Machermo Kang, czyli rzecz o mrozie
Z wypraw, na których byłem, opisuję tylko trzy. Dlaczego akurat te? Dlatego, że każda z nich była zupełnie inna. Hindukusz - to góry na pustyni, wielkie, ale stosunkowo łatwe (o ile siedmiotysięcznik w ogóle można uznać za łatwy). Kaszmir, - to potworna dzicz, dżungla, niedźwiedzie, tygrysy. Trzecia wyprawa, na Machermo Kang w Nepalu, to samo serce wielkich Himalajów - Solo Khumbu - no i warunki działania tej wyprawy były też dość osobliwe.[1] Po pierwsze, choć wyjechaliśmy z Polski w licznej grupie, to większość z tej grupy stanowili turyści, którzy kilka dni po założeniu bazy poszli sobie w swoją turystyczną stronę i zostaliśmy w składzie czteroosobowym, to znaczy ja z trzema dziewczynami. Ponieważ jedna z dziewcząt musiała wcześniej wyjechać, to kończyliśmy akcję już tylko w trójkę.
Drugą osobliwością tej wyprawy były warunki atmosferyczne. Praktycznie działaliśmy w warunkach zimowych, choć nie było jeszcze zimy kalendarzowej. Zakończyliśmy działalność na przełomie listopada i grudnia, więc formalnie do zimy kalendarzowej brakowało dwóch tygodni. Nie chcę się wdawać w scholastyczną dyskusję czy grudzień - to zima, czy 21 wieczorem jest jeszcze jesień, a 22 rano już zima itp. Ja wyznaję naturalną definicję zimy: zima jest wtedy, kiedy jest zimno, a w każdych górach i każdego roku, przychodzi ona w nieco innym momencie. Wówczas, w 1987 roku, w Himalajach Nepalu potężne zimowe mrozy nastały wyjątkowo wcześnie, już na początku listopada. Tym razem, przez jakieś niedopatrzenie, nie miałem na wyprawie termometru, ale jugosłowiański alpinista Branko, który działał tuż obok, na Ngozungma Kang, powiedział mi, że w tym czasie w ich bazie temperatury wahały się od -42 do -49 stopni. Ponieważ ogólnie wiadomo, że z wysokością temperatura spada o jeden stopień na sto metrów, to w okolicach szczytu Machermo musiało być od -58 do -67 stopni[2]. Według danych meteorologicznych NASA (pomiar z satelity), rekordowego dnia w okolicy szczytu Everestu było -92 stopnie, ale tego dnia nie było tak wysoko żadnego alpinisty.
Machermo Kang Zachodni (5905 m, po prawej) i Środkowy (5977 m) widziane z przełęczy Ranjo. Na dalszym planie od lewej: Pokalde (5806 m) i Tawatse (6542 m). W dole lodowiec Ngozungma. Fot. z archiwum autora.Przełom listopada i grudnia - to okres, w którym działa niewiele wypraw. Wyprawy jesienne już raczej zakończyły akcję, a zimowe - jeszcze nie zaczęły. My nie mieliśmy wówczas świadomości, że jest tak zimno, bo byśmy zwątpili. Jednak nieświadomość czyni cuda. No i prawie nie było wiatru.
Oczywiście, dla polarników te nasze mrozy to mały pikuś. Gdy opowiedziałem o nich jednemu z badaczy Antarktydy, odrzekł: „co mi pan tu nadajesz o upałach". Rzeczywiście, najniższa temperatura zanotowana dotąd na Antarktydzie - to -126 stopni, przy prędkości wiatru około 300 km/godz., a w książce Amundsena „Zdobycie Bieguna Południowego" znalazłem takie zdanie: „dziś prawie ciepło, -53 stopnie".
Amai Dablang (inaczej Ama Dablam, 6856 m) widziany z Khunjung.
Fot. Krzysztof Łoziński.Trzecią cechą osobliwą akcji na Machermo Kang była odległość pozioma z bazy do szczytu, około dwunastu kilometrów, z czego osiem kilometrów na wysokości od pięciu do sześciu tysięcy metrów. Nie muszę chyba tłumaczyć, że kilometr na pięciu tysiącach, to zupełnie nie to samo, co kilometr w dolinie. Na dodatek, na samym początku spadł prawie metr świeżego śniegu, który już nie topniał, i główną rozrywką na wyprawie było mozolne torowanie od początku do końca. Najbardziej dawało to w kość mnie, bo ważąc więcej niż każda z dziewcząt i tak się zapadałem, nawet gdy któraś z nich torowała.
W 1987 roku komuna w Polsce jeszcze trwała, choć mocno nadkruszona, i, niestety, ciągle jeszcze trzeba było organizować wyprawy poprzez jakieś oficjalne instytucje. Oczywiście te instytucje niczego dobrego do wypraw nie wnosiły, za to przeszkadzały co niemiara. Naszą wyprawę organizowałem poprzez Oddział Ursynowski PTTK z Warszawy, a skutkiem ubocznym tego była konieczność zabrania grupy turystów i osób, które „powinny pojechać", bo na przykład dawały zlecenia na prace wysokościowe lub zatwierdzały bez mrugnięcia kosztorysy. Na moje szczęście osoby tej kategorii wycofały się same jeszcze przed wyjazdem, ale co napsuły wcześniej, to napsuły.
Przez PTTK załatwione były prace wysokościowe, którymi mieliśmy sfinansować wyjazd oraz zakupy sprzętu. Całymi tygodniami wisieliśmy na linach, wciskając w szpary domów na Ursynowie czarną maź, zwaną olkitem. W tym czasie kolega Remek załatwiał rezerwacje lotnicze, a kolega Waldek zakupy sprzętu i ogólnie miał czuwać nad kasą. Obaj zapewniali, że wszystko jest w porządku: bilety, sprzęt i kasa będą.
Na tydzień przed wyjazdem spotkaliśmy się wszyscy u Waldka w domu, w Ursusie. Odbieraliśmy śpiwory i kurtki puchowe. Okazało się wtedy, że jest mały szkopuł: nie ma forsy, nie ma rezerwacji lotniczych i biletów. Właściwie to nie ma wyprawy. Ale co się takimi szczegółami przejmować? Wszystkich opadł jakiś marazm. Gaworzą o tym i o owym, kurteczki przymierzają...
Szlag mnie trafił i dostałem jakiegoś niesamowitego spręża, żeby wyprawa jednak wyjechała. Zabieram wszystkie sprawy Remkowi i Waldkowi. Sam wszystko zrobię i wyprawa będzie! Zaczynam dochodzić, co się stało. Okazuje się, że pieniędzy nie ma, bo przelew idzie sześć tygodni, a wyszedł dopiero co. Chodzę cały dzień między płatnikiem a dwoma bankami i próbuję sprawę przyspieszyć, ale nic z tego. Płatnik wysyła do swojego banku polecenie przelewu pocztą, jego bank wysyła przelew do drugiego banku, też pocztą, a ten z kolei zawiadamia odbiorcę o przyjściu przelewu, jakże by inaczej, pocztą. Oczywiście, na każdym etapie przelew musi swoje odleżeć.
Tamserku (6608 m) w świetle księżyca, z drogi do Namche Bazar.
Fot. Krzysztof Łoziński- Pan by chciał tylko szybciej i szybciej - mówi mi jedna z urzędniczek - a to są pieniądze, tak nie można, szybciej i szybciej!
Rok później poleciałem na jeden dzień do Manili na Filipinach. Gdy tylko wszedłem do hotelu, zadzwonił mój kolega z Singapuru i poprosił, bym zrobił mu pewien spory zakup.
- Nie mam przy sobie tyle pieniędzy - powiedziałem.
- No to ci zaraz wyślę - mówi kolega - masz tam jakiś bank?
- Jest tu na przeciwko bank taki to a taki - mówię, czytając przez okno nazwę banku z szyldu.
- To podaj mi numer paszportu i idź tam za piętnaście minut.
Odczekałem na wszelki wypadek godzinę i idę do tego banku. Pokazuję paszport w okienku i nieśmiało mówię, że miały tu dla mnie przyjść pieniądze.
- Leżą od godziny - mówi panienka z okienka - myślałam, że pan już nie przyjdzie.
No tak, ale to są dzikie Filipiny na końcu świata i to trzeciego świata. A żeby tak w Warszawie, na Ursynowie, w środku Europy? O, co to, to nie! Tu musi być porządek, jak przelew, to sześć tygodni i ani dudu mniej!
W końcu udaje mi się przekonać szefa oddziału PTTK, żeby oddział za nas wyłożył, a odebrał sobie, gdy nasze pieniądze przyjdą. Odniosłem pierwszy sukces, są pieniądze, ale dalej nie ma biletów lotniczych. Minęły dwa dni, do wyjazdu zostało pięć.
Idę do LOT-u. Okazuje się, że o Remku i jego załatwianiu nikt tam nie słyszał, składanych przez niego rzekomo pism nikt nie widział. Kolega Remek po prostu bajcował nas, że załatwia, a w Locie nawet nie był. Normalny człowiek, wychowany w normalnym świecie, pomyślałby, że jak są pieniądze, to trzeba iść do kasy i kupić bilety. Ale nie w PRL-u. W PRL-u były linie lotnicze LOT. Myślisz - napisane na szyldzie „linie lotnicze", patrzysz - w środku okienko i napisane „kasa". Nic, tylko kupić bilet. Ale nie. To był jeden z ewenemetów komunizmu: kasa, w której nie chcą pieniędzy. W liniach lotniczych LOT biletów się nie kupuje. Tu się bilety załatwia. To nie jakieś dzikie Filipiny, tu jest Europa! Oczywiście socjalistyczna.[3] Najprostszą formą „załatwiania" było „dawanie", ale ja nie miałem co „dać" i nie wiedziałem komu. Musiałem więc uporać się z problemem inaczej. Koledzy z wyprawy poznańskiej na Perchumo zgodzili się odstąpić mi sześć niewykorzystanych rezerwacji. Ale to był dopiero kawałek sukcesu. Po pierwsze, te rezerwacje były wystawione na inne niż nasze nazwiska i trzeba było załatwić w Locie przepisanie ich na nas, a taka operacja była w tej firmie zabroniona. Po drugie, ciągle brakowało kolejnych sześciu rezerwacji.
Po krótkim rozpoznaniu przedpola stwierdziłem, że jedynym sposobem jest oczarowanie którejś z dziewcząt siedzących w kasach LOT-u przy komputerach. Widać w czarowaniu byłem skuteczny, bo już na trzeci dzień wszystko, czego potrzebowałem, było załatwione. Tyle tylko, że lecieć musieliśmy w dwóch grupach w tygodniowym odstępie. Pierwszą grupę czekało więc siedmiodniowe byczenie się w Delhi.
W Delhi dołączyła do nas Danka, która na stałe mieszka w Londynie i nie leciała z nami. Także już w Delhi opuścił nas Włodek, który planowo nie miał brać udziału w akcji górskiej, choć jest alpinistą, ale przyleciał do Indii studiować tutejszą filozofię.
Cholatse (6440 m) w chmurach. Widok z naszej bazy. Fot. Elżbieta Budzbon.Z Włodkiem była dość zabawna historia. Jak każdy człowiek zakochany w indyjskiej kulturze idealizował ten kraj, ale go nigdy dotąd nie widział. Jeszcze w Warszawie próbowałem mu wytłumaczyć, że realia indyjskie są inne, niż sobie wyobraża, ale pozostawał głuchy na moje przemowy.
- Może tak, jak mówisz, jest w miastach - mówił - ale na wsi nadal rządzi tradycja, ludzie tańczą, śpiewają...
- Myślę że na wsi indyjskiej ludzie przede wszystkim żyją w nędzy i ciężko pracują - odpowiadałem, ale widziałem, że do Włodka to nie dociera.
Indie jak przed wiekami. Arba na drewnianych kołach ciągnięta przez bawoły. Poniżej przydrożny warsztat szewski. Fot. Krzysztof Łoziński.

Każdy, kto pierwszy raz w życiu ląduje w Indiach, nie będąc wcześniej w żadnym azjatyckim kraju, doznaje ogromnego szoku. Szok wywołuje nędza, wszechobecny brud, ogromny ruch uliczny, jakiego nie ma w Europie, gigantyczne, jak na nasze wyobrażenia, tłumy. Do tego dochodzi upał, co najmniej 40 stopni (w cieniu), a i większy nie dziwi. Po pierwszym dniu pobytu w Delhi Włodek był ciężko przerażony, jak wszyscy nowicjusze. W nocy chyba wcale nie spał. Rano, chcąc go pocieszyć, wyciągnąłem go z hotelu Venus, w którym mieszkaliśmy na Main Bazaar, na śniadanie do restauracji u Koshli. A u Koshli, jak to u Koshli. Na brudnym stole rozlane kakao, w nim utopione muchy. Przyszedł kelner, wytarł stół fartuchem, tym samym fartuchem wytarł dla nas łyżki, a potem własne ręce. Jak to u Koshli. Włodek patrzył na to ciężko przerażony.
Zaczynam go pocieszać, że Indie jednak mają swoje uroki, że brud wynika z biedy, ale żyją w tym kraju wspaniali ludzie, są wspaniałe zabytki i piękne miejsca. Włodzio bardzo nieufnie zaczyna jeść. Stoliki u Koshli stoją na ulicy i zaraz obok jest normalny uliczny ruch, jak to na Pahar Ganj, tłum, samochody, riksze i święte krowy. Akurat, gdy Włodzio przełamywał opory i nieśmiało zaczynał jeść, pół metra od naszego stolika znalazła się przypadkowo tylna część ciała przechodzącej właśnie krowy, której akurat przyszła pora na wypróżnienie, więc, jak to krowa, walnęła bez zastanowienia swój placek tuż obok Włodzia. Całą pracę nad niwelowaniem paniki Włodka musiałem zaczynać od początku.
Muszę jednak przyznać, że Włodek, po przełamaniu pierwszego szoku, wspaniale dał sobie radę w Indiach. Spędził samotnie kilka miesięcy w jakimś hinduistycznym klasztorze na południu, koło Bombaju, nauczył się hindi i w następnych latach kilkakrotnie jeszcze odwiedzał Indie. Włodek, pomimo pewnych śmiesznostek, jest przemiłym facetem i jednym z mądrzejszych ludzi, jakich w życiu spotkałem, a że pierwszy kontakt z Indiami miał nieco zabawny, to trudno.
Indie jak przed wiekami. Kierat napedzający maszyny w warsztacie samochodowym i niedotykalny (poniżej) chroniący się przed słońcem szmatą na głowie, bo system kastowy zabrania mu siedzieć w cieniu. Fot. Krzysztof Łoziński.
Po skompletowaniu pełnego składu wyprawy w Delhi, wynajęliśmy „video coach", czyli autobus do Kathmandu, który miał opływać w luksusy. Luksusy okazały się jednak czysto teoretyczne. Video być może w tym autobusie było, ale na pewno nie działało. Dla mnie dużo gorszą sprawą było to, że moje ponoć regulowane siedzenie wcale się nie rozkładało i musiałem spędzić trzy doby siedząc w pozycji wyprostowanej. To były istne tortury dla kręgosłupa.
