Czekany. Grafika komputerowa - Krzysztof Łoziński.

Opowiadań zawartych w tej książce nie można traktować jak dokumentu. Autorów przewodników i historyków alpinizmu proszę, by nie uważali ich za źródło do ustalania faktów. Do tych celów służą składane przeze mnie wykazy przejść i sprawozdania z wypraw a nie literackie wspomnienie, w którym ważniejsza jest atmosfera tamtego czasu niż, na przykład, precyzyjne ustalanie dat, miejsc, osób itp.

Okoliczności niektórych zdarzeń zostały nieco zmienione, tak, aby osoby w nich występujące pozostały nierozpoznawalne. Dotyczy to zwłaszcza osób, o których musiałem pisać źle. Jeśli nie podaję nazwisk, to znaczy, że podać ich nie chcę i ewentualnych recenzentów proszę o powstrzymanie się od dociekań w tej materii.

Postacie występujące pod pełnym imieniem i nazwiskiem oraz ich czyny są całkowicie prawdziwe, ale akurat te osoby nie mają żadnego powodu, by wstydzić się tego, co o nich napisałem.

Kilka osób, które odegrały istotną rolę w moim życiu, nie zostało w książce wymienionych. Nie wspominam wielu istotnych przejść i paru wypraw. Nie znaczy to, że o osobach przemilczanych nie pamiętam. Wspinałem się ponad czterdzieści lat i nie jestem w stanie opisać w jednej książce wszystkich przejść, w jakich Bralem udział oraz wszystkich ludzi gór, jakich poznałem. Wybór, którego dokonałem, nie jest wartościujący.

Krzysztof Łoziński


Droga w góry
Zamiast wstępu - o górach i ludziach

Trudno powiedzieć, kiedy trafiłem w góry. Mam wrażenie, jakbym był w nich zawsze. W dzieciństwie jeździłem z rodzicami w Tatry na narty. Moje najstarsze górskie wspomnienia - to zima w Poroninie. Zjeżdżałem na dziecinnych nartkach, które nazywały się „Miś", z górki tak małej, że prawie jej nie ma, ale z mojej dziecięcej perspektywy była całkiem spora. Te nartki nawet nie miały wiązań, tylko coś w rodzaju przymocowanego na stałe buta, w który wkładało się nogę w prawdziwym bucie. Nie wiem, ile miałem wówczas lat, ale chyba jeszcze nie chodziłem do szkoły. Pamiętam też widoczne z daleka wielkie ośnieżone góry. Pamiętam, że były dla mnie czymś strasznie tajemniczym i pociągającym.

Na etapie szkoły podstawowej jeździłem z rodzicami na narty w Tatry Zachodnie, głównie do doliny Chochołowskiej. Na narty jeździłem dosyć długo, tak że dorobiłem się nawet dorosłych nart z wiązaniami typu kandahar. Były to jeszcze czasy nart drewnianych i bez wiązań bezpiecznikowych. Buty narciarskie były skórzane i zupełnie miękkie. Kijki były dębowe, a później z bambusa. Narty zarzuciłem, gdy zacząłem intensywnie wspinać się zimą. Ostatni raz byłem na nartach w połowie lat siedemdziesiątych, gdy leczyłem odmrożenia po Hindukuszu i nie mogłem się wspinać.

Pojechałem z kolegami ze studiów na Bukowinę, założyłem swoje narty kandahar, swoje skórzane buty, i wyszedłem na stok. Wszyscy patrzyli na mnie jakoś dziwnie, bo były to już dawno czasy nart metalowych i plastikowych butów. Podjechał nawet do mnie dyżurny goprowiec, starając się odwieść mnie od zamiaru niechybnego połamania nóg i miałem pewne trudności z wytłumaczeniem mu, że ja na tym sprzęcie to parę lat już jeździłem i jakoś żyję w jednej całości. To był mój ostatni kontakt z nartami.

To moje dziecinne narciarstwo było właściwie turystyką narciarską, a nie narciarstwem zjazdowym. Moi rodzice chodzili w liczniejszym towarzystwie na całe narciarskie „wyrypy", głównie w Tatrach Zachodnich. Ja byłem jeszcze za mały, by w tych wyprawach uczestniczyć, ale istotne było pewne podejście do gór, które od środowiska rodziców przejąłem. W tej grupie nie było mowy o wyciągach i oślej łączce, za to chodziło się kawał granią, by na wieczór raz zjechać. Dlatego do dziś nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że gdzieś nie można jeździć na nartach, bo tam nie ma wyciągu.



Pod ścianą Jastrzębiej Turni (1966 r.). Fot. Bożena Jesionkiewicz.

Wspinaczkę zacząłem od skałek na Nosalu, Małym Giewoncie i w reglowych dolinkach. Razem z góralskimi chłopakami po prostu łaziłem po skałach i nawet próbowaliśmy stosować coś w rodzaju asekuracji. Mieliśmy kawałek liny, ale kompletnie nic nie umieliśmy. Na tym kawałku starej sizalowej liny nasz sprzęt alpinistyczny się kończył.

Gdy miałem dwanaście lat przeszedłem bardzo ciężką chorobę, jakąś infekcję, do dziś nie wiem, co to w końcu było. Chorowałem bardzo ciężko i długo. Po tej chorobie rodzice stwierdzili, że muszę porządnie wypocząć i pierwszy, a zarazem ostatni, raz w życiu pojechałem z mamą do domu wczasowego. Oczywiście do Zakopanego, bo jakże inaczej. W Zakopanem miałem swoich góralskich kolegów i z tego domu wczasowego, w którym miałem wypoczywać i dochodzić do zdrowia, urywałem się z nimi na skałki. Szybko doszliśmy do wniosku, że skoro możemy chodzić na skałki Nosala, to niewiele dalej jest na Halę Gąsienicową.

Z perspektywy lat muszę stwierdzić, iż to, że przeżyłem ten pierwszy okres wspinania, zakrawa na cud. Wspinaliśmy się wprawdzie po zupełnie łatwych drogach, ale spaść można i tam, zwłaszcza, jak się praktycznie nic nie umie. Za cały sprzęt alpinistyczny mieliśmy połówkę sizalowej zjazdówki. Ani jednego haka lub karabinka. W dodatku żaden z nas nie umiał asekurować. Kontaktów z dorosłymi taternikami unikaliśmy, bo baliśmy się, że nas, dzieciaki, pogonią do domu.

Jednym z moich pierwszych partnerów był kolega w moim wieku o przezwisku Grotołaz i dosyć dziwnej osobowości. Właśnie z Grotołazem zaliczyłem swój pierwszy poważny lot, który mógł bardzo źle się skończyć. Wspinaliśmy się na skałkach na Nosalu, nie wiedząc zupełnie, czy i jakie są tam drogi. Wspinałem się z dolną asekuracją a raczej z dolnym brakiem asekuracji, bo stanowisko było bez żadnego haka i polegało na tym, że Grotołaz siedział na kamieniu w połowie ściany, do niczego nieprzyaucony[1] i trzymał linę w ręku. Nie wiem dlaczego, ale poleciałem. Na szczęście lina przechodziła przez kant skały i prawdopodobnie na tym kancie powstało tak duże tarcie, że partner nie mający stanowiska i nie umiejący asekurować jednak mnie utrzymał. No i nie bez znaczenia pewnie było to, że jako dwunastoletni dzieciak bardzo mało ważyłem.



Ćwiczę hakówkę na bunkrach w Czosnowie. Asekuruje Michał Wroczyński.
Fot. Bożena Jesionkiewicz.


W Warszawie zacząłem szukać kontaktu ze środowiskiem taternickim, ale zamiast do Klubu Wysokogórskiego trafiłem przypadkowo do Speleoklubu. Przez kilka lat chodziłem nie w góry, tylko do jaskiń. Coś mi to jednak dało. Nauczyłem się podstaw techniki i asekuracji, no i dotarłem na podwarszawskie bunkry w Czosnowie. Tam też poznałem pierwszych prawdziwych taterników: Samka Skierskiego, Maćka Popkę, Adama Szurka i Janusza Kurczaba. W Czosnowie też tworzyło się środowisko młodych i bardzo młodych warszawskich taterników, środowisko, które później miało nieźle w górach namieszać. Wówczas jednak wszyscy chodziliśmy do szkoły średniej i rozwiązywaliśmy „problemy" na poziomie Czosnowa. W Tatrach przechodziliśmy wówczas drogi łatwe, głównie wokół Hali Gąsienicowej.

