Poniższy tekst jest zmodyfikowanym fragmentem złożonym z 2 rozdziałów mojej książki „Ślady na śniegu” uzupełnionymi o fragmenty dotyczące nadania nazwy Jan Paweł II zdobytemu przez nasz szczytowi o wysokości 6013 metrów, w grani między dolinami Sezar i Kjai (czytaj :Kidżaj) w Himalajach Kaszmiru (Indie). W książce ten aspekt wyprawy pominąłem, bo jest to książka o alpinizmie, a nie o polityce.



Są dwa powody, by właśnie teraz tę nazwę i tę wyprawę przypomnieć. W nocy z 18 na 19 września 2005 roku zmarł w Koszalinie Józef Mąkinia, uczestnik wyprawy, który był pomysłodawcą nadania górze takiej nazwy i który później załatwiał w Watykanie jej oficjalne uznanie przez Watykan i rząd Indii. Powód drugi, to fakt, że komunistom tak bardzo udało się wyprzeć tę nazwę z pamięci Polaków, kościoła i władz indyjskich. Z tym się nie mogę pogodzić. Jest to jakiś kawałek polskiej historii wymagający odkłamania.



Muszę tu wtrącić drobne wyjaśnienie, bo dziś fakt nadania górze tej nazwy może być odbierany całkiem opacznie jako objaw religijnego fanatyzmu lub megalomanii. W atmosferze i realiach 1979 roku było całkiem inaczej. Rządząca w Polsce komuna była wściekła z powodu wyboru Karola Wojtyły na papieża, zaś społeczeństwo w ogromnej większości odbierało ten fakt nie tylko w perspektywie religijnej, ale także jako promień nadziei na niepodległość a przynajmniej na poszerzenie sfery wolności. Poza tym nikt z nas nie wiedział wówczas, jak potoczy się historia, więc nadanie takiej nazwy było też aktem pewnej odwagi. Nie należało się spodziewać, że komuniści nas za te nazwę pochwalą, a raczej należało spodziewać się szykan, w najlepszym razie odebrania paszportu na długie lata, co dla alpinisty oznacza śmierć sportową.



Józek Mąkinia był człowiekiem głęboko religijnym, ale bez przesady, nie jakimś nawiedzonym fanatykiem. Pozostali byli mało praktykujący lub zgoła nie wierzący. Zgodziliśmy się na propozycję Józka, bo nie mieliśmy powodu, by mu odmówić a poza tym chcieliśmy nieco dowalić komunie na zasadzie: „Pan wierzący? Nie, ale też przeciw”.



W drodze powrotnej byliśmy 3 dni w Rzymie, gdzie Józek uruchomił swoje kontakty w Watykanie i uzyskał poparcie dla naszej nazwy. Watykan załatwił z rządem Indii uznanie nazwy za oficjalną i zapłacił za to 4 tysiące dolarów, co jak na stosunki międzypaństwowe jest sumą symboliczną.



Ale przejdźmy do relacji z wyprawy.



Ścieżka ze snu schizofrenika, czyli Himalaje Koszmaru



Wyprawa w Himalaje Kaszmiru, którą zorganizowałem i kierowałem w 1979 roku, była jaskrawym zaprzeczeniem moich wcześniejszych wypraw w Hindukusz. Nie tylko odniosła sukces, ale choć działy się w jej trakcie różne, naprawdę dramatyczne wydarzenia, to nikt z jej uczestników nie musi się niczego wstydzić, a ja, opisując wyprawę, nie mam żadnego powodu, by zmieniać imiona uczestników i owijać cokolwiek w bawełnę.



Początkowo mieliśmy jechać w Hindukusz, tyle że do innej niż poprzednio doliny, ale w Afganistanie zaczęła się wojna, i trzeba było szukać innych celów. W międzyczasie miałem wątpliwą przyjemność uciekać z Kabulu przed wizytą „bratniej armii”, co ponoć łagodniejsza jest od dziecka, i zaliczyłem bardzo udaną wyprawę w Hindukusz Pakistański (z samymi Anglikami, rodaków na wyprawach miałem na razie serdecznie dosyć).



Doświadczenia wypraw do Urgund-e Bala zaważyły w ten sposób, że tym razem postanowiłem wziąć wszystkie sprawy we własne ręce. Uznałem, że odtąd będę jeździł tylko na takie wyprawy, na których sam będę kierownikiem i sam dobiorę uczestników. Ale moje doświadczenia z Hindukuszu miały też inne konsekwencje. Hindukusz - to góry na pustyni, gdzie do wylotu doliny dojeżdża się samochodem, a do bazy dochodzi karawana z osłami. Kaszmir - to dokładne przeciwieństwo Hindukuszu: potwornie trudny teren, dżungla, tygrysy, niedźwiedzie… Po doświadczeniach z Hindukuszu nie byliśmy na to przygotowani, ale całkiem nieźle daliśmy sobie radę.



Zaintrygował mnie tajemniczy (wówczas) szczyt Arjuna (6230 m), do którego, mimo wielu zakusów, nikt dotąd nie potrafił się dobrać. W trakcie zbierania materiałów topograficznych pojawiały się coraz to nowe, intrygujące zagadki. Po pierwsze okazało się, że nikt nie wie, jak Arjuna wygląda, że nie ma żadnego jej zdjęcia, a zdjęcia nikt nie zrobił, bo do doliny Kijai Nullah nikomu do tej pory nie udało się wejść. To już wyglądało bardzo ciekawie. Naprawdę lubię słyszeć, że coś jest niemożliwe. Zaraz mam ochotę to zrobić.



Później okazało się, że w ogóle Himalaje Kaszmiru spenetrowane są tak z grubsza, to znaczy bardziej nie są, niż są. Jak to możliwe? Ano tak, że jak na razie gór na świecie jest ciągle więcej niż alpinistów. Są rejony, w których opisano każdą szczelinkę, a są i takie, w których nie było dotąd żadnej wyprawy (Bardzo duże obszary górskie są ciągle niedostępne z powodów politycznych. Z powodu wojny w Afganistanie niedostępny jest ciągle słabo spenetrowany Hindukusz. Konflikt pakistańsko-indyjski o Kaszmir powoduje, że także ten rejon, którego eksploracja ledwo się zaczęła, jest niedostępny dla wypraw. Całkowicie niedostępne od kilkudziesięciu lat są siedmiotysięczne pasma Tien Szan i Kunlun, położone w Chińskiej Republice Ludowej.). Oczywiście dzisiaj są już bardzo dokładne mapy wszystkiego, robione z satelitów, ale tymi mapami często bawią się tylko wojskowi. Dla alpinistów i innych podróżników mapy całych ogromnych rejonów są kompletnie niedostępne. W Himalajach Kaszmiru do dziś są całe dziesiątki dolin, w których nie działała żadna wyprawa, a środowisko alpinistyczne nawet dobrze nie wie, jakie tam są góry. Pod koniec wyprawy patrzyłem z wysokości 6000 metrów na wschód, na ogromny rejon górski, w którym wówczas nie stanęła jeszcze stopa żadnego alpinisty (i, o ile wiem, do dziś tak zostało). Stały tam całymi stadami takie sześciotysięczne Matterhorny i Eigery, a ja nawet nie wiedziałem, jak się nazywają i czy w ogóle się nazywają.