Jednak wszyskie cierpienia wynagrodziła nam wspaniała trzydniowa podróż przez Indie oraz część Nepalu. Nie można poznać Indii widząc tylko miasta i zabytki. Wiele lat później wielokrotnie polemizowałem z politologami znającymi Azję tylko z ambasad, luksusowych hoteli i ministerialnych korytarzy. Mój obraz Azji jest zupełnie inny, niż tych panów, bo właśnie wielokrotnie podróżowałem autobusem, pociągiem a nawet rowerem lub piechotą przez tereny, na które nie zaglądają ani turyści, ani oficjalne delegacje. Indie wiejskich terenów stanu Bihar są dla mnie co najmniej równie ciekawe, jak Tadż Machal, Złota Świątynia w Amritsarze czy Benares. Najciekawszym doświadczeniem tej podróży był dzień, gdy nasz kierowca zabłądził, i zamiast jechać głównymi drogami, wdał się w tereny, gdzie chyba pierwszy raz widziano białych ludzi, gdzie nikt nie znał angielskiego i gdzie cała wieś nie uzbierała tyle pieniędzy, by wydać resztę z banknotu 50 rupii (ok. 2 dolary). Po prostu nagle zobaczyłem Indie, jak sprzed wieków: bez prądu, bez radia, bez samochodów...
Moje alpinistki z Januszem Majerem, kierownikiem wyprawy na Shisha Pangma, w czasie imprezy w Kathmandu z okazji czternastego ośmiotysięcznika Jurka Kukuczki. Od lewej: Danuta Rycerz, Janusz Majer, Elżbieta Budzbon oraz Irena "Wilma" Dębowska. Fot. Krzysztof Łoziński.W Kathmandu spotykamy wyprawę na Shisha Pangma, która właśnie wróciła z sukcesem z Tybetu i uczestniczymy w wielkiej balandze. Okazja jest nie byle jaka, bo Jurek Kukuczka właśnie wszedł na swój czternasty ośmiotysięcznik i zdobył w ten sposób koronę Himalajów. Niestety, czeka nas kolejny, ponadtygodniowy postój. Aby wyruszyć dalej z Kathmandu musimy załatwić tak zwany Trecking Permit, czyli pozwolenie na trecking. Oczywiście i tym razem nie zamierzam płacić za górę, za oficera łącznikowego, co z niczym nie łączy, a tylko trzeba go karmić itp. Oficjalnie jesteśmy „walking, trecking, foto". Trecking Permit jest niezbędny, bo bez niego nie przejedzie się przez liczne w Nepalu check posty. Załatwienie tego dokumentu niemal zawsze zajmuje kilka dni, bo Nepal, podobnie jak Indie, to kraj wybujałej biurokracji. Tym razem jeszcze trafiliśmy na Jantra Festiwal, trwające tydzień święto religijne, i wszystkie urzędy są zamknięte.
Jantra Festiwal - to specyficzne święto. Hinduiści, którzy przez całe życie muszą być dobrzy, nie jedzą mięsa, nie mogą zabijać nawet owadów, przez jeden tydzień w roku muszą być dla równowagi niedobrzy i od tego jest Jantra Festiwal. Zaczyna się od rytualnego ścinania głów wołów jednym uderzeniem kukri, a potem przez tydzień ścinane są głowy wszystkiego, co popadnie: kóz, kur... Progi domów oblewane są krwią i w ogóle jest bardzo religijnie. Dla mnie Jantra Festiwal oznacza głównie dodatkowy tydzień opóźnienia wyprawy.
Okazuje się, że musimy zmienić cel wyprawy. Dotychczasowy cel, niezdobyty szczyt Takargo (6793 m) w Rolwalingu, jest niedostępny z powodu zamknięcia dla wypraw całego rejonu Rolwaling Himal. Muszę szukać innego celu i mam z tym spory kłopot, bo nie znam Nepalu. Znam oczywiście ze zdjęć, z relacji prasowych, z książek, z opowiadań, ale to nie to samo, co widzieć na własne oczy. W tej części Himalajów wcześniej nie byłem.
W dodatku mapy i materiały zdjęciowe, jakie zabrałem z Polski, dotyczą tylko Rolwalingu. Kupiłem wielką, dokładną, mapę Solo Khumbu i zabrałem się do jej studiowania. Musiałem znaleźć miejsce, z którego można by wybrać do atakowania kilka, najlepiej nie zdobytych, i nie nadmiernie trudnych szczytów o wysokości rzędu sześciu tysięcy metrów, no ewentualnie jakiś łatwy siedmiotysięcznik. Musiałem pamiętać, że moje trzy dziewczyny nigdy wcześniej nie wspinały się poza Tatrami, więc nawet sześć tysięcy to będzie dla nich sporo. Wybrałem trzy cele do bliższego obadania: Pighera-Go Sar (6730 m), cztery wierzchołki, a właściwie cztery odrębne szczyty Machermo Kang (5906, 5977, 6073 i 5766 m) i - jako cel maksimum - siedmiotysięczny Ngozungma Kang (7646 m). Przez chwilę jeszcze rozważałem jako cel szczyt Numbur (6959 m), ale po doświadczeniach z Kaszmiru nie miałem ochoty wdawać się w domarsz długą, porośniętą dżunglą i całkowicie dziką doliną. Obawiałem się, że przez dwa tygodnie będziemy przedzierać się przez chaszcze, oganiając się od tygrysów, a potem nie będzie już czasu na wspinanie.
Najbardziej kusił mnie Ngozungma Kang, wprawdzie zdobyty, ale wysoki. Ten pomysł miał jednak zasadniczą wadę: wysoki siedmiotysięcznik, położony całe piętnaście kilometrów od ewentualnej bazy, raczej przerastał nasze możliwości, siły czteroosobowej wyprawy z bardzo lekkim wyposażeniem. Z kolei Pighera-Go Sar musiałby być atakowany granią, na której po drodze znajdował się jeszcze szczyt Perchamo (6273 m). Trzeba by więc przejść przez Perchamo, obniżyć się na przełęcz i dopiero atakować Pigherę. Takie obniżenie stanowi bardzo duże niebezpieczństwo w zejściu z wierzchołka, kiedy bardzo wyczerpany alpinista musi jeszcze kilkaset metrów podejść do góry, nie mówiąc już o tym, że ma do przebycia około dwóch kilometrów grani na wysokości powyżej sześciu tysięcy. Dodatkową wadą tego pomysłu jest to, że na Perchamo będą działać Poznaniacy, a dwie wyprawy na tej samej górze to jest stanowczo zły pomysł.
Ostatecznie decyduję, że idziemy na Machermo. Według mapy tuż pod dwa ze szczytów Machermo podchodzi lodowiec, więc nie powinno tam być jakiejś strasznej zerwy, która przekreślałaby nasze szanse. Z lodowcem powinniśmy się uporać, jaki by nie był. Jedyny raz w życiu wybrałem szczyt tylko na podstawie mapy, nie mając pojęcia, jak on wygląda. Jakąś decyzję jednak musiałem podjąć, a te szczyty, które znałem ze zdjęć, nie wchodziły w rachubę, bo albo były ogromne, albo szalenie trudne technicznie.
Szczyt Takargo w Rollwalingu (6793 m), który miał być początkowo naszym celem. Wysokość widocznej na zdjęciu ściany ok. 1700 m. Fot. Krzysztof Łoziński.Wydawałoby się, że wyprawa będzie właściwie rekreacyjna, niezbyt wielka i niezbyt trudna technicznie góra powinna łatwo ulec. Ale jak to w górach bywa, pogoda potrafi sprawić, że nawet średnio trudna wspinaczka może się zmienić w ciężką walkę. I tak właśnie było z Machermo: ogromny mróz i metr świeżego śniegu potężnie dały nam w kość. Najgorszego dnia musieliśmy z Elą zawrócić z wysokości 5200 metrów tylko z powodu mrozu, który, według moich obliczeń na podstawie spadku temperatury wraz z wysokością, wynosił tam około - 63 stopnie. Ale nie uprzedzajmy faktów.
---------------------------
Muszę tu wyjaśnić niektóre zjawiska, niezrozumiałe dla ludzi, którzy nigdy nie byli w podobnych warunkach. Z punktu widzenia fizyki istnieje tylko jeden rodzaj temperatury powietrza. Jest to temperatura mierzona w cieniu. Z punktu widzenia ludzi istnieją jednak jeszcze dwa rodzaje temperatury. Jest to temperatura w słońcu i temperatura odczuwalna.
Dla fizyka temperatura w słońcu jest po prostu błędnym pomiarem. Termometr wskazuje temperaturę, do której rozgrzewa się materiał, z jakiego został wykonany pod wpływem promieniowania podczerwonego pochodzącego od słońca. Pokazuje więc temperaturę dużo wyższą od prawdziwej i, co więcej, bardziej zależną od jego budowy, niż od realnych warunków. Jednak w odczuciu człowieka na nasłonecznionym stoku może być mu nawet ciepło, choć termometr umieszczony w cieniu pokazuje potężny mróz. Dzieje się tak dlatego, że nasze ciało odbiera pewne ilości ciepła właśnie w postaci podczerwieni, choć bardzo czyste i suche powietrze pozostaje nadal zimne. Wystarczy jednak znaleźć się w cieniu, by mróz natychmiast przywrócił nas do rzeczywistości.
Co to jest temperatura odczuwalna? Mówimy na przykład, że jest -10 a odczuwalna -40. To znaczy, że nasze ciało, na skutek wiatru i wilgotności, traci ciepło w takim tempie, jak gdyby było -40, bez wiatru i przy wilgotności zero. Wszyscy wiemy, że połączenie mrozu z wiatrem stanowi bardzo nieprzyjemny zestaw. Na wietrze, nawet przy kilku stopniach poniżej zera, można się nabawić ciężkich odmrożeń, ale prawdziwym niebezpieczeństwem jest gwałtowne wyziębienie organizmu. Przy temperaturach rzędu -50 stopni i niższych wiatr stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia.
Innym niebezpieczeństwem związanym z mrozem jest zwiększona awaryjność sprzętu. Metale stają się kruche. Znacznie łatwiej niż zwykle pękają haki, dzioby czekanów, zęby raków. Sztywnieją nylonowe liny i stają się mniej odporne na silne szarpnięcia. Trzeba pamiętać, że w ekstremalnych warunkach nawet drobna awaria (np. rozdarcie namiotu czy ubrania, zgubienie rękawic albo palnika) może stać się przyczyną katastrofy.
Dolina Duth Kosi widziana z okolic Lukli. Fot. Krzysztof Łoziński.Mimo że w czasie himalajskiej zimy występują bardzo niskie temperatury, to bardzo długo jeszcze płyną potoki i woda w nich nie zamarza, choć woda stojąca zamarza niemal natychmiast. Wynika to z praw fizyki, a w pierwszej kolejności z zasady zachowania energii. Woda, spływając w dół, zamienia swą energię potencjalną na kinetyczną, a ta z kolei, przy zderzeniach z kamieniami w potoku, zostaje zamieniona na ciepło. W ten sposób, choć powietrze jest bardzo mroźne, to woda ma ciągle temperaturę około zera. Pozostawaniu w stanie ciekłym sprzyja też bardzo duże ciepło zamarzania wody (aż 80 cal/g). Znaczy to, że aby zamienić wodę o temperaturze zera stopni w lód o tej samej temperaturze, trzeba pobrać tyle samo ciepła, co przy oziębienu wody od + 80 stopni do 0 stopni. Gdy opowiadałem o naszej wyprawie na Machermo, niektórzy słuchacze nie rozumieli, jak to możliwe, że przy tak wielkich mrozach woda w strumieniu nie zamarzała. Tymczasem jest to całkowicie zgodne z prawami fizyki.
Oczywiście mrozy trwające odpowiednio długo pokonają w końcu każdy potok. W Himalajach potoki ostatecznie zamarzają najczęściej w lutym, ale bywa to różnie. Pogoda, jak to pogoda, co roku jest nieco inna. Brak wody w stanie ciekłym nawet w bazie stwarza kolejny problem. Topienie śniegu i lodu pochłania ogromne ilości paliwa i zabiera mnóstwo czasu.
Załatwiamy wreszcie nieszczęsny Trecking Permit i wyruszamy w góry. Z Kathamndu jedziemy autobusem do Jiri, najdalszego miejsca, do którego wówczas dochodziła droga. W Jiri najmuję czternastu tragarzy na drogę do Namche Bazar. Przed nami tygodniowy marsz przez Nepal, który był jednym z najwspanialszych przeżyć tej wyprawy. Ludzie, latający od razu samolotem do Lukli (jeden dzień drogi od Namche) nie wiedzą, co tracą.
Przy okazji ujawniają się pewne kłopoty z turystami, wyraźnie nie dorastającymi do roli, w jakiej się znaleźli. Nie poczuwają się oni do współpracy przy transporcie bagażu. Już w Delhi, gdy trzeba było zatargać kilka trzydziestokilogramowych bębnów na najwyższe piętro hotelu, zostałem z tym problemem sam. Wilmy w tym momencie nie było, bo gdzieś poszła, Danka miała dolecieć z Londynu następnego dnia, a Ela, z drugą grupą, kolejnym samolotem za tydzień. Turyści natomiast ograniczyli się do wniesienia własnych plecaków i uważali, że swoje zrobili. Ostatecznie wtargałem sam bębny po schodach na czwarte piętro. Nie pamiętam już ile ich było, ale coś koło dziesięciu. Taka sama sytuacja powtórzyła się w Jiri. W czasie, gdy ja nosiłem bębny, jedyny poza mną mężczyzna w składzie wyprawy, lekarz, ćwiczył dla zdrowia szwedzką gimnastykę. Robił różne skłony i wymachy, ku uciesze Szerpów, a ja nosiłem bębny.
Syfmostek nad Dudh Kosi. W tle typowa formacja gór wysokich: "pionowa ziemia". Fot. Krzysztof Łoziński.Z doktorem zresztą trudno było się dogadać w wielu kwestiach. Były to wszystko drobiazgi, ale drobiazgi na wyprawie zawsze dają ludziom w kość. Już na pierwszym postoju karawany, w Shiwlaya, wszyscy spali zwyczajnie w śpiworach na dworze, a doktorowi trzeba było rozbić namiot, bo nie mógł spać pod chmurką. Później, na jednym z postojów, kupił sobie od Szerpów nóż kukri i owinął go bandażami z apteczki, które w końcu nie do tego były przeznaczone, by owijać w nie kukri. Kolejny numer zdarzył się po noclegu w Ringmo. Tuż nad Ringmo znajduje się wielka i wyraźna przełęcz, przez którą prowadzi dalsza droga. Doktor i jedna z turystek dosyć długo się zbierali, a karawana zaczęła już wychodzić. Powiedziałem im, że zaczekamy na nich na przełęczy. Czekamy i czekamy, a ich nie ma. W końcu posłałem jednego z Szerpów, by zobaczył, co się z nimi dzieje. Okazało się że wyszli z Ringmo i nie doszli na przełęcz. Było to dziwne, bo przełęcz była, jak to się mówi, na wprost nosa i w dodatku całkiem blisko. Jak tu zabłądzić? Kilku Szerpów pobiegło ich szukać i po godzinie wrócili ze zgubami. Poszli w kierunku na Numbur. To tak, jakby ktoś z Hali Strążyskiej, mając iść na Przełęcz w Grzybowcu, wpakował się pod ścianę Giewontu. W dodatku Numbur - to nie ułomek, tylko prawie siedmiotysięcznik (6959 m). Nie mogłem pojąć, jak można nie zauważyć ściany skalnej, która ma dwa kilometry wysokości i cztery szerokości, by myśleć, że tamtędy prowadzi szlak karawanowy.
