
Olimpiada w Belinie, 1936 r. Lovelock z Nowej Zelandii (w czarnej koszulce) bije rekord świata na dystansie 1500 m.
Z jego lakonicznych wspomnień po 1945 roku wynika, że w tych urzędach składał szczegółowe sprawozdania z wycieczki do hitlerowskich Niemiec. W konkluzji przekonywał o mającej nastąpić nieuchronnej, militarnej napaści Niemiec na Polskę, określał termin wybuchu wojny na początek wiosny 1940 roku. O zbliżającej się agresji na nasz kraj wspominał czasem w rodzinnych rozmowach lub w gronie najbliższych przyjaciół, ale o szczegółach wycieczki, na przykład gdzie konkretnie, w jakich rejonach Niemiec był, z kim rozmawiał, czego te rozmowy dotyczyły, jakiej dotykały treści - nie rozpowiadał. Jego bardzo umiarkowane opowieści z pobytu na Olimpiadzie nie dziwiły, w jego charakterze było nie mówić o swoich działaniach.
Ale piszący te wspomnienia przypomina sobie, że przed laty, podczas jednego z wykładów z najnowszej historii tyczącego drugiej wojny, wyjątkowo w sposób obrazowy - choć wszystkie wykłady Grabowskiego charakteryzowały się świetną znajomością wszelakiej wagi drobiazgów - naświetlał zdarzenia, stosunki i nastroje społeczne, uwarunkowania gospodarcze, polityczne panujące w Niemczech drugiej połowy lat trzydziestych. O jednych postaciach reżimu hitlerowskiego mówił w sposób beznamiętny, podobnie jak o przedwiekowych dostojnikach starożytnego Rzymu, ale o niektórych potrafił mówić niezwykle sugestywnie, np. o Ribbentropie, Goebbelsie, czy przedsiębiorcy, wszechpotężnym właścicielu znanych zakładów metalurgicznych, Kruppie. Na jakiejś lekcji, na pytanie piszącego te słowa, czy poznał osobiście tych prominentów - cała szkoła wiedziała, że był na berlińskiej Olimpiadzie - prawie szeptem odpowiedział z zagadkowym uśmiechem, unosząc nad okularami krzaczaste brwi: "Poznać człowieka? To sprawa względna... Człowiek drugiego człowieka nigdy w pełni nie pozna". Szkoda, że moje pytanie nie brzmiało np.: czy rozmawiał z nimi? Gdyby pytanie było konkretne, być może i odpowiedź byłaby jednoznaczna. Lata pięćdziesiąte, nawet po "odwilży" październikowej, po 1956 roku ubiegłego stulecia nie były jednak sprzyjające zadawaniu konkretnych, dociekliwych pytań. A odpowiedzi, nawet na te beznamiętne zapytania, charakteryzowały się często nadmierną ostrożnością.

W drugiej połowie lat trzydziestych Grabowscy często odwiedzali w podwarszawskim Zegrzynku Jerzego Szaniawskiego119, w jego rodzinnym dworku. Do grona ich przyjaciół dołączył Emil Zegadłowicz120. Jeszcze w roku 1918 poznał Grabowski Tadeusza Gałeckiego121, w czasie gdy ten znany działacz socjalistyczny i niepodległościowy, publicysta i prozaik piastował w rządzie lubelskim stanowisko wiceministra propagandy. Często spotykali się na gruncie TUR, którego pisarz był współtwórcą, ale także towarzysko. Łączyło ich wiele, byli przeciwnikami Piłsudskiego i sanacji, pracowali w oświatowych organizacjach robotniczych i obaj byli przekonanymi lewicowcami.
Na szczególną wzmiankę zasługuje wspomnienie przyjaźni Grabowskiego z Janem Kasprowiczem. Była to wyjątkowa znajomość. Dzieliła ich trzydziestoletnia przestrzeń czasowa. Od spotkania - na początku lat dwudziestych - znaleźli jednak nie tylko jeden, ale wiele wspólnych języków...
Właściwie ich pierwsze kontakty datowały się jeszcze sprzed pierwszej wojny, w latach 1905 - 1913, w Krakowie, w domu - oczywiście - Estreicherów. Ale wtedy nie zwracali się do siebie do siebie po imieniu. Po powrocie z Moskwy do Polski, drugie lub trzecie wakacje Grabowscy spędzali w Tatrach. I wtedy to właśnie znajomość Józefa ze starszym od siebie o trzydzieści lat Kasprowiczem, najprościej określając - wybuchła.
Niestety, osoba, jaka mogłaby najwięcej powiedzieć o przyjaźni tych dwóch ludzi, w pełni ukształtowanych z "krwi i kości", jak się potocznie mówi o tzw. prawdziwych mężczyznach, na ten temat milczała. Przemiła Maria Kasprowiczowa, "Marusia"... Piszący te słowa w latach 1959-1969 wiele razy gościł w domu Kasprowiczów na Harendzie, dwukrotnie, po około miesiąc czasu mieszkając za jego gościnnymi podwojami na statusie niemal domownika. Znając skrawki opowieści z ust swojego nauczyciela dotyczących jego przyjaźni z poetą, wiele razy zagadywał panią Marię o Grabowskich. Czy przypomina sobie jednego z wielu gości jej domu, najpierw w Poroninie, później na Harendzie, w czasie, kiedy jej mąż był już ciężko chory? Oczywiście, pamiętała Grabowskich, Tadeusza122 z Poznania, Józefa z Warszawy, ale... Maria Kasprowiczowa bardzo skąpiła swoich wspomnień związanych z Grabowskim - Józefem. Wylewniej mówiła o jego żonie, Kazimierze. Dlaczego nie chciała mówić o młodym przyjacielu swojego męża, o tej jego serdecznej znajomości ze schyłkowych dni życia poety?

Niestety, trzecia żona Kasprowicza, najwspanialsza, najwierniejsza jego muza i towarzyszka ostatnich jego lat, przemiła i jakże wszystkim życzliwa, była trochę jak Władysław Mickiewicz w stosunku do swojego wielkiego ojca. Nie tylko zbudowała, jak nikt, zmarłemu mężowi solidny pomnik - mniej chodzi tu o monumentalne mauzoleum na Harendzie, choć czy inny poeta w świecie otrzymał taki królewski grobowiec? -, wzniosła w różnych formach wieloletniej działalności pomnik-fundament pamięci. Ale i "zbrązowiła" człowieka z "krwi i kości", a Kasprowicz był monumentem z soli i gleby, jak mało który spośród innych artystów. Był to bowiem człowiek nie tylko obdarzony talentami, ale kochający życie w każdym jego przejawie, brał z tego życia wszystko, co przystoi i co nie uchodzi wielkiemu, uznanemu twórcy i szanowanemu profesorowi Uniwersytetu Lwowskiego. Kochał kobiety, mocne słowa, lubił być rwany przez ludzkie ułomności, był kwintesencją bujnej, chłopskiej natury, jak się to mówi "do wybitki i wypitki"...
Piszący te słowa, czterdzieści ponad lat temu - jak ten czas pędzi! - rozmawiał ze starymi góralami z Poronina i Harendy, pamiętającymi "Kaspra"; jakże inny był Kasprowicz w ich opowieściach w porównaniu z tym obrazem, jaki znamy z historii literatury, czy ze wspomnień jego trzeciej żony. To był żywioł, ogień gwałtownie wchłaniający wszystkich wokół siebie. Jest taka fotografia "Na progu domu Marduły w Poroninie". Siedzą w jej kadrze, od lewej, Leopold Staff123, Władysław Orkan124 i Jan Kasprowicz, obok stoi Jerzy Żuławski125, z nogą zakleszczoną stalowym objęciem Kaspra. Fotografia z 1906 roku. Wystarczy spojrzeć na to zdjęcie, popatrzeć na oblicze tryskającego zdrowiem Kujawianina, aby określić cały charakter wielkiego Janka. Lew wśród chudziaczków, burza przysłaniająca strwożone baranki. Ten wzrok nieco kpiący, ta prawa dłoń z papierosem między palcami oparta o kolano: gest lekce sobie ważący świątobliwe uduchowienie Staffa... Orkan, skryty za mocarnymi barami Janka, ucieka wzrokiem gdzieś w muzy, Żuławski boczkiem, z inteligencką fajką... Od razu widać, kto tu jest najpierwszy.

Miejscowi górale uznali Kasprowicza gazdą126, a to o czymś świadczy, nigdy w ich mniemaniu nie był ceprem127. Aby stać się człowiekiem z Podhala, trzeba było nie tylko umieć zatańczyć krzesanego, ale i myśleć góralską duszą. Taki Szymanowski, choć darzony szacunkiem i sympatią tubylców, pozostał na tej ziemi tylko gładkim inteligentem i mimo krzesanych "Harnasiów" - ceprem jednak.

Stary góral, z przeciwka domu Kasprowiczów na Harendzie, z drugiej strony potoku, opowiadał w 1959 roku: "- Pamiętam tego łysego w okularach. Przyjeżdżał czasem sam, czasem z żoną z Warszawy. Pamiętam ich dobrze, bo żona łysego kiedyś leczyła syna sąsiadów. A i z gazdą i z młodą panią zza potoku do nas zachodzili". Ten "łysy w okularach", to Grabowski, "młoda pani": - Marusia, "gazda" - nie kto inny, Kasprowicz tylko. "- Panie, co to za kompania była... I ciągle się spierali, i godzili, godzinami gadali, siedzieli na werandzie i gadali, gadali i pili, gazda z łysym(...). Jak się Kasprowicze przeprowadzili z Poronina, młoda pani ręce załamywała. Nie lubiła tego łysego, oj nie lubiła. Ona uważała tylko tych gości, co się grzecznie zachowywali i z butelki nie pociągali. A jak tacy grzeczni goście przyjeżdżali, to gazda często się od nich odsuwał, samotnie chodził nad brzegiem potoku i dumał. O czym on tam wtedy dumał?(...). Wielki to był pan, mądry, wypić lubił, górale bardzo go słuchali, profesorem we Lwowie na wyższych szkołach był, książki pisał i gazdą był(...). Ale jak ten łysy przyjeżdżał, to nawet wtedy, jak już chodzić nie mógł, bo choroba zupełnie go zmogła, słychać było zza potoku jak się cieszył, hej, jak się cieszył(...)".
Kasprowicz znalazł w Grabowskim tęgiego kompana i do konwersacji i do gorzałki. Jeszcze w Poroninie, w wynajmowanym przez poetę mieszkaniu, kiedy nic nie zapowiadało niedalekiej, śmiertelnej niemocy poety, kiedy "Kasper" ciągle tryskał nie często wtedy spotykaną u mężczyzn tak widoczną tężyzną fizyczną, wzięli udział w ciekawym turnieju pamięci, i pamięci i turnieju suto zakrapianych alkoholem...
W cztery dziesiątki lat później wspominała członkini rodu Bachledów, która jako młoda dziewczyna, około roku 1921 czasami pomagała Marusi w letnim gospodarstwie i była niejako świadkiem owych zmagań intelektualnych między poetą i przyjezdnym z Warszawy. Grabowski też, po latach, opowiedział co-nieco o tym zdarzeniu128.
Panowie przyjechali koło południa dorożką z Zakopanego. Marusi nie było wtedy w Poroninie. Chyba przebywała we Lwowie. Gdy weszli do "chałupy" Bachledówna akurat skończyła myć podłogi. "Profesur" Kasprowicz zawołał od progu, żeby coś im do jedzenia przygotować. Dziewczyna nakroiła w kuchni chleba, była jakaś kiełbasa, masło, pomidory, jabłka. Zaniosła przygotowaną strawę na stół do izby. Profesor kazał jeszcze przynieść szklanki i spytał, czy jest kawa. Była. Co się dalej w izbie działo, Bachledka nie wiedziała. "Poleciała" do swojego domu. Dopiero pod wieczór wróciła, chcąc posprzątać i pozmywać naczynia. "- ...I zgroza mnie wziena, jak zobaczyłam, co sie dzieje..." - wspominała w 1962 roku.
Cóż takiego się działo? Według Bachledki "- Sodoma i Gomora". Ale, dodajmy, na szczycie Parnasu... Według wspomnień Grabowskiego było tak:
Przechadzając się Krupówkami rozmawiali o czymś, czego po latach sam opowiadający już nie pamiętał, może o czymś zupełnie nieistotnym. Ten ich dialog spowodował jednak u Kasprowicza dozę wzmożonej agresji. Odezwał się podniesionym głosem: "- Ho, ho!, jestem jeszcze w pełni sił fizycznych i umysłowych, nie jednego trzydziestolatka potrafię zdrowo zakasować!"