Dolina Kijai intrygowała szczególnie, bo odparła aż trzy próby wejścia do niej i to próby robione przez nie byle kogo, bo przez Chrisa Bonningtona i Nicka Escorta. Później, już po wyprawie, dowiedzieliśmy się, że była jeszcze jedna grupa, która starała się wejść do doliny dokładnie tą samą drogą co my, ale utknęła tak, że Hindusi zabierali ich stamtąd helikopterami.



W 1979 roku ciągle jeszcze trzeba było gdzieś zatwierdzać wyprawy, aby móc dostać paszporty i wywieźć z kraju dolary. Najpierw zacząłem rozmawiać z PZA, ale szybko dowiedziałem się, że wyprawa pojedzie pod warunkiem, że jej kierownikiem będzie Jerzy M. lub Gerard M. (obaj z Gdańska). Pomysł, że ja zorganizuję wyprawę, a kierownikiem będzie kto inny, całkowicie mi nie odpowiadał.



Ponieważ jednak wyprawę trzeba było gdzieś zarejestrować i zatwierdzić, zdecydowałem się na propozycję klubu PTTK z Koszalina i formalnie wyprawa była „koszalińska”, choć niemal każdy z nas był z innego miasta. Takie były czasy. Dziś uważam zatwierdzanie wypraw przez kogokolwiek za nonsens. W wolnym kraju grupa przyjaciół ma prawo pojechać gdzie chce, nie pytając nikogo o zgodę, a udzielanie przez kogokolwiek zezwoleń na prywatne uprawianie sportu jest pomysłem godnym Kim Ir Sena lub Mao Zedonga i jest w wolnej Polsce niedopuszczalne.



Tym razem wyprawa była bardzo solidnie przygotowana i wyposażona. Baśka Momatiukowa uszyła nam znakomite wiatrochrony i namioty wysokościowe. Namioty bazowe wykonała dla nas fabryka w Legionowie. Pieniądze zarobiliśmy na specjalnie na ten cel załatwionych pracach wysokościowych. Wyprawa miała naprawdę niezłą kasę i sporo dobrego sprzętu. To się po prostu nie mogło nie udać.



Wypadałoby wspomnieć o typowej metodzie zarabiania pieniędzy przez alpinistów, czyli o pracach wysokościowych. Podstawowym pomysłem na prace wysokościowe było wykorzystywanie absurdów socjalizmu. Wprawdzie w PRL-u prawie nie było wieżowców, ale były inne wysokie budowle, które wznoszono, zupełnie nie myśląc, że kiedyś trzeba będzie je konserwować i naprawiać. Tak więc, na elewacjach wysokich budynków nie było odpowiednich zewnętrznych wind, i już mieliśmy robotę, bo zwykłe mycie elewacji wymagało umiejętności alpinistycznych. Wysokie budynki z wielkiej płyty budowano tak, że w ścianach zostawały ogromne szpary, które później my utykaliśmy czarną mazią, czyli olkitem.



Ale wcale nie to było największym absurdem socjalizmu. Przedsiębiorstwa państwowe miały przewidziany roczny fundusz na remonty, który musiały wykorzystać przed końcem roku, bo inaczej im przepadał. Skutek był taki, że pod koniec roku zaczynano się gorączkowo rozglądać, na co by te pieniądze wydać. W tej sytuacji wymarzonym rozwiązaniem były prace wysokościowe. Wynajdowano różne prace, często zupełnie niepotrzebne, jak malowanie kominów fabrycznych, których wcale nie trzeba było malować. „Załatwiacz” odpalał część kasy dyrekcji i inspektorowi nadzoru, a żeby i alpinistom cała robota się opłacała, zawyżano kosztorys do granic wytrzymałości.



Nas jednak nie obchodziły różne związane z tym uboczne szwindle. Myśmy po prostu pracowali i to ciężko, a że chciano nam niezwykle dużo płacić, to mogliśmy się z tego tylko cieszyć.



Przed wyprawą w Kaszmir pracowaliśmy w hucie w Radzionkowie koło Bytomia, malując strop i konstrukcję hali nad pracującymi martenami. Wprawdzie piec bezpośrednio pod nami zawsze był wyłączony, ale inne pracowały i temperatura pod sufitem była taka, że farba chlorokauczukowa wysychała dziesięć centymetrów za pędzlem. To była naprawdę ciężka robota.



W dodatku dostęp do tego stropu wcale nie był łatwy. Odległość między dźwigarami konstrukcji była tak duża, że nie można było między nimi ułożyć pomostu z desek. Pomost był więc wiszący i wchodziło się na niego po drabinie, też wiszącej. To była normalna, drewniana drabina, powieszona na dwóch pętlach pod pomostem. Ponieważ była trochę za krótka, to jej górny koniec zwisał metr pod platformą, a dolny dwa metry nad ziemią. Wchodzenie trzeba było rozpoczynać od podciągania się na rękach, a pod koniec trzeba było wspiąć się na deski platformy 15 metrów nad ziemią, bez szczebli pod nogami, na samych łapach, a że deski platformy były śliskie od farby, było to dosyć emocjonujące. No i oczywiście robiło się to bez asekuracji. Dopiero na platformie można było przypiąć się do poręczówki.



Praca też była nieco emocjonująca. Między deskami były spore dziury, bo staraliśmy się ułożyć jak najmniej desek, by platforma nie była zbyt ciężka. Jeden z kandydatow na uczestnika wyprawy zażądał więcej desek, na co, robiący za kierownika robót, Kuba zaproponował: „jeszcze sobie szpary mchem utkaj, żebyś luftu nie widział”, a ja stwierdziłem, że jak gość ma takiego pietra 15 metrów nad ziemią, to jakoś go nie widzę w Himalajach. No i nie pojechał. Ponieważ sufit się wznosił, to od platformy było do niego coraz dalej. Początkowo malowaliśmy stojąc na nieco huśtającej się platformie (wisiała przecież na linach), później umieszczaliśmy na niej odwrócony cebrzyk i stawaliśmy na nim, dalej doszła mała malarska drabinka, a w końcu drabinka stała już na dwóch cebrzykach i trzeba było stanąć na samym jej szczycie. Wszystko oczywiście przy każdym ruchu kolebało się we wszystkie strony, a asekuracja była iluzoryczna.



Był to jeden z niewielu przypadków, gdy na pracach wysokościowych zarabiałem na wyprawę. Przeważnie zarabiałem po prostu na życie. Bywało też tak, że zarabiałem i na życie i na wyjazdy, a w końcu na wyjazdach też zacząłem zarabiać na życie.



Wylecieliśmy z Warszawy, jak zwykle, z dużym opóźnieniem. Przygody zaczęły się, też jak zwykle, w Moskwie. Siedzieliśmy już w Boeningu 707 Air Indii i kołowaliśmy na pasie startowym, gdy nagle samolot zaczął zwalniać, a z głośnika rozległo się: „Ladies and Gentelmen, we have a little technical mistake” (Panie i panowie, mamy małą techniczną usterkę (ang.)). To palił się silnik.