Numbur (6959 m) i Khatang (6853 m, z prawej w chmurach) widziane z przełęczy Taksindho La (3071 m) nad Ringmo. Fot. Krzysztof Łoziński.Poprzedniego dnia, za Jambezi, zgubiła się jedna z turystek. Mówiłem im wszystkim i powtarzałem, jak zacięta płyta, by wszyscy szli razem, bo Szerpowie znają drogę, a my nie. Rzecz w tym, że to nie jest żadna wyraźna droga, tylko ścieżka, od której odchodzą różne inne ścieżki, i czasami naprawdę nie wiadomo, gdzie iść. Tymczasem panienka została mocno z tyłu i skręciła nie w tę ścieżkę, co trzeba. Na szczęście zorientowałem się dosyć szybko, że jej brakuje i, po godzinie biegania po różnych ścieżkach, zdołałem zgubę odnaleźć. Ponieważ karawana przez ten czas poszła sporo do przodu, to czekało nas, tym razem oboje, dwie godziny prawie biegu, by dogonić resztę.
Nepal. Wiszący most w Kinja i pola tarsowe w pobliżu Jambezi (poniżej).
Fot. Krzysztof Łoziński.
Kolejny incydent zdarzył się w pobliżu mostku przez Dudh Kosi już za Luklą. Tym razem nie żadna z turystek, tylko Elka poślinęła się na żwirze i zaczęła spadać, a luft pod nogami był niezły. Na całe szczęście byłem blisko, miałem dobry refleks i dużo siły, więc zdołałem ją złapać, gdy już się osuwała, prawdopodobnie ratując jej życie, bo gdyby wpadła w nurty Dudh Kosi, miałaby niewielkie szanse.
Dżungla w Nepalu jest zupełnie inna niż w Kaszmirze. Niby rosną te same rośliny i jest ten sam klimat, ale nie ma takiej dziczy jak w Himalajch Kaszmiru. Dżunglę, jaką spotykaliśmy po drodze do Solo Khumbu, nazwałbym posprzątaną. Na szlaku jest tak dużo ludzi, że zwierzęta odeszły dalej w las. Przez całą drogę spotkaliśmy ze trzy węże i kilka małp. To wszystko. Nawet orłów i sępów widuje się niewiele. Nie mam jednak wątpliwości, że istnieją w Nepalu obszary potwornej dziczy, gdzie może żyć yeti i można go nie znaleźć jeszcze przez sto lat.
Droga do Slo Khumbu. Posprzątana dżungla. Fot. Krzysztof Łoziński.
Ja wierzę w yeti. Wiem, że cały szereg wypraw, w tym polska wyprawa na Lhotse, znajdowało i fotografowało całe kilometry tajemniczych śladów na śniegu i z całą pewnością nie było to fałszerstwo. Po prostu nie wierzę, by można było namówić do wspólnego kłamstwa sporą grupę alpinistów i Szerpów, w przypadku wyprawy na Lhotse około trzydziestu osób. Wiem też, że nie sposób pomylić tych śladów, które widziałem na zdjęciach, ze śladami ludzkimi. Choćby ludzkie ślady nie wiem jak były roztapiane przez słońce, rozwiewane przez wiatr, to nie będą tak wyglądały. Nie będą miały osiemdziesięciu centymetrów długości i kroków po półtora metra. My, alpiniści, całe życie chodzimy po śniegu i wiemy, jak wyglądają normalne ślady we wszystkich możliwych postaciach. Na pewno nie tak.
Nie dziwi mnie też wcale, że yeti dotąd nie złapano ani nie sfotografowano. Wedle wszelkich wskazówek żyje on w górnym piętrze lasu, a jest to teren niezwykle dziki i trudno dostępny. To są obszary, gdzie prawie wcale nie zaglądają ludzie. Z tego, że widywano yeti zawsze wieczorem albo o świcie wynika, że pędzi on nocny tryb życia. Wszyscy ludzie, którzy go spotkali, zgodnie mówią, że nie mogli zrobić zdjęcia, bo zwyczajnie było ciemno.
Sceptycy po prostu nie zdają sobie sprawy, jak wielkie są w Centralnej Azji obszary iście przedpotopowej dziczy, jak wiele jest dolin, w których do tej pory nie było ani jednego zachodniego badacza, podróżnika czy alpinisty. Są na przykład takie góry jak Kun Lun, gdzie stoją całe stada wysokich siedmiotysięczników, a z przyczyn politycznych od blisko stu lat nie było tam żadnej wyprawy. W samym Nepalu zresztą, całkiem niedawno, odkryto nowy gatunek słonia, znacznie większego niż wszystkie dotychczas znane słonie. A słoń - to przecież nie szpilka. Pamiętam też z Kaszmiru swoje spotkanie z „latającym psem". Jak dotąd żaden biolog nie potrafił mi odpowiedzieć, co to za zwierzę. Dlatego wierzę w yeti.
Czorten klasztoru w Sete. Fot. Krzysztof Łoziński.W czasie karawany pierwszy raz spotkaliśmy się z tematem zimowego mrozu. Na razie byliśmy w dolnych partiach gór i było całkiem ciepło. Zatrzymaliśmy się na nocleg w Sete i tam Szerpowie opowiedzieli mi, co się w tej okolicy działo pewnej wyjątkowo ostrej zimy. Przez Sete prowadzi droga na przełęcz Lamjura Pass o wysokości 3600 m. Tragarze idący z dołu, z Kinja, gdzie było jeszcze względnie ciepło, podchodzili na Lamjura Pass, czyli dwa kilometry wyżej. Po drodze, w Sete, raczyli się rakszni[4], by przetrwać potężny mróz na przełęczy. Połączenie rakszni, mrozu i wiatru było zabójcze. Następnego dnia rano, mnisi z klasztoru w Sete znaleźli wzdłuż szlaku kilkanaście zamarzniętych zwłok. Później, w Namche Bazar, poznałem bogatą Szerpankę, właścicielkę całego stada jaków, która mi opowiedziała historię trzech Tybetańczyków, którzy przechodzili zimą do Nepalu przez zieloną granicę. Tyle, że w tym przypadku, zielona granica wcale nie jest zielona. Jest to grań główna Himalajów. Ci trzej Tybetańczycy przekraczali granicę przez przełęcz Manlung La (5510 m) w Rolwalingu. Trafili na taki mróz, że, aby przeżyć, wylosowali jednego spośród siebie, zabili go i ubrali się dodatkowo w jego ubranie.
Tagkamirgo (ok. 5500 m) widziany z okolic Lukli. Poniżej - Kusum Kang (6396 m) i Tamserku (6608 m, po lewej) z przełęczy Chutok La. Fot. Krzysztof Łoziński.
Miejscem, o którym nie można nie wspomnieć, jest Lukla. W Lukli znajduje się jedno z najbardziej niesamowitych lotnisk świata. Latają tu z Kathmandu małe samolociki, głównie Cesny, dostarczając pasażerom niezwykle mocnych wrażeń. Samolot leci już od dłuższego czasu między bardzo wysokimi górami. Podchodząc do lądowania w Lukli, leci najpierw prosto w skały szczytu Tagkarmigo (ok. 5500 m) leżącego naprzeciw Lukli. Gdy już się wydaje, że rozbije się o ścianę Tagkarmigo, zawraca, ostro pikuje w dolinę i podchodzi świecą w górę, wytracając prędkość, tak, aby tylko przeskoczyć przez płotek ograniczający pas startowy w Lukli. Pas startowy jest pochyły, bo tereny płaskie w tej okolicy nie występują. Samolot toczy się po nim w górę, wytracając prędkość. Na końcu pasa łapią go ludzie z obsługi lotniska i przytraczają linami, by się nie stoczył z powrotem. Pasażerowie wysiadają i wynosi się bagaż. Teraz trzeba przygotować samolot do startu. Obsługa obraca go dziobem do dołu, w kierunku pasa startowego. Pilot zapuszcza silniki na najwyższe obroty. W tym momencie odczepia się liny i samolot jedzie w dół po stoku nabierając prędkości. Pas startowy jest jednak bardzo krótki i samolot osiąga taką prędkość, że z trudem przeskakuje przez dolny płotek, po czym zaczyna pikować w dolinę. Po kilkuset metrach pikowania osiąga dopiero wystarczającą prędkość, by lecieć, ale w dolinie ma bardzo mało miejsca. Wychodzi więc z doliny świecą w górę, omal nie rozbijając się o ścianę Tagkarmigo. Pasażerowie, którzy jeszcze nie dostali zawału z wrażenia, mogą już w miarę normalnie lecieć do Kathmandu.
Pas startowy w Lukli jest trawiasty i wyboisty. Gdy nic nie startuje i nie ląduje, pasą się na nim jaki. Gdy zbliża się samolot, pasterze przeganiają jaki na bok, tam gdzie leżą wraki samolotów, które rozbiły się przy lądowaniu. Wraki samolotów, które rozbiły się przy starcie, leżą na dnie doliny Dudh Kosi.
Kantenga (6779 m, z lewej) i Tamserku (6608 m) widziane z Khumjung. Fot. Krzysztof Łoziński.Namche Bazar - to himalajskie Zakopane. Góralska wieś, leżąca na wysokości 3440 metrów, która coraz bardziej przekształca się w kurort. W Namche spędzamy dwa dni, by nieco oswoić się z wysokością i odpocząć po tygodniowym marszu z Jiri. Wprawdzie na Lamjura Pass byliśmy już wyżej (3600 m), ale tylko przez chwilę, po czym zeszliśmy znowu w dolinę. Dla aklimatyzacji takie szybkie przejście nic nie daje. Teraz, za Namche, będziemy iść już prawie cały czas w górę. Oczywiście aklimatyzację można zlekceważyć i iść dalej bez takich postojów, ale generalnie się to nie opłaca. Co z tego, że dojdzie się dwa dni wcześniej do bazy, skoro będzie się w niej dużo bardziej zdechłym i dłużej nie będzie można nigdzie się z niej ruszyć. Aklimatyzacji nie da się oszukać, ani przyspieszyć. Na jej skrócenie pozwolić sobie mogą tylko alpiniści, którzy niemal przesiadają się z jednej wyprawy na drugą. Oni po prostu mają pewien poziom trwałej aklimatyzacji. Andrzej Zawada mógł nie aklimatyzować się do pięciu tysięcy dlatego, że co roku kilka miesięcy spędzał wyżej. Tymczasem z całej naszej wyprawy tylko ja byłem wcześniej w górach wysokich, ale i mnie niewiele to dawało, bo wracałem w duże góry po kilkuletniej przerwie.
W Namche muszę też pożegnać się z częścią tragarzy, którzy nie są przygotowani na marsz wyżej. Niektórzy z nich nie mają nawet porządnych butów i ciepłego ubrania. Szli w sandałach albo w trampkach bez skarpetek. Tymczasem w okresie naszego postoju w Namche nastąpiło potężne załamanie pogody i spadł śnieg. Od wracających wypraw dowiaduję się, że powyżej czterech tysięcy leży metr świeżego śniegu i panuje spory mróz. Z tragarzy zostaje tylko sirdar Lal Bhadur i trzech najtwardszych, Szerpowie: Norboo, Pasang i Pyma. Pozostałych zastąpią jaki. Dla tej czwórki tragarzy kupuję buty, skarpety i waciane kołdry. Niemal szaleją ze szczęścia, gdy mówię, że nie będą musieli tych skarbów oddać po zakończeniu karawany.
Kondge Ri (6187 m, z lewej) i Teng Kang Poche (6500 m) z Namche Bazar. Na pierwszym planie "Filar Japoński" Kondge Ri. Polecam dobrym alpinistom na solową rozgrzewkę przed poważnym bojem w Himalajach. Długo łatwo, ale pod koniec dreszcz emocji - V+ powyżej 6 tysięcy. Fot. Krzysztof Łoziński.Wałęsam się po Namche Bazar i nagle spotykam Johna, brytyjskiego alpinistę, mojego partnera z Pakistanu. John wraca z Cho Oyu. Mówi, że z tym załamaniem pogody skończył się sezon jesienny. W górach wcześniej zaczęła się zima i raczej już nie odpuści.
- Jak nie masz sprzętu na zimę, to sobie daruj - radzi John.
- Nie odpuszczam bez spróbowania - mówię.
- To przynajmniej mocno uważaj na pogodę.
Pijemy grzaną rakszni i rozmawiamy o planach. Pyta o skład mojej wyprawy. Mówię, że trzy kobiety.
- Na ilu mężczyzn?
- Na jednego, na mnie.
John patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- A to są kobiety, czy alpinistki? - pyta po chwili.
- To są całkiem na pewno kobiety, żadne babozwierze, a że wspinać się potrafią, to inna sprawa.
- Z trzema babami to trzeba było jechać na Goa[5] - mówi John, który już wypił trochę rakszni. - Na Goa jest nudno.
- Ale na tym mrozie to co za pożytek? Będziesz miał trzy dziewczyny cały czas ubrane. Nawet czapek nie zdejmą.
Zaczynam się śmiać.
- Wszyscy Polacy - to wariaci - mówi John kręcąc głową.
Ale John - to też niezły aparat. Parę lat wcześniej, w Hindukuszu Pakistańskim, asekurowałem Johna na ścianie lodowej na wysokości około siedmiu tysięcy. Zapadał zmrok i był taki bardzo psychicznie nieprzyjemny moment. Nadciąga ciemność i mróz, a człowiek w ogromnych górach, w wielkiej ścianie, czuje się bardzo osamotniony. Wszystko wokół jest olbrzymie, lodowate i martwe. John zniknął mi z oczu za lodową krawędzią i nagle słyszę:
- O! Shit!
- John, what happeend? - pytam.
- No, nothing. Someone is sitting here.[6] Nic z tego nie rozumiem. Może źle słyszałem. Wychodzę wyżej i widzę wystające z lodu, w pozycji siedzącej, zamarznięte ciało japońskiego alpinisty. John spokojnie kontynuuje wspinaczkę.[7]
Ama Dablam (6856 m) jest najbardziej efektownym szczytem w Solo Khumbu. Na pierwszym planie stoi Irena Dębowska "Wilma". Fot. Krzysztof ŁozińskiPo dwóch dniach wychodzimy z Namche. Zostają tylko Ela i doktor, którzy zapadli na jakieś przeziębienie i wyjdą dwa dni po nas. Turyści będą nam towarzyszyć jeszcze do bazy i, po kilku dniach w bazie, pójdą sobie do Gokyo.