To stwierdzenie krewkiego poety, między innymi wyrzucanych z jego ust zadziornych słów, doprowadziło ich do owego turnieju. Grabowski miał wtedy 30, 31 lat, był więc dla Kasprowicza tym "niejednym trzydziestolatkiem"... Reguły turnieju określił sam Kasprowicz: kto wypije więcej wódki, jednocześnie recytując z pamięci, na zmianę, raz Janek, raz Józek, teksty dowolnej prozy lub poezji.
Wrócili skrzypiącą dorożką do Poronina, uprzednio zaopatrzywszy się u jakiegoś Goldmanna w trzy, dobrze wypełnione litrowe butelki i przy zastawionym przez Bachledkę stole - rozpoczęli intelektualno-alkoholową bijatykę...
Najpierw był Mickiewicz. Mickiewicza było bardzo dużo, nie kończyły się strofy jego poezji. Przerzucili się po kolejnym kieliszku - nie mieli kieliszków, "stosowali" szklanki - na Wyspiańskiego. Najpierw wspominali swojego wspólnego znajomego, analizowali jego twórczość. Potem były kwadranse prowadzonych dialogów z "Wesela" i "Nocy listopadowej". Był Tetmajer, Asnyk, Syrokomla... Aż nagle Grabowski "tknął", podparłszy się kolejną zawartością szklanki, prolog "Agamemnona" Eschylosa, i to po grecku. Krwiste już oczy "Kaspra" na takie wyzwanie rzuciły gromami. Nie pozostał w tyle: Goethe po niemiecku. To Józek Schillera, też po niemiecku - z austriackim, nieco śpiewnym akcentem. To Janek, groźnie błyskając, spod krzaczastych brwi, "Pieśń o Rollandzie", po francusku. To Józek, również po francusku, jakąś prozę z "Komedii ludzkiej" Balzaca. To Kasprowicz Strindberga po norwesku... To Grabowski Szekspira po angielsku... To...
Słoneczko pogodnego dnia schyliło się doszczętnie za zielone góry, krowy-chudziny tu i ówdzie do zagród wróciły, gorzałki ubywało w litrowych butelkach, kiełbasa się kończyła, ale słowa płynęły, płynęły, zdawać się mogło, że nie będzie ich końca. Po włosku, po łacinie, po rosyjsku - w tym ostatnim języku Janek mocno "dukał", tracił przewagę -, po "góralsku"... Jak jednak rzekł kiedyś jakiś uczony, filozof zapewne, że wszystko, co się zaczęło, kategorycznie musi dojść zakończenia, tak i ów turniej doszedł do zenitu i się gwałtownie nagle stoczył, dosłownie się stoczył...
Dobrze już dwaj opoje mieli w czubie, już nie siedzieli recytując i pijąc. Rozniosła ich złość. Skonstatowali, że przeciwnik nie ma pustki w głowie. Już stali. Już chodzili, gestykulując coraz bardziej zapamiętale przy mówieniu. Aż przestali chodzić... Jad gorzałki czynił swoje. Ale jeszcze nie pustkę w mózgach, zginali tylko swoje ciała. Pamięć niezmiennie sprawnie nadawała kształt ustom i wiązadłom głosowym. Chylili się właśnie, naprzeciw siebie, oparci dłońmi o sosnowe deski blatu rozgraniczającego ich stołu, patrząc ze złością w swoje twarze. Była kolej Józka, mówił jakiś wiersz, po polsku, wolno, dźwięcznie, umiejętnie modulując swoim barytonem, rytmicznie... Janek, marszcząc mocno swoje wspaniałe guzy nad oczami, nad czymś usilnie myśląc, wpijał jadowite spojrzenie w usta przeciwnika.
- Józek! - zawołał przerywając nagle przeciwnikowi jego recytację. - Józek! Co to jest? Co to za wiersz? Kto napisał ten sentymentalny utworek?
Grabowski zamilkł. Wspominając, powiedział, że to pytanie Kasprowicza "zamurowało" go. Ale - odzyskując po chwili zaskoczenia tzw. rezonans, konstatując niespodziewane zwycięstwo w "turnieju" odpowiedział bardzo szczerze:
- A to twój wiersz, Janku.
I podkreślił dobitnie wskazując przeciwnika palcem:
- Twój!
Był to fragment jednego z "Hymnów" poety. Grabowski tę recytację rozpoczął nie od początku, a gdzieś od środka wiersza. Może dlatego Kasprowicz się "zabałamucił"?...
Usłyszawszy odpowiedź tego "niejednego trzydziestolatka" poeta chwilę stał pochylony nad stołem, milcząc, rysy twarzy mu się ściągały, powieki się rozszerzyły pokazując nadmiernie już przekrwione białka oczu i... nagle padł, po prostu padł, osuwając się dość gwałtownie, dużo ważył, pod stół. Niemal natychmiast poszedł w jego ślady i Grabowski. W takiej to, niskiej, niestety, pozycji zastała ich przybyła pod wieczór Bachledka.
"- Na rany Chrystusa!" - wspominała po tych czterdziestu latach od tego zdarzenia "- Co by to było, gdyby ich pani Kasprowiczowa tak zastała?".
Marusia, na szczęście, wtedy ich w takim pohańbieniu nie zastała. Ale innymi razy? Organicznie nie znosiła Grabowskiego w pobliżu męża. Był dla niej "złym duchem" Janka, przez alkohol, którego obaj nie lubili wylewać za kołnierz. A później, już na Harendzie, kiedy Kasprowicz prawie dwa lata leżał i umierał, chyba był w jej ocenie kimś, kto przyczynił się do cierpień poety, no i jej.
Ta opowieść nie ma na celu bycia przyczynkiem wykazania jakichś złych skłonności Grabowskiego. Owszem, w miłym towarzystwie nie stronił od alkoholu, ale zgodnie z porzekadłem, które wygłaszał po łacinie: "alkohol najlepiej pije się w towarzystwie rozsądku" w tym względzie zawsze prowadził życie przykładne, choć jednak wesołe. Jak wspominał, to wydarzenie w Poroninie, było jego największym "wyskokiem" alkoholowym w życiu. Ale w takim towarzystwie...
Maria Kasprowiczowa, na wielokrotne zagabywania piszącego te słowa, nigdy nie podejmowała szerzej, szczegółowiej tematu "Józef Grabowski". Zaledwie lakonicznie potwierdzała tę zażyłość męża. Bardziej natomiast podobał się warszawski nauczyciel również mieszkającej na Harendzie, starszej siostrze Marusi, Annie. To ona pamiętała w 1959 roku, że gdy Grabowski, na początku lat dwudziestych XX wieku przyjechał do nich pierwszy raz do Poronina, przywiózł wtedy pozdrowienia od... Lenina.




Tutaj może należy puścić wodze nie aż fantazji zapewne, raczej racjonalnej dedukcji i przypuszczeniom całkiem realnym. Kasprowicz swego czasu przyczynił się do uwolnienia Ulianowa z aresztu w Nowym Targu. Znana szeroko historia. Później, w latach zawieruchy pierwszej wojny i rosyjskiej rewolucji, na prośbę Marii Kasprowiczowej, Rosjanki z pochodzenia, córki generała carskiego, Bunina, Lenin, niejako w rewanżu za ów nowotarski czyn poety, wyrwał z bolszewickiej pożogi rodzinę jego żony i odesłał ją specjalnym wagonem do Polski.
To też ciekawa historia. Otóż po wybuchu Rewolucji Październikowej, Marusia obawiając się o losy swojej najbliższej rodziny, nie bezpodstawnie, pochodziła bowiem z arystokratycznego rodu Buninów, od pokoleń lojalnie służącego dynastii, napisała do Lenina list, zawierając w nim prośbę o pomoc przy ewakuacji jej najbliższych do Polski. List ten wrzuciła do zakopiańskiej skrzynki pocztowej. Dotarł on do rąk Lenina. Pomyśleć, w kontekście dnia dzisiejszego: koniec wojny światowej, w Rosji totalna degrengolada, rewolucja... I jednak jakaś tam podrzędna, zwykła koperta trafia poprzez wraże kordony do rąk szefa nowego imperium...
W czasie błądzenia tego listu po setkach kilometrów polskich i rosyjskich przestrzeni, w Moskwie przebywał jeszcze Grabowski. Już się wtedy wewnątrz Kremla kręcił zabiegając o możliwość ewakuacji do Polski. Może podczas swoich spotkań z wodzem rewolucji wspominali wspólnego znajomego, Kasprowicza? Kto wie, czy Grabowski w jakimś sensie nie przyczynił się do zrealizowania prośby żony tego znakomitego polskiego poety. Wiadomo, że ewakuując szkołę Giżyckiego, Grabowski wyjednał wielu osobom, całkowicie postronnym szkole, bezpieczny powrót do Polski. Nie należy tutaj zbyt mocno popuszczać wodzy przypuszczeniom, może być jednak prawdopodobne, że ewentualne rozmowy Grabowskiego z Leninem o Kasprowiczu mogły się przyczynić do ostatecznej decyzji przywódcy przewrotu bolszewickiego na wyrażenie zgody co do opuszczenia Rosji przez żonę i córki "wroga ludu".
Jest jeszcze jeden ważny aspekt tej sprawy. Piszący te słowa przypomina sobie, że podczas jednego ze swoich pobytów na Harendzie, kiedy się dopytywał Marii Kasprowiczowej, niezmiennie uparcie, o wątek Józefa Grabowskiego w jej domu, obecna przy rozmowie Anna Bunina, wtrąciła mocno z rosyjska - nigdy się nie nauczyła dobrze mówić po polsku: "- Grabowski?... Grabowski? Czy jego żoną była Kazia... Kazia?". Kiedy otrzymała odpowiedź potwierdzającą, dodała: "- W Moskwie nosiła piękne kapelusze". Czyżby Anna Bunin poznała Kazimierę Grabowską jeszcze przed opuszczeniem Rosji, Petersburga, Moskwy?

Podróże. Wycieczki zagraniczne Józefa Grabowskiego były prowadzone bardzo metodycznie. Przed każdym wyjazdem z Polski dłuższy czas przygotowywał się do eskapady: studiował historię danego kraju, literaturę, obyczaje, uwarunkowania społeczno-polityczne, a przede wszystkim uczył się języka. Ze szkoły średniej wyniósł świetną znajomość języka niemieckiego, francuskiego i łacińskiego. Na kanwie tego ostatniego, jeszcze w trakcie studiów nieźle poznał włoski, niewiele lat później dobrze mówił i czytał w innych językach romańskich. Posługiwał się doskonałą ruszczyzną; był specjalistą-amatorem w języku staroruskim. W latach dwudziestych poznał dość dobrze angielski i szwedzki. Nawet w Budapeszcie potrafił nieźle dogadać się w miejscowym języku. Wspominał, że w lepszym poznaniu wielu języków przeszkadzała mu znajomość... łaciny, a także niemieckiego, francuskiego i włoskiego ponieważ wystarczyło znać tylko te języki, by wszędzie w świecie móc się zupełnie swobodnie poruszać. Ale mówił również: "- Likwidacja nauczania języka łacińskiego w polskich szkołach po 1945 roku zainicjowała zachwaszczeniem polszczyzny". Dobrze, że Grabowski nie dożył naszych czasów, początku dwudziestego pierwszego wieku. Zapewne nie bardzo rozumiałby teksty pisane w polskiej prasie codziennej, czy wygłaszane w mediach radiowo-telewizyjnych... A jako przyjaciel polityków i historyk, czy umiałby rozgryźć bełkot polskich - początku XXI wieku - parlamentarzystów i zrozumieć kompletną ich nieumiejętność prowadzenia dyskusji?
Jeszcze w latach dwudziestych, będąc szeregowym nauczycielem szkół średnich dokładnie zdeptał ziemię grecką i dawne imperium rzymskie. Jego wędrówki po Grecji można wytyczyć na mapie według "Mitologii" Parandowskiego129. Jeżdżąc do Anglii, do Włoch, Egiptu, Libii, przede wszystkim szukał śladów sprzed dwóch tysięcy lat. W Afryce dotarł do Abisynii.
Lekcje historii, jakie prowadził, nacechowane były nie tylko dogłębną znajomością faktów, logiki i filozofii kolejnych dziejów, ale i opisem, jakże plastycznym w jego ustach, widzianych przez niego kamienia, kolumny, rzeźby, malowideł, mozaik... ludzi...