Dzisiejsi taternicy nie znają problemów, jakie musiało pokonywać moje pokolenie. Podstawowym problemem była nędza, a kolejnym brak wolności. To generowało problemy dalsze, takie jak ogromne trudności ze zdobyciem sprzętu lub z wyjazdem za granicę. Polskiego sprzętu alpinistycznego praktycznie nie było, a to, co było, niemal nie nadawało się do użytku. Bardzo długo, bo aż do początku lat siedemdziesiątych, jedyne liny dostępne na polskim rynku były sizalowe lub bawełniane. Te drugie nadawały się wyłącznie do ról pomocniczych. Liny nylonowe, gdy się już pojawiły, też daleko odbiegały od światowych standardów. Mimo to w pierwszym okresie mieliśmy niemal nieograniczone zaufanie do nylonu, który, w przeciwieństwie do sizalu, miał się nie zrywać. To nadmierne zaufanie przyjmowało takie rozmiary, że zdarzało się używać nylonowych zjazdówek do asekuracji! Dopiero gdy niejaki Kiciuś zerwał taką zjazdówkę wyłącznie własnym ciężarem (pokazywał kursantom jak się zjeżdża z Żółtej Igły), przyszło otrzeźwienie.

Sprzęt taternika lat sześćdziesiątych był nie tylko siermiężny, ale i bardzo ciężki. Zacznijmy od ubioru. Wówczas nie było jeszcze nie tylko polaru i goretexu, ale nawet ortalionu (a wydawałoby się, że ortalion był zawsze). Ubieraliśmy się w spodnie z wełnianego filcu i bawełniane kalesony (obrzydliwe to były gacie - istny sprzęt antykoncepcyjny). Skafandry wykonane były z brezentu.

Całość uzupełniały flanelowe koszule i swetry. W dobrym tonie było, by sweter był wielokrotnie łatany, co ponoć świadczyło o ciężkich bojach ze ścianą, podobnie jak kiedyś liczne blizny na ciele wojownika. Jerzy Ajdukiewicz zauważył słusznie, że świadczyło to tylko o niechlujstwie, ale moda jest modą.

Taternik ubrany na zimową wspinaczkę przypominał grubego, ciężkiego misia, który miał na sobie tyle ubrania, że już prawie nie mógł się ruszać. Całości dopełniały miękkie skórzane buty, bardzo szybko przemakające. Do tych butów wiązało się żelazne, kute raki. Do wiązania raków służył knot od lampy naftowej, który kupowało się zaraz po przybyciu do Zakopanego w sklepie gospodarczym na Kościeliskiej.



Człowiek i ściana. Fot. Krzysztof Łoziński.

Sprzęt alpinistyczny było tak trudno zdobyć, że miał dla nas niesamowitą wartość. Przypadki ryzykowania sporego lotu, aby tylko nie zostawić haka a tym bardziej karabinka, nie były rzadkością. Jeszcze w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy - porzucony w górach Hindukuszu przez kolegów z wyprawy - szedłem samotnie, kompletnie wyczerpany, doliną Wahanu i bałem się, że nie starczy mi sił, by dojść do ludzi, nie zdecydowałem się na wyrzucenie trzynastu żelaznych śrub lodowych (ciężkich jak cholera) i nieprzydatnego już namiotu. Pamiętam też, jak schodząc na ostatnich nogach z siedmiotysięcznika, zdeteriorowany[2] i poodmrażany, zbierałem z obozów niewykorzystane ładunki butanowe (które każdy zachodni alpinista wyrzuciłby w diabły), by zabrać je z powrotem do Polski. Ale taki westman miał w swoim mieście sklep, w którym takie ładunki mógł bez problemu kupić, a my najbliższy taki punkt mieliśmy w Wiedniu.

Nasza bieda przybierała różne formy. W latach siedemdziesiątych było już nieco lepiej ze sprzętem, ale za to rządząca ekipa Edwarda Gierka zlikwidowała nam szturmżarcie. Cukier, kiełbasa, konserwy, wszystko było na kartki, o ile w ogóle było. Z tego czasu pamiętam dwa zdarzenia. Pierwsze - jak mieszałem serek homogenizowany z deficytowym kakao i deficytowym cukrem, by - po wsadzeniu tego do słoika - zabrać jako szturmżarcie na wspinaczkę. Drugie było takie: tuż przed wyjazdem do Afganistanu dowiedzieliśmy się, że ogłoszono zakaz wywozu z Polski żywności. Władza twierdziła, że żywności w kraju brakuje, bo ponoć turyści wywożą jej za dużo za granicę. Zakaz był totalny i nieomijalny, ale nie wszystkich towarów dotyczył (tylko tych najważniejszych). Pamiętam jak mieszaliśmy legalne płatki owsiane z nielegalnym cukrem i mlekiem w proszku, by ukryć je przed celnikami.

Co najdziwniejsze, był to okres, w którym polski alpinizm odnosił największe sukcesy. Hindukusz Afgański był dla nas wyjątkowym darem losu. Dzięki splotowi okoliczności nienormalnych i politycznych, mieliśmy niezwykle tani i łatwy dostęp do gór wysokich. Okazało się wtedy, że hasło Edwarda Gierka „Polak potrafi" ma swój sens, z tym tylko, że Polak potrafił zupełnie nie to, co Gierek chciał. Polak bowiem potrafił kombinować. I tu pojawia się temat na rozprawkę, którą przyszłym historykom alpinizmu polecam: „Rola kombinowania w sukcesach polskiego alpinizmu".



Po zimowym załamaniu pogody wyglądam jakbym miał 50 lat (miałem 21).
Fot. Hanna Brzeska.




Bogdan Zalega i Anna Skowrońska na bunkrach w Janówku. Początek lat siedemdziesiątych. Fot. Krzysztof Łoziński.

Wyglądało to tak: cena przejazdu pociągiem przez ZSRR, z jakiś politycznych powodów, była dla nas, obywateli PRL, nienormalnie niska. Za 2100 złotych można było dojechać pociągiem do Termezu, miasta na granicy Afganistanu (jako nauczyciel w szkole średniej zarabiałem wówczas 2000 złotych). Następnie za 3,5 rubla przepływało się promem przez Amu Darię do Hairatanu, już po stronie afgańskiej. Stamtąd, za dziesięć dolarów na łba wynajmowało się busa do Kabulu, a za następną dychę - ciężarówkę do wylotu doliny w Hindukuszu. W sumie, razem z kosztami żywności i sprzętu, za trzy nauczycielskie pensje mieliśmy dostęp do siedmiotysięcznych szczytów.

Ale i te koszty umieliśmy sobie obniżyć, a nawet na całej sprawie zarobić. Kupowało się w sklepie NRD-owskim na ul. Kruczej zegarek Ruhla za 200 złotych. Ruhla to był najgorszy ale i najtańszy zegarkowy szmelc. W Afganistanie sprzedawało się tę Ruhlę za 1000 afganów i za tyle samo kupowało się kożuch, który sprzedawało się w Polsce za średnio 25 tysięcy złotych. A nikt przecież nie kupował tylko jednej Ruhli. Robiło się jeszcze handle pomniejsze. Na przykład płyn do prania „Kokosal" sprzedawało się w Afganistanie jako szampon.



Wracając z bunkrów należało odwiedzić restaurację "Niespodzianka" w Czosnowie, choć łatwiej tam było dostać po pysku, niż coś do jedzenia. Od lewej: Andrzej Mierzejewski, Dorota Nanowska, Jarosław Kowalski, Magda Sułocka (ok. 1970 r.). Fot. Krzysztof Łoziński.

Bardzo szybko zaczęliśmy odkrywać inne układy. Zauważyliśmy, że bilet lotniczy z Budapesztu do Hanoi kosztuje tylko 4 tysiące złotych i w czasie międzylądowania w Bombaju oświadczaliśmy stewardessie: ja mam wizę indyjską i tu wysiadam (normalny bilet do Indii kosztował blisko 20 tysięcy). Z czasem węgierski personel pytał od razu Polaków wsiadających na lot do Hanoi: „Pan do końca, czy do Bombaju?"