Z Namche Bazar ścieżka idzie ostro w górę na 3800 metrów, a później stale wznosi się aż do miejsca Mon La na wysokości 3973 metry. Mon La, wbrew szumnej nazwie, nie jest wcale przełęczą (La), tylko miejscem, w którym ścieżka przekracza skalne żebro z dwoma czortenami[8]. Stąd następuje ostre zejście aż 500 metrów w dół do miejsca zwanego Phortse Tenga. Zaraz nad Namche wchodzimy w śniegi i przypominam sobie przestrogi Johna. Rzeczywiście jest późno. Wcześniej zdarzało mi się już kończyć wyprawy w listopadzie, ale jeszcze nie wypadło mi w listopadzie zaczynać. Śnieg leży już od wysokości 3800 metrów i jest go tak dużo, że raczej poleży do wiosny. Nocujemy w Portse Tenga położonym niżej niż Namche Bazar. Wieczorem jest nawet dość ciepło, ale gdy rano wstaję, nie mogę znaleźć nie zamarzniętej wody. Mimo to osada pasterska Portse leżąca naprzeciwko, po drugiej strony doliny, jest jeszcze wolna od śniegu.
Osada pasterska Portse na wysokości 3840 m jest ostatnią miejscowością wolną jeszcze od śniegu. Fot. Krzysztof Łozinski. Za Portse Tenga stopniowo wchodzimy w śniegi. Marsz jest bardzo uciążliwy. Zaczynamy już odczuwać wysokość dochodzącą do czterech tysięcy. Karawana porusza się w metrowej głębokości rowie wydeptanym w śniegu. Na szczęście torowanie załatwiła za nas jakaś niemiecka wyprawa, wycofująca się z okolic Cho Oyu. Na jednym z jaków jedzie alpinista okutany w śpiwór. Chyba ranny albo chory. Na jednym z następnych nieruchomy ludzki kształt owinięty w płachtę NRC.
Nasza karawana przebija się przez śniegi w okolicy Dole (ok. 4000 m).
Fot. Krzysztof Łoziński.- Very difficauld, very cold[9] - mówi jeden z mijających mnie Niemców. No, ładnie się zaczyna.
Wieczorem docieramy do Luzy. Stąd już niedaleko do osady Machermo i można by pociągnąć jednego dnia, ale wszyscy już mają dosyć. Rozbijamy namioty na śniegu. Daję Szerpom swoje zapasowe skarpety. My mamy puchowe śpiwory, a oni tylko te waciane kołdry, które kupiłem im w Namche. Tak już niestety jest. Do demokracji na wyprawach jeszcze daleko.
Przypominają mi się opisy pierwszych wypraw Mallory´ego na Everest. Sahibowie wspinali się w sztruksowych marynarkach, mieli futrzane śpiwory i płaty gumy, jako materace. Namioty nie miały jeszcze podłogi. Aż trudno uwierzyć. Wydaje się, że namioty z podłogą były zawsze, ale na dobrą sprawę, to jeszcze ja pamiętam z młodości ostatnie namioty bez podłóg. Szerpowie nie mieli wówczas żadnych materacyków, a zamiast śpiworów owijali się w koce. Nie było jeszcze elektrycznych latarek. Używano latarek na świeczkę. I pomyśleć, że Mallory doszedł na pewno na 8600 m, a być może nawet był na szczycie. Z takim sprzętem! To dopiero było twardzielstwo.
Kulbaczymy jaki po noclegu w Luza. Fot. Krzysztof Łoziński.Ale prawdziwe twardzielstwo to były pierwsze wyprawy polarne. Faceci ubrani w futra, w butach ze skóry renifera, gotujący na naftowych prymusach i nocujący w namiotach typu wigwam, oczywiście bez podłogi. Z mrozu rozpadały im się cynkowe puszki od konserw, nafta nie chciała się palić, a głównym pożywieniem był pemikan, czyli mięso zatopione w szmalcu. Jednak człowiek chyba lubi dostawać w dupę, bo aż do dziś marzy mi się Antarktyda, a nie jestem nieświadomym romantykiem, co nie widział mrozu.
Ostatni dzień karawany. Od rana wszyscy są jacyś poddenerwowani i skaczą sobie do oczu, zamiast zajmować się tym, co trzeba. Tymczasem jaki, jak to głupie zwierzęta, minęły Machermo i idą dalej w kierunku do Gokyo. Gonię z samego końca karawany, by zawrócić jaki. Wreszcie dopadam je po ciężkim biegu bez aklimatyzacji. Jesteśmy w Machermo, na wysokości 4410 m. Mocno odczuwam wysokość i wszyscy pozostali chyba tak samo. Efekt jest taki, że każdy walnął swój ładunek, gdzie popadło i zajął się jedzeniem pieczonych kartofli w miejscowej Sherpa Lodge[10], a ja muszę odwalać całą niezbędną robotę. Rozliczyć się z tragarzami, rozkulbaczyć jaki, zebrać wszystkie ładunki w jednym miejscu. W końcu szlag mnie trafia. Ja też jestem zmęczony, głodny i bez aklimatyzacji. Zaczynam towarzystwo opierniczać i robi się mała awantura, ale w końcu wszyscy biorą się do roboty. Trzeba przenieść cały ładunek kawałek dalej, rozbić namioty, zrobić jakiś porządek w gratach. W końcu stoi prowizoryczna baza. Miejsca na właściwą poszukamy jutro.
Cholatse (Jobo Lhabshan, 6440 m, z lewej) i Tawetse (Taboche, 6542 m) widziane z Machermo. Fot. Krzysztof Łoziński.Późno wieczorem dochodzi Ela z doktorem. Posiedzieli dłużej w Namche, ale za to szybciej przeszli trasę. Tak to już jest z aklimatyzacją. My wyszliśmy wcześnie w górę, więc szliśmy wolniej. Nic się tu nie da przeskoczyć ani przyspieszyć.
Machermo - to pasterska osada funkcjonująca tylko w lecie. Na zimę zostaje tylko jeden Szerpa prowadzący lodge. Machermo znajduje się przy popularnym szlaku, którym cały rok ciągną turyści do Gokyo. Ten Szerpa - to sympatyczny wesołek. Pytam go, jak tu jest w zimie. Mówi, że garnek stoi na ogniu, z dołu zupa się gotuje, a z wierzchu zamarza. Bierzesz łyżkę zupy, tej z dołu, ale do ust donosisz już lody. Tak jest tutaj w zimie.
Wilma wieczorem wyczytuje z przewodnika „Trecking in Nepal", że parę lat temu w Machermo yeti zabił cztery jaki i poranił Szerpankę. Nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Idziemy spać. Już po zmroku krzyk:
- Łoza, ktoś chodzi na zewnątrz!
I oczywiście krzyki, że to pewno yeti. Wszyscy siedzą w namiotach, i nikt nic nie widział. Leżę w śpiworze, a na dworze jest spory mróz. Zanim wylazłem, ubrałem się, włożyłem wielkie podwójne buty, minęło dobre kilka minut. Wychylam się z namiotu. Nic nie widać. Biorę latarkę i wyłażę na zewnątrz. Nikogo nie widzę, ale na śniegu są ślady okrążające obóz i oddalające się w stronę szerpańskiej osady. To na pewno nie nasze ślady i na pewno nie było ich wcześniej.
- Tak dziewczyny, to na pewno yeti, ale cywilizowany, bo chodzi w butach - mówię po oględzinach śladów.
Odciski wibramu są bardzo wyraźne. Ktoś koło namiotów łaził, może z ciekawości, a może chciał coś gwizdnąć, ale na pewno już sobie poszedł. Tak zakończył się mój jedyny w życiu kontakt z domniemanym yetim. Jedynym wnioskiem z tego incydentu była konieczność przeniesienia bazy dalej od osady. Zresztą i tak trzeba by ją przenieść, bo obecnie namioty rozbite są w zupełnie przypadkowym miejscu.
Baza na tle Kyajo Ri (6189 m). To, co wygląda na szczyt, to pozorny przedwierzcholek (ok. 6000 m). Rzeczywisty szczyt - to ten na prawo, pozornie znacznie niższy (zdjęcie robione w górę). Zupełnie z prawej niższy wierzcholek (5949 m). Fot. Krzysztof Łoziński.Rano wyruszam na poszukiwanie nowego miejsca na bazę. Znajduję je jakieś pół kilometra dalej nad potokiem. Jest to zupełnie płaska łączka na skarpie. To miejsce jest już na tyle daleko od osady i szlaku, że nikt nam nie powinien się tu plątać.
Zaczynamy mozolne przenoszenie worów. Musimy kursować po kilka razy, bo tragarzy już nie ma. Oczywiście i tym razem turyści noszą tylko swoje, więc nasza czwórka haruje, jak woły. Kopny śnieg, ciężki oddech, ciężkie plecaki. Na 4400 m poczujemy się względnie dobrze dopiero za kilka dni.
Nasza łączka pokryta jest prawie metrową warstwą śniegu. Aby ustawić namioty, trzeba ją odkopać. Kopiemy menażkami, rękami, czym popadnie. Wreszcie Ela z Danką idą do osady i wracają z łopatą. To chyba brak aklimatyzacji sprawił, że nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy. Do wieczora baza stoi.
Życie w bazie początkowo było dość wygodne. W dzień słońce operowało tak mocno, że nawet specjalnie nie czuło się mrozu. Jednak około godziny 14 zachodził na bazę cień góry, tak zwanej Bambuły nad Bazą, i robiło się piekielnie zimno. Nie mieliśmy termometru i nie wiedzieliśmy, że jest aż tak zimno. Myślałem wówczas, że jest może 15-20 stopni mrozu. Dziś wiem, że najcieplejszego dnia było -42 stopni. Silna operacja słoneczna i odblask od śniegu czyniły złudzenie prawie ciepła. Mrozy narastały w miarę naszej działalności. Na początku gotowaliśmy na dworze, później było to już niemożliwe. Najpierw zbuntowały się radzieckie prymusy benzynowe „Trzmiel". Myślałem, że się zatkały. Przez pewien czas działały jeszcze juvle, ale też jakoś niemrawo i w końcu zastrajkowały. Kupiona w Kathmandu lampa naftowa odmówiła świecenia już po kilku dniach. Odsprzedałem ją chatarowi z Machermo i okazało się, że w pomieszczeniu lampa świeci jak złoto.
Dziś wiem, że nic się w tych urządzeniach nie zatkało. Po prostu mróz był tak duży, że benzyna i nafta nie chciały parować. Przez pewien czas dawało się jeszcze gotować na juvlu we wnętrzu namiotu. Rzecz w tym, że do odpalenia juvla trzeba go oblać benzynką i zrobić mały pożarek, co wśród ortalionów i puchowych śpiworów w namiocie dostarczało dodatkowych emocji.
Gotowanie na juvlu w namiocie bazowym. Od lewej Ela Budzbon, Irena Dębowska i ja. Robimy wymyślony przez Wilmę przysmak: pierogi z konserwą.
Fot. Danuta Rycerz.Wodę do gotowania nosiliśmy z potoku w wiaderku. Wieczorem, gdy byliśmy już w cieniu, lub rano, gdy słońce jeszcze nie rozgrzało doliny, przynosiłem wodę w wiaderku, stawiałem, sięgałem po kubek i już, by nabrać wody, musiałem przebić nim cieniutką warstewkę lodu. Powierzchnia wody zamarzała w ciągu dwóch, może trzech, sekund od postawienia wiadra. Jeśli zostawiło się wodę na noc, rano stanowiła jednolitą bryłę lodu i był problem z usunięciem jej z wiadra.
Niskie temperatury spowalniają całe działanie wyprawy. To nie chodzi tylko o to, że zimą jest krótki dzień. Każda czynność na mrozie staje się bardzo pracochłonna. Zwykłe wyjście z namiotu wymaga mozolnego ubrania się w wiele warstw i zajmuje co najmniej kilka minut. Godzinami ciągnie się gotowanie, zwłaszcza w obozach, gdzie każdą menażkę wody trzeba uzyskać metodą mozolnego topienia śniegu, a palnik trzeba podgrzewać własnymi rękami, by w ogóle się palił. Gdy dochodzi do tego spowolnienie ruchów przez wysokość, zwykłe czynności życiowe zajmują znaczną część dnia.
Lekceważona przez mnie (niesłusznie) Bambuła nad Bazą (5593 m.) ma 1100 metrową trudną scianę. Fot. Krzysztof Łoziński.Takiej małej wyprawie, jak nasza, mróz stwarza wyjątkowo trudne warunki bytowania. Wielkie wyprawy mają na ogół ogromny namiot bazowy, ze stołem, paleniskiem i kuchnią. Zasiada w nim jednocześnie kilkanaście osób. Nasza baza, po odejściu turystów, została zredukowana do dwóch małych namiocików typu Gac, w których nie można było nawet stanąć w pozycji wyprostowanej. Początkowo całe życie towarzyskie, gotowanie i jedzenie, odbywało się na zewnątrz. Później, gdy mróz zmusił nas do gotowania w namiocie, tłoczyliśmy się w niewygodnych pozycjach, w takiej ciasnocie, że gdy jedna osoba chciała usiąść nieco inaczej, to zmienić pozycję musieli też i wszyscy pozostali.
Pod koniec działalności, gdy temperatury spadły jeszcze bardziej, życie w bazie stało się naprawdę ciężkie. Para z oddechu natychmiast skraplała się na ścianach namiotów, kurtkach, śpiworach. Wszystko było oszronione, wilgotne, lodowate. Wchodząc do śpiwora, oczywiście w pełnym ubraniu, z kurtką puchową włącznie, trzeba było rozgrzać jego wnętrze własnym ciałem, bo cała objętość puchu była dokładnie wymrożona. Taki śpiwór, zamiast ogrzewać, początkowo stanowił lodowaty kompres, któremu oddawało się własne ciepło, przeżywając całe serie wymyślnych dreszczy, dzwonienia zębami i skurczów mięśni. Dopiero po pewnym czasie zaczynało być w śpiworze względnie ciepło. Zdejmowałem tylko zewnętrzne, plastikowe skorupy butów, pozostając w wewnętrznych botkach, na które zakładałem botki puchowe. Mimo to w nocy marzły mi nogi. Na dłuższą metę męczące jest nawet to, że spać trzeba w grubych rękawicach, że nie można zdjąć czapki, że zapinać się trzeba w śpiworze po czubek nosa, a i tak szron z namiotu spada w nocy na twarz.
Dzień zaczynał się od całej serii różnych ceremonii. Najpierw zakładanie butów. Zewnętrzne skorupy, które w nocy wymarzły na kość, rozgrzewało się nad palnikiem, ale i tak po ich włożeniu nogi początkowo marzły. A więc znowu masochistyczna metoda rozgrzewania ciałem, ruszanie palcami, przytupywanie, uderzanie jednym butem o drugi. Później ceremonia gotowania. Trzeba zrobić odpowiednie miejsce w namiocie, a więc usunąć część gratów na zewnątrz. Następnie wszyscy się jakoś sadowili, bo w trakcie całego gotowania nie można było zmieniać pozycji, by nie wywalić palnika. Jeden ochotnik musiał pozostawać na zewnątrz, by nosić wodę, podawać produkty, otwierać konserwy lub na przykład wyrabiać ciasto. Podstawą naszego wyżywienia było müsli z mlekiem oraz ciapaty[11] z konserwą i ryż. Ciasto na ciapaty robi się mieszając mąkę z wodą i ugniatając na placek, który następnie się smaży. Pod koniec pobytu jednym z problemów przy wyrabianiu tego ciasta było niedopuszczenie do zamarznięcia w nim wody wcześniej, niż zdoła się ciasto ugnieść. Oceniając wyniki wypraw a nawet tatrzańskich wspinaczek, nie bierze się pod uwagę tego, z jakich warunków startowano. A jest to bardzo istotny czynnik. Uczestnik wielkiej wyprawy, schodząc do bazy, ma warunki do odpoczynku. Może się wygrzać, wyspać w wygodnej pozycji, zjeść porządny obiad, a nawet umyć. My wracaliśmy z mrozu w mróz i z mrozu w mróz wychodziliśmy. To zupełnie nie to samo. Ja chyba w ogóle jestem zimnego chowu, bo w Tatrach też mieszkałem zimą pod namiotem a nie w schronisku i większość moich zimowych przejść zrobiłem spod namiotu.