Wykłady, jakich udzielał, były czymś na kształt tworzenia: do pewnego stopnia jego lekcje można było porównać do pracy artysty ociosującego chropowaty, nijaki kamień, z którego, po jakimś mozolnym w trudzie realizacji czasie zaczynał się wyłaniać założony przez twórcę kształt. Stopień, ocenę u Grabowskiego otrzymywało się za umiejętność logicznego myślenia i przedstawienie powstania przyczyn zadanej w pytaniu kwestii oraz za jej skutki dla późniejszego okresu. Nie wymagał dokładnych dat. Wystarczyło, omawiając, czy opisując zadany problem umiejscowić go w epoce, w zawężonej dla czasu jego istnienia porze. Lekcje profesora Grabowskiego nie były nużące, były wspaniałą podróżą w czasie i przestrzeni, solidnie przygotowujące uczniów do ich samodzielnej przyszłości, uczące optymizmu do życia, wyrozumiałości i tolerancji do innych.
Po drugiej wojnie Grabowski oficjalnie nie uznawał polskich podręczników do historii. Radził na lekcjach notować treść swoich wykładów, ważniejszy materiał dyktował. Należy tutaj zwrócić uwagę na jego szczególną uczciwość i odwagę: w tamtych latach głosił prawdę o Katyniu. Informacje o tej zbrodni Stalina miał z "pierwszej ręki", od znajomego prozaika, Ferdynanda Goetla130. Znał Goetla sprzed wojny, spotykał się z nim również podczas okupacji.
Goetel czas wojny spędził, podobnie jak Grabowski, w Warszawie. W swoich zapiskach notował wypadki życia literackiego okupowanej stolicy, ukazując jej dzień powszedni. Dzielił się w nich obserwacjami na temat stronnictw politycznych, zwłaszcza wywodzących się z obozu piłsudczyków. Przedstawił dramat Żydów i tragedię Getta, także przebieg i upadek powstania warszawskiego. Ale wydarzeniem, jakie zaważyło na całym późniejszym życiu pisarza, było jego uczestnictwo w komisji badającej sprawę mordu dokonanego przez NKWD na oficerach polskich w Katyniu. Goetel opisał przebieg swojej obecności w lasku katyńskim, gdzie jako pierwszy Polak, w roku 1943, był świadkiem dokonywanych tam przez Niemców ekshumacji.
Nie wiadomo w jakich okolicznościach poznał Grabowski Ravela131. Czy było to we Francji, czy we Włoszech? Poniżej opisane zdarzenie piszący te słowa słyszał z ust swojego nauczyciela.
Spotkali się w Neapolu. Ale z treści tej historii nie wynika, że nie mogli się poznać przed tym epizodem. W grupie przyjaciół Grabowskiego, Włochów, podczas tego zjazdu znalazł się również francuski muzyk, twórca słynnego "Bolera". Na pewno było to po 1928 roku, ponieważ ten utwór Ravela był dobrze już znany dopiero po tym czasie. Ten fakt Grabowski podkreślał w swoich wspomnieniach. Sporą ilościowo grupą popłynęli do Wezuwiusza. Uczyniwszy zadość turystycznym wymogom, więc wdrapawszy się po jego zboczu i zajrzawszy do czeluści dymiącego krateru wrócili na Capri, aby posilić się w jakiejś restauracji. Grabowski wpadł na szaleńczy, zdawałoby się wtedy pomysł. Zatrzymał na osobności kelnera i zapytał go, czy kuchnia tego lokalu dysponuje jakimś charakterystycznym dla kuchni polskiej zestawem potraw lub choćby jedną taką potrawą. Chciałby bowiem swoich przyjaciół włoskich i jednego - wśród nich się znajdującego Francuza - poczęstować czymś typowym dla polskiego stołu.
Kelner, z wysiłkiem widocznym na zmarszczonym mocno czole, chwilę się zastanawiał, nagle - rozprostowując nad oczami skórę - roześmiał się i mrużąc filuternie jedno oko szepnął: "- Każde życzenie gości jest święte". Skłoniwszy się odszedł. Po zaledwie krótkich minutach dało się w lokalu zauważyć zamieszanie. Oto, od strony drzwi prowadzących na zaplecze lokalu ukazał się kilkuosobowy orszak: na czele szedł właściciel restauracji, krocząc bardzo dostojnie, za nim starszy kelner we fraku z przewieszonym na zgiętym przedramieniu śnieżnobiałym ręcznikiem, dalej pikolak w białym garniturze i zielonej, okrągłej czapeczce na głowie podwiązanej pod brodą sznurkiem na końcach zakończonych frędzelkami, pchający przed sobą mały wózek na kółkach. Na szklanym blacie wózka, na połyskującej srebrem tacy wiózł omszałą butelkę pojemności ćwierci litra z jakimś przeźroczystym płynem w środku. Na końcu szedł ów kelner, z którym chwilę wcześniej Grabowski rozmawiał. Ten, również na srebrnej tacy, trzymał kilka maleńkich kieliszków, jak się niebawem okazało z cudownie ornamentowanego szkła weneckiego. Królewska "potrawa"...
Butelka okazała się arcypolskiego pochodzenia. Jej zawartością była polska żytniówka. I to było clou tego polsko-włosko-francuskiego spotkania. Towarzystwo było zachwycone. Grabowski był bohaterem wieczoru.
Nie udało się piszącemu te słowa odnaleźć materialnych śladów dotyczących kontaktów Grabowskiego z L. Aragonem132, J. Cocteau133 i B. Shaw´em134. Grabowski jednak wspominał, że będąc we Francji odwiedzał Aragona i Cocteau. W Londynie spotkał Shaw´a. I, że prowadził z nimi przed wojną korespondencję. O Cocteau zwierzył się na wiadomość o jego śmierci w 1963 roku. Poznał go w Paryżu w 1935 roku. Tyle tylko sam powiedział. Domysły nasuwają się same: skądinąd wiadomo, że Grabowski nie lubił pisać listów; jeżeli wyznał, że prowadził z kimś korespondencję, to musiała być to wyjątkowa znajomość. Kto wie, jakie skarby spaliły się we wrześniu 1939 roku wraz z mieszkaniem Grabowskich?
A goście restauracji Karpowicza w Zakopanem? Wspomniany wcześniej T. Sarnecki widywał tam Grabowskiego rozprawiającego z Witkacym, z Szymanowskim, z Lechoniem135... Czy Grabowski spotykał się z nimi na warszawskim gruncie? Nie wiadomo. Może z Lechoniem, w "Ziemiańskiej"? Lechoń jednak głównie wtedy, w latach trzydziestych "dyplomatował" w Paryżu.
W 1931 roku urodził się Grabowskim długo oczekiwany syn. Otrzymał dwa imiona: Kazimierz, po dziadku i Roman. W tym też mniej więcej czasie w ich warszawskim domu zaczął bywać Stanisław T., uczeń pani Kazimiery z liceum przy ul. Młynarskiej, w którym pracowała jako nauczycielka botaniki. Warto tutaj przypomnieć, że w tamtym czasie w tym liceum nauczycielem historii był znany po latach profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Bogdan Suchodolski.

Po różnych, ciężkich przejściach osobistych, między innymi Staś T. utracił rodziców, chłopiec na stałe zamieszkał u Grabowskich, stał się drugim synem i do końca ich dni pozostali bardzo blisko z nim i jego późniejszą rodziną związani serdecznymi, w pełni rodzinnymi stosunkami. Stanisław T., od chwili zamieszkania u przybranych rodziców, stał się pełnoprawnym członkiem rodziny, choć formalnie nigdy nie został adoptowany. Grabowscy zabierali go w podróże po świecie, a gdy zaczął studiować na politechnice warszawskiej stał się posiadaczem samochodu osobowego, "Fiata", składanego na licencji w Polsce, jakiego otrzymał w prezencie od pani Kazimiery. Był zapewne pierwszym warszawskim studentem, a może i polskim, dojeżdżającym na wykłady własnym samochodem. Tym autem robili częste i - bywało - że długie, całą rodziną wycieczki. Pani Kazimiera - ciekawa zdarzeń - musiała uczestniczyć w otwarciu każdej większej fabryki w Polsce i w ważniejszych uroczystościach regionalnych. Wszędzie, gdzie w kraju działo się coś ciekawego, musiała tam być. Poza tym miała bardzo wielu przyjaciół rozsianych po Polsce, czuła się zobowiązana ich odwiedzać. Tym samochodem, na początku pemiętnego września, z synem i Stanisławem T., już absolwentem politechniki wyjechała w kierunku Lublina uchodząc przed nacierającymi na Warszawę Niemcami.

Ale nim to nastąpiło, pod koniec wolnej jeszcze Polski spotkała ją miła niezmiernie niespodzianka. W dwudziestym numerze wileńskiej gazety "PROSTO Z MOSTU" na stronie 7, pod artykułami Zygmunta Nowakowskiego136 "Klarnet?!..." i Wojciecha Wasiutyńskiego "Prawdy zbyt proste, żeby je można było wytłumaczyć" odnalazła osobiste wspomnienie - wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pt. "Wilno. Ulica niemiecka". Z dedykacją: "Poświęcam mojej drogiej, niezapomnianej nauczycielce - Pani Kazimierze Grabowskiej".
Wilno, ulica niemiecka,
zbójecka i zdradziecka:
każesz dać sobie cytrynę,
zawiną ci mandolinę -
w Wilnie ulicą niemiecką
nie chodź, chrześcijańskie dziecko.
Tygrysy z szyldów futrzarzy
szczerzą okropne kły.
Warjat137 herbatę w samowarze
obnosi pośród mgły.
Konkurent puścił kaczkę, że z pluskiew herbata.
Przestali pić. Ciężkie lata na warjata...
Na niemieckiej ulicy w Wilnie
jest więcej rozpaczy niż piasku na pustyni.
Od lat na niemieckiej ulicy
kuśnierze i pasamonnicy
żal czują, lęk i wstyd...
bo co dzień malarscy mistrze
piszą: TU CENY NAJNIŻSZE!
lecz nie kupuje nikt.
"Spal, Jahwe, niemiecką ulicę!
Co pójdę sprzedawać? Chmury z księżycem?!..."
Wariat z herbatą biega boso.
A Kryzys kroczy, jak śmierć z kosą
przez ulicę niemiecką i dalej,
gdzie jest więcej rozpaczy, niż w morzu korali.
Na niemieckiej ulicy w Wilnie
nieco uciszą się w piątek.
Przegadują się tajemnym znakiem
białe świeczki dziewięciorakie.
A Zyskind cierpi na żołądek.
Zły Zyskind zerka z pięterka
na żonę w starych lakierkach:
"Ach, jaki brzydki chód!".
Nad mordą tygrysa
piątkowe niebo zwisa
jak rulon głupich nut.
Wilno. Niemiecka ulica.
Najlepszy bilard u Szpica.
VIII
Pierwsze dni września 1939 roku w Polsce były tragiczne nie tylko dla rodziny Grabowskich. Jedne z najwcześniejszych bomb zlatujących spod nieba warszawskiego dosięgły posesji przy Marszałkowskiej 63. Rozsypał się budynek szkoły, całkowitej zagładzie uległo usytuowane w gmachu gimnazjum mieszanie jego dyrektora. Wraz z nim tysiące kart wieloletnich notatek profesora, spora biblioteka, listy od jego przyjaciół i znajomych - jakie mogły wśród nich być rarytasy?, także chyba jedna z największych w Europie kolekcja fajek zwożonych ze świata i darowanych przez znajomych, przyjaciół i bliskich. Ale dyrektor i jego rodzina uratowali się na szczęście, spędzając czas nalotów w piwnicach sąsiednich kamienic. Na zawsze zamilkł przywalony gruzami dzwonek szkoły Sierpińskiej. Mniej więcej w tym samym czasie spłonął na Wiśle "Nautillus II-gi".
Grabowscy postanowili opuścić Warszawę kierując się z tysiącami uciekinierów na wschód. Po słynnym apelu pułkownika Umiastowskiego, wynikłym z paniki zrodzonej w zachowaniu się władz miasta i państwa i z typowej dla ówczesnej polskim wojskowym sprawującym funkcje administracyjne głupoty, przyszykowali się do drogi mając za cały dobytek na razie uratowane życie i samochód Stasia. Mieli jechać w dwóch turach: pani Kazimiera z synami wcześniej, a w dzień lub dwa później Józef Grabowski, jako pasażer w samochodzie znajomych. Uzgodnili, że się spotkają w Lublinie. Nie spotkali się.