Pasażerowie byli bardzo zaciekawieni, a załoga bardzo zdenerwowana. Przyjechała straż pożarna i pogotowie, a my znaleźliśmy się z powrotem na lotnisku Szeremietiewo. Przez wiele godzin nikt nie wiedział, co się będzie dalej działo. Siedzieliśmy na tranzycie i czekaliśmy. Nawet nie siedzieliśmy, bo na Szeremietiewie było dużo marmurów, za to brakowało krzeseł. Nie zauważyliśmy też ogrzewania, choć było dość zimno. Kilka miesięcy później przekonałem się, że na tym lotnisku chyba w ogóle nie ma ogrzewania. Jedyną rozrywką był telewizor z radzieckim programem.



Dla nas ten program to był pewien szok. Dopiero w stanie wojennym zobaczyliśmy we własnym kraju podobny w wykonaniu Mieczysława Rakowskiego i nie dziwota, że niektórzy ludzie na jego widok rzucali w telewizor przedmiotami. Otóż, jak wyglądały radzieckie wiadomości. Nie było normalnie spikera przed kamerą czytającego kolejne doniesienia, jak we wszystkich telewizjach normalnego świata. W domowym wnętrzu, za stołem, na tle regału z książkami, siedział jowialny jegomość, niczym dobry wujek. Przed nim herbata z samowara. Poza niedbała. Skurczybyk niemal właził widzowi do mieszkania (zupełnie jak Rakowski). Nie czytał wiadomości, tylko tłumaczył, objaśniał, co się na świecie dzieje, niczym krewny ze stolicy ciemniakom (lub niczym Rakowski Polakom).



„A w Afganistanie - mówił jegomość - dywersantów złapali. Iz Pakistana. a ci dywersanci arużje mieli iz Amieriki, iz Pakisatna, iz Kitaja. I dokumenty dywersanckie mieli. I wot, eto prowokacja, eto agresja. A my nie agresory. My ot tak!” (Broń mieli z Ameryki, z Pakistanu, z Chin. […] I oto prowokacja, oto agresja. A my nie agresorzy. My ot tak. (ros.))



Na to „ot tak” wszyscy zgodnie ryknęliśmy śmiechem i stało się to wyprawowym powiedzonkiem. Dlaczego jeden drugiemu zrobił takie czy inne bydło (czyli świństwo)? Jak to dlaczego? Ot tak!



Na Szeremietiewie był na tranzycie bufet, ale sprzedawał tylko za ruble, a myśmy rubli nie mieli. Zresztą dania w tym bufecie były typowo radzieckie, a więc „ragu” (gulaż niskiej klasy, mówiąc po polsku) i „salianka” (dość



paskudna zupa rybna z oliwkami). Do tego jakaś rybka drugiej świeżości, Woda Bajkał, czyli odpowiednik polskiej Polo Cokty, koszmarnego napoju, który młode pokolenie zna już tylko z filmu „King Size”, a pić go nie musiało. Siedzieliśmy więc głodni na podłodze marmurowej i nie ogrzewanej. Dopiero rano, po wielkiej awanturze, poproszono nas do restauracji na śniadanie. Dostaliśmy kawę zbożową i jajka na twardo. Tak nas Aerofłot ugościł!



Rankiem, po radzieckim śniadaniu, postanowiliśmy z Chrystianem Parmą, który leciał na inną wyprawę niż nasza, ale tym samym samolotem, pofotografować lotnisko. Do tego trzeba było jednak wydostać się na taras widokowy. Przeszkodą był żołnierz sowiecki, stojący w drzwiach. Podeszliśmy do niego grzecznie i zapytaliśmy czy możemy wyjść na taras.



- Nie lzia! - zakrzyknął żołnierz, co w języku miejscowym znaczy, że nie wolno.



- Excuse me - powiedział grzecznie Parma po angielsku, podejmując starania odsunięcia żołnierza ze środka przejścia, ten jednak się zaparł.



Co jest do cholery? Jest taras widokowy, czy go nie ma?



- Paszoł won! - powiadam dobitnie do sołdata i okazuje się, że ten bliski mu rodzaj wysławiania skutkuje. Możemy przejść.



Około południa wsadzili nas w samolot Aerofłotu i polecieliśmy do Frankfurtu nad Menem, gdzie przejęła nas z powrotem Air India. Znowu trafiliśmy pod opiekę cywilizacji. Dostaliśmy od razu talony na posiłki w lotniskowej restauracji na przyzwoitym poziomie. Przyznam, że lotnisko we Frankfurcie zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Pierwszy raz w życiu widziałem wówczas tak ogromny port lotniczy. Pierwszy raz też leciałem z Frankfurtu do Delhi Boeningiem 747, czyli jumbo jetem, największym samolotem pasażerskim świata.



W końcowym rezultacie wylądowaliśmy w Delhi dzień później, a jedyną stratą, jaką ponieśliśmy, był zgubiony plecak Szłapy, który w całym tym zamieszaniu wsadzono do innego samolotu. Szłapa wyszedł na tym w końcu całkiem nieźle. Plecak zawierał stary anilanowy śpiwór i trochę ciuchów bez większej wartości, natomiast za zgubiony bagaż lotniczy Air India wypłaciła mu odszkodowanie według międzynarodowych reguł, czyli około 400 dolarów. W tamtych czasach, dla nas Polaków, była to kupa forsy, bo normalnie zarabialiśmy odpowiednik 20 dolarów miesięcznie. Od tej pory ulubionym tematem dyskusji stało się rozważanie, jak to zrobić, żeby jeszcze cos zgubić w Air Indii.



Początkowo wszystko przebiegało gładko. Z Delhi pojechaliśmy pociągiem do Jammu, stolicy stanu Jammu & Kashmir. Tu przesiedliśmy się w autobus do Kishtwar, miasteczka leżącego już w górach. Kishtwar – to takie kaszmirskie Zakopane, tyle, że zupełnie pozbawione cech kurortu.



Podróż do Kishtwar odbyła się z pewnymi przygodami i trwała tydzień. Stary indyjski autobus TATA nie jest pojazdem zbyt szybkim i w normalnych warunkach pokonywał trasę Jammu-Kishtwar (w górę) w dwa dni, a z powrotem (w dół) w jeden dzień. Tym razem jednak były pozrywane mosty, bo w maju tego roku w górach było trzęsienie ziemi. Jechaliśmy więc etapami. Od jednego zerwanego mostu do drugiego. Miedzy mostami kursowały wahadłowo uwięzione tam samochody, a na niektórych odcinkach, gdzie samochodów nie było,



pracowali tragarze.



Na całej trasie trwały prace przy usuwaniu zniszczeń, ale wydawało mi się, że na naprawę tylu mostów i tak długich odcinków drogi trzeba wielu miesięcy. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w drodze powrotnej, niecałe dwa miesiące później, przejechaliśmy gładko całą trasę, tak jakby nigdy nie było tu trzęsienia ziemi. A odbyło się to niezwykle prostymi środkami. Tragarze, ludzkie mrówki, nosili w koszach pokruszony asfalt, który inni podgrzewali w wiaderkach na ogniskach, a jeszcze inni zalewali nim wyrwy. Podobnymi metodami, bez betoniarek i bez maszyn, wylewano beton na nowe przyczółki mostów. Efekt był zadziwiający.