Dzięki takim dziwnym układom prosto z Tatr trafiłem w góry wysokie, niemal całkowicie pomijając tradycyjny etap alpejski. W Alpy też dotarłem, ale dużo później, już po kilku wyprawach w Hindukusz i Himalaje. Na razie jednak wróćmy do lat sześćdziesiątych, skałek, bunkrów i Hali Gąsienicowej.

Pierwszy raz przyjechałem na bunkry w Czosnowie w ramach kursu dla początkujących ze Speleoklubu. Kursu tego zresztą nigdy nie ukończyłem, z przyczyn, których już dziś nie pamiętam. Grotołazów bardziej niż bunkry interesowały wieże triangulacyjne, a jedna z nich znajdowała się w Czosnowie. Na tych wieżach ćwiczyło się zjazdy na linie, prusikowanie i podchodzenie po drabinkach. W tamtych czasach zjeżdżano tylko w kluczu, nawet nie przez karabinek, a przyrządów do zjazdu jeszcze nikt nie wymyślił. Na wieży triangulacyjnej w Czosnowie odbyłem swój pierwszy w życiu zjazd na linie.

Wprawdzie już wcześniej wspinałem się po skałkach i w otoczeniu Hali Gąsienicowej, ale jeszcze nigdy nie zjeżdżałem. Co więcej zupełnie nie byłem oswojony z ekspozycją. Jaka tam ekspozycja jest na drogach wokół Hali? Żadna. Tu jednak trzeba było zjechać wprawdzie tylko 15 metrów, ale za to w zupełnym lufcie. Wszedłem na wieżę. Instruktor sprawdził mi na wszelki wypadek wszystkie węzełki i - jazda. Wychodziłem do zjazdu przez otwór w podłodze platforemki i, wychodząc, jeszcze luftu nie widziałem, ale gdy już wyszedłem, zobaczyłem, że wiszę w powietrzu na linie cienkiej jak ołówek i, co tu dużo mówić, złapałem niezłego pietra. Nie miałem jednak wyboru. Wrócić do góry już się nie dało, mogłem tylko zjeżdżać. Zjechałem jakieś trzy metry i wtedy zobaczyłem obok siebie jedną z poziomych belek wieży. Ta belka, w porównaniu z moją cieniutką liną, wydała mi się niemal opoką, stałym gruntem. Wykonałem rozpaczliwy skok i złapałem się belki, puszczając przy tym linę. Zawisłem na rękach nad luftem i moja sytuacja wydała mi się od razu beznadziejna. Na chwycie za okrągłą belkę długo uwisieć nie mogłem. Byłem w zupełnej panice. Zapomniałem, że jestem asekurowany.

Moi instruktorzy zachowali się w tym momencie w sposób skuteczny, ale okrutny. Widząc, że jestem w zupełnej panice, pozwolili mi „dojrzeć" i spaść, po czym spokojnie opuścili mnie na linie na ziemię. A to było naprawdę okrutne. Przeżyłem całe „dojrzewanie", miotanie się, stopniowe rozginanie się palców...

Po tym incydencie pewnie nigdy bym nie został taternikiem, gdyby nie Krysia Rapacka. Gdy zupełnie roztrzęsiony wylądowałem w końcu na ziemi, Krysia podeszła do mnie i powiedziała: „Jak się teraz od razu nie przełamiesz, to nigdy nie będziesz się wspinał, a zawsze będziesz się bał". Wróciłem na wieżę i jeszcze raz wyszedłem do zjazdu. Bałem się prawie tak samo, ale tym razem się zawziąłem. Zjechałem normalnie i tego samego dnia zjechałem jeszcze chyba z dziesięć razy. Ciągle jednak się bałem i wiedziałam, że muszę przełamać się naprawdę. Tydzień później przyjechałem sam do Czosnowa. Wszedłem na wieżę i zjechałem z niej całkowicie samodzielnie, w kluczu, bez żadnej asekuracji, nawet bez prusika[3]. Dopiero po tym poczułem się pewnie. Miałem wówczas czternaście lat.



Pokonywanie okapu techniką hakową. Z archiwum autora.

Kursu w Speleoklubie nie ukończyłem. Nie ukończyłem zresztą żadnego kursu, byłem natomiast później wielokrotnie instruktorem na różnych kursach. Przez pierwsze dziesięć lat wspinania nie należałem też do Klubu Wysokogórskiego ani żadnego innego. Wówczas nie było jeszcze PZA z jego pomysłami, i życie w środowisku górskim było znacznie bardziej normalne i ludzkie. Pomimo że nie należałem do żadnego klubu, nikt nie przeszkadzał mi się wspinać ani mieszkać na taboriskach Klubu Wysokogórskiego. O tym, że było się taternikiem nie świadczył żaden dokument, tylko to, że chodziło się na wspinaczki. Owszem, istniał Klub Wysokogórski, istniały stopnie taternickie, ale te stopnie można było mieć albo nie mieć i nic specjalnego z tego nie wynikało. Przynależność do klubu miała znaczenie wyłącznie prestiżowe.

Do jaskiń rozczarowałem się dosyć szybko. Naczytałem się wcześniej książek o  jaskiniach, książek pełnych zdjęć różnych wspaniałych nacieków i atmosfery wielkiej przygody. Tymczasem tatrzańskie jaskinie - to ciemne, zimne i mokre dziury, w których właściwie nie ma nic poza błotem i kapiącą za kołnierz wodą. Bardzo szybko przestało mi się tam podobać.

-------------------

Przez pierwsze lata mojego wspinania, lata jeszcze wczesnej młodości, podchodziłem do alpinizmu w sposób bardzo romantyczny. Wszyscy taternicy wydawali mi się wspaniali, a niektórych odbierałem niemal jak nadludzi. Dopiero później zrozumiałem, że w tym środowisku są bardzo różni ludzie, są mądrzy i głupi, odważni i tchórze. Wtedy jednak połykałem jedną za drugą górskie książki i nie przyjmowałem do wiadomości żadnej krytyki alpinizmu.

Wiodłem na przykład zaciętą walkę z rodzicami, którzy w moim mniemaniu nie rozumieli wyższych racji, a oni po prostu się o mnie bali. Z perspektywy czasu wiem, że bali się słusznie. Dla mnie, zapalonego nastolatka, niebezpieczeństwo w górach nie istniało. Informacje o wypadkach po prostu spychałem, wyrzucałem ze świadomości. Niebezpieczeństwo zaczynałem rozumieć dopiero, gdy zaczęli się zabijać moi koledzy. Wcześniej też znałem ludzi, którzy ulegali wypadkom i ginęli w górach, ale oni należeli do znacznie starszego ode mnie pokolenia. Śmierć w górach Jacka Dyzmy Woszczerowicza i Krysi Lipczyńskiej przyjąłem dość obojętnie, jakby ta śmierć nie była rzeczywistością, jakby była na filmie. Naprawdę mnie siekło dopiero, gdy zginęła Marta Mann.

Marta była nie tylko moją koleżanką i siostrą mojego szkolnego kolegi, Wojtka, ale była też dziewczyną, która mi się bardzo podobała. Następna górska śmierć, którą mocno przeżyłem, to była śmierć Andrzeja Byczkowskiego. Zaczynało do mnie docierać, że niebezpieczeństwo w górach nie jest abstrakcją. Ciągle jednak wierzyłem w teorię, bardzo popularną wśród taterników tamtego czasu, że jak nie zrobi się błędu w asekuracji, to nic w górach człowiekowi stać się nie może. Całe moje pokolenie, wszyscy moi rówieśnicy, powtarzali jak zaklęcie: „przy prawidłowej asekuracji nic się taternikowi nie może stać". To była nie tylko naiwna wiara, ale i samousprawiedliwienie.



Żabi Koń, Żabia Turnia Mięguszowiecka i Wołowa Turnia od Północy.
Fot. Krzysztof Łoziński


W 1966 lub 67 roku, wydarzył się pewien incydent, który spowodował w mojej rodzinie sporą nerwowość. Byłem w tym czasie w Tatrach, ale na Słowacji, i nic nie wiedziałem, co się dzieje w Tatrach Polskich. Po powrocie ze Słowacji od razu pojechałem do Warszawy i udałem się prosto do domu, a tu patrzą na mnie jakoś dziwnie, mówią, że się cieszą, że nic mi nie jest itp. Patrzę na rodziców i siostrę  jak osłupiały i nie wiem o co chodzi. Okazuje się, że zostałem prawie uśmiercony przez prasę.