Pani Kazimiera nie dotarła do Lublina. Po wielu perypetiach na zatłoczonych, ostrzeliwanych przez niemieckich lotników szosach los rzucił ją z chłopcami, poprzez kilkumiesięczny pobyt na Litwie, na... Pomorze Zachodnie. Józef Grabowski w ogóle nie opuścił Warszawy. Ze znajomymi dojechał zaledwie do praskich rogatek stojących koło zakładów Wedla na początku Grochowskiej. Tam wysiadł z samochodu, pożegnał przyjaciół i wrócił na lewy brzeg Wisły pieszo, prosto do ratusza, oddając się do dyspozycji prezydenta Stefana Starzyńskiego, z jakim znał się od wielu lat, a który organizował obronę stolicy. Do momentu wkroczenia do Warszawy Niemców brał udział w ratowaniu dóbr kultury narodowej, pod kierunkiem profesora Lorentza137, ale także sypał okopy na Woli.
Nie da się już zapewne ustalić, gdzie wtedy mieszkał. Z rodziną, z żoną spotkał się dopiero po wyzwoleniu. Przez kilka lat nic o sobie nie wiedzieli. Udało się ustalić jeden konkretny adres okupacyjny Grabowskiego: parter wysokiej kamienicy u zbiegu alei Niepodległości i ul. Wawelskiej po stronie zachodniej, naprzeciwko domu, w którym mieszkał A. Strug. Obecnie mieści się w tym lokalu sklep spożywczy. Inne mieszkanie znajdowało się gdzieś w okolicach domu akademickiego, w rejonie Narutowicza, Filtrowej, Glogera...
Lata - od końca 1939 roku do maja 1945 roku, to czas w życiorysie Grabowskiego zamazany ówczesną jego głęboką konspiracją, okres dodatkowo zatarty odległością minionych kilkudziesięciu lat, zapomniany, niczym znaczącym nie udokumentowany w sensie czy to archiwaliów pisanych, czy choćby jego własnymi, bardziej szczegółowymi wspomnieniami. Stało się to z winy okupacyjnej konspiracji i oczywiście z jego niechęci do mówienia o sobie i sięgania w latach powojennych po jakiekolwiek profity ze swojej szerokiej działalności w podziemiu, w ruchu oporu przeciwko okupantowi w ponurych latach wojny.
30 września 1939 roku do Warszawy wkroczyli Niemcy. Bitwa o stolicę była przegrana, ale walka trwała dalej. Zbombardowane miasto nie posiadało zrazu taksówek, autobusów, ani nawet tramwajów. Komunikację w mieście utrzymywały jedynie pojazdy rowerowe i konne. Po ulicach kroczyły często patrole z bronią przygotowaną do strzału. Sprzed pałacu Małachowskiego, sprzed kościoła św. Aleksandra przy placu Trzech Krzyży i z wielu innych miejsc w śródmieściu znikły mogiły poległych przy obronie stolicy. Na gmachu Zachęty pojawił się napis: "Haus der Deutschen Kultur", na dworcach ustawiono nowe tablice: "Warschau". Okupacyjne ograniczenia żywnościowe wywołały rozwój niedozwolonego handlu ulicznego. Mimo stosowanych represji i masowych aresztowań, ludność dowoziła codziennie do Warszawy środki żywności z odległych nawet miejscowości i okolicznych wiosek. Wobec braku mięsa, zabroniona sprzedaż uliczna śledzi i ryb, najczęściej nabywanych od Niemców nielegalnie, stała się codziennym zjawiskiem. Zamiast taksówek po ulicach Warszawy zaczęły krążyć "ryksze", nowy rodzaj fiakrów rowerowych przeznaczonych do przewozu osób i pakunków, konkurując z powodzeniem ceną z dorożkami i platformami konnymi. W miarę postępującej "stabilizacji" pojawiły się tramwaje. Tłok w tramwajach przybrał rozmiary dotąd nieznane. Warszawski tramwaj stał się jednak sprzymierzeńcem znękanej ludności: chciał zabrać wszystkich. Ryzyko wypadku w zatłoczonych wozach było niczym wobec groźby łapanek i masowych aresztowań. Ale bywało i tak, że tramwaj ratował życie...

Na placach i ruchliwych ulicach okupanci umieścili głośniki radiowe, pogardliwie nazywane "szczekaczkami". Miały one służyć do złamania psychiki ludności podawaniem wiadomości o zwycięstwach niemieckich i wykonywanych egzekucjach. Posiadanie prywatnego odbiornika było surowo zabronione. Ludność żydowska, zamieszkująca dotąd różne części miasta, zaczęła być stłaczana w utworzonym specjalnie "getcie", na terenie północnej dzielnicy śródmieścia. Przed jego zamknięciem murami, nazwano ten obszar zagrożony przez tyfus plamisty - "Senchensperzgebiet nur Durchfahrt gestattet". Żydom nakazano nosić specjalne opaski na rękawach ubrań, mające na celu odróżnienie ludności żydowskiej od chrześcijańskiej. Później otoczono ghetto murem. Rewizje uliczne w tej enklawie były codziennym zjawiskiem. Znalezienie jakiegokolwiek dowodu nielojalności groziło natychmiastową egzekucją. W innych dzielnicach miasta Niemcy organizowali łapanki uliczne, aresztując przechodniów. Wyloty ulic zamykano znienacka kordonami hitlerowskich zbirów. Obsadzano nimi również bramy domów, by uniemożliwić ucieczkę. Zwalniano jedynie Niemców, Volksdeutsch´ów, starców, choć nie zawsze, małe dzieci i kolaborantów. Czasem ratowały przechodniów legitymacje pracownicze wydawane przez urzędy niemieckie. Schwytanych wywożono na punkty koncentracyjne i na Pawiak138, a następnie do Majdanka, Oświęcimia i innych obozów śmierci.
W niezniszczonych i nowocześnie zbudowanych ulicach Warszawy utworzono dzielnice niemieckie. Zabezpieczano je zasiekami z drutu kolczastego i napisami zabraniającymi wejścia Polakom.
Zewsząd wyglądała śmierć.
Po wkroczeniu do Warszawy Niemców przedwojenny arbiter mody męskiej dalej rozjaśniał twarze mijających go przechodniów swoim uśmiechem i arcyschludnym wyglądem. Otoczeniu niósł pociechę i otuchę moralną tak potrzebną Polakom w tamtych czasach.
Mieszkający w latach powojennych pod Warszawą państwo P. - pani Dagmara P. była w latach trzydziestych uczennicą Grabowskiego w szkole Sierpińskiej -, zaprzyjaźnieni z Grabowskim w latach okupacji, widywali się z nim do czasu powstania w 1944 roku średnio przynajmniej raz w tygodniu. Wtedy mieszkali na Saskiej Kępie. Oto przykład ze wspomnień pana P. z roku 1984:
"- Pamiętam takie jedno zdarzenie. Po klęsce pod Dunkierką w 1940 roku, gdy wszyscy znajomi, społeczeństwo, chyba cały naród polski przeżywał ten wstrząs bardzo ciężko, wstrząs związany z upadkiem Francji(...), w tej atmosferze, kiedy codziennie bez przerwy trąbiły "szczekaczki" o wielkim zwycięstwie Niemiec(...), wówczas człowiekiem, który podtrzymywał swoje środowisko na duchu był właśnie Józio Grabowski. Ponieważ z tematyką wojskową był stosunkowo mało obeznany, no, na tyle ile jest to możliwe dla historyka cywilnego, więc wynalazł, nie wiem już którego z autorów, może był to Kukiel139, i opierając się na jego zasadach strategii uświadomił nam, że celem zasad wojennych jest zniszczenie żywych sił przeciwnika. Na tej podstawie profesor Grabowski stwierdził: armia angielska(...) uratowała się niemal w całości. Utraciła swoje uzbrojenie, ale wyszkoleni ludzie wrócili do Anglii. Ponieważ żywe siły przeciwnika nie zostały przez Niemców zniszczone, to Dunkierka nie jest wielkim zwycięstwem Niemców, nie jest druzgocącym dla Anglików obrotem sprawy, jest tylko zaledwie przegraną bitwą, z której uratowano żywe siły armii. I na tej podstawie twierdził, że wola walki Anglii nie została złamana. Jak się okazało, miał rację".
Oczywiście, jakże mogło być inaczej, Grabowski stał się członkiem armii podziemnej, wprawdzie nie tej militarnej, ale choć w znaczeniu cywilnym, bardzo czynnie i skutecznie walczącej z okupantem. Był tej armii generałem i szeregowcem jednocześnie. Takim żołnierzem stał się nie tylko z polecenia Starzyńskiego i profesora Lorentza, głównie z własnej, wewnętrznej potrzeby. Do cech jego charakteru należało stawać zawsze tam, gdzie było najtrudniej.
Po utworzeniu w Warszawie, w październiku 1939 roku, Tajnej Organizacji Nauczycielskiej - Wycech, Wojeński140, Tułodziecki - w legalnej spółdzielni "Zaranie", przy ulicy Wilczej zaczął bywać i Grabowski. Oficjalnie był zatrudniony jako nauczyciel języka niemieckiego w IX Obowiązkowej Szkole Zawodowej w Warszawie. W ramach organizacji TON w dalszym ciągu pełnił obowiązki dyrektora szkoły Sierpińskiej. Był również jednym z setek szeregowych nauczycieli tak zwanych tajnych kompletów. Uczył łaciny, historii, literatury polskiej i powszechnej, geografii, bywało, że i przyrody, bywało, że i matematyki.

Pełnił w konspiracji również inne, bardzo odpowiedzialne stanowiska. Był członkiem Międzystowarzyszeniowej Komisji Porozumiewawczej, organizacji nauczycielskiej działającej przy dyrektorze Departamentu Kultury i Oświaty w Delegaturze Rządu. Jednocześnie pełnił dwie dodatkowe funkcje: tzw. grupowego (wizytator) w tajnym szkolnictwie średnim i płatnika subwencji Rządu Emigracyjnego na tajne nauczanie. Nie dość na tym. Był głównym łącznikiem między tajnym szkolnictwem średnim a tajnym szkolnictwem akademickim, był jedyną osobą prowadzącą zapisy młodzieży do tajnych szkół wyższych, jedyną kładką, po której tysiące młodych ludzi przechodziło w jednym tylko kierunku. Na kilka lat przed śmiercią profesora Stanisława Lorentza, który podczas okupacji kierował tajnym szkolnictwem wyższym, piszący te słowa uzyskał od niego potwierdzenie tego faktu.

Wracając kiedyś pamięcią do warszawskich lat okupacji Grabowski, na jakiejś lekcji historii - pod koniec lat pięćdziesiątych ub. wieku - dotyczącej tamtego okresu, w kontekście rodzajów walki prowadzonej z najeźdźcą wymienił nazwisko Andrzeja Willa, świetnego grafika. Ilustracją wykładu był rysunek satyryczny. Postać Chrystusa wiedzionego na przesłuchanie?, na egzekucję? - ze związanymi rękami, pomiędzy dwoma hitlerowcami. W podpisie: "GOTT MIT UNS". Ten rysunek znajdował się na mocno zżółkłej kartce wyrwanej z wojennego, podziemnego wydawnictwa.
W początkach lat osiemdziesiątych XX wieku, autor niniejszego opracowania, chodząc śladami swojego nauczyciela, w pozostałych po nim szpargałach odkrył tę kartkę. Była już bardzo zniszczona. Przypomniał sobie lekcję historii sprzed prawie trzydziestu lat.
Zniszczona upływem czasu kartka pochodziła z powstałego w roku 1943 - 4 września, w konspiracji oczywiście pisma "Moskit". "Moskit" był ściśle związany ze słynną gazetą "Demokrata". Oba pisma miały tę samą technikę oraz sposób kolportażu. Ich kierownictwo skupiało się w rękach Grzegorza Załęskiego. Ilustratorami "Moskita" i "Demokraty" (którego ostatnia strona też oddana została satyrze) byli Henryk Chmielewski, Maksymilian Kałużny, Stanisław "Miedza"-Tomaszewski, Jerzy Kajetański, Jerzy Cieślik oraz Andrzej Will. Teksty pisali często sami plastycy. Warto tutaj jednak przypomnieć nazwiska innych, bardziej znakomitych "tekstokletów": Aleksander Maliszewski141, Stanisław Ryszard Dobrowolski142, Tadeusz Hollender143 ("Tomasz Wiatraczny"), Tadeusz Zelenay, Jerzy Wiszomirski, czy Stanisław Kowalczyk.