Indyjski autobus jest zjawiskiem dla Europejczyka osobliwym. Najlepiej podróżuje się nim na dachu. Po pierwsze, jest przewiew, a w środku panuje potworny upał i duchota. Po drugie, Hindusi są na ogół chudzi i niskiego wzrostu. W efekcie siedzenie, które według naszych reguł jest dwuosobowe, w Indiach przeznaczone jest dla trzech osób. Odstępy między siedzeniami są też dużo mniejsze i nam po prostu nie mieszczą się kolana. Podróż wewnątrz - to dla nas katorga, a na dachu jest naprawdę przyjemnie. No i jakie widoki!



Z Kishtwar nie widać jeszcze gór, a ściślej wielkich gór, bo góry porośnięte lasem są wokół. Według naszej mapy powinniśmy dojechać samochodem do wylotu naszej doliny (na mapie, jak byk, jest droga), skąd wypadałoby przeprawić się jednym z mostów (na mapie są dwa mosty) na drugą stronę Chenabu. Nie martwiło więc mnie to, że Chenab - to ogromna rzeka, połowa Indusu. Skoro są mosty, to co za problem? Gdzieś tylko w podświadomości dręczyło mnie pytanie, czemu takie silne wyprawy nie mogły się do tej doliny dostać. Przecież, według tej mapy, żadnego problemu być nie powinno.



Już w Kishtwar dowiedzieliśmy się, że problemy jednak są, i to poważne, a nasza mapa nadaje się, co najwyżej, na podpałkę. Im dalej się posuwaliśmy, tym bardziej wszystko na niej okazywało się nieprawdą. W Kishtwar okazało się, że droga jest tylko do wsi, a raczej do miejsca, bo to nawet nie wieś, zwanego Galhar. Z tego miejsca do naszej doliny jest jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. W następnej kolejności wydało się, że przez Chenab nie ma żadnych mostów, a pod koniec wyprawy wiedzieliśmy jeszcze, że wokół doliny Kijaj Nullah są zupełnie inne góry i w zupełnie innych miejscach. Ale nie uprzedzajmy faktów.



Wobec pierwszych sygnałów, że teren wygląda inaczej niż na mapie, postanowiłem, że przed dalszą drogą trzeba zrobić rekonesans. Uważałem, że pchanie wyprawy w niewiadome jest zbyt ryzykowne. I w tym momencie pojawiły się pierwsze dyskusje z częścią uczestników wyprawy. Janek i Jacek mieli wyraźnie inne zdanie niż ja, co do dalszych poczynań. Od tego momentu powstała grupa rozłamowa: Janek, jego żona Baśka i Jacek. Wprawdzie otwartego rozłamu jeszcze nie było, ale różnice zdań występowały coraz częściej.



Zaczęło się od tego, że ja twierdziłem, iż trzeba najpierw zobaczyć, jak wyglądają góry (przecież dotąd nikt ich nie widział), a dopiero później wybrać cel, który będziemy atakować. Janek, lider rozłamowej trójki, był zdania, że atakować trzeba koniecznie Arjunę. Dla mnie upieranie się przy atakowaniu góry, której się nawet nie widziało, było nonsensem. Uważałem, że trzeba wybrać cel adekwatny do naszych sił i środków, jakimi dysponujemy. Janek i Jacek mieli znacznie mniejsze ode mnie doświadczenie górskie. Zaliczyli dopiero kilka sezonów tatrzańskich i jeden alpejski. Mieli całkiem niezłe, jak na tak krótki staż, przejścia, ale nigdy nie byli w górach wysokich. Dla mnie lato 1979 roku było dziewiętnastym sezonem górskim i czwartym w górach wysokich. Na nieszczęście byli tylko nieznacznie ode mnie młodsi i przez to nie stanowiłem dla nich autorytetu. Moją ostrożność uważali za „opóźnianie”. Twierdzili, że teraz w Himalajach „chodzi się w stylu alpejskim”. Z tym mogłem się zgodzić, ale moim zdaniem, w stylu alpejskim „chodzi się” Messnerowi, Kurtyce, Loretanowi itd, a nie komuś, kto jest pierwszy raz w tak dużych górach, a już zwłaszcza temu, kto nawet tych gór jeszcze nie widział na oczy.



Na rekonesans chciałem iść z Kubą, ale Janek uparł się, że w rekonesansie musi wziąć udział ktoś z jego trójki. Chcąc uniknąć kłótni w zespole, zgodziłem się i wybrałem Jacka. Dojechaliśmy ciężarówką do Galhar i tam skończyła się droga. Im dalej szliśmy wzdłuż doliny Chenabu, droga stawała się coraz to gorsza, a góry coraz większe. Już po kilku kilometrach droga zamieniła się w wąską ścieżkę wijącą się po bardzo stromych, chwilami niemal pionowych zboczach nad ogromną ekspozycją. To był główny szlak karawanowy z rejonu Kishtwar do, położonego w Ladakhu (indyjskiej części Tybetu), Kargil.



Kilka lat później poznałem lepiej ten szlak nazywany przez nas ironicznie „szosą Kisthwar - Kargil”. To już na tej „szosie” padło stwierdzenie Szłapy: „to nie Kaszmir, tylko Koszmar”. Odcinek „szosy”, który przemierzaliśmy na tej wyprawie nie był jeszcze najgorszy. Jeszcze chodziły po nim juczne muły, choć po niektórych kawałkach podejrzewaliśmy, że są to muły cyrkowe. Mułom nie mocowano ładunku, bo jak mi objaśnił jeden z kulisów, lepiej by spadł sam ładunek, ale bez muła. Te muły były miejscami wciągane w górę, miejscami podpychane, miejscami opuszczane, ale jeszcze jakoś po cyrkowemu szły, choć luft pod nogami przyprawiłby niejednego turystę o zawrót głowy. Widać jednak muł nie ma lęku przestrzeni i kilometrowa lufa (czyli ekspozycja) pod kopytami nie robi na nim wrażenia. Właściwy cyrk tego szlaku zaczyna się w dolinie Bhuroom, za wsią Atholi. Szlak ostro idzie w górę i po potężnie poszczelinionym lodowcu przekracza przełęcz o wysokości 5590 m, by terenem wymagającym użycia wszystkich kończyn obniżyć się do następnej doliny. Po drodze stoją sobie różne nie nazwane i nie zdobyte góry o kształtach Dru lub Eigeru, ale „po tym się tu nie chodzi”.



Pamiętam, jak kiedyś w Morskim Oku, zimą, Andrzej Zawada powiedział do nas, wówczas jeszcze młodych łojantów (Łojant - w żargonie taternickim wspinacz, taternik): „wy się tu trzęsiecie nad jedną Kazalnicą, a w Himalajach stoi pięćset takich Kazalnic”. Po poznaniu Kaszmiru mogę powiedzieć więcej: tam stoi pięćset Eigerów, tysiąc Matterhornów i całe tabuny Trollvegenów. Ścian do zdobywania jest tyle, że alpinistom nie starczy pokoleń.