----------------------
1200 metrowa wschodnia ściana Kyajo Ri (6186 m) czeka na zdobywcę.
Fot. Krzysztof Łoziński.Po raz kolejny uległem złudzeniu powtarzającemu się we wszystkich wielkich górach - zatraceniu skali. Przez cały czas pobytu w Machermo patrzyłem na Bambułę nad Bazą i myślałem, że to ma całkiem niezłą ścianę. Gdyby stała taka w Tatrach, zapewne byłaby jedną z większych. Parę razy pomyślałem, że można by na tę bambułę wejść, ale po co. To przecież tylko bambuła. Dopiero teraz, studiując mapę, skojarzyłem, że to ma wysokość 5593 metry, a więc jest górą wielkości Elbrusa, której ściana ma 1100 metrów wysokości. Ale tak już jest, że to, co w Kaukazie robi za rozmiar maksymalny, to w Himalajach jest tylko bambułą.
Podobnie z naszą doliną. Była świetnie widoczna z bazy aż do zamykającego ją progu. Patrzyłem na tę dolinę i myślałem, że do tego progu jest blisko, a próg niezbyt duży. Zupełnie nie czułem, że jest do niego prawie pięć kilometrów i że w głębokim, kopnym śniegu będziemy torować do niego cały dzień. Oceniając optycznie odległości w Himalajach zapomina się też o tym, że na wysokości znacznie wolniej się chodzi.
Jest taka złośliwa logika wypraw, że właściwie każdy odcinek pokonuje się wtedy, gdy jeszcze nie jest się do niego zaaklimatyzowanym. Człowiek idzie cały dzień do obozu pierwszego, serce mu wali, we łbie mu dzwoni, a pod koniec wyprawy pokonałby ten dystans w dwie godziny i całkiem na luzie. Ale co z tego, skoro pod koniec wyprawy działa już dwa kilometry wyżej i tam znowu serce mu wali i we łbie mu dzwoni. W końcu, po pięciu, czy sześciu tygodniach, gdy na pięciu tysiącach mogę prawie biegać i czuję się już jak w domu i nareszcie można by coś zasiekać w ładnym stylu, to właśnie trzeba już wracać, bo kończy się pozwolenie na działalność, wiza albo zwyczajnie, prozaicznie: żarcie i paliwo. Ostatecznie na to wychodzi, że cały czas działa się na takiej wysokości, do której jeszcze nie ma się aklimatyzacji.
Z bazy nie było widać naszej góry. Znajdowała się za zakrętem doliny i zasłaniał ją inny ze szczytów Machermo: Wschodni. Tak więc nadal nie wiedziałem, jak wygląda teren, który mamy pokonać. Jedyne informacje pochodziły w dalszym ciągu z mapy. Wynikało z niej, że trzeba iść w głąb doliny aż do progu, który widziałem. Ten próg sprawiał wrażenie łatwego do ominięcia z lewej strony, pod ścianą Kyajo Ri. Nad nim znajdował się dalszy odcinek doliny wypełnionej lodowcem Machermo, ale ten lodowiec w połowie długości znowu był przecięty sporym progiem, chyba lodospadem. Jak ten lodospad wygląda i jak go pokonać, na razie nie miałem pojęcia. Nad lodospadem powinien być znowu odcinek niemal płaski, ale pod samym szczytem (nie wiedziałem jeszcze którym, Zachodnim czy Środkowym, ale w obu przypadkach tak samo) należało się spodziewać sporej ściany lodowej. W sumie mieliśmy do pokonania półtora kilometra wysokości, ale w trzech ratach, dwa progi i ścianę. Pewien niepokój budził też lodowiec. Lodowiec na mapie może być zupełnie płaski, ale jeśli okaże się pocięty labiryntem szczelin, to jego przebycie może sprawić sporą trudność. Mogła ona być tym większa, że nad pierwszym progiem, na wysokości ponad 5000 metrów, mieliśmy do przejścia całe cztery kilometry tego lodowca, a nad drugim progiem, na 5400 metrów i wyżej, kolejne cztery kilometry odległości poziomej.
Przed pierwszym wyjściem w kierunku naszej góry zrobiliśmy sobie gromadną wycieczkę granią od osady Machermo w kierunku Skrajnego Machermo Kang. Poszliśmy wszyscy, jeszcze razem z turystami, i zupełnie na lekko. Teren był zupełnie łatwy i wyszliśmy na jakieś pięć tysięcy. Ot, taki spacer w celu aklimatyzacji. Dopiero następnego dnia, z Elką i Danką, wyruszam w głąb doliny. Od razu okazało się, że marsz jest bardzo ciężki. Na podłożu z piargów leżał metr zupełnie niezwiązanego, śnieżnego puchu. Nie tylko trzeba torować, ale - co gorsza - idzie się po kamieniach, przez śnieg a nie po śniegu. Jest to bardzo męczące, bo każdą nogę stawia się na nieco innej wysokości, ciągle wpada się w jakieś niewidoczne dziury. Szybko też zorientowaliśmy się, że do przecinającego dolinę progu jest znacznie dalej, niż nam się optycznie wydawało.
Dolina, wbrew pozorom, nie jest też płaska, tylko stale się wznosi, a przy kiepskiej aklimatyzacji każde sto metrów w górę już się wyraźnie odczuwa. Po kilku godzinach marszu, zbliżamy się do progu i zawracamy. Na drugi dzień wszyscy czworo, mając już częściowo przetorowany szlak, wychodzimy z zamiarem założenia obozu pierwszego nad progiem.
Ela Budzbon w płachcie po biwaku na pierwszym progu. Fot. Danuta Rycerz.Mimo że szlak doliną jest już częściowo przedeptany, nadal idzie się bardzo ciężko. Gdy zbliżamy się do progu, Wilma zaczyna czuć się wyraźnie źle. Osłabła, chce siadać i odpoczywać, boli ją głowa. Uznałem to za objawy choroby wysokościowej i postanowiłem wrócić z nią do bazy. Ela i Danka poszły dalej.
W rzeczywistości Wilma była po prostu zaziębiona i zaczynała mieć gorączkę. O tym jednak mieliśmy się przekonać dopiero w bazie. Na razie mieliśmy problem z tym, że do bazy musiała dojść o własnych siłach, a było to kilka kilometrów po kopnym śniegu. Na krótkim dystansie mogłem nawet ją zanieść, ale nie na taką odległość. Zabrałem większość ciężaru z jej plecaka, a w końcu i cały plecak. Najgorsze było to, że przez całą drogę musiałem z nią walczyć, bo - czując się coraz gorzej - koniecznie chciała usiąść i trochę się przespać. Wiedziałem, że jak usiądzie, to żadnym sposobem nie zmuszę jej do wstania i dalszego marszu, a przesypianie się w śniegu jeszcze nigdy komuś choremu nie wyszło na dobre.
To była cały czas słowna przepychanka, ale w końcu perswazją, prośbą i groźbą oraz „najbrzydsze wyrazy powtarzając po kilka razy", zmusiłem ją do zejścia. Pod koniec wręcz prowadziłem ją pod ramię, chwilami niemal niosąc, no i targając swój własny plecak uzupełniony jej plecakiem.
Ta sytuacja jest dobrym przykładem, jak łatwo można w dużych górach odjechać w zaświaty. Wcale nie trzeba wspinać się na Everest, spadać w przepaści ani taplać się w lawinach. Statystyki wykazują, że większość przypadków śmierci w górach wysokich ma miejsce na dnie dolin. Wystarczy tylko, tak jak tym razem, lekkie zaziębienie, brak aklimatyzacji i cztery kilometry kopnego śniegu, a można po prostu nie dojść do bazy. Wilma na szczęście doszła, ale niewiele brakowało. W bazie lekarz stwierdził, że ma zapalenie oskrzeli i dał jej jakiś antybiotyk. Nie była to chyba zbyt ciężka choroba, bo Wilma zadziwiająco szybko wyzdrowiała.
Danusia Rycerz w namiocie obozu pierwszego. Fot. Elżbieta Budzbon.
Ela i Danka miały wyjść nad próg, założyć obóz pierwszy, przenocować w nim i zejść. Taka była umowa. Tymczasem minęło południe następnego dnia, a ich nie było. Zacząłem się niepokoić. Niby nic nie powinno się stać. Według tego, co widziałem, teren był zupełnie łatwy i bez zagrożeń, ale z drugiej strony, właśnie w dużych górach można odjechać z całkiem błahego powodu. Mogę wymienić długą listę zespołów, które jak Janek i Jacek w Kaszmirze - wyszły z bazy, nie wróciły i nigdy nie dowiedziano się, co się z nimi stało. Postanowiłem czekać do czternastej. Do tej pory powinny wrócić, choćby na czworakach.
Minęła czternasta, a ich nie ma. Oglądam teren przez teleobiektyw. Ani śladu ruchu. Dolina jest pusta. To już mi się bardzo nie podoba. Zarządzam ekspedycję ratunkową. Wilma leży w namiocie i się leczy. Nie nadaje się do wyjścia, więc pójdzie ze mną dwójka turystów (to było jeszcze przed ich odejściem).
Wyruszamy tak szybko, jak można. Po przetorowanym śladzie idzie się już dużo łatwiej. Około szesnastej dochodzę pod próg, zostawiając turystów dobry kilometr z tyłu. Trudno, niech idą po śladach, aż dojdą. Widzę wyraźny, przetorowany szlak na śniegu na czterystumetrowym podejściu pod ścianę Kyajo Ri. Patrzę w górę przez teleobiektyw i... są! Na samej górze progu pojawiają się dwie sylwetki. Koniec nerwów. Nic im nie jest. Schodzą żwawo wielkimi krokami. Ulga. Mogę już nie leźć w górę, tylko poczekać na nie tu, gdzie jestem. Po pół godzinie są przy mnie.
Nic się nie stało. Poprzedniego dnia, torując, doszły tylko do połowy wysokości progu i dzień im się skończył. Założyły biwak na półce pod skałami. Nie rozbijały namiotu, tylko użyły go jako płachty biwakowej. Mówią, że nieźle dostały w kość z powodu mrozu. Rano Danka chciała schodzić, ale Elka się uparła, że jak mają założyć obóz, to założą. Więc poszły w górę. Wyszły nad próg i założyły obóz. Cały mój niepokój wynikał z nieporozumienia. Nie przyszło mi do głowy, że one mogą jeszcze rano iść do góry, a nie tylko schodzić.
Z relacji Eli: „Nie wierzyłeś, że baby są tak dzielne. W pewnym momencie Danka miała dosyć i usiadła. Obiecałam jej, że jeśli w ciągu pół godziny nie znajdę miejsca na obóz, to wracamy. Gdy znalazłam, Danka zerwała się i razem postawiłyśmy namiot. Była bardzo dzielna, choć widziałam, że ma dosyć Himalajów."
Oczywiście ten obóz pierwszy - to szumna nazwa. Był to tylko jeden namiocik typu „chatka szmatka". W gruncie rzeczy ważniejsze jest to, że szlak został przetorowany i że dziewczyny łapią aklimatyzację, ruszając się w górę. Niestety nadal nie wiem, jak wygląda teren dalej, bo z tego miejsca, do którego doszły, jeszcze nic nie było widać.
Widok z obozu I. Od lewej: Sagarmatha (Mt. Everest, 8850 m), Lhotse (8511 m), Cholatse (6440 m) i Tawetse (6542 m). Fot. Krzysztof Łoziński. „Chatka szmatka" - to moja modyfikacja „piramidki prezesa". Jest to więc ostrosłup na podstawie kwadratu 2X2 metry z jednym masztem w środku, ale ma pewną zasadniczą modyfikację. Na rogach wszyte są ekspresy, tak że alpinista znajdujący się w środku może się do nich przypiąć i jest asekurowany nawet w namiocie[12]. Dzięki tym ekspresom można też powiesić namiocik za rogi w zupełnie pionowej ścianie, a w środku przypiąć hamak. Największą zaletą „chatki szmatki" jest jednak waga: poniżej jednego kilograma. Dziewczyny wyniosły też do jedynki trochę sprzętu i żywności. Wyprawa jest w pewnym sensie przedsięwzięciem transportowym. Aby na końcu można było wyruszyć na szczyt, trzeba wcześniej wynieść jak najwyżej wiele kilogramów różnych rzeczy.
Wilma (z prawej) i ja podchodzimy na pierwszym progu. W tle od lewej: Sagarmatha (Mt. Everest, 8850 m), Lhotse (8511 m) i Cholatse (6440 m). Fot. Elżbieta Budzbon.
Po dniu odpoczynku znowu wyruszamy w górę, tym razem już całą czwórką. W bazie nie pozostaje nikt. Turyści z lekarzem odchodzą do Gokyo. Niestety za kilka dni musi nas opuścić także Danka. Danusia mieszka w Londynie i żyje w realnym świecie, a nie w PRL-u. Nie może sobie przedłużyć urlopu, bo straci pracę, a nowej łatwo nie dostanie. Jednak PRL miał pewne zalety. Ja kilkakrotnie wracałem z wypraw o cały miesiąc później i tylko raz straciłem pracę, gdy wróciłem z Kaszmiru miesiąc po terminie, a potem jeszcze pojechałem na kolejny miesiąc na akcję. W pozostałych przypadkach spotykałem się z pełnym zrozumieniem pracodawców, bo w PRL-u wszystko było ważne, tylko nie praca. Niestety w Anglii takie numery nie przechodziły. Dwutygodniowy poślizg w działaniu wyprawy, tydzień czekania na drugą grupę w Delhi i tydzień Jantra Festiwal w Kathmandu, pozbawiły Dankę szans na udział w dalszej akcji. Żal mi jej, ale cóż mogę na to poradzić.