Pytanie: - Czy Grabowski miał z pismami "Demokrata" lub z "Moskitem" w latach okupacji hitlerowskiej jakieś kontakty? Z Andrzejem Willem lub z innymi tych konspiracyjnych gazet autorami? Można domniemywać, że tak, ale materialnych dowodów, przynajmniej na razie nie ma.
Ze wspomnień rodzinnych wynika, że Grabowski również, w jakimś określonym zakresie, na zlecenie polskich sił zbrojnych Armii Krajowej prowadził studia przygotowawcze do powstania, które wybuchło latem 1944 roku. W konkluzji tej pracy zgłosił swój sprzeciw do podjęcia takiej akcji militarnej. Przewidywał jej krwawą i polityczną klęskę.
Zachowane, dostępne archiwa milczą o tym rozdziale życia Józefa Grabowskiego. Sam nie bardzo lubił, nawet w gronie najbliższych, opowiadać o tym okresie ze swojego życia. Do 1956 roku, z racji jego powiązań z AK, tym bardziej nie było ku temu sprzyjającej okazji. Z wiadomych względów akowska konspiracja trwała przecież nadal. A pamięć ludzka?
Bardzo wielu towarzyszy Grabowskiego w tamtej walce o przetrwanie i zachowanie tożsamości Polaków już nie żyje. Pewnie nikt z nich już nie żyje. Ci, którzy mogą go pamiętać, byli wtedy zbyt młodzi, by w pełni rozumem uchwycić tamten czas i w sposób obiektywny do historii wieku poznać jego szczegóły. Niektórzy rozmówcy autora niniejszego opracowania, z początków lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, pamiętali go z czasu okupacji jako przyjaciela, nie wiedzieli natomiast nic konkretnego o jego działalności w ruchu oporu. Tak było: jeżeli znało się czyjeś prawdziwe nazwisko, nie znało się pseudonimu i odwrotnie.
Wspomniani państwo P. sami należeli do AK, przypuszczali, mieli ku temu przesłanki, że i Grabowski zajmuje się nielegalną "robotą". Ale wszyscy znali reguły konspiracji, o tej stronie ówczesnego życia, tej podziemnej stronie, nic nawzajem między sobą nie mówili. Wiedzieli tylko, że Grabowski był nauczycielem legalnej szkoły zawodowej, a także - ale to były już tylko domysły oparte na wnioskach wynikających z kojarzonych po 1945 roku różnych wojennych zdarzeń - że miał kontakty z porucznikiem policji posterunku na Saskiej Kępie, niejakim Ubyszem, który - to wiedzieli na pewno - bezsprzecznie był członkiem AK. Oczywiście państwo P. nie znali pseudonimu, jakim posługiwał się Grabowski. Nawet już po wojnie najbliższym członkom rodziny nie wyjawił tego sekretu wojennego. Na wszelkie zagabywania na ten temat odpowiadał zawsze z uśmiechem: "- Nazwisko Grabowski było i jest bardzo popularne w Polsce, czyż w związku z tym - musiałem mieć jakiś tam pseudonim?". Wszyscy żyjący jeszcze w początkach lat osiemdziesiątych XX w. działacze, czy współpracownicy organizacji TON, do jakich dotarł piszący te słowa, na pytania o Józefa Grabowskiego i jego związki z tą organizacją unosili brwi: "- A jak brzmiał jego pseudonim?".
Państwo P. mimo tak częstego widywania się z przyjacielem w czasie okupacji dopiero od autora niniejszego opracowania dowiedzieli się, że Grabowski spędził dwa tygodnie na Pawiaku. Nie znali również jego przygody podczas jednej z łapanek na warszawskim Nowym Świecie, w jakiej i on został "zagarnięty". Cała groza epizodu polegała na tym, że w chwili znalezienia się w terminie tamtego dnia w zamkniętej szczelnym kordonem Niemców ulicy, miał Grabowski w niesionej przez siebie teczce kilkadziesiąt tysięcy dolarów - na cele konspiracyjne. Za posiadanie tej waluty, w jakiejkolwiek ilości, groziła wtedy nie tylko jej konfiskata, ale i kula.
Grabowski legitymującemu go wojskowemu, oficerowi, rozmawiając z nim bezbłędną niemczyzną, aczkolwiek z austriackim akcentem, podał nagle elegancki, skórzany neseser, prosząc, aby przez chwilę go potrzymał, w czasie, kiedy kontrolowany zapali sobie wygasłą akurat fajkę. Niemiec, zapewne zaskoczony, przystał na taką propozycję. Grabowski rozjarzył zawartość obucha fajki. Schowawszy zapałki do kieszeni płaszcza odebrał teczkę. Oficer oddał mu następnie dokumenty, nawet nie do końca je sprawdziwszy - wynikało to ze wspomnień zatrzymanego - zasalutował i kazał mu wynosić się z terenu łapanki.
"- To było nieprawdopodobne zdarzenie". - Wspominał Grabowski. "- Po pierwsze, niemiecki oficer, w miejscu publicznym zwłaszcza, miał zakaz przyjmowania czegokolwiek od nie Niemca, po drugie, nie tylko nie zajrzał do teczki, ale nawet nie kazał mnie zrewidować, co było szczególnie przestrzegane, pod kątem ewentualnej możliwości posiadania przeze mnie osobistej broni. Nogi miałem, "jak z waty". Udało mi się w miarę spokojnie wyjść z tej łapanki. Wszedłem w bramę najbliższego budynku przy alejach Jerozolimskich i przesiedziałem w nim na schodach co najmniej pół godziny. Musiałem uspokoić rozdygotane ciało i myśli. Zanimby Niemcy mnie rozstrzelali za posiadanie dolarów, pewnie uprzednio chcieliby się dowiedzieć skąd miałem tak sporą ich sumę. Dobrze wiedziałem, jak wyglądały przesłuchania na Gestapo".
Państwo P. nic również nie wiedzą o prawdopodobnie odbytej z końcem wojny podróży Grabowskiego do Moskwy. O realizacji tego przypuszczalnego zdarzenia piszący te słowa posiada pisemną relację jednego z jego powojennych współpracowników, zaprzyjaźnionego z nim kolegi-nauczyciela. Nie ma jednak odpowiedzi w jakim charakterze mógł być wtedy w Moskwie, z czyjego polecenia, z jaką misją? Znacząco wiele zagadek kryją w życiu Grabowskiego lata 1939 - 1945.

W tym lokalu było jedno z okupacyjnych mieszkań J. Grabowskiego.
Wakacje roku 1944, od połowy maja, spędzał144 Grabowski na prawym brzegu Wisły, za Aninem. W Józefowie? Mieszkał w willi znajomych, którzy jeszcze przed nadejściem w te strony frontu rosyjskiego wyjechali. Traf zrządził, zainstalował się w tym domu sztab armii marszałka Żukowa. Samotnie mieszkającego tam nauczyciela nie wykwaterowano. Grabowski został jednym z tłumaczy Żukowa - z języka niemieckiego, a także konwersatorem w spotkaniach towarzysko-prywatnych W Warszawie niebawem rozgorzały walki powstańcze, armia Żukowa czekała: mieli wtedy sporo czasu na rozgrywanie partii szachów...
O pobycie pod wspólnym dachem z jednym z najwybitniejszych dowódców II Wojny Światowej Grabowski też wiele nie wspominał.
IX
Natychmiast po wyzwoleniu opolszczyzny, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec hitlerowskich, Grabowski wyjechał na świeżo traktatem jałtańskim Polsce przydzielone tak zwane Ziemie Odzyskane. W Warszawie miał propozycję objęcia wysokiego stanowiska w centralnych władzach oświatowych, czy też państwowych (propozycje m. in. Czesława Wycecha). Również zachęcano go do przystąpienia do pracy dydaktyczno-naukowej na wybranej wyższej uczelni. Zwłaszcza z rodzinnego Krakowa dochodziły go bardzo zachęcające oferty z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wierny swojemu powołaniu i nabytym umiejętnościom poprosił o skierowanie na te nowe, polskie, zachodnie tereny, na stanowisko nauczyciela.
Znalazł się w Leśnicy Opolskiej. Został mianowany dyrektorem szkoły, którą miał dopiero zorganizować. Zaproponował stworzenie zespołu szkół, głównie dla dzieci ofiar hitleryzmu, napływających z rodzinami z centralnej i wschodniej Polski i Ślązaków autochtonów, a więc ze specjalnym programem edukacyjno-wychowawczym, od stopnia podstawowego, zawodowego i licealnego. Myślał nawet o przedszkolu wypuszczającym dzieci z jego najstarszej grupy z podstawową umiejętnością pisania i czytania, z początkami arytmetyki, wiedzy historycznej i przyrodniczej. Słowem, usiłował wdrożyć w praktycznym postępie metody, jakich był twórcą i propagatorem przed wojną.
Na tamte czasy były to jednak zbyt śmiałe i przedwczesne w możliwościach zamierzenia. Przede wszystkim brak było tzw. woli politycznej ówczesnych władz, odpowiednio wykwalifikowanej kadry pedagogicznej i - głównie - pieniędzy. Mimo wszystkich trudności Grabowskiemu udało się w bardzo krótkim czasie stworzyć instytut dydaktyczny złożony ze szkoły podstawowej i średniej ogólnokształcącej oraz średniej zawodowej. Przy szkole założył internat, w jakim zamieszkały dzieci na stałe zameldowane poza Leśnicą i sieroty wojenne. Zakładowi Naukowo - Wychowawczemu - taka była nazwa zespołu szkolnego - nadano imię Jana Smolenia145.
W trakcie prac organizacyjnych związanych z inauguracją działalności swojej nowej szkoły, wiosną lub latem 1945 roku, otrzymał wiadomość o miejscu pobytu żony i synów. Od września tego roku byli już razem. Do Leśnicy przyjechała pani Kazimiera z synem Kaziem-Romanem, który skończył właśnie 14 lat. Stanisław T., wychowanek, przywiózł niedawno poślubioną żonę, również - jak jej przybrana teściowa - Wilniankę.
Do pierwszego wrześniowego dzwonka, miał Grabowski skompletowaną kadrę pedagogiczną. Wszyscy nauczyciele mieli ukończone studia wyższe - co w tamtych czasach, zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych było rzadkością -, a większość z nich posiadała nawet stopień doktora. Wielu tamtych nauczycieli ze szkoły leśnickiej im. Smolenia w późniejszych latach doszło do wysokiej pozycji nie tylko w polskiej nauce, ale i światowej. Pierwszą polonistką była, wspomniana już na tych kartkach, powinowata Grabowskiego, Maria Fryczowa.
Część budynków szkolnych była przeznaczona na mieszkania dla nauczycieli. Grabowski zajmował dwa pokoiki w pobliżu sekretariatu. Piętro wyżej, również w dwóch pokojach mieszkała jego żona z synem. Młodziutka żona Stasia T. została szkolną sekretarką, dzięki temu i młode małżeństwo mogło w szkole znaleźć dach nad głową.
Uczniowie tamtego września 1945 roku w leśnickiej szkole stanowili swoisty konglomerat wiekowo-pochodzeniowy. Klasa maturalna na przykład liczyła około dwudziestu wychowanków, ich wiek wynosił od 19 do 26 lat. W młodszych klasach też było podobnie tylko na niższym, średnio, poziomie. Były sieroty, półsieroty. Były dzieci, które przeżyły niemieckie obozy koncentracyjne, dzieci z Polski centralnej, wschodniej i "zza Buga", autochtonów Ślązaków, ale i dzieci niemieckie, z rodzin, które jeszcze nie opuściły tych terenów. Była wreszcie młodzież, w klasach licealnych, nie tak dawno, niespełna pół roku temu zaledwie biorąca czynny udział, z bronią w ręce, w ruchu oporu, w różnych organizacjach polityczno-wojskowych. Po kilkudziesięciu latach od tamtego września 1945 roku trudno wyobrazić sobie tak złożoną szkołę, a już wprost na fantazję zakrawa fakt, że jej twórca i pierwszy dyrektor potrafił zapanować nad podobną zbiorowością, na dodatek mówiącą różnymi językami: polskim, niemieckim, rosyjskim - dzieci repatriantów z ZSRR - i gwarą śląską. Były także dzieci żydowskie.