Dopiero jednak, gdy poznałem pewne kawałki Zanskaru, zrozumiałem w pełni, że Kaszmir - to Koszmar. Zanskar jest częścią Indyjskiego Tybetu i leży prawie nad granicą z Tybetem okupowanym przez Chiny. Góry nie są tam bardzo duże, ale tak dzikie i tak skaliste, że do niektórych dolin można się dostać tylko zimą, gdy da się iść dnem dolin po zamarzniętych rzekach. Przez lato całe rejony Zanskaru są kompletnie odcięte od świata. To jest naprawdę miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc.



Od mieszkańców Atholi dowiedziałem się, że u podnóży góry o nazwie Tsoocor, w dolinie Bhuroom, znajduje się „Ram, co pochłania ludzi”. Zadałem sobie trud dotarcia do tego miejsca. Ten tajemniczy Ram intrygował mnie odkąd Andrzej Czok, obejrzawszy rejon ze śmigłowca, powiedział: „Kurde, co za teren. Ja myślałem, że to będzie taka sobie dolina sześć na dziewięć, a to jest piekło. Tam jest taka dziura w ziemi jak wulkan.” To brzmiało bardzo tajemniczo.



Schodziłem z tragarzami w dół po bardzo stromym zboczu porośniętym dżunglą. Praktycznie nic nie było widać. Tragarze nerwowo macali przed sobą kijami i nagle… stop. Kij prowadzącego trafił w pustkę. Nadal była przed nami ściana zieleni, ale pod nogami już nie było gruntu. Istna pułapka. Rozgarnęliśmy gałęzie i dopiero okazało się, co jest grane. Na dnie stromego, kilkusetmetrowego leja znajduje się ogromne tektoniczne zapadlisko. Taka potężna studnia o pionowych ścianach. Ma to ze sto metrów średnicy i tyleż głębokości. Ściana roślinności, tak gęstej, że nic przez nią nie widać, przewiesza się nad krawędzią. To jest Ram. Ram rzeczywiście może „pochłaniać ludzi”.



Wracamy. Przed jednym z drzew zamieszanie. Tragarze nawołują sardara, posiadacza jedynej strzelby. Sardar podchodzi do drzewa i wali w nie kolbą. Spośród gałęzi wylatuje dziwne zwierzę, przypominające latawiec. Między przednimi a tylnymi łapami ma błonę, dzięki której zlatuje w dół doliny lotem ślizgowym. Psi pysk, ale łapy zakończone jakby kocimi pazurami. Ogon przypomina lisią kitę. Wiem, że w Azji żyją takie latające wiewiórki, ale to ma około metra długości plus ogon! Łapię aparat. Zanim otworzyłem futerał i naciągnąłem migawkę, stwór był już za daleko, by zrobić zdjęcie.



Co to było? „Latający pies” - mówią tragarze. Kurczę, co za miejsce! Dziury pod nogami, dżungla, że nic nie widać, psy latają! Witamy w Himalajach Koszmaru!



Idziemy z Jackiem „szosą Kishtwar - Kargil” i spotykamy różnych ludzi. Prowadzą faceta całego pokrwawionego i z poszarpaną twarzą.



- Co mu się stało? - pytam.



- Walczył z tygrysem - mówią.



- Jak to? Gdzie? Kiedy?



- A tu, kawałek dalej, przed chwilą…



Idziemy dalej i spotykamy bogatych Hindusów, odpoczywających przy drodze. Podchodzimy bliżej i wyrasta przed nami ogromny policjant z bardzo oficjalną miną. W kaburze, wyraźnie bardzo ciężki, bębenkowy Smith & Weston kalibru takiego, jak na słonie. Pasek od kabury, niby przypadkiem, odpięty.



- Where is your guide? (Gdzie jest wasz przewodnik? (ang)) - pyta dwumetrowy „policaj”.



- Nasz guide idzie z tyłu - odpowiadam jak najgrzeczniej.



Oczywiście żaden guide z nami nie idzie, bo dawno już uznałem, że płacenie różnym rządom za góry



przypomina kupowanie mostu Kierbedzia od warszawskich cwaniaków i robić tego nie mam zamiaru. Tak samo nie mam zamiaru płacić za przewodnika, co nie jest żadnym przewodnikiem, oficera łącznikowego, co z nikim nie łączy, kucharza, co nie umie gotować i kierownika bazy, bo ta funkcja jest zupełnie zbędna.



- Are you climbers? Expedition?  (Jesteście alpinistami? Wyprawa? (ang)). - pada następne pytanie.



- No, no. We are only walking, trecking, foto.(Nie, nie. My tylko spacerujemy, trekingujemy, fotografujemy. (ang)).



„Walking, trecking, foto” to był nasz stały tekst nie tylko na tej wyprawie i nie tylko w Indiach. Zresztą nie tylko nasz. W Kaszmirze spotkałem dwóch Australijczyków, którym liny wystawały spod klapy plecaka, a oni też „walking, trecking, foto”.



- Czy macie jakiś interes do moich sahibów? - pada następne pytanie.



- Najwyżej możemy im powiedzieć namaste dżi (Namaste dżi - w wolnym tłumaczeniu: dzień dobry panom (hindi)). - mówię.



Policjant staje się dużo uprzejmiejszy. To jest obstawa kogoś ważnego i musi zachować czujność. Tym ważnym



okazuje się minister w rządzie stanowym Kaszmiru udający się na polowanie. Zaprasza nas na herbatę.



Minister ma sztucer Winchester ogromnego kalibru. Na co on tym będzie polował?



- To na słonie? - pytam z lekką drwiną.



- Nie na słonie, ale na nosorożce - odpowiada minister całkiem serio.



- Nosorożce? W takich górach?



- Nie wszędzie są takie góry. Niektóre doliny są bardzo szerokie i tam są nosorożce.



No ładnie, tygrysy, nosorożce, ciekawe, co jeszcze. Pytam o to myśliwych. Okazuje się, że najpowszechniej występującym w tym rejonie drapieżnikiem jest czarny niedźwiedź himalajski. Jest on mniejszy od niedźwiedzia brunatnego czy grizzli, ale za to ma pewną nieprzyjemną cechę. Działa na ogół stadnie a nie pojedynczo i jest całkowitym drapieżnikiem. Dieta wegetariańska zupełnie go nie interesuje. Lubi tylko mięsko. Myśliwy ostrzega, że wprawdzie ten czarny himalajski, z białym kołnierzykiem a’la Słowacki, jest niewiele większy od człowieka, ale jest kilka razy silniejszy i lekceważyć go nie wolno.



A jakie są jeszcze zwierzęta? No, są pantery, irbisy (Irbis - inaczej śnieżna pantera)., niebezpieczne węże…



- Najbardziej niebezpieczny jest tygrys - mówi myśliwy - ale i pantery nie można lekceważyć. Dorosły tygrys waży najczęściej nieco ponad 300 kilogramów, ale zdarzają się osobniki olbrzymie, mogące ważyć nawet 700 kilo.



- Tak wielka rozpiętośc wagi? - dziwię się.