Drugi próg, dwustumetrowej wysokości bariera skał i seraków, wygląda paskudnie. Fot. Krzysztof Łoziński.Nocujemy w obozie pierwszym, do którego donieśliśmy jeszcze drugi namiot. Rano wszyscy razem wychodzimy kawałek do góry, na lodowe plateau. Pierwszy raz widzimy dalszą drogę. Pierwsza część lodowca wygląda zupełnie łatwo, ale za to drugi próg - paskudnie. O atakowaniu go od frontu trzeba zapomnieć. Zero szans. Ponad dwieście metrów potwornej piramidy seraków i skał. Na razie nie mam pojęcia, jak ten problem ugryźć. Pierwszy raz widzimy też inne góry. Zachodni i Środkowy Machermo wyglądają stąd na możliwe do zdobycia, o ile oczywiście pokonamy wcześniej ten straszny lodospad. Wschodni Machermo ma ogromną skalną ścianę, typu trzydzieści wyciągów hakówki, więc od razu odpada. W grani między Kyajo Ri a Zachodnim Machermo jest jeszcze bezimienny szczyt 5820 metrów, który na własny użytek nazwałem Długą Granią. Jest to szczyt mało wybitny a wcale niełatwy. Też odpada.
Północna ściana Kyajo Ri (6186 m). Eiger na sześciu tysiącach.
Fot. Krzysztof Łoziński.Niesamowite wrażenie robi północna ściana Kyajo Ri. 1200 metrów niemal pionowej skały. Niezły cel dla jakiegoś bardzo ambitnego zespołu. Schodzimy do bazy, ku rozżaleniu Danki, która bardzo by chciała gdzieś wejść i trochę ma do mnie żal, że nie chcę spróbować, bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że żaden ze szczytów nie jest osiągalny w ciągu jednego dnia, jaki jej został.
Po dniu odpoczynku znów idę do góry, tym razem tylko z Elą. Wilma znów czuje się nie najlepiej i, choć nic poważnego jej nie jest, zostaje w bazie. Mamy ambitny pomysł, by z marszu minąć jedynkę, dojść jak najwyżej i, jeśli się da, założyć obóz drugi.
Południowo-zachodnia ścianaWschodniego Machermo Kang (6073 m) widziana z dolnego lodowca. Fot. Krzysztof Łoziński.Do jedynki dochodzimy dosyć szybko. Zwijamy „chatkę szmatkę", która ma być jedynym namiotem dwójki, dopakowujemy do plecaków trochę sprzętu i ruszamy dalej. Zatrzymujemy się na plateau i dokładnie oglądamy okolicę. Mamy do rozwiązania problem drugiego progu. Decydujemy się wtrawersować nad niego przez ścianę Długiej Grani.
Drugi próg frontalnie jest zupełnie niedostępny. Na całej jego długości górny lodowiec urywa się ogromną barierą ruchomych seraków. Do czegoś takiego strach nawet się zbliżyć. Wtrawersowanie nad próg po ścianie jednej z ograniczających go gór jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Z prawej strony próg dochodzi do ściany Wschodniego Machermo, która wygląda bardzo trudno. Zostaje więc ściana Długiej Grani z lewej strony. Ale i to nie jest takie proste. Pod samą ścianą ciągnie się na długości ponad kilometra ogromna szczelina brzeżna dolnego lodowca, nie do pokonania bez jakichś ogromnych drabin, których oczywiście nie mamy. Musimy więc wejść w ścianę Długiej Grani z jej lewej strony i przetrawersować niemal całą ścianę w prawo. To prawie półtora kilometra trawersów. Sytuację ratują dwie wielkie półki. Niższa i większa, nazywana przeze mnie Rampą, ciągnie się około 800 metrów w jednej trzeciej wysokości ściany. Druga znajduje się na prawo od Rampy i jakieś sto metrów wyżej. Ta półka wyprowadza nad lodospad drugiego progu. Trzeba więc skośnym trawersem dojść na lewy koniec Rampy, następnie przejść po Rampie na jej prawy koniec, stamtąd wspiąć się do góry na drugą półkę i nią wydostać się ponad próg.
Drugi próg i okolica widziane z rejonu obozu I. Z lewej strony ściana Długiej Grani (5820 m), po której wtrawersowaliśmy nad lodospad. Ośnieżony szczyt, wystający znad progu, to Środkowy Machermo Kang (5977 m). Wszystko na prawo od niego to skały Wschodniego Machermo Kang (6073 m). Fot. Krzysztof Łoziński.Łatwo się mówi, trudniej wykonać. Zbocze, a właściwie pochyła ściana Długiej Grani, na lewo od naszego końca Rampy, wygląda niezbyt zachęcająco. Już z daleka pachnie to potworną kruszyzną. Ale innej drogi nie ma, trzeba spróbować.
Idziemy z Elą przez dolny lodowiec, torując szlak. Od rana jest wyjątkowo zimno. Człowiek, podchodząc w górę szybkim marszem lub torując, powinien być zgrzany z wysiłku. Tymczasem my oboje marzniemy, choć jesteśmy przy tym wysiłku wyjątkowo ciepło ubrani. Mam na sobie polary, kurtkę puchową, na niej jeszcze goretex, idziemy pod górę z dość ciężkimi plecakami, torujemy w głębokim śniegu i marzniemy. Jest w tym coś nienormalnego.
Wchodzimy w ścianę Długiej Grani. Odcinek przed nami nazwaliśmy Straszne Zbocze. Zdjęcie wykonano stromo w górę. Fot. Krzysztof Łoziński.„To był naprawdę niesamowity dzień - wspomina Ela - Torowałam i zamiast się zgrzać, co jest normalne, to zamarzałam. Czułam, że zamarzam. Zamarzają płuca, gardło, nos, serce, oddech...„
Wchodzimy w ścianę Długiej Grani. Od razu straszna kruszyzna przysypana świeżym śniegiem. Idziemy nie związani, ale w pełnym napięciu uwagi. To, co znajduje się pod śniegiem, przypomina strome piargi, tyle że normalne piargi nie mają nachylenia rzędu 60 stopni. To są jakieś zamarznięte stosy kamieni, w dodatku jakby zamarznięte słabo. Wszystko się rusza. W paru miejscach wiszą nad nami jakieś ogromne bloki robiące wrażenie, że zaraz runą. Wznosimy się w prawo długim skośnym trawersem, a luft pod nogami rośnie. Asekurowanie się w tym terenie nie ma sensu, bo i tak nie byłoby z czego zakładać stanowisk. Trzeba po prostu uważać i nie spadać. Odcinek ten zyskał później nazwę Straszne Zbocze.
Wilma i Ela na dolnym lodowcu. W tle od lewej: Cholatse (6440 m), Tawetse (6542 m) i Ama Dablam (6856 m). Fot. Krzysztof Łoziński.
Przechodzimy tak około trzystu metrów. Coraz bardziej marzniemy. Zimno staje się w końcu trudne do wytrzymania. A przecież jesteśmy na nasłonecznionym zboczu. Nie pamiętam już, które z nas zaproponowało odwrót. Godzina jest jeszcze dość wczesna, ale kontynuacja wspinaczki w tej temperaturze grozi odmrożeniami. Wypakowujemy sprzęt i robimy składzik. W tym momencie zachodzi na nas cień Kyajo Ri i zaczyna się mroźny obłęd.
Wypakowując plecak, zdjąłem zewnętrzne rękawice wiatrochrony i grube rękawice wełniane, zostając tylko w cienkich pięciopalczastych. Dokąd byliśmy w słońcu, ręce mi trochę marzły, ale dawało się jeszcze wytrzymać. W chwili, gdy zaszedł na nas cień góry, mróz momentalnie stał się po prostu straszny, nie do wytrzymania. W ciągu dosłownie dwóch, może trzech sekund, straciłem czucie w obu dłoniach. Palce całkowicie odmówiły posłuszeństwa, jakbym miał cudze ręce. Nie mogłem tymi dłońmi nic zrobić, zawiązać plecaka, uchwycić czekana.
Ela założyła mi rękawice, ratując mnie z opresji. Gdybym był w tym momencie sam, ta historia skończyłaby się znacznie gorzej. W najlepszym przypadku straciłbym obie dłonie, o ile w ogóle zdołałbym zejść. Straszne Zbocze nie jest technicznie trudne, ale chyba nie można się po nim poruszać bez pomocy rąk.
Na Strasznym Zboczu. Fot. Krzysztof Łoziński.W cieniu zaczęło się mroźne piekło. Człowiek całkiem dosłownie ma wrażenie, że mu mózg zamarza. Sztywnieją wargi, uczucie lodu w płucach, twarz chyba zaraz odpadnie, choć jest osłonięta przez kominarkę i gogle. Walę jedną ręką o drugą, by przywrócić krążenie. Piekący ból rozmarzania w palcach, ale już mogę nimi poruszać. A teraz chodu! Uciekać stąd czym prędzej, w dół, na lodowiec, gdzie jeszcze dochodzi słońce, bo tu gdzie jesteśmy już się nie da wytrzymać.
Zejście na lodowiec zajmuje nam najwyżej dwadzieścia minut. Tu już jest słońce i trochę lepiej, ale mróz jest nadal potężny, choć prawie nie ma wiatru. Mijamy obóz pierwszy i schodzimy do bazy. Niby nic się nie stało. W śpiworze długo rozmarzam wstrząsany falami dreszczy, mimo kolejnych menażek gorącej herbaty. To był najzimniejszy dzień w okresie naszej działalności. Interpolując temperaturę ze wzrostem wysokości, przypuszczam, że mróz, który zmusił nas do odwrotu, miał -63 stopnie lub coś koło tego. Nawet jeśli było o parę stopni więcej, to też nieźle. Elka, zakładając rękawice na moje sztywne dłonie, uratowała mi ręce.
Na Antarktydzie ludzie pracują w niższych temperaturach, więc niby o co chodzi? Tak, ale ci ludzie są na to przygotowani, natomiast my mamy ubrania i sprzęt na wyprawę letnią, gdzie wprawdzie też mogą się zdarzać niskie temperatury, ale nie takim ciągiem, nie tyle dni pod rząd. Na Koh-e Tez też przeżyłem -60, ale to był tylko jeden taki dzień, no i przesiedziałem go w namiocie. W dodatku miałem wtedy spodnie puchowe, których na Machermo nie mam.
-----------------------
Wilma i Ela na Rampie. Z tyłu ściana Kyajo Ri. Poniżej podejscie na drugą półkę.
Fot. Krzysztof Łoziński.
Trzy dni później znów jesteśmy na Strasznym Zboczu. Tym razem w trójkę i po noclegu w pierwszym obozie. Mróz tym razem jest wyraźnie mniejszy, co nie znaczy, że mały, pogoda wprost wymarzona. Słońce, bezchmurne niebo, brak wiatru. Około południa osiągamy najdalszy punkt naszej ostatniej próby. Dopakowujemy do plecaków zostawiony w tym miejscu depozyt i wspinamy się dalej w kierunku Rampy. Kruszyzna Strasznego Zbocza jest momentami porażająca. Parę razy zaliczamy jakieś drobne obsunięcia, ale nic na to nie można poradzić, poza wytężeniem uwagi.
To wytężanie uwagi - to takie samooszustwo wielokrotnie stosowane w górach. Mówi się do partnera: „uważaj, mogę polecieć", tak jakby to uważanie na cokolwiek się zdało. Albo mówi się: „uważaj na ten serak, bo się rusza", tak jakby człowiek mógł cokolwiek poradzić na tysiące ton ruchomego bloku lodu wiszącego mu nad głową. Nawet przy górskich szosach umieszcza się tabliczki: „Uwaga, lawiny". A jaka tu uwaga? Albo lawina na nas poleci, albo nie, a jak poleci, to żadna uwaga nie pomoże. Swoisty rekord w tej dziedzinie ustanowił Tatrzański Park Narodowy, umieszczając tablice: „Uwaga, niedźwiedzie!". Na co może człowiek uważać, jak spotka niedźwiedzia? Może najwyżej zauważyć, że ma pełne portki mieszanych uczuć.
W końcu jesteśmy na Rampie. Jest szeroka na jakieś 50 metrów, zupełnie pozioma i usłana wielkim głazami. Śnieg po pas. Gdyby nie konieczność mozolnego torowania, byłby to odcinek zupełnie łatwy, ale jesteśmy na wysokości 5500 metrów i każdy krok w tym głębokim śniegu wymaga wielkiego wysiłku. Chyba jestem w niezłej formie, bo tego dnia toruję cały czas, nie dając żadnej zmiany. Oszczędzam w ten sposób siły Wilmy, która przez chorobę na początku jest w najsłabszej formie, oraz Eli, która dotąd brała udział we wszystkich wyjściach i ma prawo już być zmęczona. Ja mam wprawdzie na koncie tylko jeden dzień akcji mniej, ale, do czorta, jestem facet na tej Ladies Expedition.
Obóz II (5600 m). Ela Budzbon przy namiociku "chatka szmatka". W tle - górne partie lodospadu. Fot. Krzysztof Łoziński.Późnym popołudniem dochodzimy do końca Rampy. Wspinamy się teraz w górę w terenie podobnym do Strasznego Zbocza, ale w takim terenie iść prosto w górę jest łatwiej niż trawersować. Dochodzimy do drugiej półki. To jest właściwie bardzo stromy zachód. Wydostajemy się nim ponad obryw lodospadu. Jesteśmy na wysokości 5600 metrów. Jest wieczór, zakładamy obóz, który tym razem składa się tylko z jednego namiociku „chatka szmatka". Jesteśmy bardzo zmęczeni. Prawie do północy topimy kolejne menażki śniegu i gotujemy kolejne soczki z proszku. Nie piliśmy niczego od rana, bo na takim mrozie jest to niemożliwe. Języki mamy wyschnięte na wiór. Teraz musimy uzupełnić zapas płynów, a tu topienie śniegu trwa blisko godzinę.
W nocy mróz pokazuje, co potrafi. Mimo puchowych kurtek i śpiworów telepiemy się z zimna. Szron z namiotu opada na twarz. Zamykam szczelnie namiot, jest trochę cieplej, ale po chwili nie ma czym oddychać. Trzy osoby w małym ortalionowym namiociku błyskawicznie zużywają cały tlen, którego na tej wysokości i tak jest w rozrzedzonym powietrzu niewiele. Rozpinam suwak, by wpuścić trochę powietrza, ale wpuszczam także mróz. Całą noc to otwieram, to zamykam namiot. Lodowate dreszcze i ciężki oddech. O spaniu nie ma mowy. To była koszmarna noc i nie miała ochoty się skończyć. Rano czuję się bardziej zmęczony niż wieczorem.
Zaczynają się wszystkie poranne procedury: rozmrażania butów nad palnikiem, topienia śniegu, gotowania. Stoję na zewnątrz na trzaskającym mrozie, podaję kolejne menażki ze śniegiem i czekam na słońce. Przy okazji oglądam okolicę. Obóz znajduje się pod skałami Długiej Grani w górnej części lodospadu. Nad nami jeszcze parę ostatnich seraków i kilkadziesiąt metrów stromego, lodowego zbocza do górnej krawędzi progu. Lodospad obok mnie jest potwornie potrzaskany. Dobiegają z niego ciągle jakieś huki, stęknięcia, tąpnięcia, pomruki, czyli „to jest żywe i to się rusza". Dobrze, że nie musieliśmy po tym chodzić.
Przygotowanie do wyjścia z obozu II. Nad nami ostatnie seraki lodospadu.