Synowa Grabowskich, wspominając lata 1945, 1946, lata swojego w tym Zakładzie sekretarzowania zupełnie nie przypomina sobie jakichkolwiek zatargów, nieporozumień, konfliktów: między nauczycielami nawzajem, nauczycielami i uczniami, między gronem pedagogicznym a rodzicami uczniów, między - wreszcie - uczniami wywodzących się z różnych grup etnicznych i narodowych. Wprost przeciwnie, podkreśla znakomitą organizację i szacunek, którym wszyscy nawzajem się darzyli, a przecież czasy były nadzwyczaj trudne, też politycznie i materialnie bardzo ubogie.
Przed wakacjami w 1947 roku Grabowski został odwołany ze stanowiska dyrektora tej szkoły. Przyczyną tego posunięcia władz oświatowych było stanowisko miejscowego i wojewódzkiego ówczesnego Urzędu Bezpieczeństwa, które zarzuciło dyrektorowi krycie przeszłości kilku uczniów należących w czasie wojny do AK lub NSZ. Niestety, nastał pierwszy okres "błędów i wypaczeń" ludowej władzy, jaki na pewno na psychice nawet zahartowanych za hitleryzmu osób, także i Grabowskiego wycisnął piętno. Stąd może wzięło się jego powojenne milczenie o własnej działalności przedwojennej i okupacyjnej? W dokumentach z tamtych lat, jakie się zachowały, wypełnianych ręką profesora nie ma śladu o jego pracy w TON i współpracy z AK. Dopiero po 1956 roku, w ankiecie emerytalnej tę działalność Grabowski wykazał, na co miał poświadczenie osób trzecich występujących w charakterze świadków.
Otrzymał przeniesienie do Raciborza. Po rekonesansie, Grabowski przyjął nową posadę. Z Leśnicą rozstawał się z żalem. Plany przyszłościowe, jakie w tym mieście tworzył z myślą o prowadzonej przez siebie szkole nigdy nie zostały przez jego następców i władze oświatowe nie tylko zrealizowane, ale nawet w części wykorzystane. O jego metodach dydaktycznych, które wprowadzał praktycznie w leśnickiej szkole i w nadzorze programów szkół średnich, czy jakie głosił w publicystyce przed wojną, słychać dopiero od trzydziestu ostatnich lat, niestety zaledwie w ścierających się ze sobą mniej fachowych, a bardziej polityczno-klerykalnych dyskusjach, zupełnie nie dających możliwości zdecydowanego podjęcia racjonalnych decyzji realizacyjnych.
Od 1 września 1947 roku Grabowscy pracowali już w Raciborzu. On, jako dyrektor, jego żona, jako nauczycielka przedmiotów przyrodniczych w Męskiej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego imienia Jana Kasprowicza. Oprócz spełniania funkcji administracyjnych Grabowski w starszych klasach licealnych uczył historii, literatury powszechnej i łaciny - tego języka krótko, bo rychło przedmiot ten został przez władze oświatowe zlikwidowany.
Sięgnijmy tutaj do nagranych na taśmie magnetycznej wspomnień nieżyjącego już od wielu lat, Stanisława Mleczki, kilkuletniego współpracownika dyrektora-profesora Grabowskiego, z wykształcenia również filologa klasycznego, nauczyciela w szkole raciborskiej nr 9, im. Jana Kasprowicza, który osiadł w tym mieście zaraz po zakończeniu działań wojennych.
"- Byłem już dość zadomowiony w Raciborzu, w którym rozpocząłem pracę w 1945 roku, od 1 września, czyli, że już dwa lata przebywałem w tym tak okropnie doświadczonym przez los, przez wojnę, mieście, kiedy z końcem sierpnia 1947 roku przybył z rodziną Józef Grabowski. Okazał się człowiekiem bardzo komunikatywnym, łatwym we współżyciu, miłym i zewnętrznie bardzo ułożonym. Poznałem go zaraz w pierwszych dniach września. Tak, jak to mówi jakiś biograf o Wergiliuszu, poecie rzymskim, statura fuit grandi - postawy był słusznej. Przypuszczam, że lat miał wtedy pięćdziesiąt parę(...). Postać Grabowskiego była ujmująca, jakoś się czuło, że można było lgnąć do tej postaci. Był bardzo ku sobie pociągający(...).
Rozpoczęliśmy pracę w szkole. Profesor, dyrektor Grabowski, był dość wszechstronny, jeśli chodzi o przygotowanie zawodowe i posiadaną wiedzę przede wszystkim. On mógł wykładać i miał do tego znakomite podstawy, żeby uczyć historii, łaciny, literatury. Z czasem ja przylgnąłem do niego, on do mnie, mimo, że dzieliła nas różnica wieku około dwudziestu lat(...). Wnet podszedł do mnie zwracając się "panie Stanisławie"(...). No, ja nie mogłem się odwzajemnić zwrotem "panie Józefie", bo(...) ta różnica wieku, no i był moim przełożonym. Dlatego ciągnęliśmy ku sobie, bo nas przyciągał język łaciński. Jestem filologiem klasycznym, studiowałem w Krakowie, Grabowski też stamtąd się wywodził, więc był czynnik, który nas zjednywał ku sobie(...).
Współpraca i atmosfera między dyrektorem i gronem nauczycielskim wytworzyła się - i to natychmiast po pierwszym wejściu nowego dyrektora do naszej szkoły - wprost idealna. Pan Grabowski okazał się prawdziwym humanistą; miał bardzo ludzkie podejście do każdego z nas, był zawsze bardzo opanowany, spokojny, głos nawet modulował(...). Naprawdę ten głos był atłasowy, miły, równy, nie ulegał on skokom, czy jakimś zaaferowaniom. Grabowski odznaczał się wielkim taktem wobec wszystkich, czy to byli nauczyciele, czy to byli uczniowie, czy to byli rodzice uczniów, do wszystkich odnosił się zawsze z wielkim opanowaniem, szacunkiem i humanistycznym podejściem".
I inne wspomnienie Stanisława Mleczki, dotyczące warunków materialnych i obrazu miasta, jakie zastał po swoim do Raciborza przyjeździe i gdzie Grabowski pozostał już do końca swoich dni.
"- Racibórz wyszedł z wojny w 85 procentach - w stosunku do stanu przedwojennego - zniszczony. Największe gruzy zalegały śródmieście, wokół Rynku, ulicy Długiej, Rzeźniczej, Daszyńskiego146, Stalina147, Ogrodowej... Wszyscy, my, mieszkańcy, odgruzowywaliśmy, ulicę za ulicą. Jak wyglądało to odgruzowywanie? Po pracy, po siedmiu, ośmiu godzinach wykładów szedłem na obiad, który składał się albo z piwa tylko, albo z zupki botwinki, i po takim obiedzie szło się do odgruzowywania.
Szło się, na przykład dzisiejszą ulicą Długą, z dołu do góry(...). Wysokość gruzów sięgała pierwszego piętra. Miasto Racibórz było nawiedzane wtedy przez różne kataklizmy. Najpierw była epidemia tyfusu. Wtedy poznałem różne jego gatunki: Tiphus abduminales, tiphus recurrens(...). Ludzie tutejsi wymyślili Kopfftiphus(...) czyli tyfus głowowy, choroba objawiała się przede wszystkim bólem głowy. Potem był świerzb, biegunki, no i wszy pleniły się niesamowicie. Choroby weneryczne... Nie było światła, wody, chleba też nie było. Ja mogłem co jakieś dwa tygodnie wyjeżdżać do Tarnowa, tam, u rodziny zaopatrywałem się w chleb. A co to były za podróże?(...) Wiadomo było, że się wyjechało, ale czy się dojedzie, kiedy i gdzie, i czy się wróci?
W tym czasie na wezwanie władz polskich bardzo dużo ludzi przybywało do Raciborza, ale nie wszyscy zostali. No i była jeszcze jedna plaga, z jaką walczyliśmy: szabrownictwo(...). Ci, którzy się osiedlili w tym zniszczonym, trudno powiedzieć mieście, raczej Racibórz stanowił wtedy jednostkę administracyjną na mapie, więc ci, którzy się osiedlili w tym prastarym, słowiańskim grodzie zabrali się serdecznie do szczerej i ciężkiej pracy. Tych ludzi nazwałbym prawdziwymi, wypróbowanymi patriotami".

Piszący te wspomnienia doskonale przypomina sobie opisywane przez Stanisława Mleczkę tuż-powojenne lata raciborskiej ziemi. Pamięta trudne chwile związane z wymienionymi wyżej epidemiami zwalczanymi w mieście przez jedynego wtedy w Raciborzu spawnego fizycznie lekarza, dra Bratka, a w okolicach - Miedonia, Rudnik, Strzybnik, Modzurów, Gamów... przy pomocy tego lekarza i przez usiłowania własnej matki. A jedynymi lekarstwami, antidotum przeciw tym nawiedzającym raciborszczyznę zmorom były tylko takie środki, jak tran, mydło podłej jakości, dermatol i przegotowana woda...
W identycznych warunkach mieszkał i pracował Grabowski przez minione dwa lata w Leśnicy Opolskiej, odległej od Raciborza zaledwie o około 50 kilometrów.
Oddajmy się ponownie wspomnieniom Stanisława Mleczki.
"- Dla złagodzenia tej ogólnej sytuacji, która w tym mieście, w tamtych latach, była tak ciężka, należy podkreślić jedną, jasną stronę tych czasów i życia ludzi w podobnych warunkach: nie było antagonizmów, prywatnych, zawodowych, czy społeczno-politycznych. Ci, którzy się zdecydowali zostać w Raciborzu, to byli ludzie chcący się poświęcić ojczyźnie i coś dla tej ojczyzny zrobić(...). Otoczenie, w jakim byłem, w szkole, w instytucjach miejskich, mocno konsolidował Grabowski. Była to nieprzeciętna postać.

W tak małej wówczas społeczności raciborskiej148 bardzo szybko dał się wszystkim poznać. Jego stosunek do tej społeczności był bardzo ujmujący. Zwłaszcza do młodzieży był - powiedziałbym - przyjacielski. Jeśli natomiast chodzi o warunki pracy kadry pedagogicznej, nie pamiętam, aby w ciągu wielu lat współpracy z profesorem Grabowskim, najpierw w okresie jego dyrektorowania, później jako szeregowego nauczyciela, były jakieś, na terenie szkoły, nieporozumienia, czy zatargi. Umiał być wspaniałym mediatorem i zanim coś wybuchło, już było po wszystkim(...). Pojęcia "konflikt" nie było. Praca, współpraca z nim i wszystkich nauczycieli między sobą układała się bardzo dobrze. I dobrze, że się tak działo, bo przynajmniej w tych trudnych warunkach materialnych pracę mieliśmy spokojną i owocną(...). Te lata, w których dyrektorował w szkole profesor Grabowski uważam za najszczęśliwsze w mojej pracy zawodowej".
Przypomnijmy, kto wówczas uczył w tej szkole. Rusycystą był były kurator lwowski, profesor Gadomski, wtedy człowiek w bardzo już podeszłym wieku. Z pp. Gadomskimi, na początku swojego pobytu w wypalonym i zgruzowanym Raciborzu - w 1945 roku z niezrozumiałych powodów strategicznych przez wojska rosyjskie - Grabowscy współmieszkali w jednym lokalu przy ulicy Winnej (nr domu 4 lub 6), na parterze. Na pierwszym piętrze mieszkał znany raciborski lekarz-ftyzjatra, Antoni Brodziak.
Uczniowie, z klas podstawowych, ale i licealnych przezywali pana Gadomskiego "Tietradką". Natychmiast po wejściu do klasy wołał, nieco skrzekliwie: "- Atkrywajtie swai tietradki!" - otwierajcie swoje zeszyty. Był to uświęcony przez niego rytuał. Profesor Gadomski zmarł chyba w 1951 roku uprzednio pochowawszy swoją żonę uchodzącą wśród znajomych za niebywale uroczą damę. W Raciborzu profesor Gadomski był już człowiekiem zmęczonym swoimi latami i ciężkimi przejściami wojennymi. W szkole Kasprowicza niczym szczególnym nie zapisał się w pamięci uczniów. Był jednak wielce zasłużonym pedagogiem, w swoim czasie bardzo cenionym kierownikiem oświaty okręgu lwowskiego, jeszcze na długo przed pierwszą wojną. W chwili śmierci liczył blisko dziewięćdziesiąt lat...