- Tak jak u ludzi. Są ludzie ważący 50 kilogramów i są ważący 150. Ze zwierzętami jest podobnie. Tygrysy atakują ludzi nie sprowokowane, atakują na ogół z tyłu. Jeżeli zobaczycie tygrysa, który na wasz widok dochodzi spokojne w las, nie dajcie się zwieść. On może odejść tylko pozornie, a w rzeczywistości zatoczyć koło, by zaatakować z tyłu. Idąc przez las, trzeba stale się oglądać. Tygrys bardzo rzadko atakuje człowieka, gdy ten na niego patrzy. To dlatego, że drapieżnik nie chce atakować ofiary, która jest gotowa do obrony. On nie może ryzykować tego, że mógłby zostać zraniony. Nie mógłby wtedy skutecznie polować i zginąłby z głodu.



- A jak się bronić przed tygrysem albo panterą?



- Jeśli już cię zaatakuje, nie masz szans. Te zwierzęta są potwornie silne i najczęściej zabijają w ciągu kilku sekund. Poza tym są bardzo szybkie i skoczne. Tygrys potrafi skoczyć na odległość prawie dwudziestu metrów. Jest tak szybki, że gdy jest bardzo głodny, to poluje na nisko przelatujące ptaki. Potrafi skoczyć siedem, czy osiem metrów do góry i złapać ptaka. W zasadzie nie wchodzi jednak na drzewa. Nie dlatego, żeby nie mógł, tylko jest za ciężki, ale jak bardzo chce, to potrafi. Inaczej jest z panterą. Ta bardzo często urzęduje na drzewie lub na jakiejś skale. Jest lżejsza i mniejsza od tygrysa, ale też potrafi ważyć 200 kilo. Ma bardzo niebezpieczny sposób ataku. Skacze i najczęściej już uderzeniem swojej masy łamie kości ofiary. Chwyta ofiarę pyskiem i przednimi łapami, a tylnymi robi taki „rowerek”, rozpruwając pazurami brzuch.



- To znaczy, zero szans?



- Niezupełnie. Drapieżniki nie polują zawsze, ale tylko gdy są głodne. Nie każdy drapieżnik, jakiego możecie spotkać, jest akurat na polowaniu. Nie należy go jednak prowokować. Pamiętaj, że to są koty i, jak koty domowe, gonią wszystko co ucieka. Uciec i tak nie zdołasz. One biegają dużo szybciej, niż my. Lepiej powoli, spokojnie się oddalić, ale nie odwracając się tyłem. W żadnym przypadku nie patrz im prosto w oczy. W ich „języku ciała” jest to wyzwanie do walki. Tak samo nie otwieraj ust i nie uśmiechaj się. Jeśli pokazujesz zęby, to im grozisz. Jeżeli przypadkiem znajdziesz się bardzo blisko dzikiego zwierza, obojętnie jakiego, najlepiej nie ruszaj się.



- A ognisko pomaga?



- I tak i nie. Zwierzęta na ogół boją się ognia, zwłaszcza te, które go nigdy nie widziały. Ale nie jest to aż taki strach, by nie mogły atakować kilka metrów od niego. Ale one bardzo nie lubią dymu, bo drażni ich delikatny węch. Dlatego z zasady nie podchodzą do miejsca, skąd rozchodzi się dym. Czy zastanawiałeś się, dlaczego zwierzęta nie atakują ludzi w samochodach lub w namiotach?



- Nie.



- A widzisz. Bo zwierzę myśli inaczej niż my. Nie wie, że namiot jest słaby, ale widzi, że jest duży, większy od niego. Dla zwierzęcia, człowiek w namiocie, lub człowiek w samochodzie, to jeden bardzo duży organizm. Duży, więc silny i groźny. Silniejszy od niego.



- A jakie jeszcze są tu zwierzęta?



- Najróżniejsze, ale uważać musicie na węże. Groźne są kobry i craity a także małe, zielone węże drzewne. Są bardzo jadowite, a siedzą na gałęziach krzewów i prawie ich nie widać. Dobrze jest rozgarniać gałęzie kijem, a nie ręką. Są jeszcze pytony, ale nie są groźne dla człowieka. Człowiek jest dla nich za duży i go nie atakują. No i oczywiście to, co wszędzie: skorpiony, tarantule i jadowite skolopendry. Aha, w rzekach są krokodyle…



- A yeti tu jest?



- Nie. Yeti jest w Nepalu.



Jacek po tej rozmowie jest wyraźnie przerażony.



- Jacek, nie martw się  - mówię - yeti nie ma. Jest dobrze.



Późnym wieczorem dochodzimy do miejscowości Shashoo, gdzie według naszej mapy powinien być most. Nie widzimy żadnego mostu, ale ponieważ zapada zmrok, odkładamy poszukiwania na jutro. W Shashoo funkcjonuje niezwykły tartak. Lodowiec w jednej z bocznych dolin po naszej stronie Chenabu schodzi bardzo nisko. Zimą lawiny nanoszą na ten lodowiec drzewa, które wiosną razem z topniejącym śniegiem zsuwają się w dół do jego czoła. Pokryta śniegiem powierzchnia lodowca służy też ludziom jako swoista zjeżdżalnia dla drzew wycinanych w górze. Wszystkie te pnie są ostatecznie opuszczane po stalowej linie do tartaku. Odbywa się to w dosyć efektowny sposób. Ogromne, rozpędzone pnie suną podwieszone pod liną nośną i w jakiś tajemniczy sposób odpadają od niej w pobliżu tartaku, waląc się na ziemię z hukiem i łomotem. Cały czas mam wrażenie, że któryś z pni spadnie na nas. W tartaku pnie są obrabiane najpierw siekierami, a później jeden z pracowników staje na górze pnia, drugi pod nim, i piłą typu „twoja-moja” tną ręcznie pień na belki. Do dalszego transportu drewna służy Chenab. Belki po prostu wrzucane są do wody, a w dole rzeki ktoś je wyławia. Obserwując pracę tych ludzi mam okazję zweryfikować mit o lenistwie Hindusów. Gdyby Polak miał tak ciężko pracować przy tak marnym wyżywieniu, jak Hindus, to by umarł.



Rano wyruszamy na poszukiwanie mostu. Miejscowi, pytani przez nas o most, tajemniczo odpowiadają, że jest „box”. Co za box? Box to po angielsku pudełko, skrzynka, ale może to słowo nie jest po angielsku?



Łazimy wzdłuż brzegu Chenabu i w końcu znajdujemy ów tajemniczy box. Jest to iście horrorystyczna kolejka linowa. Prawdziwy „wariacki box”. Nad rzeką przeciągnięte są dwie stalowe liny. Te liny są w nienajlepszym stanie. Krótko mówiąc sterczą z nich popękane druty. Na tych linach, na czterech rolkach, spoczywa skrzynka wielkości skrzynki na owoce. Rolki nie są w żaden sposób zabezpieczone przed spadnięciem z lin nośnych, a skrzynka jest w takim stanie, jakby się miała za chwilę rozlecieć. Dodatkowa cienka lina służy do dociągania się do brzegu.