W tamtych latach wychodziły tylko trzy główne ogólnopolskie gazety: „Trybuna Ludu", „Życie Warszawy" i „Sztandar Młodych" i kilka gazet o znacznie mniejszym zasięgu. Pewnego dnia we wszystkich trzech ukazała się maleńka PAP-owska notatka: W rejonie Hali Gąsienicowej w Tatrach uległ wypadkowi taternik Jerzy Łoziński z Warszawy. W stanie ciężkim został przewieziony do szpitala.



Halny wiatr. Fot. Krzysztof Łoziński.

Ja mam na imię Krzysztof i nie mam drugiego imienia, ale Jerzy to imię mojego ojca. Można więc było zrozumieć, że chodzi o mnie, a tylko ktoś pomylił imiona. Moi rodzice nie od razu tę notatkę przeczytali. Mój ojciec, nic nie wiedząc, poszedł do pracy, a tu koledzy zadają mu dziwne pytania:

- Panie inżynierze, czy pański syn jest taternikiem?
- Jest.
- A czy pański syn jest w Tatrach?
- Jest.

Po paru takich pytaniach ojciec zażądał, by w końcu powiedzieli mu, o co chodzi. Dopiero wtedy przeczytał tę notatkę. No i zaczęły się telefony do Zakopanego. Okazało się, że w szpitalu nie są wcale pewni, jak się delikwent nazywa, a już na drugi dzień okazało się, że to zupełnie kto inny. Po prostu prasa PRL-u była bardzo beztroska. Korespondent PAP-u usłyszał niedokładnie nazwisko, które zresztą było podobne, ale inne, i napisał cokolwiek, nie przejmując się tym, że czyjaś rodzina może to przeczytać.

Jest taki przesąd, że jak kogoś pochowają przez pomyłkę, to będzie długo żył i widać coś jest w tym prawdy, bo przez blisko czterdzieści lat uprawiania alpinizmu, w tym dobre trzydzieści lat bardzo intensywnie, nie miałem żadnego wypadku. To aż nieprawdopodobne, ale tak było.

Dlaczego? Myślę, że miałem po prostu dużo szczęścia. Przeżyłem kilka bardzo poważnych odpadnięć, kilka lotów lawinowych, w tym jeden naprawdę groźny (300 metrów, z góry Mnichowego Żlebu na sam dół), ale jakoś zawsze kończyło się tylko na potłuczeniach i wracałem do schroniska lub do bazy o własnych siłach.[4] Największa krzywda, jaką sobie w górach zrobiłem, to zwichnięcie nogi w Himalajach, ale miało to miejsce w potoku, zaledwie 200 metrów od bazy i nawet wtedy dotarłem do bazy o własnych siłach. Zwichnięcie było zresztą na tyle mało poważne,

że już dwa dni po jego nastawieniu amatorskimi siłami, mimo ogromnego bólu, byłem w stanie samodzielnie iść. Wyboru zresztą wielkiego nie miałem, bo nie miał mnie kto zanieść, więc - chciał nie chciał - trzeba było wziąć wór na plecy i kuśtykać do Namche Bazaar[5], a parę dni później nawet do Jiri[6].

Dużo mniej szczęścia miało wielu moich kolegów i dziś, z perspektywy czasu, rozumiem, że rodzice mieli naprawdę powody, by się o mnie bać. Nie liczyłem, ilu ludzi, których dobrze znałem zginęło w górach, ale było to na pewno kilkadziesiąt osób.

Dwa z tych wypadków były dla mnie szczególnie przykre, bo moi koledzy zginęli na moich drogach. Racjonalnie nie ma w tym mojej winy, bo naprawdę trudno obwiniać kogoś, kto poprowadził drogę, za to, że ktoś inny miał na niej wypadek. Przychodzą jednak głupie myśli, że może, gdybym tych dróg nie zrobił, to Mietek Górnisiewicz i Darek Kołoczek by żyli[7].

-------------------



Mgła przelewa się przez grań. Fot. Krzysztof Łoziński.

Wróćmy jeszcze w lata sześćdziesiąte. W schroniskach tatrzańskich panowała wówczas pewna atmosfera, której już nie ma. Na Hali Gąsienicowej były aż cztery schroniska. Państwowy (teoretycznie PTTK-owski) Murowaniec i trzy schroniska prywatne: Wyżnie, Betlejemka i Księżówka. Taternicy w zasadzie nie mieszkali w Murowańcu, ale u Bustryckiej w Wyżnim i Betlejemce, albo u Strączkowej w Księżówce. Warunki w tych schroniskach były dosyć spartańskie. Spało się pokotem i to czasami w miejscach dziwnych.  W sezonie zimowym w schroniskach panował niemiłosierny tłok, bo na Hali - oprócz taterników - byli jeszcze narciarze.



Północno-wschodnie ściany Mnicha, Mniszka i Ministranta.
Fot. Krzysztof  Łoziński.


O ile Wyżnie przypominało jeszcze jakoś schronisko z prawdziwego zdarzenia, była tam kuchnia i jadalnia, to Betlejemka i Księżówka były tylko noclegowniami dla tarenicko-narciarskiego tłumu. Braki wygody nadrabiano humorem. Nad drzwiami Betlejemki wisiał szyld: „Betlejemka. Schronisko wysokogórskie imienia Jeremiasza Apollona Hytza". Ów Jeremiasz Apollon Hytz był postacią fikcyjną, ale w środku wisiała cała tablica upamiętniająca jego dokonania („Nawet dżdżownica się zachwyca osiągnięciami Jota A. Hytza"). Dokonaniem najważniejszym było udowodnienie, że skutek pociąga za sobą przyczynę, co ów J. A. Hytz udowodnił, wchodząc do muszli klozetowej i pociągając za sznurek. Na cześć tego faktu, na schroniskowym wychodku, zamiast zwykłej tabliczki „WC", wisiał szyld: „Biuro do spraw rozszerzania wyobraźni".



Przed sezonem letnim chodziliśmy pod Mnicha i Kazalnicę zbierać sprzęt zgubiony zimą. Na zdjęciu prezentuję cenne znalezisko: kilka haków i karabinków. Ok. 1970 r. Fot. z archiwum autora.

W przedziwnych miejscach nocowano też w Morskim Oku. Poza dwoma schroniskami, Starym i Nowym, był jeszcze „kurnik", czyli szopa obok nowego schroniska. W „kurniku" nie sypiał byle kto, ale tylko znajomi państwa Łapińskich, bo nie było to legalne miejsce noclegowe. Była też „Aligatornia", czyli wnęka pod schodkami werandy Nowego Schroniska. W „Aligatorni", jak sama nazwa wskazuje, rozbijał namiot głównie Aligator, czyli Jan Łącki. Istnym przedpieklem było Stare Schronisko[8], w którym koczował nieprawdopodobny tłum nie tylko na kupie, na pryczach, ale i pod pryczami, na korytarzach, w kuchni i na schodach. Gospodarzem Starego Schroniska był stary góral Franciszek, który poza paleniem w piecu zajmował się też łapaniem „waletów", czyli tych, co nie zapłacili za noclegi. Każdemu złapanemu delikwentowi Franciszek wygłaszał przemowę: „Ja pójdę do recepcyjom, a oni zadzwonią na policyjom..." W pewnych okresach „waletów" było jednak tak dużo, że nawet Franciszek dawał sobie spokój, bo każdy na pierwszy rzut oka widział, że na około sto miejsc noclegowych w obu schroniskach przypadało dobre trzysta nocujących osób.



Asekuruję w skałkach podlesickich. Ok. 1975 rok. Fot. Marzena Karbownik (obecnie Podarzewska).

Tak było zwłaszcza w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra, gdy do Morskiego Oka ściągał, kto żyw. Tłum gęstniał wówczas do nieprawdopodobnych rozmiarów, spano nawet w łazienkach pod umywalkami i wypijano niebywałe ilości alkoholu.