Fot. Elżbieta Budzbon.Wschodzi słońce i niemal od razu robi się wręcz ciepło. Jesteśmy w niewielkim lodowym kotle, osłonięci od wiatru i ze wszystkich stron słońce odbija się od śniegu. Można nawet poruszać się w samym swetrze i zdjąć rękawice. Ta krótka chwila ciepła - to dla nas uśmiech losu. Powraca optymizm, mocno nadwątlony po koszmarnej nocy. Nagle zaczynam wierzyć, że dziś wejdziemy na szczyt. Ostatnie fragmenty lodospadu nad nami powinny puścić bez większych problemów, a wyżej - niewiadoma. Do tej pory nie widzieliśmy dokładnie jak wyglądają Zachodni i Środkowy Machermo. Cały czas coś je nam zasłaniało. Widzieliśmy tylko jakieś fragmenty, kawałki, ale nie całe góry. Nie wiadomo też jak wygląda górny lodowiec, ale niespodziewane ciepło i słońce tworzą optymistyczny nastrój.
Wilma podchodzi po stoku lodowym nad obozem II. Fot. Krzysztof Łoziński.W słońcu wszystkie obozowe czynności nabierają tempa. To ważne, bo o tej porze roku dzień jest bardzo krótki. Podchodzimy nie związani po stoku lodowym o nachyleniu około 45 stopni. Ela dostała jakiegoś szwungu w górę i czeka na nas nad progiem. Muszę przyznać, że trochę czuję w kościach wczorajsze całodzienne torowanie. Wychodzimy na górny lodowiec i po raz pierwszy widzimy nasze góry w pełnej okazałości. Decyzja, którą górę atakować, jest trudna. Zachodni Machermo ma na samym szczycie niespodziankę. Cała jego ściana nad górnym lodowcem jest lodowa, a sam czubek stanowi trudna skałka, którą od razu ochrzciliśmy Żabą. Z tą żabą może być problem. Z kolei Środkowy Machermo - to wiele wyciągów wspinaczki w lodzie.
Ela chce atakować Środkowy, nic dziwnego, jest wyższy i trudniejszy, a więc jest ambitniejszym celem. Ja nie jestem jeszcze zdecydowany. Dochodzi do nas Wilma, która podchodziła od obozu wyraźnie wolniej. Mówi, że czuje się nie najlepiej. Trochę kręci jej się w głowie, mocno odczuwa wysokość. Pytam, czy da radę sama zejść do dwójki. Tak, zejdzie sama i zaczeka na nas w obozie. Bierzemy od niej sprzęt, który miała w plecaku i wtedy okazuje się, że mamy tylko cztery śruby lodowe. Co się stało z resztą śrub, które tak pracowicie nieśliśmy od bazy, nie wiadomo. Nikt nie pamięta, gdzie były, a tymczasem ich brak może przesądzić o powodzeniu ataku szczytowego.
Środkowy Machermo Kang (5977 m) z górnego lodowca. Poniżej: Ela podchodzi pod szczytową ścianę lodową Zachodniego Machermo Kang (5905 m). Na szczycie skałka - "Żaba". Zdjęcie wykonane stromo w górę stwarza mylne wrażenie, że ściana leży. Fot. Krzysztof Łoziński.
Oczywiście w tej sytuacji cel staje się jasny. Na Środkowym Machermo czeka nas prawie czterysta metrów ostrej wspinaczki w lodzie. Z czteroma śrubami trzeba o tym pomyśle zapomnieć. Ale i na Wschodnim może nie być lekko. Tam też jest ściana lodowa, choć wyraźnie mniejsza. Czyżbyśmy mieli zawrócić spod samego szczytu przez głupie zgubienie śrub? Niedoczekanie. Przynajmniej trzeba spróbować. Na ewentualne powtarzanie ataku szczytowego nie mamy już czasu. Kończy nam się Trecking Permit i wiza, a przedłużenie każdego z tych dokumentów wymaga powrotu do Kathmandu.
Widok z górnego lodowca. Od lewej: fragment Tawetse (6542 m), Kantenga (6779 m), Tamserku (6608 m), Kusun Kang (6396 m). Poniżej Kusun Kang - grań od Bambuły nad Bazą (5593 m) do Khumbla (5761 m). Z prawej strony fragment Kyajo Ri (6186 m). Fot. Krzysztof Łoziński.Wilma schodzi do obozu II, a my zaczynamy dość uciążliwe torowanie przez górny lodowiec. Wyszliśmy - niestety - z ciepłego miejsca i z powrotem dociera do nas mróz, ale i ten mróz jest jakiś mniejszy. Natura wyraźnie daje nam szansę. Wiążemy się liną, bo pod grubą warstwą śniegu nie widać szczelin. Zmieniamy się w torowaniu, ale Ela robi dłuższe odcinki i jest z tego wyraźnie dumna. Ja jestem zwyczajnie zmęczony wczorajszym dniem, kiedy orałem za wszystkich. Poza tym więcej ważę, więc zapadam się też na szlaku przetorowanym przez Elkę, która wyraźnie ma dzisiaj swój dzień. Potwierdza się tu stara wyprawowa reguła, że im kto więcej pracuje na początku, tym ma lepszą formę na końcu.
Widok spod ściany lodowej. Na pierwszym planie fragment Długiej Grani (5820 m), dalej od lewej: Khatang (6853 m), Numbur (6959 m). Dalej w prawo i bliżej: Teng Kang Poche (6500 m), Panayo Tippa (6696 m) i Pighera-Go Shar (6730 m).
Fot. Krzysztof Łoziński.Wilmy nie można winić za to, że jest w gorszej formie. Po prostu miała pecha, łapiąc przeziębienie na samym początku akcji, a na pecha nie ma mocnych. Później już były tego pecha konsekwencje. My chodziliśmy w górę i łapaliśmy aklimatyzację, a Wilma chorowała. Wczoraj po raz pierwszy wyszła wyżej, niż do obozu pierwszego. My też chorowaliśmy, ale w innych momentach. Elka w Namche Bazar. Ja złapałem infekcję, „gorączkę delhijską"[13], w Kathmandu razem z Jurkiem Kukuczką. Leżeliśmy w dwóch pokojach tego samego hotelu, a Lech Korniszewski, lekarz wyprawy na Shisha Pangma, krążył od jednego zezwłoka do drugiego. Ela przechorowała swoje w Namche Bazar.
Wspinam się na ścianie lodowej. Poniżej: Ela na ścianie lodowej. W dole - górny lodowiec. Fot. Elzbieta Budzbon (górne zdjęcie) i Krzysztof Łoziński (dolne zdjęcie).
Jest piękna pogoda, słońce, brak wiatru. Torujemy na zmianę i nagle zupełnie niespodziewanie wchodzimy w ścianę lodową. Podchodziłem, torując, po śniegu i w pewnym momencie, ku własnemu zaskoczeniu, stwierdziłem, że zrobiło się stromo i stoję bez raków na twardym lodzie. Wbijam czekan po łeb, przypinam się do niego karabinkiem i zaczynam całą skomplikowaną operację zakładania raków w tej półwiszącej pozycji. Wreszcie mogę spokojnie stanąć na przednich zębach Footfangów[14]. Ela, która też już założyła raki, dochodzi do mnie i zakładamy stanowisko. Pierwszy wyciąg prowadzę udając, że mam asekurację z naszych nieszczęsnych czterech śrub, ale potem dajemy sobie spokój z tą iluzją. Idziemy jednocześnie, z lotną asekuracją, w lodowej ścianie, której nachylenie dochodzi chwilami do 60 stopni. Lód jest niemal idealny. Twardy, ale nie kruchy. Dziabki[15] i raki trzymają w nim wspaniale. Mam jakieś dziwne wrażenie, że z tego po prostu nie da się spaść. Elka powiedziała później, że mieliśmy do siebie niesamowite zaufanie, ale ja to odbierałem inaczej. Ja zwyczajnie miałem pewność, że nie spadniemy. Ściana lodowa ma około 200 metrów wysokości. To wiem z mapy, ale wówczas wydawała mi się mała. No bo cóż to jest 200 metrów w Himalajach? Tu niektóre ściany mierzy się w kilometrach. We wspomnieniu zachował mi się taki obraz tego dnia: szybko podeszliśmy pod ścianę, trochę wspaniałej, wręcz przyjemnej wspinaczki w lodzie i już szczyt. Chyba jednak aż tak radośnie to nie było, bo z rachunku godzin wynika, że to podejście i ściana zajęły nam prawie cały dzień. Na szczycie stanęliśmy tuż przed zachodem słońca, a schodziliśmy w sporej części po ciemku.
Widok ze szczytu: Od lewej: Kusun Kang (6396 m), Kyajo Ri (6186 m, po środku zdjęcia), poniżej niego niższy wierzchołek (5949 m) i Długa Grań (5820 m). Dalej w lewo: bezimienne szczyty 5970 m i 5845 m oraz Kondge Ri (6187 m). Przed nim Kapsale (5583 m). Na dolnym zdjęciu od lewej: Cho Aui (7352 m), Cho Oyu (8153 m), Ngozungma Kang I, II i III (7806 m, 7646 m, 7601 m), Gyachung Kang (7922 m). W dole lodowiec Ngozungma. Fot. Krzysztof Łoziński.
Pod samym szczytem znajduje się niewielka przełączka, z której robię zdjęcia panoramy. Szczytowa skałka - Żaba okazuje się niewielka. Ma nie więcej niż kilkanaście metrów wysokości. Oczywiście licząc od naszej przełączki, bo ponad ścianę lodową wystaje na około czterdzieści metrów, a na stronę sąsiedniej doliny Sumna opada blisko kilometrowej wysokości ścianą. Podobnie na stronę Gokyo.
Co pamiętam ze szczytu? Na pewno niesamowite widoki. Zwłaszcza na góry, które dotąd były dla nas niewidoczne. W dole, po stronie Gokyo, dwa piękne jeziora. Gokyo Pik wygląda, jak niepoważna kopka. Patrzymy na niego z góry. W zachodzącym słońcu Rolwalling Himal robi wrażenie wyrzeźbionego z lodu. Dookoła morze gór. Radość zwycięstwa, choć nie pamiętam jakiejś szczególnej euforii. Może dlatego, że już dziesiąty raz stoję na szczycie w górach wysokich. Zjadamy po pół czekolady, robimy zdjęcia i trzeba schodzić. Krótki dzień zbliża się ku końcowi, a przynajmniej zejście ścianą lodową dobrze by było odbyć za dnia. Schodzić jest trudniej, niż wspinać się do góry. Tym razem stosujemy sztywną asekurację. Gdy docieramy na lodowiec jest zupełnie ciemno. Niepokoję się o Wilmę, która czeka na nas w dwójce. Niby nic nie powinno się jej stać, ale na dużej wysokości różne rzeczy się zdarzają. Poza tym jest w trudnej sytuacji psychicznej. Nie ma z nami żadnej łączności i nie widzi nawet czy wracamy.
Ela Budzbon na szczycie. Fot. Krzysztof Łoziński.Docieramy do obozu drugiego późnym wieczorem. Jesteśmy bardzo zmęczeni. Czeka nas kolejna koszmarna noc we trójkę w maleńkim namiociku. Rano zwijamy obóz i zaczynamy zejście. Znów setki metrów stromej kruszyzny w ścianie Długiej Grani. Wreszcie jesteśmy na dolnym lodowcu. Nareszcie całkowicie bezpieczny teren. Tutaj dziewczynom puszczają nerwy. Skoczyły sobie do oczu o jakiś drobiazg, którego dziś już nikt z nas nie pamięta. „Baby nie kłóćcie się, bo lawina poleci!" - krzyczę do nich, i w tym momencie rozlega się huk lawiny w żlebie miedzy wierzchołkami Kyajo Ri. Wszyscy wybuchamy śmiechem. Napięcie ustąpiło. Była to jedyna lawina, jaką widziałem na tej wyprawie.
Widoki ze szczytu: Kharmo Cotal (7020 m), Chumbu (6853 m), Pumo Ri (7145 m), Changtse (7553 m) i Sagarmatha (Mt. Everest, 8850 m). W dole otoczenie lodowca Ngozungma. Poniżej - Rolwaling Himal: Kondge Ri (6187 m), Khatang (6853 m), Numbur (6959 m), Teng Kang Poche (6500 m), Panayo Tippa (6696 m), Pighera-Go Shar (6730 m), Tengi-Ragi Tau (6943 m) i Pimu (6362 m). Fot. Krzysztof Łoziński.
Po południu docieramy do obozu pierwszego. Zwijamy namiot, dopakowujemy dodatkowy ładunek do plecaków i schodzimy dalej. Mam najcięższy plecak (w końcu jestem facet) i jestem mocno zmęczony. Idę na końcu. Czujemy się już zupełnie bezpiecznie, więc idziemy każdy swoim tempem, w dużych odstępach. Cóż może się stać na dnie doliny, już poniżej lodowca? Nie widać żadnej potrzeby, by się wzajemnie ubezpieczać. Nawet jak ktoś idzie wolniej, no to co? Dojdzie parę minut później. Od rana straciliśmy 1200 metrów wysokości, więc żadne choroby wysokościowe nikomu nie grożą. A inne zagrożenia? Jakie zagrożenia? Na równym? Okazuje się, że o tej porze roku w Himalajach można odjechać nawet na równym i to szybciej niż się ktokolwiek spodziewa.
Machermo Kang Środkowy (5977 m) z Machermo Zachodniego. Z prawej - niższy wierzchołek (ok. 5900 m), z lewej Sagarmatha (Mt. everest, 8850 m).
Fot. Krzysztof Łoziński.O zmroku jesteśmy w pobliżu bazy. Dziewczyny dochodzą już do namiotów. Ja zostałem jakieś dwieście metrów z tyłu, ale też wyraźnie widzę już bazę. Przede mną niewielki strumień, szeroki najwyżej na dwa metry, ale z wartkim prądem. Trzeba go przekroczyć po kamieniach. Te kamienie są oblodzone, a ja już schowałem raki. Nie chce mi się ich wyciągać. Jakoś sobie dam radę.
Robię dwa kroki, jestem na środku potoku i nagle noga zjeżdża mi z kamienia. Tracę równowagę. W tej samej chwili pęka pas biodrowy plecaka, plecak przeważa mnie i walę się w wodę, jak długi. Jest ponad czterdzieści stopni mrozu, a ja jestem cały przemoczony. Chcę się zerwać, ale trzyma mnie plecak. Wyzwalam się z jego pasów, ale nadal nie mogę wstać. Tym razem odmawia mi posłuszeństwa prawa noga. Nie chce się zginać, straszny ból w kolanie. Zwichnąłem nogę i wpadłem cały do wody przy ponad czterdziestu stopniach mrozu! Gramolę się w śnieg na brzegu. Z trudem udaje mi się wstać. Prawej nogi nie mogę obciążyć. Krzyczę, ale zagłusza mnie potok, który także płynie tuż obok bazy. Dziewczyny już wlazły do namiotów i nie słyszą mnie.
Skaczę na jednej nodze podpierając się czekanem. Czuję jak drętwieją mi dłonie, ramiona, twarz. Już nawet nie mogę krzyczeć, bo ledwo poruszam ustami. Przeskakałem najwyżej piętnaście metrów i jestem już sztywny z zimna. Jakaś chłodna świadomość, że nie zdołam dotrzeć do bazy, że zaraz zamarznę. Ból, mróz, jakieś zawroty głowy, zaraz się przewrócę. Prawa noga jest jakaś krzywa i obca. Ktoś do mnie biegnie i coś krzyczy, ktoś mnie szarpie, a ze mnie mróz wysysa resztki życia.
