Zacznijmy od tego, że nie jest prawdą, iż paszporty w PRL dostawali tylko ludzie władzy i członkowie PZPR. W różnych okresach było z tym różnie. Przed 1956 rokiem paszportów nie dawano niemal nikomu (partyjnym też). Za posiadanie dolarów groziła kara śmierci. Za Gomułki było już trochę luźniej, ale do wolności było daleko. Pod koniec lat 60-tych możliwe były już wyjazdy w zorganizowanych grupach, na przykład przez organizacje studenckie i sportowe. I nieprawda, że ci, co z tego korzystali, to byli sami czerwoni. Z wyjazdów przez ZSP i studenckie kluby turystyczne korzystało wielu zwykłych młodych ludzi nie uwikłanych w żadną politykę.

Na Uniwersytecie Warszawskim działał na przykład Uniwersytecki Klub Alpinistyczny przy ZSP (które nie było organizacją polityczną jak ZMS, czy późniejsze SZSP). Z tego klubu moi koledzy, jeszcze w latach 60-tych zorganizowali co najmniej dwie wyprawy w góry Hogar (Algeria), gdzie trzeba było jechać przez kraje Europy Zachodniej. Sam brałem udział w organizowaniu 1967 roku wyprawy na Szpicbergen, czyli na terytorium Norwegii i nikt nam w tym nie przeszkadzał aż do wydarzeń Marca 68, gdy wszystko nagle przestało być możliwe.

W 1968 roku, właśnie o owym Marcu, dawano niektórym ludziom bilety w jedną stronę, bez prawa powrotu. Ale tu znowu Marek Olżyński myli fakty i okoliczności. Nie były to paszporty. Nazywało się to „Dokument Podróży", a dawano go wyrzucanym z Polski Żydom, co było jedną z najobrzydliwszych kart historii PRL. Przy okazji „zapisano do Żydów" kilkaset osób, które były innej narodowości (np. Jacka Kuronia), ale władza ich nie lubiła. To wtedy właśnie zmuszano ludzi do sprzedania za bezcen mieszkań i innego majątku. Jakby nie potępiać tej praktyki, był to jednak jednorazowy wyskok komunistów, a nie stała praktyka. Przy zwykłych wyjazdach na Zachód w latach 60 i 70-tych stosowano różne paskudne triki. Na przykład zawsze zostawiano kogoś z rodziny jako zakładnika. Jak mąż dostał paszport, to żona, albo dziecko, nie. Kolejnym patentem była tak zwana „Wkładka Paszportowa", czyli taki pseudo paszport, który obowiązywał tylko w tak zwanych „demoludach" (krajach bloku sowieckiego). To był pomysł na to, by Polak, który pojechał na przykład do Jugosławii, nie mógł pojechać dalej na Zachód, bo nie miał paszportu i żaden kraj go nie wpuścił. W ten chytry sposób komuniści zaprzęgli zachodnich oficerów imigracyjnych do pilnowania swoich poddanych.

Nie zawsze im się to jednak udawało. Mój kolega Witek Sz. (w środowisku taternickim wszyscy wiedzą, o kogo chodzi) wyjechał na Wkładkę Paszportową do Bułgarii. Stamtąd przeprawił się do Jugosławii i dalej na zachód aż w końcu po pół roku wrócił di Polski promem ze Szwecji. Władza zgłupiała i nie wiedząc, co począć go do Polski wpuściła i dopiero po pewnym czasie wsadziła go do wiezienia na dwa lata za to, że nie zwrócił książek wypożyczonych w szwedzkich bibliotekach. Jak to było z tymi książkami, nie wiem, ale na pewno wyrok był nieproporcjonalny do czynu.

Gierek zaczął dawać paszporty turystyczne osobom całkowicie prywatnym (wcale nie samym partyjnym) a nawet w pewnym okresie całkowicie otworzył granice z NRD, Czechosłowacją i Węgrami. Tę granice zamknęli kilka lat później Niemcy i Czesi (a nie Gierek) bo po 1976 roku przestraszyli się polskiej opozycyjnej zarazy w postaci KOR-u.