W Nowym Schronisku życie taternickie koncentrowało się na drugim piętrze, gdzie spano nie tylko w pokojach, ale i na korytarzu. Ba, żeby tylko spano. W drewnianym schronisku, na podłodze, między plecakami i śpiworami, gotowano na juvlach, czyli benzynowych prymusach, które w celu odpalenia podlewano jeszcze dookoła benzyną. Jeszcze by nie było tak źle, gdyby pichcono tylko na niemieckich juvlach, ale robiono to też na ich polskich podróbkach marki Dęba, zwanych popularnie granatami. Rzecz polegała na tym, że Dęba nie paliła się stabilnie, tylko jej temperatura stale rosła i w pewnym momencie zaczynała zionąć już tak wielkimi płomieniami, że trzeba było ten prymus wyrzucić przez okno w śnieg, aby tam zgasł, oblać go wodą, lub wrzucić do potoku. W przypadku zaniechania takich metod, Dęba dokonywała efektownego wybuchu, lejąc płonącą benzyną gdzie popadnie. Niektórzy twierdzili, że to, iż schronisko jeszcze nie spłonęło, jest dowodem na istnienie Boga. O tym, że miejsce i jego klientela były niebanalne świadczył napis wydrapany przez kogoś na ścianie:



(jest to równanie Shrödingera, czyli równanie falowe dla fali materii).

W lecie mieszkało się na taboriskach, czyli na polach namiotowych. Taborisko w Morskim Oku nie było wówczas tam, gdzie obecnie, tylko bezpośrednio za schroniskiem, nad rozlewiskami Rybiego Potoku. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych część namiotów nie miała jeszcze podłogi. A wydawałoby się, że namioty z podłogą były zawsze. Nie było nie tylko karimatów, które pojawiły się kilkanaście lat później, ale nawet nadmuchiwanych materaców (w ogóle istniały, ale nie w PRL). Materacyki do biwakowania w górach robiło się z zaszytych w brezent dętek rowerowych. Pierwsze materace nadmuchiwane, gdy już się w Polsce pojawiły, były zrobione ze zwykłej gumy i potwornie ciężkie. Ważyły po kilka kilogramów.

Zresztą cały nasz sprzęt był bardzo ciężki. Haki, wyłącznie kute, z grubego żelaza, zamawiało się u kowali. W Warszawie było dwóch kowali, którzy wyrabiali haki na obstalunek: Fabisiewicz na Grzybowskiej, koło Żelaznej, i Piesiewicz na Stalowej. Haki od Fabisiewicza były miękkie, a od Piesiewicza bardzo twarde. Waga sprzętu powodowała, że jadąc w góry trzeba było nosić potwornie ciężkie plecaki. Dzisiejsze pokolenie nie zna już problemu wora, problemu plecaka tak przytłaczającego, że silni ludzie z trudem przestawiali pod nim nogi, tak, że każde dojście do taboriska, a zimą - do schroniska, stawało się katorgą. Plecak ważący 60 kilogramów wcale nie był ewenementem.

A problem wora urastał do poważnych rozmiarów, gdy w zimie okazywało się, że autobus dojeżdża tylko do Łysej Polany, albo i co gorsza do Bukowiny. Zaczynał się wtedy koszmarny, wielogodzinny marsz do Morskiego Oka, który odchorowywało się przez kolejne dwa dni.

Jest jeszcze jedna rzecz, która może być niezrozumiała dla młodych ludzi nie znających tamtych czasów: patenciarstwo. W Polsce nie można było kupić praktycznie żadnego sprzętu. Rozwiązania były więc dwa: przywieźć z zagranicy albo zrobić. Jeszcze w czasach szkolnych robiłem na lekcjach robót ręcznych haki z aluminiowej blachy. Te haki były strasznie słabe i nawet obciążane statycznie potrafiły wypadać. Później wycinałem haki piłką do metalu ze stalowego kątownika. Były nawet nienajgorsze, ale bardzo ciężkie.



Północna ściana Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego z drogi do Morskiego Oka. Fot. Krzysztof Łoziński.

Największym problemem były karabinki. W Polsce lat sześćdziesiątych nie można było ich kupić, a zrobienie karabinka nie jest już takie proste. Byliśmy więc skazani na import i każda sztuka była skarbem. Oczywiście były one ciężkie, stalowe. Pod koniec lat sześćdziesiątych pojawiły się „samobóje", czyli stalowe karabinki wytwarzane dla celów przemysłowych a nie alpinistycznych. „Samobóje" miały dwie nieprzyjemne właściwości: pewien sprytny ząbek przy zamku, który kaleczył ręce (trzeba go było spiłowywać) i bliżej nieokreśloną wytrzymałość (stąd nazwa). Jeden wytrzymywał blisko 2000 kilogramów, a drugi, identycznie wyglądający, potrafił się rozgiąć pod statycznym obciążeniem.

W ramach samoróbstwa wystrugałem pilnikiem na imadełku nie tylko dziesiątki haków, ale i później trzy kolejne czekany. Jeden z nich był całkiem udany i mam go do dzisiaj. Nazwałem go „Toporek".

Patenciarstwo dotyczyło też butów. Szczytowym jego przejawem były „korkery". Używaliśmy ich jeszcze w latach osiemdziesiątych. W 1984 roku gościła w Tatrach spora grupa alpinistów brytyjskich. Jeden z nich zobaczył „korkery" i zapytał, co to jest. „To są buty do wspinaczki za jednego dolara" - odparliśmy, i zaczęliśmy wyjaśniać, że kupuje się piłkarskie trampkokorki, obcina korki, podkleja mikrogumę... „A dlaczego wy po prostu nie kupicie sobie butów do wspinaczki?" - zapytał naiwnie Anglik. Wobec takiego pytania byliśmy bezradni. Wytłumaczenie PRL-u za pomocą zdań budowanych logicznie jest niemożliwe.

-------------------

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy byłem w szkole średniej, zaraziłem swoją górską pasją niemal połowę kolegów z klasy. Trwale wciągnąłem tylko braci Wroczyńskich, z których trzech, Krzysztof, Michał i Piotr, wspina się do dzisiaj. Czwarty brat, Tomek, był sporo młodszy i jego życie poszło w innym kierunku. Rzecz ciekawa, że choć przez kilka lat jeździliśmy razem na bunkry i w Tatry, to wspinaliśmy się razem w Tatrach zaledwie kilka razy i na mało znaczących drogach.

Ja zresztą w ogóle nie miałem w górach żadnego stałego partnera. W środowisku krąży pogląd, że moim partneram w latach siedemdziesiątych był Gaciek, czyli Janek Hobrzański. Tymczasem myśmy związali się liną zaledwie sześć razy, o ile dobrze liczę, bo po trzydziestu latach mogę czegoś nie pamiętać. Zapamiętano nas jako zespół, bo zrobiliśmy razem trzy bardzo ważne nowe drogi: „Śmigło" na Mniszku, „Czarne Zacięcie" na Czołówce Mięgusza i dużą, trudną drogę na Młynarzowych Widłach. W sumie zrobiliśmy razem cztery nowe drogi (czwartą jest mała dróżka na Ciemnosmreczyńskiej Turni), ale tylko te trzy były istotne.



Wschodnia ściana Małego Młynarza. Fot. Krzysztof Łoziński.

Moje wspólne wspinanie z Jankiem nie mogło trwać długo. Byliśmy tak bardzo inni i tak bardzo czego innego poszukiwaliśmy w górach, że ten zespół nie mógł być trwały. Janek miał ogromny talent alpinistyczny, talent jaki rzadko się trafia. Ten talent został w dużym stopniu zmarnowany przez politykę Klubu Wysokogórskiego a potem PZA, przez to, że na wyjazdy jeździli ci, co „musieli pojechać" a nie ci, co najlepiej umieli się wspinać. Z podobnych przyczyn zmarnowano talent Ryśka Malczyka.

O tym, jak wielki talent miał Janek, niech świadczy fakt, że we wrześniu 1970 roku przeprowadził wariant zwany dziś „Rysą Hobrzańskiego" i wyceniany później na VII. Była to próba przejścia większej całości, ale zakończyła się lotem i został z niej tylko wariant. Rzecz jest warta wspomnienia z paru powodów. Pierwszy jest oczywisty. W 1970 roku oficjalnie nie istniał jeszcze w Tatrach siódmy stopień trudności, ani nawet VI+, tymczasem Janek przeprowadził wyciąg o trudnościach VII w tradycyjnych butach typu „Maratony", bez kostek i friendów[9], których jeszcze nie wynaleziono, bez całościowej uprzęży asekuracyjnej. Dzisiejsze pokolenie nie wie, co to były „Maratony", a były to typowe buty turystyczne: skórzane, na twardym wibramie, według dzisiejszych kryteriów w ogóle nie nadające się do wspinaczki, ale wówczas lepszych nie było.

