Nie chciałam pisać o tym do poprzedniego numeru, czyli zaraz po trzęsieniu Ziemi na Haiti. W obliczu bezmiaru ludzkiej tragedii, gdy każdy przyzwoity człowiek reaguje spontanicznie i daje co akurat może, wypominanie „drobiazgu" jakim jest, moim całkowicie subiektywnym zdaniem brak umiejętności optymalnego myślenia, zwłaszcza przy sporej dozie okazanej dobrej woli, wyglądałoby na czepialstwo. Ale teraz, w końcu, muszę. Bo, szczególnie w obliczu ogromu tej niemal apokalipsy, jakakolwiek niefrasobliwość, według mnie, usprawiedliwiana być nie powinna, a nawet nie może.

W tej sprawie wszystko byłoby mianowicie w największym porządku, gdyby nie pewien drobiazg. Uwzględniając czas od momentu wydarzenia się tragedii, do chwili wyjechania naszych ratowników z Polski, że już o możliwym potencjalnie momencie dotarcia na miejsce nie wspomnę, cały polski wysiłek, i ten finansowy, i ten ludzki, był już, W ZAKRESIE efektywnego ODNAJDYWANIA pod zwaliskami murów ŻYWYCH LUDZI, praktycznie bez sensu. Na wykonanie akurat tych zadań, dla których, przede wszystkim, oddelegowano tam naszych ratowników, było po prostu za późno. Nie zapominajmy przy tym, że w trakcie podróży nastąpiły jeszcze dodatkowe perturbacje z dotarciem na miejsce, a także i o tym, że zespół ten został zaopatrzony w niezbędne jedzenie i picie na zaledwie siedem dni, z których przeważająca część upłynęła jeszcze przed dotarciem na Haiti. Po upływie tego terminu Polacy pozostali więc „na garnuszku" ekip z innych, lepiej zaopatrzonych i bardziej przewidujących krajów. A mnie się wydawało, że dokarmiani, dzięki zewnętrznej pomocy, mieli być, w danym momencie, Haitańczycy, a nie, choćby nawet i najlepsi w swoim ratowniczym fachu, faceci z Polski. No, chyba, że się mylę...

Ktoś bardziej wyrozumiały ode mnie powie, że te dodatkowe trudności transportowo - logistyczne nie musiały koniecznie zaistnieć. Owszem, nie musiały ale w tym konkretnym miejscu i czasie, były, od samego początku akcji, bardzo prawdopodobne.

Wprawdzie Janina Ochojska, z Polskiej Akcji Humanitarnej, już w pierwszym dniu po tragedii, mówiła, że - w polskich realiach -, wysyłanie ludzi i sprzętu ratowniczego, na tak dużą odległość i przy istniejących kosztach jest sprawczo mało efektywne. Takie działania lepiej więc zostawić tym, co są nie tylko bogatsi, ale - co najważniejsze - są znacznie bliżej, czyli, powiedzmy, Amerykanom.

My, jako kraj, zaś powinniśmy, co PAH zresztą z zebranymi przez siebie środkami uczyniła, wysłać, na ręce sprawdzonej organizacji międzynarodowej, pieniądze na zakup wszystkiego, co najpotrzebniejsze, i za te same pieniądze, które zużyto na transportowanie ratowników, CHWAŁA PANU, ŻE JAKOŚ TAM LUDZIOM POMOGLI I NIE POLECIELI CAŁKOWICIE PO NIC, kupować choćby na sąsiadującej z Haiti, Dominikanie, wszystko co najpotrzebniejsze. Byłoby to działanie pewnie znacznie mniej spektakularne, ale o wiele bardziej celowe.

Ale, kto by tam bab słuchał. Nie posłuchano więc uważnie także tej z tytułem „Kobieta Europy", przyznanym przecież za udzielanie podobnej pomocy. Tym bardziej nie posłuchano by mnie. Nie wykluczam jednak, że teraz posypią się na moją głowę gromy, a to za niedocenianie trudu, wysiłku i ofiarności dzielnych ratowników. A tak naprawdę... ja doceniam i ich, i to wszystko co robią, znacznie bardziej, niż ci, co ich na Haiti wysłali.

Ewa Karbowska