Oczywiście paszporty, które dawano za Gierka i później były nadal reglamentowane, ale wcale nie w taki sposób, jak to opisuje Olżyński. Paszport nie był normalnym dokumentem obywatela, jak obecnie. Władza dawała go z łaski. Trzeba było napisać „podanie o paszport" i wypełnić niezwykle zawiły kwestionariusz, gdzie podawało się panieńskie nazwiska matki i babki, miejsce pracy całej bliższej i dalszej rodziny, informacje, kto był za granicą i kiedy. Trzeba było wystać się w ogromnej upokarzającej kolejce od chamskiego urzędnika, który robił wielką łaskę, gdy podanie przyjął. Później czekało się półtora miesiąca i człowiek nigdy do końca nie wiedział, czy nie dostanie odmowy „z ważnych przyczyn społecznych i państwowych". Po odbiór paszportu szło się do SB-ka na „rozmowę", czyli małe przesłuchanie. Był to kolejny element upokorzenia.

Kolejnym utrudnieniem były waluty obce. Aby dostać paszport trzeba było albo mieć walutę na koncie „A" w banku PKO, albo otrzymać tak zwaną „promesę dolarową" czyli prawo wykupienia najpierw 100 a kilka lat później 130 dolarów w banku. Kłopot polegał na tym, że dolary na kocie wolno było mieć, ale nie wolno było ich kupić. W prasie ukazywały się wówczas przedziwne ogłoszenia, np.: „Z powracającym nawiążę". Kiedyś pewnie historycy będą to czytać i zachodzić w głowę, o co chodzi. A rzecz była prosta. Dolary kupione na czarnym rynku musiał nam wpłacić na konto ktoś powracający z zagranicy, oczywiście za odpalenie działki. Dolarów nie wolno było z Polski wywieźć więcej niż się miało z promesy lub z konta, ale za to przywieźć można było do woli, bo władza potrzebowała dewiz.

Marek Olżyński pisze, że handlowali „spekulanci". Nieprawda. Handlowali wszyscy i to z paru powodów. Po pierwsze ze względu na te dolary, które na następny wyjazd skąś trzeba było wziąć A skąd? No trzeba je było na wyjeździe zarobić, albo pracą na czarno, albo handlem. Drugim powodem była bieda. Nasze pensje wynosiły równowartość 20 dolarów albo mniej. Z 20 dolarami daleko się zajechać nie dało. Nawet z tymi 100 lub 130-toma też. Trzeba więc było kombinować. Pamiętajmy, że przecież żyliśmy w kraju, w którym nic nie było normalne.

Powstawały więc najprzedziwniejsze patenty handlowe. Jadąc do Afganistanu, zabieraliśmy z Polski dżinsy, kremy Niwea, Kokosal i zegarki Ruhla (najtańsze zegarki produkcji NRD, po 200 ówczesnych złotych = 2 dolary). Najpierw sprzedawało się dżinsy w Moskwie, bo przecież na trwającą tydzień podróż do granicy Afganistanu władza dawała nam z łaski zaledwie kilka rubli. Później w Afganistanie sprzedawaliśmy kremy Niwea i Kokosal (jako szampon, a był to płyn do prania). W Kabulu zamienialiśmy zegarki Ruchla na afgańskie kożuchy, które w Polsce chodziły po 25 tysięcy złotych. Na szlaku kożuchowym Warszawa - Kabul rozwinął się polski alpinizm. Dzięki temu handlowi mieliśmy z czego finansować wyprawy w góry wysokie, bo wbrew czerwonej legendzie od państwa nie dostawaliśmy na te wyprawy nic. I to dokładnie nic. A wyprawa w Hindukusz, Karakorum lub Himalaje to impreza nieco kosztowna. „Władza ludowa" bardzo lubiła się naszymi sukcesami chwalić, ale naprawdę wyłącznie nam przeszkadzała.

Nieprawda, że ludzie handlujący na Zachodzie, lub wschodzie, zakupione towary do Polski przemycali, jak pisze Marek Olżyński. Ogromną większość towarów przywożono zupełnie legalnie. Ani afgańskich kożuchów, ani indyjskiej bawełny i wielu innych rzeczy nie trzeba było przemycać, bo nie były wcale oclone i wolno ich było przywozić zupełnie dowolne ilości.