Wloką mnie. Jestem już prawie bezwładny jak worek. Namiot. Zimno. Potworne dreszcze i wraca ból. Powoli znów zaczynam kojarzyć, co się ze mną dzieje. Jestem w namiocie, w śpiworze, trzęsę się z zimna. Straszny ból w prawym kolenie, ból rozmarzania w palcach i stopach. Wilma podaje mi kubek z herbatą. Nie jestem w stanie go utrzymać. Poją mnie jak dziecko. Prawie nie mogę pić, bo szczęki mi latają, jak u potępieńca. Powoli wraca ciepło, ale ból w nodze nie ustępuje. Fale dreszczy i fale bólu.
Trzeba coś zrobić z tą nogą. Pierwsza myśl - usztywnić. Ale w apteczce zostawionej przez doktora nie ma szyny Kramera. Czym mam usztywnić zwichniętą nogę? Aspiryną? No trudno, nie usztywnię, ale chociaż trzeba spróbować nastawić. Kolano przypomina wielką spuchniętą banię. Palcami wyczuwam, że rzepka jest przesunięta i bardzo bolesna. Próbuję ją przesunąć na miejsce i omal nie mdleję z bólu. Tak nic nie zwojuję. Muszę najpierw wyprostować nogę, żeby odciążyć kolano, ale ona nie chce się wyprostować. W końcu sprężam się, zaciskam zęby i prostuję nogę. Z bólu zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale rzepka sama wskoczyła na swoje miejsce. Teraz leżę i przeżywam ból. Nic poza nim nie istnieje.
Po pewnym czasie ból słabnie. Włażę z powrotem do śpiwora i staram się leżeć nieruchomo. Teraz mogę się zastanowić, co dalej. Sytuacja nie jest prosta, bo za dwa dni trzeba zacząć schodzić. Na 24 grudnia mamy samolot z Delhi i musimy tam dotrzeć. Nie ma lekko, nikt mnie nie zaniesie. Dodatkowego jaka też nie wynajmiemy, bo nie mamy na to pieniędzy. Tym bardziej nie stać nas na samolot z Lukli. Nie ma wyboru, muszę dojść do Jiri.
Rano czuję się wyraźnie lepiej. Noga boli dużo mniej. Wyłażę z namiotu i dokonuję odkrycia, że kolano boli przy ruchu, ale niezależnie od obciążenia. Czy stoję na tej nodze, czy nie, boli tak samo. Może dlatego, że rzepka nie przenosi ciężaru ciała. Jest nadzieja, że da się iść, choć nie będzie to spacer.
Machermo Kang Wschodni (6073 m), Skrajny (5766 m) i bezimienny wierzchołek 5328 m widziane z Luza. Fot. Krzysztof Łoziński.Miałem w tym wszystkim sporo szczęścia. W decydującym momencie Elka, zaniepokojona, że długo mnie nie ma, wyjrzała z namiotu i zobaczyła, jak skaczę na jednej nodze bez plecaka i przewracam się w śnieg. Nie wiedziała, co mi jest, ale wiedziała, że coś nie tak. Narobiła krzyku i obie przybiegły. Doprowadziły mnie do bazy, przebrały w suche ubranie, wsadziły do śpiwora, napoiły gorącą herbatą. Nie pamiętam już, która z nich przyniosła mój plecak.
A tak niewiele brakowało. Gdyby przez piętnaście minut nikt mnie nie zauważył, to pewnie byłoby po mnie. Jeżeli człowiek, który wpadnie do wody o temperaturze zera stopni, żyje kilka minut, to ile można przeżyć w kompletnie przemoczonym ubraniu przy minus czterdziestu? Na pewno niedługo.
Następnego dnia ciągle boli jak cholera, ale jakoś tam już kuśtykam po bazie. Po równym nawet nieźle się poruszam, bo prawie nie muszę zginać nogi, ale gorzej jest z pokonywaniem wzniesień. Gdy zszedłem rano nad potok, miałem kłopoty z powrotem przez kilkumetrową skarpę. Jakoś jednak wlazłem. Gdyby nie ta noga, to pewnie miałbym wspaniały nastrój. Zdobyliśmy górę w Himalajach w zimowych warunkach i w tak małym zespole. W dodatku w zespole głównie babskim, gdzie ja robiłem za jedyny męski rodzynek. Czy ktoś to doceni? To jego problem. Jak mądry, to doceni, a jak głupi, to nic na to nie poradzę.
Ładujemy plecaki na jaka. Ela, ja i Szerpanka. Fot. Irena Dębowska.
Na trzeci dzień po mojej kontuzji zwijamy bazę. Wynająłem jednego jaka na plecaki, dzięki czemu możemy iść z lekkimi ładunkami. Opóźniam wymarsz, jak tylko się da, by moja noga maksymalnie odpoczęła. W rezultacie wychodzimy niemal wieczorem. Nawet jakoś mi się idzie, choć boleć nie przestało. Docieramy tylko do Dole, a więc niezbyt daleko. W Dole jest nieco większy lodge. Pierwszy raz od miesiąca jemy porządny jak steak[16], zamiast naszych nieśmiertelnych ciapatów z konserwą i müsli. No i pierwszy raz możemy przenocować w budynku, w cieple. Moja noga jakoś wytrzymała etap. Nazajutrz idziemy do Namche Bazar. Podejście pod Mon La, 600 metrów do góry, jest ciężką próbą dla mojego kolana. Docieram do Namche w pesymistycznym nastroju. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mam wytrzymać cały tydzień marszu do Jiri. Już na tym krótkim odcinku zjadłem cały nasz zapas pabialginy i niewiele mi to pomaga.
Spędzamy cały dzień w Namche Bazar. Dla uczczenia sukcesu pozwalamy sobie na małe szaleństwo: kupujemy po butelce piwa, które tutaj jest szalenie drogie, 75 rupii za butelkę.[17] Szukam tragarzy na dalszą drogę. Zgłaszają się trzy Szerpanki, w tym jedna garbata. Patrzę na nie sceptycznie, ale następnego dnia okazuje się, że nie możemy ich dogonić, choć idziemy na lekko. Niestety nasze Szerpanki zgodziły się tylko do Lukli, gdzie muszę szukać kolejnych tragarzy. Tygodniowy marsz do Jiri jakoś przeżyłem. Moja noga, wbrew logice, zdrowiała z dnia na dzień. Ciężko dostałem w kość tylko przy podejściu na Lamjura Pass (3600 m). To był cały dzień pod górę, dwa tysiące metrów różnicy wysokości. Przy tym ogromna różnica temperatur. W głębokiej dolinie, jak w lipcu: ciepło, kwitną kwiaty, a na Lamjura Pass - mróz i wiatr łeb urywa. Z Jiri jedziemy do Kathmandu na dachu autobusu. Niesamowite widoki na całe pasmo Rolwalingu. Docieramy do Kathmandu prawie o północy. Idziemy do restauracji Red Square. Już zamykali knajpę, ale tu nie PRL, tu się klienta szanuje. Obrusy były już zdjęte, krzesła na stołach, ale gdy weszliśmy, z powrotem zapalono wszystkie światła, nakryto wszystkie stoły. Siedzieliśmy w knajpie ze dwie godziny i nikt nas nie popędzał. Wróciliśmy znów do świata cywilizacji, do świata kelnerów i białych obrusów, a nie pichcenia na mrozie w ciasnym namiocie.
----------------------
Tamserku (6608 m). Fot. krzysztof Łoziński.Przed wyjazdem na wyprawę chciałem dostać dofinansowanie z Warszawskiego Klubu Wysokogórskiego. Powiedziano mi wówczas, że zarząd przyznaje dofinansowania, ale po powrocie. Wróciliśmy do Polski kompletnie wyprztykani z pieniędzy. Wiedziałem, że zanim zdołamy coś zarobić na pracach wysokościowych, minie pewien czas. Pomyślałem, że może mój klub, w którym od dwudziestu lat płacę składki, w którym wielokrotnie szkoliłem kursantów, nie biorąc za to wynagrodzenia, pomoże mi w tej sytuacji finansowo. Wystąpiłem o dofinansowanie. Zarząd klubu radził i radził, aż w końcu uradził, że muszę zrobić prelekcję ze slajdami, by zarząd mógł ocenić „czy nasze osiągnięcie jest wystarczające do przyznania dotacji". Zrobiłem prelekcję. Nikt z zarządu na nią nie przyszedł. Zarząd „zaciągnął opinii" jednego ze słabszych taterników, który nigdy nie był poza Tatrami i orzekł, że nasze osiągnięcie jest niewystarczające. Szlag mnie trafił. A kit wam w buty z waszymi pieniędzmi! Myślałem, że mam kolegów, co mi zwyczajnie pomogą, bo znalazłem się w ciężkiej sytuacji finansowej, a nie, że ktoś będzie oceniał moje i Wilmy „osiągnięcia". Wracając do Kathmandu, wróciliśmy do cywilizacji. Wracając do Warszawy, do, no właśnie... Ela, w swoim Klubie Wysokogórskim „Trójmiasto", dostała dofinansowanie bez żadnego problemu. Przyjęto ją tam jak bohaterkę. Od razu widać, że to nie stolica.
Rok później organizowałem wyprawę na Tamserku. Zebrałem zespół dobrych alpinistów, zgromadziłem wszelkie potrzebne informacje, załatwiłem pieniądze i wystąpiłem do zarządu klubu o zatwierdzenie wyprawy. Odpowiedziano mi, że wyprawa będzie zatwierdzona, jeśli jej kierownikiem będzie Kurczab albo Wolf. Odparłem, że jeśli któryś z nich chce być kierownikiem, to niech sobie wyprawę sam zorganizuje. Wyprawa nie doszła do skutku, a ja złożyłem legitymację klubu. Doszedłem do wniosku, że klub, z którego jedynym pożytkiem jest płacenie składek, nie jest mi do niczego potrzebny.
Kantenga (6779 m). Fot. Krzysztof Łoziński.Himalaje na progu zimy mają jedną wielką zaletę: nie docierają tam działacze sportowi. Niestety, wyprawa na Machermo była moją ostatnią.
Przed odlotem do Polski w restauracji na Chanakya Puri w Delhi. Irena Dębowska "Wilma", Krzysztof Łoziński, Elżbieta Budzbon i kelner. Fot. z archiwum autora.
[1] Dla kolegów alpinistów może być niezrozumiałe robienie wyprawy na szczyt niespełna sześciotysięczny tuż obok Everestu, Lhotse i Cho Oyu, więc wymaga to wyjaśnienia. Moja kariera sportowa została właściwie złamana przez politykę. Wejścia w górach wysokich, jakie już miałem za sobą pod koniec lat siedemdziesiątych, były dobrym punktem wyjścia do wypraw na ośmiotysięczniki. Jednak w tym momencie, gdy moi rówieśnicy: Kukuczka, Pawłowski i Wielicki, wkraczali w świat najwyższych gór, ja zająłem się działaniem w „Solidarności". Uznałem, że walka o wolność kraju jest ważniejsza niż alpinizm i był to mój świadomy wybór. W ten sposób sam wyłączyłem się z wyjazdów w góry na półtora roku, od lata 1980 do zimy 1981. Później przyszedł stan wojenny i najpierw zaangażowałem się w podziemie, a później wylądowałem w więzieniu. Gdy w 1983 roku wyszedłem z więzienia, byłem tak wyczerpany fizycznie, że pierwszego dnia miałem kłopoty z wejściem na schody. Później wróciłem do pewnej siły i sprawności fizycznej, nawet do siły, którą ludzie nie uprawiający sportu uznaliby za bardzo dużą, ale nigdy nie wróciłem już do takiej jak wcześniej. Nigdy już nie mogłem podrzucić ponad stu kilogramów czy przebiec maratomu. Wypadłem też zupełnie z kręgu uczestników wpraw, bo jeszcze przez kolejne cztery lata odmawiano mi paszportu. Gdy wyszedłem z więzienia miałem 35 lat, gdy pierwszy raz dostałem paszport, właśnie na wyprawę na Machermo, miałem 39. To jeszcze nie starość, ale już za późno, by zaczynać drogę w Himalaje od początku. Na atakowanie jakiegoś ośmiotysięcznika nie miałem w tym momencie żadnych szans. Machermo miał być pierwszym krokiem powrotu w wysokie góry, ale niestety nie nastąpiły po nim następne. Częściowo także przez politykę.
[2] Informacje te potwierdzają satelitarne mapy temperatur dostępne na płatnych stronach internetowych NASA
[3] Informacja dla młodych pokoleń: w PRL-u słówko „socjalistyczny" było formą zaprzeczenia. Demokracja socjalistyczna oznaczała brak demokracji, praworządność socjalistyczna brak praworządności i tak dalej: myśl socjalistyczna, nauka socjalistyczna...
[4] Rakszni - wódka ryżowa.
[5] Goa - indyjski kurort nad oceanem. Plaża, palmy...
[6] (ang). - O! Gówno!; - John, co się stało?: - Nie, nic. Ktoś tu siedzi.
[7] Takie makabryczne spotkania stają się w górach wysokich coraz częstsze. Nikt nie ma tyle siły, by znieść w dół ciało kolegi zmarłego na dużej wysokości, więc zostaje tam, gdzie umarł i straszy następnych, jak Hannelore Shmatz i Ray Gennet na Evereście.
[8] Czorten - tybetańska nazwa stupy (w sanskrycie). Jest to buddyjska budowla pełniąca rolę relikwiarza, kaplicy. Wewnątrz czortenów przechowywane są relikwie lub pisma religijne. Czorteny na Mon La są niewielkie (ok. 2 m wysokości), ale istnieją też ogromne (np. Bodha Stupa w Kathmnadu), o wysokości kilkudziesięciu metrów.
[9] (ang). Bardzo trudno, bardzo zimno.
[10] Lodge (ang.) - szałas lub mini schronisko, w którym można coś zjeść i przenocować
[11] Ciapaty - podstawowy produkt kuchni indyjskiej i nepalskiej. Placki podobne do naleśników, z tym że ciasto na nie wyrabia się tylko z mąki i wody. Trzeba je rozwałkować do konsystencji podobnej, jak ciasto na pierogi. Na ogół ciapaty smaży się bez tłuszczu, ale są różne szkoły.
[12] Dziś takie rozwiązanie stosuje się powszechnie, ale wówczas, gdy Baśka Momatiukowa szyła ten namiot według mojego projektu, była to nowość.
[13] Potoczne określenie przeziębienia często występującego zaraz po przyjechaniu do tropikalnego kraju.
[14] Footfangi - raki o całkowicie sztywnej konstrukcji, bardzo dobre do trudnej wspinaczki w lodzie.
[15] Dziabki albo dziaby - żargonowe określenie krótkiego czekana i młotka lodowego.
[16] Jak steak (ang.)- befsztyk z jaka.
[17] 75 rupii nepalskich - to ok. 3 dolary. Do Namche Bazar wszystkie towary były przynoszone przez tragarzy z Jiri lub z Lukli.