W szkole stopnia podstawowego - taka była ówczesna szkolna nomenklatura nazewnicza, dość logiczna zresztą - uczyła, pośród innych nauczycieli - pani Stefania Kirikow, też pochodząca ze Lwowa, dalej: pani Pawłow lub Pawłów, pani, a właściwie panna Burdówna, wielki oryginał słowotwórczy... Wszystkie te nauczycielki były pedagogicznymi indywidualnościami. Jeszcze wtedy bowiem, tamto pokolenie nauczycieli zawodowy rodowód wywodziło głównie z powołania, posiadało autorytet i to coś, szczególne tylko prawdziwemu pedagogowi nadane, co potrafiło przyciągnąć do niego w jednej klasie szeroki kalejdoskop charakterów uczniowskich, co charakteryzowało się statusem posiadania wiedzy i umiejętnością jej przekazywania.
Oficjalny program nauczania w zasadzie stanowił tylko wytyczne do materiału, jaki należało przerobić, ale akcenty stopnia ważności poszczególnych jego partii zaznaczał nauczyciel, czasem nawet rezygnując z niektórych, mniej jego zdaniem ważnych, czy przydatnych rozdziałów, czas na ich przyswajanie przeznaczając ciekawszym - według jego wiedzy - tematom. Cudowne lekcje polskiego w podstawówce z panią Kirikow... Omijając, skracając lekcje nudnej gramatyki wiele godzin poświęcała na czytanie, już na przykład w trzeciej klasie na czytanie obszernych fragmentów Sienkiewicza, Mickiewicza, Tetmajera, Żeromskiego, a także literatury obcej - nawet bardzo poszukiwanego wtedy przez chłopców, a wyklętego przez władze oświatowe, Karola Maya - w najlepszych dla tego czasu tłumaczeniach.
Należy tu zaznaczyć, że był to jeszcze okres wszelkich braków na polskim, zwłaszcza prowincjonalnym rynku. Nie było i książek. Dobrze więc, gdy nauczyciel przynosił z jakiejś prywatnej biblioteki, najczęściej ze swojej, wartościową, ciekawą książkę do szkoły. Za jednym zamachem jej treść poznawało kilkanaścioro, często nawet kilkadziesięcioro dzieci. Poza tym wiek uczniów we wszystkich klasach tamtych szkół był bardzo niejednolity. Autor tych wspomnień pamięta, że do jego trzeciej klasy w roku 1949 uczęszczali chłopcy - szkoła była męska - liczący sobie lat od dziewięciu do piętnastu. I, co gorsza, to ci starsi w przeciwieństwie do młodszych kolegów, na ogół nie umieli czytać lub umiejętność tę posiadali w niewielkim stopniu. Opanować taką klasę złożoną z około trzydziestu pięciu dorostków i prowadzić w niej normalne lekcje, zgodnie z programem, nie było sprawą prostą i łatwą. Nauczyciele musieli wynajdywać różne sposoby i możliwości dyscyplinujące, utrzymujące klasę w ryzach, ale i edukacyjne, dostosowane bardzo indywidualnie.
W tamtej trzeciej klasie wszyscy jej uczniowie, niezależnie od wieku przeszli do następnej już z umiejętnością biegłego czytania i - co najmniej z mocno rozbudzonym zainteresowaniem do uprawiania tej sztuki. Nastawały czasy, początki lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia - taniej książki i masowych, wielotysięcznych wydań. Czy był w naszym kraju lepszy czas powszechnego czytelnictwa i większej wśród młodzieży ciekawości świata?
Nauka u takich ówczesnych pań Kirikow polegała na umiejętnym czytaniu przez nią lektury, przy okazji omawianiu poniektórych zdań, tłumaczeniu słów, zastanawianiu się nad szczególnie interesującymi zwrotami, nad melodią języka i jego harmonią... Definicji gramatycznych może tamtejsi uczniowie klas trzecich nie poznali zbyt dobrze, ale praktycznie, co w tamtych rejonach Polski było szczególnie ważne, umieli się posługiwać językiem polskim lepiej niż większość dzisiejszych licealistów nawet renomowanych szkół stołecznych stosujących najczęściej w porozumiewaniu się bełkot telewizyjny.
Matematyki w młodszych klasach uczył pan Wachtarczyk, w starszych, licealnych, profesor Zontek.
Profesor Zontek zapisał się w pamięci swoich dawnych uczniów jako wybitny matematyk bardzo przystępnie wykładający swój przedmiot. Był raczej niskiego wzrostu, nosił ostro strzyżoną bródkę, życzliwy wszystkim, ale surowym egzekutorem wyłożonego materiału.
Chemii i francuskiego uczyła Niemka, pani profesor Siara. W 1958 roku wyjechała z synem i córką do zachodnich Niemiec. Geografię, później również i francuski wykładała pani Karolina Górzyńska, przedwojenna absolwentka paryskiej Sorbony. Innym matematykiem w licznych klasach licealnych był... filolog klasyczny, wspomniany tu wyżej, cytowany Stanisław Mleczko. W tamtych latach nawet filolog znał matematykę, a fizyk mógł być całkiem dobrym polonistą.
Profesor Mleczko wyjawił "tajemnicę" swojego matematycznego zawodu. Otóż po zlikwidowaniu w szkołach nauki łaciny, z powodu nadmiaru nauczycieli humanistów, a braku matematyków, zaproponowano mu bycie właśnie nauczycielem tego ścisłego przedmiotu w klasie VIII i IX liceum. Zgodził się. Jak było to możliwe? Tak w początkach lat osiemdziesiątych minionego wieku odpowiadał na to pytanie:
"- Pochodzę ze wsi. Jestem synem biednego chłopa spod Tarnowa, a więc z tej słynącej nędzą przedwojennej Galicji. Po ukończeniu przeze mnie szkoły powszechnej, co też dla moich rodziców było niesłychanie trudne, nie było mowy, aby rodzina mogła pomagać mi materialnie w kształceniu się. Nie było stypendiów. A trzeba było płacić za stancję149, wyżywienie, odzież... A sama nauka ile kosztowała? Książki, literatura, korzystanie z czytelni, bibliotek itd., itd... To nie było na kieszeń mojego ojca. Chciałem się uczyć. A poza tym nie było dla mnie miejsca na wsi w wielodzietnej rodzinie. Pojechałem do Krakowa i zapisałem się do gimnazjum. I musiałem, ucząc się, pracować: korepetycje i inne, bardziej przyziemne zajęcia(...). Wiedziałem ile mnie kosztuje zdobywanie wiedzy, nauczyłem się i pracę, i naukę cenić. Nie mogłem oblać, na marne poszedłby mój wysiłek i z nim moja przyszłość. A wtedy nie było żadnej taryfy ulgowej. Po prosu się uczyłem. I ta matematyka ze szkoły średniej utkwiła mi w głowie, jak wszystko, czego się człowiek uczył z pragnieniem poznania. Po latach wystarczyło, że brałem do ręki program i podręcznik i już wiedziałem, o co chodzi... Mogłem być nauczycielem tego przedmiotu w zakresie szkoły średniej. A w moim gimnazjum, do którego ja uczęszczałem, program z matematyki był obszerniejszy, niż w tym, w jakim byłem zmuszony jej uczyć".
Profesor Jadwiga Kapuścik. Polonistka, też rodem z Galicji, z ziemi rzeszowskiej, naukowo z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W Raciborzu mieszkała od lat trzydziestych. Wyszła za mąż za działacza Związku Polaków w Niemczech, który wiele lat spędził w hitlerowskich kacetach. Jako nauczycielka, Jadwiga Kapuścikowa była bez większych sukcesów. W latach polskiego stalinizmu mocno się związała z reżimem przynależnością w PPR, potem z PZPR. Przejścia i trudy życiowe, miała chyba pięcioro dzieci, uczyniły z niej przeciętnego i zgorzkniałego wychowawcę i nauczyciela wzorowo trzymającego się programu szkolnego i ówczesnej, rządzącej ideologii. Umiała jednak znakomicie wychować własne dzieci, wszystkie wielokierunkowo uzdolnione wykształciły się i rychło dały o sobie znać, na przykład w nauce polskiej. Zmarła przedwcześnie, po trwającej rok, ciężkiej chorobie, w 1961 roku. W kondukcie pogrzebowym, oczywiście pogrzeb był świecki, jej starszy brat, ksiądz, który w latach jej nauki utrzymywał ją, łożył na jej kształcenie, nie szedł tuż za trumną, z najbliższą rodziną. Jego wysoka postać w obszernej sutannie widoczna była u końca bardzo długiego orszaku, za klasami i nauczycielami wszystkich raciborskich szkół, za personelem urzędów miejskich, komitetu miejskiego PZPR, milicji, za delegacjami z województwa...
Od 1945 roku w raciborskiej szkole Kasprowicza pracował niejaki pan Charzewski. Uczył różnych przedmiotów, jako tzw. "zapchajdziura". Nie wiadomo czy był w pełni kwalifikowanym nauczycielem. Do Raciborza nadszedł od wschodu. Również był, jak się to mówiło, mocno partyjny. A to były wówczas najwyższe kwalifikacje... W tamtych latach kwitły przeróżne anomalie. Na przykład dyrektorem raciborskiej cukrowni został niejaki Cieślik, analfabeta, jakiś odprysk z armii radzieckiej, choć z pochodzenia ukraiński Polak. Jego legitymacją do objęcia tej funkcji było poprzednie stanowisko, piastował bowiem funkcję przewodniczącego miejskiego... Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Zwolniono inżyniera, zawodowego cukrownika, wieloletniego dyrektora cukrowni w dawniej polskim Chodorowie, zatrudniono analfabetę.
Pan Charzewski wprawdzie nie był analfabetą, ale jego umiejętności pedagogiczne charakteryzowały się wyjątkowo mierną klasą. W zakamarkach pamięci uczniów zapisał się jednak jako człowiek uczciwy i nie za bardzo wymagający, nie mogło być inaczej, często uczniowie więcej od niego wiedzieli. Najdziwniejsze było, że pan Charzewski, po odejściu z tej szkoły Józefa Grabowskiego został tego "ogólniaka" dyrektorem. Funkcję tę pełnił do 1959 roku. Zmarł w bardzo sędziwym wieku, w początkach lat osiemdziesiątych.
Przyrody uczyła w klasach licealnych Kazimiera Grabowska. Lekcje się odbywały we wspaniałym gabinecie pod jej nadzorem urządzonym przez starszych uczniów. Duża sala była zastawiona akwariami, gablotami z zasuszonymi okazami fauny i flory, także spoza naszej szerokości geograficznej, klatkami z żywymi ssakami, ptakami, owadami i gadami, oczywiście było dużo żywej zieleni. Na szafach stały słoje z zatopionymi w formalinie płodami i dorosłymi rzadkościami drobniejszych zwierząt.
Zajęcia odbywały się w sposób praktyczny, przy lupie, przy mikroskopie, przy sekcji dokonywanej na żywym eksponacie... Na lekcjach pani Grabowskiej można było prowadzić również dyskusje ogólne, ale i szczegółowe rozmowy poruszające tematy socjologiczne, czy też dotyczące biologii człowieka. Były prowadzone dysputy - dzisiaj ciągle bardzo rzadkie w naszych szkołach - o miłości, nienawiści, o patologiach i ich przyczynach, anomaliach, o fizjologii i o tysiącu zwykłych, codziennych sprawach, dla młodzieży często trudnych, które - bywało - stawały się problemem nie do przebrnięcia, o jakich nie rozmawiało się z rodzicami, a które niezmiernie nurtowały młode umysły pokolenia lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w.
Z panią profesor Grabowską można było poruszyć każdą sprawę. Nauczycielka traktowała uczniów poważnie, nigdy nie uciekała od podejmowania trudnego tematu. Uczniowie na jej lekcjach czuli się swobodnie, zupełnie nieskrępowani poruszaniem tzw. wstydliwych treści, na przykład dotyczących seksualności człowieka. W godny sposób wspólnie rozmawiali, dotykali kwestii właściwymi słowami, okazywali się bardzo dojrzali. Wiele razy, głównie dziewczętom, ale i chłopcy też się zgłaszali, już nie w obliczu klasy, a w cztery oczy, w jakimś ustronnym kącie, pani Grabowska pomagała w rozwiązywaniu najbardziej ich intymnych problemów. Tę nauczycielkę młodzież darzyła wyjątkowym szacunkiem i zaufaniem. A jej lekcje dla surowych umysłów uczniów stanowiły szerokie otwarcie do zrozumienia skomplikowanych ustrojów czekającego na nich świata, do dostrzeżenia miejsca człowieka w łańcuchu zależnych od siebie symbioz, a także do umiejętności obiektywnego poznawania i osądzania samych siebie, zwłaszcza własnych ułomności. Pani Kazimiera nie wygłaszała wykładów. Każdy kolejny temat był omawiany głównie przez młodzież. Nauczycielka zadawała pytania, albo - naprowadzając - omawiała krótko bardziej niezrozumiałe szczegóły problemu, posługując się przykładami lub eksponatami. Jej lekcje były zawsze za krótkie.