Wróćmy jeszcze do tych paszportów „dla wybranych". Wcale nie były one dla wybranych. Za Gierka, co roku dostawały paszporty turystyczne tysiące ludzi. W 1976 roku, w samym Hindukuszu Wysokim (Afganistan) było kilkadziesiąt polskich wypraw alpinistycznych, w większości prywatnych. W literaturze znalazłem taką liczbę: „ponad 300 Polaków przekroczyło w Hindukuszu, w 1976 roku, wysokość 6000 metrów". A przecież nie wszyscy na tę wysokość wleźli. Pod koniec dekady Gierka władza wręcz popierała wyjazdy Polaków do pracy na Zachodzie i to zarówno do pracy legalnej przez Polservice, jak i do pracy na czarno. Chodziło o to, że Gierek tak zadłużył państwo, iż musiało ono wszystkich zakupów za granicą dokonywać za żywą gotówkę w dolarach, bo tak zadłużonemu państwu nikt już nie chciał sprzedać niczego na najmniejszy kredyt handlowy. Tak wiec to niespodziewane otwarcie granic przez Gierka nie wynikało z dobroci komunistów, tylko z ich głodu dolarów.

Polservice to było po prostu forma handlu niewolnikami. Państwo sprzedawało własnych obywateli do pracy za granicą zabierając im większość zarobków. Na przykład polski informatyk „wyeksportowany" przez Polservice do pracy w USA dostawał 300 dolarów (a 700 lub więcej zabierało państwo) a i tak był szczęśliwy, bo w Polsce zarabiał 20 a nie 300. Dziś oburzamy się, że Korea Północna eksportuje swych obywateli do pracy w Stoczni Gdańskiej, a polscy komuniści robili to samo i tak samo zostawiali w Polsce rodzinę jako zakładników.

Wbrew różnym opowieściom, paszporty dostawali też dość często ludzie ewidentnie związani z opozycją. Sam byłem ciągle zatrzymywany, wsadzany, przesłuchiwany a mimo to ani razu nie odmówili mi czerwoni paszportu. Paszport na wyjazd do Nepalu dostałem bez trudu nawet w 1986 roku, w niecałe 3 lata po wyjściu z więzienia i w tydzień po prewencyjnym „zatrzymaniu" na 48 godzin, ot tak. Aby daleko nie szukać, to ze znanych mi bardzo dobrze ludzi związanych z opozycją antykomunistyczną paszporty dostawali: Janek Walc zaraz po tym, jak opisał w Raporcie Helsińskim przypadek zastrzelenia dziecka przez wice prokuratora generalnego Rozwensa (obecnie mecenasa Rozwensa, obrońcę Jaruzelskiego). Janusz Onyszkiewicz pojechał na wyprawę w Karakorum (Pakistan) zaraz po tym, jak podpisał deklarację KOR-u. Andrzej Paczkowski, członek Komitetu Helsińskiego, wielokrotnie dostawał paszport na zagraniczne konferencje naukowe i rzeczywiście przemycał, tyle że części do naszych, zepsutych na podziemnym drukowaniu, maszyn poligraficznych. Piotr Rachtan, całe życie mocno zaangażowany w podziemie, był za komuny co najmniej 3 razy w Alpach i dwa razy w Himalajach Kaszmiru (Indie). Ja sam byłem za Komuny w Indiach, Chinach, Afganistanie, Pakistanie, Nepalu, Singapurze, we Francji, Włoszech i wielu innych krajach i nie koniecznie jeden raz ( w samych Indiach 11 razy, w Nepalu 7, w Afganistanie 6 itd.). A przecież byłem znanym komunie opozycjonistą, co nie raz zwyczajnie siedział.

Polityka paszportowa czerwonych była niewątpliwie wredna i paskudna. Traktowali nas jak niewolników, których wypuszcza się tylko czasem na wybieg i to z łaski. Ale ta polityka była zupełnie inna, niż twierdzi Marek Olżyński. Paszporty ludziom opozycji czerwoni dawali czasem wręcz chętnie, bo liczyli na to, że już nie wrócimy, a opozycjonista na emigracji był dla nich dużo mniej groźny niż obecny na miejscu. Kiedy siedziałem w wiezieniu w latach 1982-83 wręcz szantażowano mnie, bym zgodził się wyjechać i nie wracać. SB-cy obiecywali mi nawet, że prosto z więzienia zawiozą mnie na granicę, byle bym tylko się zgodził. Były też i to dość liczne, przypadki, że kogoś do Polski nie wpuszczono. Pozwolili wyjechać, ale nie pozwolili wrócić.