Patrzymy na to urządzenie z niedowierzaniem. Takim czymś można, co najwyżej, przeprawiać ładunki, ale nie ludzi! Stoimy koło tej strasznej kolejki linowej i nie możemy się zdecydować. W pewnym momencie na przeciwległym brzegu pojawia się miejscowy góral. Za pomocą cienkiej liny przeciąga box na swoją stronę, wsiada do niego i jedzie jak szalony w dół lin nad środek rzeki, gdzie box zatrzymuje się w najniższym punkcie. Następnie, dociągając się liną, przeprawia się na naszą stronę. Gdy patrzyłem na tę jazdę, to robiło mi się miękko w nogach. Liny tańczyły w prawo i w lewo, rolki podskakiwały na wystających drutach, a pod spodem - tak silny nurt rzeki, że zabiłby człowieka natychmiast. Nie ma co, kolej na nas.



Jacek jakoś nie pali się do tej przeprawy. Nie ma lekko. Jako lider muszę dać przykład. Wsiadam do skrzynki i jazda. Najpierw nieprzyjemne uczucie spadania, a potem równie nieprzyjemne kołysanie nad kipielą. Cały czas mam wrażenie, że rolki nośne zeskoczą z liny. Ale jakoś dojechałem do środka rzeki i nic się nie stało. Teraz trzeba dociągnąć się do drugiego brzegu. Wymaga to nie tylko siły, ale i równowagi. Gdy tylko obciąża się bardziej prawą lub lewą stronę boxu, to lina po tej stronie bardziej się rozciąga i całość dostaje niebezpiecznego przechyłu. Można z tego urządzenia po prostu wypaść.



Wreszcie jestem po drugiej stronie. Teraz przeprawia się Jacek. Jesteśmy u wylotu doliny Sezar, sąsiedniej do naszej. Według mapy, powinna tu być ścieżka do naszej doliny. No tak, ale jest pewien problem. Dnem doliny płynie potok, i to nie jakiś tam niemrawy strumyczek, tylko prawie rzeka. Nie jest może bardzo szeroki, ale nurt jest potężny i o przeprawie wpław nie ma mowy. My zaś jesteśmy po niewłaściwej stronie.



Udajemy się w głąb doliny szukać przeprawy i od razu mamy próbkę kaszmirskiego terenu. Dolina właściwie nie ma czegoś, co można by nazwać dnem. Dno doliny - to rzeka, do której niemal wszędzie opadają strome, porośnięte dżunglą zbocza albo wręcz skały. Trawersujemy w stromym terenie wzdłuż rzeki, przedzierając się przez gęstą roślinność. Od razu ujawniają się dwie „atrakcje poranka”. Pierwsza - to drzewa chinar, odmiana dębu o liściach zakończonych kolcami. Te drzewa są z daleka bardzo ładne, ale gdy trzeba się wśród nich przedzierać, odbiera się głównie ich kolce. Drugą atrakcją jest specyficznie kaszmirska roślina (nigdzie indziej jej nie widziałem), prawdopodobnie odmiana dzikiej róży o bardzo długich, sprężystych i bardzo kolczastych gałęziach. To są w gąszczu istne sidła na ludzi. Czepiają się ubrania, plecaka, wszystkiego. Po godzinie przedzierania się przez las jesteśmy cali pokrwawieni i podrapani, jakbyśmy wyszli z jakiejś bójki.



Jest jeszcze inny problem. Dżungla jest tak gęsta, że praktycznie nic nie widać. Tymczasem my musimy odnaleźć drogę i zorientować się w topografii terenu. A jak to zrobić, gdy widoczność wynosi kilka metrów? Nawet nad samą rzeką widać niewiele więcej. Dolina jest bardzo wąska i widoczność cały czas ograniczają pobliskie skały i zbocza. Żadnej dalszej perspektywy.



Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie rzekę przegradza naturalna zapora: zator ze zwalonych potężnych pni. Po tym zatorze możemy przejść na drugą stronę. Przejście jest nieco horrorystyczne, bo cała konstrukcja rusza się pod nogami, a jej równowaga jest wysoce chwiejna, ale przejść się dało. Jesteśmy po drugiej stronie rzeki i niemal od razu znajdujemy ścieżkę. Nie wiemy jeszcze, czy to jest ta ścieżka, o którą nam chodzi, i dokąd ona prowadzi, ale nie jest to już przedzieranie się przez gąszcz.



Idziemy z powrotem w kierunku wylotu doliny. Intryguje mnie to, że przeprawa przez Chenab wyprowadza na lewą stronę potoku w dolinie Sezar, a ścieżka jest po jej prawej stronie. Ta ścieżka musi mieć z tą przeprawą jakieś połączenie, tylko my nie umieliśmy go znaleźć. Wniosek stąd jeden i prosty. Aby dostać się do naszej doliny z karawaną, musimy wziąć przewodnika z najbliższej wsi. Inaczej będziemy błądzić, tak jak przed chwilą.



W pewnym momencie spotykamy na ścieżce dużego, zwiniętego węża. Jest to wielka kobra królewska. Na nasz widok unosi się i rozkłada swój kaptur. Jest naprawdę imponująca. Głowę unosi na dobry metr nad ziemię. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem tak wielkiej kobry. Wolimy nie ryzykować bliższego kontaktu i obchodzimy węża lasem.



- Tu wszystko jest postawione na głowie - mówi Jacek - my się szlajamy po chaszczach, a kobry chodzą drogami.



- I mieliśmy się wspinać, a pętamy się po lesie - dodaję od siebie.



Wracamy do wylotu doliny Sezar. Tutaj nasza ścieżka wyraźnie idzie w górę i już wiemy, że jesteśmy na dobrej



drodze. Teren staje się coraz bardziej stromy, a ekspozycja coraz większa. Rosnące w niższych partiach drzewa chinar ustępują miejsca ogromnym cedrom. Wkrótce ścieżka zaczyna zanikać i coraz trudniej nam ją odnaleźć. Przecinamy bardzo strome trawki, na których, podobnie jak w Tatrach, jest sporo fałszywych perci. Ścieżki już prawie nie widać, ale za to pojawiają się kopczyki. Sposób znaczenia drogi jest, jak widać, taki sam we wszystkich górach świata. Jesteśmy coraz wyżej nad doliną Chenabu. Luft pod nogami ma już chyba z kilometr, a teren coraz częściej wymaga, wprawdzie łatwej, ale regularnej wspinaczki. Niektóre odcinki są bardzo ryzykowne, choć niespecjalnie trudne. Typowym „problemem” jest stroma płyta, pokryta igliwiem. Można na tym wyjechać jak na lodzie. Gdzie indziej trzeba przedzierać się przez cedrowy las, rosnący w prawie pionowym terenie. Gałęzie czepiają się plecaka a my musimy chwytać się gałęzi, często zwyczajnie spróchniałych. Niby nic takiego, gdyby nie ten kilometr luftu. Dalej znów strome płyty. Gdzieś z góry płynęła woda i wypłukała na gładko długi pas skały. Po obu stronach tego pasa płyt ktoś ułożył kamienie i oparł na nich długą i niezbyt grubą żerdkę. Opierając się rękami o skałę dla równowagi, ale bez żadnych praktycznie chwytów, trawersuję bokiem po żerdce, z worem na plecach. Żerdka niepokojąco się ugina. Dalej znowu strome skały. Gorzej niż strome, pionowe. W pewnym momencie trawersujemy po gzymsie skalnym, mając okapy pod sobą i nad sobą.



