcy to zrozumieli. Może się uda, gdy zacznie się Euro-2012?
Piotr Rachtan