Z paszportami dla funkcjonariuszy reżimu też było zupełnie inaczej. Wbrew temu, co pisze Marek Olżyński, poza rzeczywistymi bonzami komunizmu, wszystkim pozostałym milicjantom, wojskowym, cenzorom itp. trudniej było dostać paszport niż zwykłym ludziom. Dotyczyło to także członków ich rodzin. Po prostu władza bała się powtórki z ucieczki pułkownika Józefa Światło lub cenzora Tomasza Strzyżewskiego. O ile więc ja, działacz opozycji dostawałem paszport za każdym razem, to śledzący mnie sierżant Okoń lub porucznik Jóźwiak, praktycznie nie mieli na to szans wcale. Jóźwiak nawet mi się kiedyś skarżył: „Panu to dobrze, za granicę pan jeździ, a ja wiernie służę w SB i wyjechać nie mogę". Oficerowie owszem wśród emigracji bywali, ale byli to oficerowie wywiadu rezydujący w ambasadach. Byli też tajni informatorzy SB, ale sami SB-cy mieli z wyjazdami spore kłopoty.

Tak więc obraz „komunistów - spekulantów - przemytników", co sprzedawali przywiezione towary tylko sekretarzom, jest całkowicie nieprawdziwy. Polityka paszportowa PRL była wredna, przestępcza. Powinno się rozliczyć ludzi, którzy ja prowadzili, ale wyglądała ona inaczej, niż to Marek Olżyński opisał. Pisze on, że paszport dostał po raz pierwszy w 1992 roku, czyli już w wolnej Polsce. Dlaczego? Nie mam pojęcia, bo nie znam sprawy. Trzeba pamiętać, że paszportowa łaska pańska krętymi chodziła drogami. Powody odmowy nie były jawne, a mogły być przeróżne, nawet absurdalne. W SB i strukturach wydających paszporty panował zwyczajny bałagan. Do wydania odmowy czasem wystarczyło, że ktoś miał w rodzinie oficera wojska, albo SB-kowi tak się wydawało. Innym razem wydali paszport pułkownikowi milicji w służbie, bo nie skojarzyli, że to milicjant. Polityka wobec opozycji też nie była jednoznaczna. Wobec jednych ludzi był kompletny paszportowy szlaban, innym dawali paszporty zawsze. Co nimi kierowało? Najstarsi górale nie wiedzą.

Gdy jeden z uczestników wyprawy, która kierowałem nazwał górę w Himalajach Jan Paweł II, SB-cy grozili mi, że już nigdy nie dostanę paszportu. Zaledwie kilka dni później sami mi go dali i to w 4 godziny od momentu, gdy MSZ wymyśliło, by wysłać mnie na akację ratunkową w Himalaje. Zginęło tam 2 polskich alpinistów. Myślicie Państwo, że robiono śledztwo, dlaczego zginęli ludzie? Wcale nie. SB robiła śledztwo, ale na temat: czy oni naprawdę się zabili, czy tylko „wybrali wolność"? Śmierć dwóch młodych ludzi w niejasnych do dziś okolicznościach zupełnie ich nie obchodziła. Niewolnik się zabił - nie ma problemu. Niewolnik uciekł - o, to jest problem!

Jak już jestem przy temacie, to warto wspomnieć o patentach Polaków na handel i podróżowanie. Na przykład, pod koniec lat 70-tych, bilet lotniczy do Indii (z Warszawy do Delhi) kosztował 14 tysięcy, co było dla nas sumą astronomiczną. Ale Polacy zaraz wykryli, że bilet z Budapesztu do Hanoi kosztował tylko 4 tysiące, bo komuna wspierała „kraj socjalistyczny". Ten samolot miał międzylądowanie w Bombaju i tam mówiło się stewardessie: „Ja mam wizę indyjską i tu wysiadam". Oszczędność 10 tysięcy. Polacy wymyślili też jak polecieć z Kantonu do Makao za połowę ceny biletu. Trzeba było polecieć do Hong Kongu nie mając wizy. Hong Kong nie wydalał nikogo do Chin Ludowych, więc deportował gościa do Makao, bo Makao było najbliżej.

Do legendy przeszedł patent na legalną pracę w Szwecji. Trzeba było pojechać do Sztokholmu, wypożyczyć samochód, wypić jedno piwo i pojechać pod posterunek policji. Tam trzeba było dać się złapać na jeździe samochodem po pijanemu. Szwedzi wsadzali delikwenta na 3 miesiące do aresztu, gdzie miał przez 3 miesiące legalną pracę po szwedzkich stawkach, nie płacił za lokum i wyżywienie i w dodatku miał darmowy powrót do kraju w ramach deportowania. Oczywiście był to numer na raz, ale zarobek był spory.

O pomysłach na kiwanie komunistycznego państwa przy wyjazdach zagranicznych można by napisać tomy i pewnie kiedyś to zrobię, ale na razie...

To by było na tyle.

Krzysztof Łoziński