Powód drugi - to sposób, w jaki zostało to opisane w prasie. W „Taterniku" ukazała się wzmianka, że mało doświadczony Hobrzański spadł z drogi Łapińskiego, która przerastała jego możliwości. Tymczasem Janek spadł, bo właśnie przeszedł trudności, które wówczas przerastały możliwości wszystkich, oraz dlatego, że nie wynaleziono jeszcze kostek i friendów. W tamtym czasie w szerokie szczeliny skalne wbijało się drewniane kołki, ale trzeba było je ze sobą mieć. Janek, pokonując rekordowe - jak na tamte czasy - trudności, po prostu doszedł do końca rysy i dalej, z braku odpowiedniego sprzętu, nie miał co zrobić, a zejście z powrotem w trudnościach VII mało komu się udaje, nawet teraz. Nie miał więc innego wyboru, jak tylko runąć, co skończyło się niezbyt groźnym, na szczęście, wypadkiem. A że go tak opisano... Cóż, jak wiadomo, mądrego nawet głupi zrozumie, tylko inaczej.

Trzeba wspomnieć jeszcze o paru innych postaciach tworzących atmosferę środowiska taternickiego przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jedną z najbarwniejszych postaci był Teddy (Tadeusz Gibiński), człowiek niezwykle twardy i odważny a jednocześnie słynący z niebywałego poczucia humoru. Mówiło się nawet, że z Teddym nie można się wspinać, bo człowiek zamiast uważać, co robi, to cały czas się śmieje. Teddy był arcymistrzem hakówki. Nazywano go nawet „Teddy nitoman, co ma wielki wór z jedynkami"[10]. Do słynnych „patentów" hakowych Teddy´ego należało podpieranie zbyt cienkich haków aluminiowymi monetami oraz wbicie w płytką i szeroką szczelinę gałęzi od kosówki, w którą z kolei wbijał jedynkę.



Włodzimierz Kajka prowadzi najtrudniejszy wyciąg prostowania "Kurtykówki". Drogi tej, czy też ciągu wariantów, nigdy nie opisaliśmy. Fot. Krzysztof Łoziński.

O poczuciu humoru Teddy´ego niech świadczy następująca, opowiadana o nim, anegdotka:

Teddy prowadził trudny hakowy wyciąg na jakiejś nowej drodze. Wbił chyba ze dwadzieścia jedynek i innych maleńkich haczyków pod rząd, aż któryś z tych „patentów" nie wytrzymał i Teddy spadł robiąc „karabin maszynowy", czyli wyrywając za sobą cały rządek haków. Jeden z nich uderzył go w okulary, a te z kolei przecięły mu łuk brwiowy. Krew z rozciętego łuku brwiowego zalała mu oko.

- Kurwa! Nie mam oka! - oświadczył Teddy, wisząc w powietrzu na linie.

Tu nastąpiła kilkusekundowa pauza i Teddy odezwał się ponownie:

- No, kurwa, nie mam oka!

Po kolejnej pauzie Teddy oświadczył:

- Trudno. Będę wspinał się z jednym!

Po czym zaczął z powrotem podchodzić do góry. Gdy następnego dnia Teddy znowu wybierał się na wspinaczkę z obandażowaną głową, ktoś zadał mu pytanie:

- Jak ty się będziesz wspinał z jednym okiem?
- Jak to, jak? Na Juranda - odparł Teddy.

Innym sławnym wydarzeniem, w którym Teddy brał udział, choć nie sam, było powieszenie na drodze „Klasycznej" na Mnichu kasownika z PKS-u. Kasownik ten wisiał kilka lat, po czym tak spodobał się pewnej Angielce, że nie było wyboru. Trzeba jej było go sprzedać.

Teddy zginął tragicznie w górach. W czterosobowym zespole, powiązanym liną w „tramwaj", prowadził ostatni, łatwiutki wyciąg na drodze Żuławskiego na Żabim Mnichu. Wyciąg ten wyprowadza jedynkowym zachodem na szczyt. Normalnie wszystkie zespoły zwijają już w tym miejscu asekurację i idą bez liny, ale zaczynała się burza i Teddy chciał szybko przejść przez szczyt. Prawdopodobnie na skutek uderzenia pioruna od grani szczytowej oderwał się spory głaz i spadając szarpnął za linę, ściągając Teddyego i jeszcze dwie osoby z zespołu. Wszyscy troje zginęli.



Jacek Bieriezin przekracza razem ze mną zieloną granicę w drodze pod Małego Młynarza. W tle Anioły i Dolina Żabich Stawów Białczńskich.
Fot. Krzysztof Łoziński.


Doszło wtedy do jednego z najbardziej odrażających wybryków w historii polskiego alpinizmu. Podczas gdy całe środowisko przeżywało szok po śmierci trojga kolegów, w prasie ogólnopolskiej ukazały się napastliwe artykuły, postponujące głównie Teddy´ego. „Z parasolem na Żabiego Mnicha" - głosił jeden z tytułów, co według autorki miało świadczyć o całkowitym lekceważeniu gór. Czytelnik dowiadywał się też, że Teddy wspinał się w sandałkach na drodze „bardzo trudnej". Tymczasem parasol rzeczywiście był, ale w plecaku. Wbrew mniemaniu części turystów, używanie parasola w górach to żadna hańba (większość alpinistów to robi), droga zaś była „bardzo trudna" tylko nominalnie. W starej, dawno nie używanej słownej skali, IV - to „bardzo trudno", ale dla dzisiejszego sprawnego alpinisty trudności czwartego stopnia - to, wbrew nazwie, teren zupełnie łatwy, w którym nie każdy widzi potrzebę asekuracji. W wielkich ścianach takie odcinki przechodzi się często na żywca, w dodatku z worem na plecach, w ramach podejścia pod trudności.



Jadwiga Łozińska na grani Tatr Polskich. Fot. Krzysztof Łoziński.

Bardzo dobrze znam drogę Żuławskiego na Żabim Mnichu i nie widzę żadnego powodu, dla którego sprawny alpinista nie miałby jej przebyć w sandałkach, w skarpetkach lub nawet boso. Cała ta napaść miała trudny do prześledzenia podtekst polityczny. Ktoś tu coś, przeciw komuś, wygrywał, a śmierć Teddy´ego była tylko pretekstem. PZA do dziś nie uznał za stosowne sprostować tej sprawy. Gdy później, już w wolnej Polsce, chciałem o tym napisać w „Taterniku", by oczyścić z oplucia jednego z najlepszych i najporządniejszych ludzi z naszego środowiska, usłyszałem, abym sprawy nie ruszał, bo jest „polityczna".



Bogdan Zalega pod Kazalnicą. Fot. Krzysztof Łoziński.

Na początku lat siedemdziesiątych pojawił się niezwykły zespół, który bardzo przyczynił się do zmiany całego stylu polskiego taternictwa. Byli to Dziadek (Andrzej Michnowski) i Kursant (Lech Skarżyński). Gdy opisywałem historię taternictwa lat siedemdziesiątych w jednym z rozdziałów przewodnika wspinaczkowego, tak scharakteryzowałem ten zespół:

„Styl działalności tego zespołu był kontrowersyjny. Z jednej strony reprezentowali oni znakomite możliwości techniczne i odporność psychiczną nie do zdarcia, co pozwalało na niezwykle błyskotliwe przejścia, z drugiej zaś prowadzili zupełnie ‘niesportowy´ tryb życia i podejmowali działania nieraz szokujące ludzi widzących w Tatrach coś w rodzaju narodowej świętości oraz pragnących, by taternik był niemalże wzorem wszelkich cnót. To, między innymi, dzięki nim można było później dokonywać przejść zupełnie zwariowanych i niekonwencjonalnych. W pewnym momencie potrzebni byli ludzie, którzy powiesili w tatrzańskiej ścianie tetrową gaśnicę, zamiast pisać o ‘przygodzie z liną, dziewczyną i śmiercią´[11] czy coś w tym stylu. Niewątpliwie zasługą Dziadka i Kursanta było przełamanie tabu ciążącego nad Czołówką Mięguszowieckiego i Kopy Spadowej[12] oraz nad wspinaniem solowym[13]."