Budynek szkolny...
Szkoła mieściła się w ocalałym z pożogi wojennej budynku specjalnie w celach dydaktycznych wzniesionego z końcem dziewiętnastego lub w początkach dwudziestego wieku. Przez wszystkie lata jego istnienia zawsze była w nim szkoła średnia. Dzięki szybkiemu zagospodarowaniu gmachu, już wiosną 1945 roku - plaga szabrownicza nie zdążyła dotrzeć do jego wnętrz - udało się ocalić większość umeblowania i zasobów naukowych - bibliotekę, eksponaty, urządzenia gabinetów fizyczno-chemicznego i przyrodniczego.
Do dzisiaj, zewnętrznie, szkoła nic się nie zmieniła. Od dwóch stron jest otoczona ogrodem, na prawo od głównego wejścia znajduje się piętrowy budynek gospodarczy, od frontu jest boisko i - za nim - duża sala gimnastyczna, w czasie działań wojennych zburzona, rychło odbudowana przez inżyniera, Bronisława Koreywę i oddana w dydaktyczne władanie ówczesnemu nauczycielowi wychowania fizycznego, panu Sowie.
Budynek - od zewnątrz - prezentuje się okazale. Cztery piętra murowane z dobrej cegły, chyba klinkierowej, zwieńczone nad wysokimi połaciami dachu sygnaturką. Na uwagę zasługiwał wystrój wnętrz sekretariatu, gabinetu dyrektora i okazałej auli ze sceną i "jaskółkami" po jej bokach: pod sufit sięgały dębowe okładziny z, w sposób urozmaicony, przyciętymi tzw. wyłogami, uskokami, płycinami graniowymi mocowanymi na różnych wysokościach. W auli charakterystyczne były pluszowe obicia.
Klasy mieściły się po bokach długich korytarzy, wzdłuż których, przed laty, umocowane były wieszaki na ubrania. W tamtych, trudnych materialnie latach powojennych nie zdarzały się kradzieże. Takich szatni, zamykanych, jakie są w dzisiejszych szkołach, nie było. Po terenie szkoły chodziło się w tym samym obuwiu, co i poza nią, jesienią, zimą, wiosną. Były dwie, czy trzy sprzątaczki, które po lekcjach, z dnia na dzień, doprowadzały klasy i korytarze do idealnego porządku. Na podłodze korytarzy leżała ceramiczna posadzka, w klasach były dębowe deski, co pół roku nasączane jakąś czarną substancją, przez kilka tygodni od chwili jej nałożenia wydzielającą mdły zapach tranu. Na ścianach wisiały, jeszcze poniemieckie portrety pisarzy, filozofów, uczonych, artystów... Z roku na rok przybywało pamiątkowych tableau z fotografiami kolejnych absolwentów i nauczycieli wypuszczających swoich uczniów w świat.
Bodajże w 1950, czy w 1951 roku, podczas wykładu z historii na wieczorowym kursie liceum dla dorosłych, Grabowski wyraził swój, naukowo zresztą dość uzasadniony pogląd, że w Polsce to tak po prawdzie nie było ustroju feudalnego. Jeden ze słuchaczy, późniejszy wieloletni wykładowca w raciborskim Studium Nauczycielskim, niejaki Cz., pochwalił się tym wnioskiem Grabowskiego w powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa. I - jak analfabeta, ale szef miejscowego TPPR mógł być dyrektorem wielkiej cukrowni i znajdującego się przy niej zakładu chemicznego, wówczas noszącego nazwę "BUTANOL", tak Grabowski nagle okazał się jako nie mający odpowiednich kwalifikacji - politycznych zapewne, bo głosząc podobne tezy stał się nagle wrogiem ludu - przestał mieć możliwości pełnienia funkcji dyrektora i nauczyciela szkoły średniej.
Charzewski przejął jego stanowisko, wicedyrektorami zostali: Kapuścikowa i Wachtarczyk. Grabowski - dobrze choć, że uniknął jakiegoś procesu politycznego - został zmuszony do odejścia z "Kasprowicza". Ten cios przeżył wyjątkowo głęboko. Prawdopodobnie od tamtego czasu zaczął miewać kłopoty z sercem. Przeszedł do drugiego liceum raciborskiego, wtedy usytuowanego przy ul. Stalina, dzisiaj imienia Adama Mickiewicza na ul. Ocickiej (dzisiejszej St. Wyszyńskiego), koedukacyjnego, jakim wówczas kierowała Irena Ścibor-Rylska. W tej szkole uczył historii, literatury i - w godzinach pozalekcyjnych, nadobowiązkowych, ale oficjalnie dozwolonych po 1956 roku - łaciny. Pracował tam, już jako szeregowy nauczyciel, prawie dwadzieścia lat. Każdego dnia tygodnia, w upał, w deszcz, podczas zawieruchy zimowej, jego wysoka, krzepka sylwetka przemierzała około sześciokilometrową - w obie strony - trasę. Nienagannie schludnie, zawsze elegancko ubrany, z nieodzowną teczką z jasnej, beżowej skóry, trzymanej w obu dłoniach rąk przełożonych za siebie, nigdy z opuszczoną głową, spoglądający na mijających go przechodniów z uśmiechem na ustach i w źrenicach wyglądających z życzliwością zza mocno minusowych szkieł w drucianej oprawie, z czasów lat czterdziestych, wojennych jeszcze, dziarskim krokiem maszerował - rano - od placu Jagiełły, przy którym wtedy Grabowscy mieszkali, ulicą Sienkiewicza, dalej obok dużego parku miejskiego z ogromnym stawem, potem całą Waryńskiego, częścią Opawskiej i kawałkiem Ocickiej, późnym popołudniem - w odwrotnym kierunku.
W powojennych latach Grabowscy opiekowali się wnukami, dziećmi przybranego syna, Stanisława T. Do czasu ukończenia szkoły średniej one również mieszkały w Raciborzu, przy placu Jagiełły. Dziadka nazywały "Lulki" - z powodu jego nieodłącznie z nim związanej, wiecznie pykajacej fajki i częstego recytowania im ballady "Pani Twardowska" Mickiewicza. "Jedzą, piją, lulki palą..."
Wróćmy jeszcze do wspomnień Stanisława Mleczki.
"- Po 1948 roku, po zjednoczeniu się PPS i PPR również nastąpiło zjednoczenie się w Polsce organizacji ludowych. Powstało Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Ja, chociaż byłem synem chłopa, jakoś uchylałem się od działalności politycznej. Jednak pod wpływem bardzo rzeczowych i realistycznych dla tamtego czasu argumentów pana Grabowskiego wstąpiłem do ZSL.
Grabowski bardzo intensywnie się poświęcił pracy wśród ludu śląskiego. Bardzo często wyjeżdżał w okolice Raciborza, do chłopów(...)"
Miewał z nimi pogadanki na przeróżne tematy, społeczne, polityczne, gospodarcze. Często używać musiał języka niemieckiego, na przykład w takich Pietrowicach Wielkich, czy Miedonii, gdzie mieszkało wielu autochtonów nie znających języka polskiego. Gdzie indziej w porozumiewaniu się z ludźmi pomagał sobie rosyjskim; w Kietrzu, w Głubczycach... tam większość stanowili repatrianci z ZSRR. Wszędzie, gdzie Grabowski "agitował" powstały wyjątkowo znakomicie - przez lata - działające spółdzielnie rolnicze, ludzie do dzisiaj żyją w tych okolicach w wyższym do średniego - w kraju - dobrobycie.
"- Włączył się również w działalność Towarzystwa Wiedzy Powszechnej. Czasem utyskiwał na trud, jaki ta jego praca oświatowo-polityczna wniosła w jego już podeszły wiek. W tamtych latach nie było komunikacji, po terenie jeździło się furmankami, bryczkami, rzadko trafiał się jakiś wojskowy gazik. Prelegent długie trasy przemierzał wiele razy pieszo (...).
Grabowski był osobowością rzutką i jak to się mówi... animal sociale. Władze szybko się poznały na jego kulturze, na jego wiedzy i doświadczeniu życiowym. Rychło stał się członkiem Rady Narodowej. Radnym, przewodniczącym Komisji Kultury był już do końca życia, aczkolwiek w kilku ostatnich miesiącach nie mógł już uczęszczać na zebrania i prowadzić czynnej działalności społecznej dla dobra miasta, ponieważ zmogła go choroba serca.
Co najważniejsze, był to człowiek nadzwyczaj, nadzwyczaj skromny, nie wiele o sobie mówił, czy o swojej działalności w latach minionych, był prawdziwym humanistą, o czym świadczy jego podejście do własnych obowiązków, do ludzi, którymi kierował, jakich wychowywał, jego podejście do pracy społecznej. Nie sposób pominąć tę postać milczeniem".
Pracując do końca w ukochanym przez siebie zawodzie, Józef Grabowski zmarł w 1971 roku. Pochowany został na cmentarzu bytomskim. Życzył sobie pozostać wśród Ślązaków. Jego żona, od 1969 roku spoczywa na warszawskich Powązkach.
Prolog o smaku edukacji współczesnej
W dniu 7 listopada 2004 roku, w godzinach wieczornych, dziennik jednej ze stacji telewizji komercyjnej nadał krótką, między innymi informacjami, wiadomość. Trudno nazwać ją niecodzienną. Niestety, już coraz częściej patologia przekracza progi szkolne, nawet wkraczając do zakładów elitarnych. Do niedawna jeszcze drugie liceum ogólnokształcące w Raciborzu, im. Adama Mickiewicza, bezsprzecznie stanowiło szkołę elitarną, od czasów dyrektorowania w nim Ireny Ścibor-Rylskiej, po kierownictwo wspaniałego pedagoga, uroczego człowieka, jakim był profesor Ginalski. Tak pod względem wysokiego poziomu nauczania, jak i morale uczęszczających do niej uczniów i opuszczających jej progi absolwentów. To oni, stopniowo, chwalebnie zapisując swoje nazwiska w wielu dziedzinach życia narodu polskiego dają świadectwo tamtej swojej szkole. Tamtej!, bo od dnia 7 listopada 2004 roku tamtego liceum już nie ma!
W początku nowego roku szkolnego otóż, uczniowie starszych klas kolegom pierwszej przygotowali "uroczystość" inicjacji i zrealizowali jej poszczególne punkty. Z komunikatu dziennika telewizyjnego świat się dowiedział o możliwych w Polsce sposobach znęcania się lada chwila absolwentów - a więc już dobrze ukształconych, zdawałoby się, humanistów - nad młodszymi kolegami. Dotkliwe bicie, wkładanie głów do pełnych sedesów w szkolnej ubikacji, markowanie gwałtów homoseksualnych...
"Impreza" została sfilmowana amatorską kamerą przez jednego z pomysłodawców i wykonawców tej "inicjacji". - Czy w interesie starszych "kolegów", w celu późniejszych możliwości ich ekscytowania się dokonanym wyczynem, a może jako instruktaż dla przyszłości tworzącej nową dla polskiej szkoły tradycję?
Komunikat telewizyjny, ilustrowany kilkoma ujęciami wspomnianego wyżej "filmu" zakończony został: enuncjacją dziennikarza o - jakiś czas temu - przekazanych przez rodziców dyrektorowi szkoły informacji o tej "imprezie" i, w kolejności zdarzeń na ekranie, pustymi słowami zdziwienia, niewiedzy i bezradności obecnego dyrektora szkoły.
Był podobny przypadek szkolnej patologii, choć nie aż tak drastyczny. Tamta szkoła została natychmiast rozwiązana, a jej pedagogom odebrano możliwość zatrudnienia w zawodzie nauczyciela. Jednak tamten - wówczas - precedens nie miał miejsca w granicach polskiej rzeczywistości, nikt tam jego przebiegu nie filmował w celach publicznej ekspozycji i zdarzył się prawie pięćdziesiąt lat temu.
Fotografie ze zbiorów autora wspomnień
Przypisy publikujemy w oddzielnym oknie, jako część II książki.