Michał Wroczyński pod Szpiglasową Przełęczą. Fot. Krzysztof Łoziński

Przykładem ich niekonwencjonalnego trybu życia i sposobu uprawiania alpinizmu niech będzie to, w jaki sposób zostało zrobione pierwsze solowe przejście Filara Mięgusza. Była kiepska pogoda. Pod namiotem Dziadka i Kursanta odbywała się balanga, czyli mówiąc prościej, w gronie kilku osób piliśmy wódkę. Po południu Kursant gdzieś zniknął, czego prawie nikt nie zauważył. Tymczasem on poszedł sobie solo na Filar Mięgusza, będąc „pod wpływem" i „po spożyciu". Aby nie było mu smutno wspinać się samemu na tak długiej drodze, wziął ze sobą flaszeczkę, z której po drodze pociągał. Efektem ubocznym tego pociągania było to, że zrobił przejście dwudniowe, bo pod kopułą szczytową zaległ i przespał do rana.

Groza i wszeteczność! - zakrzykną moraliści. Jak można wspinać się pod wpływem alkoholu! A można, można. Reszta środowiska także nie była święta, tylko cierpiała na hipokryzję, co się objawia tym, że człowiek co innego robi, a co innego mówi. Dobrze pamiętam warszawskie balangi, w czasie których, będąc „pod wpływem i po spożyciu", robiono trawersy na zewnątrz z okna do okna, i to na wysokich piętrach, podciągano się na rękach na zewnętrznych parapetach itp. Pamiętam też różne akcje „z Jasieniem na aussery[14]" w skałkach Jury, gdy po spożyciu przy ognisku sporej ilości wina „Jasień", ruszano tłumnie i po nocy na skały, oczywiście bez żadnej asekuracji. Pamiętam też zakład o to, że można wypić całe wino w najtrudniejszym miejscu na „Spadających Gwiazdach" i to nie trzymając się rękami. Zakład zrealizowano w nocy i bez asekuracji.



Jan Wolf jako mój zimowy kursant na szczycie Żabiego Niżniego. Ok. 1970 r.
Fot. Krzysztof Łoziński.


Starsze pokolenie też było święte tylko w gadaniu, ale na Dziadka i Kursanta spadały gromy potępienia, bo robili jawnie to samo, co wszyscy po kryjomu. Oni jednak zupełnie się tymi gromami nie przejmowali i chwała im za to. Robiąc nową drogę na Kopie Spadowej, zwinęli ze schroniska gaśnicę i powiesili ją w ścianie. Ta gaśnica figuruje do dziś we wszystkich przewodnikach, jako charakterystyczny punkt orientacyjny. Na Żabim Niżnim zrobili drogę pod nazwą „Hej ho!". Kluczowym momentem tej drogi jest skok do chwytu nad przewieszką, którego nie widzi się jeszcze w momencie, gdy się skacze. Jak skoczy się źle, i w chwyt nie trafi, to się spada. Jaką trzeba było mieć żelazną psychikę, by po raz pierwszy skoczyć, nie wiedząc czy tam w ogóle jest jakiś chwyt?

Mało kto dziś pamięta, dlaczego tak zwana „Prawa Dziadkówka" na Czołówce Mięgusza została przez Dziadka i Kursanta nazwana „Wielki Kac". Oni rzeczywiście poszli robić tę drogę na kacu i musieli zrobić drogę całkowicie klasyczną, bo rzeczywiście, z powodu kaca, zapomnieli ławeczek[15].

Nie chcę, by czytelnik odniósł wrażenie, że Dziadek i Kursant nic nie robili, tylko pili. Oni zresztą wcale nie pili więcej, niż wiele innych osób, które chcą być dziś uważane za pomniki tylko z tego powodu, że się zestarzały. To zresztą nigdy nie było u nich typowe polskie ponure zapijanie się w trupa zakończone budzeniem się pod płotem lub z twarzą w kotlecie panierowanym. To był po prostu swobodny styl życia połączony z właściwym dla mojego pokolenia odruchowym buntem przeciw ponurej rzeczywistości, jaka nas otaczała.

Kursant zginął w górach. Z jego śmiercią łączy mnie pewien niezwykły splot okoliczności, o którym opowiem ku przestrodze dla młodzieży, by pokazać, że w tym sporcie śmierć kosi niczym na wojnie, więc jeśli ktoś na zabawę w alpinizm się decyduje, to powinien być tego świadomy.

Najpierw jednak muszę wspomnieć o jeszcze jednej postaci z początku lat siedemdziesiątych - o Włodku Kajce.

Włodek był niezwykle pogodnym człowiekiem. Jego po prostu nie można było nie lubić. Należał do tych taterników, którzy od razu zaczęli się wspinać bardzo ostro i też niemal od razu, zaledwie po kilku sezonach, zginęli w górach. Niestety taki życiorys górski jest dość typowy.

Z Włodkiem wspinałem się tylko raz, ale też zrobiliśmy drogę znaczącą: wyprostowanie „Kurtykówki" na Małym Młynarzu. Właściwie nie jest to samodzielna droga, a raczej trzy oddzielne warianty prostujące do „Kurtykówki", ale gdy robi się drogę naszymi wariantami, to jest ona zdecydowanie mocniejsza od oryginału.



Autor w ścanie Kazalnicy na początku lat siedemdziesiątych.
Fot. archiwum autora.


„Kurtykówka" uchodziła wówczas za tatrzański rekord trudności. Była pierwszą drogą w Tatrach wycenioną jawnie na VI+. Poszliśmy z Włodkiem robić bodajże piąte przejście tej drogi i wcale nie planowaliśmy niczego prostować. Powaga normalnej „Kurtykówki" była wówczas zupełnie wystarczająca. Przeszliśmy normalnie pierwszy wyciąg i ze stanowiska nad nim, zamiast trawersować w prawo, poszliśmy prosto w górę. Nie z powodu zapędów do prostowania, tylko przez pomyłkę. Najpierw wystartował Włodek, ale po kilku metrach spadł. Zamieniliśmy się. Przeprowadziłem kilkanaście metrów i też spadłem, ale wcześniej zdążyłem wbić hak, więc mój urobek nie został zmarnowany. Znów się zamieniliśmy i Włodek dokończył wyciąg, dochodząc do skośnej załupy, która wyprowadziła nas z powrotem do właściwej drogi. Następny wyciąg przeszliśmy normalnie i wyszliśmy na wielką półkę, z której zaczynały się dwa kluczowe wyciągi drogi wyprowadzające pod „dziobek". Ów „dziobek" to był po prostu wystający ze ściany trapezowaty blok, który trzeba było pokonać jak przewieszkę. To właśnie na nim miało być to sławne miejsce VI+. Włodek popatrzył krytycznie i spytał, czy nie można by dojść pod „dziobek" mniejszymi zakosami. Okazało się, że można i tak powstał drugi prostujący wariant. Te dwa warianty były tak mocne, że „dziobek" okazał się od nich łatwiejszy i specjalnie go nie odczuliśmy.

Pod koniec drogi jest takie miejsce, z którego trawersuje się w prawo do drogi Korosadowicza, czyli praktycznie do łatwego terenu. W tym miejscu ja postanowiłem spróbować, czy aby nie puści prosto do góry. Puściło, choć nie było tam już tak trudno. Z tego, co pamiętam po latach, nie było więcej jak V+.

To było nasze jedyne wspólne przejście. Rok później Włodek zginął w Alpach. Nie w czasie wspinaczki. Utopił się w potoku.

Włodek pochodził z Garwolina, a należał do klubu lubelskiego. Był jednym z dwóch taterników z Garwolina. Drugim był Janusz Huńczak, człowiek którego znałem dość słabo, ale właśnie przez Włodka. Janusz zginął razem z partnerem, którego w ogóle nie znałem. Spadli obaj w zimie z północnej ściany Mięgusza.

Kilka lat później pracowałem w Garwolinie w szpitalu psychiatrycznym. Byłem wychowawcą na oddziale odwykowym dla narkomanów. Tam właśnie odnalazła mnie matka Włodka Kajki, która od kogoś dowiedziała się, że go znałem. Wtedy okazało się, że w administracji szpitala pracuje matka Janusza Huńczaka. Ona też chciała ze mną rozmawiać. Rozmowy z matkami zmarłych kolegów nie należą do przyjemności, a ja miałem tego dnia za sobą dwie takie rozmowy, więc wychodziłem z pracy w dość podłym nastroju.

Pracowałem w Garwolinie, ale mieszkałem w Warszawie i po pracy wracałem do domu autostopem. Tego dnia złapałem Nyskę jadącą z Lublina, którą jechało kilka nieznanych mi osób. Powiedzieli, że mogą mnie podwieźć, ale chcą jeszcze wstąpić na chwilę na cmentarz w Garwolinie. Okazało się, że jedna z pasażerek Nyski, młoda, ładna dziewczyna, chce odwiedzić dwa groby. Niczego nie podejrzewając poszedłem z nimi na cmentarz. Były to groby Włodka i Janusza. Nic wówczas nie powiedziałem, że ich znałem. Naprawdę miałem już tego dnia dosyć makabrycznych rozmów.

Później przyszła zima i dowiedziałem się, że w Tatrach zaginęły trzy osoby: Kursant, żona partnera Huńczaka, który zginął razem z nim na północnej Mięgusza, i jeszcze jeden chłopak, którego nie znałem. Pojechałem w góry i brałem udział w akcji. Szukaliśmy głównie pod Mięguszem, bo ktoś pamiętał, że oni poszli zapalić znicze pod północną ścianą. Nic nie znaleźliśmy, bo szukaliśmy w złym miejscu. Dopiero wiosną znaleziono ich ciała wtopione w lód Czarnego Stawu. Asystowałem goprowcom w makabrycznych czynnościach wyciągania ich ze stawu. Gdy zobaczyłem twarz dziewczyny, poznałem, że to właśnie z nią byłem na cmentarzu w Garwolinie.

Nie chcę, by czytelnik odniósł wrażenie, że wszyscy moi koledzy zginęli w górach. Wielu z nich jednak żyje do dzisiaj. Mimo to trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że uprawianie alpinizmu, zwłaszcza na wyczynowym poziomie, jest szalenie niebezpieczne. Samooszukiwanie się, że tak nie jest, niczemu nie służy. Tu chyba nie da się uniknąć pytania czy warto. Czy warto aż tak ryzykować? Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest sprawą indywidualną i każdy powinien znaleźć własną. Powinna to być jednak kwestia świadomego wyboru. Ryzyko jest ceną za to, że góry dostarczają człowiekowi niezwykłych i wyjątkowo intensywnych przeżyć. Doznanie tych przeżyć bez ryzyka jest niemożliwe. Jest to też kwestia wyważenia proporcji i oceny. Pewne niebezpieczeństwo związane jest z samym przebywaniem w górach. To jest ten stan minimum. Ale im mniej jest się w górach aktywnym, tym mniejszych wrażeń się doznaje. Im więcej się ich pragnie, tym bardziej się ryzykuje. I tu właśnie trzeba wyważyć indywidualną proporcję między tym, czego chce się doznać, a tym, jak bardzo chce się ryzykować.



Hanna Trzaskowska i Krzysztof Kleczkowski pod ścianą Żabiego Niżniego. Początek lat siedemdziesiątych. Fot. krzysztof Łoziński.

Ale czy ryzyko w ogóle jest potrzebne? Oczywiście, zawsze można zostać w domu, ale gdyby nie było ludzi, którzy podejmują wyzwania, to świat stałby w miejscu. To też kwestia wyboru. Można nie ryzykować nie tylko w sensie fizycznym, można też nie podejmować żadnych kontrowersyjnych działań, nie wyłamywać się z szeregu i przez to nie narażać się na żadną krytykę. Ale w takim przypadku nie należy mieć po latach pretensji, że zostało

się niezauważonym lub zapomnianym. Jeden z autorów napisał: „zwyciężyć, znaczy przeżyć", a ja myślę że samo przeżycie to trochę za mało. Warto by jeszcze zrobić coś godnego uwagi.

Moje pokolenie powtarzało, jak zaklęcie: przy prawidłowej asekuracji nic się nie może stać. Tymczasem wypadki, które opisałem, pokazują, że jest to nieprawda. Teddy asekurował się prawidłowo i to w miejscu, gdzie wszyscy uważają, że w ogóle ubezpieczać się nie potrzeba. Mało tego, gdyby w ogóle nie był związany liną, to zapewne nic by się nie stało. Urwany blok przeleciałby za jego plecami i nikogo nie porwał. Włodek, Kursant i para, która z nim była, zginęli na dnie doliny. Wypadek w górach, tak samo jak każdy wypadek (na drodze, na budowie itd.), ma to do siebie, że nie sposób go przewidzieć, i nigdy nie jest się na niego przygotowanym. Mnie i moim kolegom nikt tej prawdy nie uświadomił. Myśmy nie dokonywali żadnego świadomego wyboru. Ciągnęły nas góry, ciągnęła wielka przygoda i zachęcała naiwna wiara, że nam nic nie może się stać. Jest takie powiedzenie: jak wykazuje doświadczenie, zabijają się zawsze inni. W pewnym sensie dość długo właśnie tak myślałem.

Bracia Wroczyńscy, jedni z pierwszych moich górskich kompanów, jeszcze ze szkoły, przeżyli długotrwałe uprawianie alpinizmu, ale jeden z nich, Michał, miał w 1970 roku bardzo poważny wypadek w skałkach. W czasie zjazdu spadł razem z liną kilkanaście metrów. Urwało się stanowisko zjazdowe. Michał miał dosłownie potrzaskane obie nogi i połamaną miednicę. Rok później, w krótki czas po zdjęciu ostatniego gipsu, przyjechał do Zakopanego.  Byliśmy z Krzyśkiem i Piotrkiem na Hali Gąsienicowej. Michał zadzwonił do nas z dworca i oświadczył, że jest w Zakopanem i dobrze by było, gdybyśmy pomogli mu dojść na Halę. Szliśmy z nim sześć godzin przez Boczań. Michał z trudem przestawiał nogi, ale się zawziął. Gdy dochodziliśmy do Betlejemki, ktoś ze stojących w wejściu do schroniska taterników, widząc ledwo kuśtykającego Michała, zapytał: „Co? Nowe buty?". „Nie, nowe nogi" - odpowiedział Michał.



[1] Nieprzyaucony - to znaczy nie przywiązany do żadnego stałego punktu, na przykład haka.
[2] Zdeteriorowany - wyniszczony długotrwałym przebywaniem na dużej wysokości.
[3] Prusik - węzeł samozaciskowy, stosowany między innymi do autoasekuracji w czasie zjazdu.
[4] Nawet największy lot, w którym nic się nikomu nie stało, nie jest wypadkiem. Nie można na przykład powiedzieć, że Zbyszek Czyżewski w czasie pierwszego klasycznego przejścia drogi Fereńskiego na Mnichu miał 11 wypadków, bo tyle razy latał. Skoro nic mu się nie stało, to wypadku nie miał.
[5] Namche Bazaar - miejscowość w Solo Khumbu w Nepalu. Takie himalajskie Zakopane.
[6] Jiri - miejscowość w Nepalu, najdalsza, do której docierał autobus. Z Jiri w góry szło się piechotą tydzień.
[7] Mietek zginął na drodze „Talon na Balon" na Turni Zwornikowej, odpadając z ruchomym blokiem. Darek spadł ze starym hakiem w czasie zjazdów z „Czarnego Zacięcia".
[8] Jest to najstarsze schronisko w Tatrach, postawione w 1873 roku przez Towarzystwo Tatrzańskie.
[9] Kostki i friendy - nowoczesne urządzenia do asekuracji w skale, które częściowo wyparły stosowane wcześniej haki. Kostek i friendów nie trzeba wbijać, tylko klinuje się je w szczelinach.
[10] Nie mitoman, tylko nitoman, od nitów, czyli haków specjalnych, umieszczanych w wywierconych w skale otworkach. Jedynki to rodzaj bardzo małych haków specjalnych.
[11] Aluzja do megalomańskiej twórczości Jaszcza.
[12] Według wcześniejszych wyobrażeń obie czołówki należały do ścian, po których „się nie chodzi".
[13] Prawie do końca lat siedemdziesiątych wspinanie solowe było przez zarząd PZA zakazane. Zakaz ten upadł w końcu przez powszechne zlekceważenie, choć formalnie go nigdy nie odwołano.
[14] Ausser - trudny wariant.
[15] Ławeczki - element sprzętu niezbędny do stosowania techniki sztucznych ułatwień. Przy wspinaczce klasycznej sprzęt służy tylko do asekuracji.