Dochodzimy do kolejnego pasa wymytych płyt. Tym razem żerdka do trawersowania jest wybitnie cienka. Związujemy się liną. Przechodzę po żerdce, ale czuję, że jest ona na granicy złamania. Teraz zza potężnego cedru asekuruję Jacka. Gdy dochodzi do środka żerdki, ta pęka. Jacek leci w luft i zawisa w powietrzu bez kontaktu ze skałą. Wyłazi na prusikach. Wcześniej, na drugim końcu liny, wyciągnąłem jego plecak.



- Dosyć tego eksperymentu - mówię - tędy nie da się przeprowadzić karawany.



Jest jednak kłopot z powrotem, bo nasza przeprawa przestała istnieć. Dobrze, że mamy sprzęt. Wspinam się jakieś dwadzieścia metrów w górę obrzeżem płyt. Trudności od IV+ do VI. Mocuję linę podwójnie i wahadłem pokonujemy kolejno płyty. Wracamy.



W strefie stromych trawników pomyliliśmy drogę. Błąkamy się w tę i z powrotem. Nie poznajemy terenu. Wreszcie dostrzegam naszą prawidłową ścieżkę. Jest jakieś sto pięćdziesiąt metrów pod nami. Zakładamy zjazdy i zjeżdżamy na linie od drzewa do drzewa. Pełne pięć zjazdów. O zmroku docieramy do boxu.



Po dwudziestu latach z trudem przypominam sobie szczegóły następnego dnia. Pamiętam tylko, że Jacek był zupełnie wykończony fizycznie. Miał potężne zakwasy, ledwo się ruszał. Nie powiem: ja też dostałem nieźle w kość, ale ja byłem od Jacka zwyczajnie dużo silniejszy. Jacek był wprawdzie niewiele ode mnie młodszy, ale poza alpinizmem nie uprawiał żadnego sportu, ja natomiast byłem już wtedy trenerem judo i kung fu, biegałem co roku na maraton, a przede wszystkim, pracując jako trener, miałem codziennie 4-6 godzin intensywnego ruchu. Nie ma co się dziwić Jackowi, że padł. Wyrypa była całkiem niezła. Zacytujmy sprawozdanie z wyprawy, napisane bezpośrednio po niej:



Powróciliśmy do punktu wyjścia. Znaleźliśmy tam kolebę, w której Jacek Szczepański musiał pozostać



do wieczora (następnego dnia), ze względu na nadmierne przeforsowanie mięśni i ogólne zmęczenie (poprzedni dzień był bardzo forsowny). Ja udałem się ponownie (rano) na poszukiwanie (innej) ścieżki, tym razem w kierunku ściany nad Chenabem. Po pewnym czasie znalazłem ścieżkę, z całą pewnością właściwą. Trawersowała ona bardzo strome trawniki i skały, po czym, po kilkuset metrach właściwie już wspinaczki (III, III+), wchodziła w strefę stromych, ryzykownych płyt. Innej drogi nie mogło być, bo teren zarówno powyżej, jak i poniżej, był przewieszony. Ślady, a nawet pewne sztuczne ułatwienia (kładki) były zresztą zupełnie wyraźne. Stwierdziłem, że jestem na dobrej drodze, ale nie wyobrażałem sobie przeprowadzenia tędy karawany. Doszedłem do wniosku, że trzeba szukać innej drogi do doliny Kijai. Ponieważ liczyłem się z tym, że nie uda nam się wejść do doliny Kijai, postanowiłem zbadać możliwość wejścia do doliny Sezar, w której również nie było jeszcze żadnego Europejczyka ani żadnego alpinisty. Znajdowaliśmy się u wylotu tej doliny. Szedłem w głąb doliny Sezar około 3-4 godziny i zawróciłem, bo bałem się dalej iść samotnie w tak dzikim terenie. Dolina jest całkowicie bezludna i niezagospodarowana. Bardzo gęsta roślinność i strome zbocza spadające bezpośrednio do potężnego potoku powodują, że marsz jest bardzo uciążliwy. Zła pogoda uniemożliwiła mi obserwację topografii terenu. Spotkałem liczne ślady obecności dużych, dzikich zwierząt.



Widziałem węże i małpy.”



Tyle sprawozdanie. Tak naprawdę jednak coś udało mi się w dolinie Sezar zobaczyć. Tyle, że wówczas nie rozumiałem jeszcze, co widzę. Dopiero po powrocie, analizując zdjęcia, zrozumiałem, że zrobiłem pierwsze zdjęcie zachodnich ścian zdobytego przez nas szczytu 6013 m i sąsiadującego z nim szczytu 5900 m, zwanego przez nas Płetwą Rekina.



Przeprawiamy się znowu przez Chenab. „Szosa Kishtwar - Kargil” wydaje się nam niemal autostradą.



Dwudniowe wspinaczki po chaszczach przypomniały mi tatrzańską opowieść, jak Janek z Bimonem wybrali się na drogę Birkenmajera na Nawiesistej Turni. Cyrki zaczęły się już na podejściu.



„Wspinamy się po pionowym lesie - opowiada Janek - pnie się walą, bździągwy latają, próchno się sypie. Leziemy tak przez chaszcze, aż natykamy się na skałę. Jest krucha i pionowa, przetykana trawkami. Bierzemy „Paryskiego” i czytamy opis: ‘przez trawiaste stopnie do trawiastej rynny i nią w górę (walka z kosówką). Dalej czym prędzej do lasu.’ Zawracamy. W cholerę z taką drogą.”



Tego typu drogę, na której więcej roślin niż skały, zwykłem nazywać „zemstą pradziadów”. Muszę przyznać, że sam popełniłem dwie „zemsty pradziadów”: w Tatrach, na Turni Zwornikowej. Jedną z Jackiem Karpińskim. Nazwaliśmy to: „Polak Przetrzyma”. Drugą z Ireną Dębowską. Nazwaliśmy to: „Talon na Balon”.  Obie te drogi miały charakter zwiadu w terenie. Pierwsza powstała, gdy na Turni Zwornikowej nie było jeszcze prawie żadnych dróg, poza tajemną drogą Osadów, co do której nikt jeszcze nie wiedział, gdzie naprawdę przebiega. Poza jej autorami oczywiście, ale ci milczeli. Druga droga była, po prostu, pierwszym przejściem zachodniej ściany i przebiega w linii najmniejszych jej trudności.



Ponownie nocujemy w Shashoo. Rano ruszamy dalej, bo, według naszej mapy, kolejna przeprawa i kolejna ścieżka powinny być we wsi Lai. Oczywiście znowu nie ma żadnego mostu, tylko horrorystyczny box, ale tym razem ścieżka od niego prowadzi prosto do wsi. Tym razem postanawiam wziąć przewodników z Lai. Początkowo mamy trudności z wytłumaczeniem, o co nam chodzi. Obaj jesteśmy pierwszy raz w Indiach i nauczyliśmy się dotąd zaledwie kilku słów w hindi. Górale z Lai natomiast nie znają ani w ząb angielskiego i, co gorsza, wcale nie mówią w hindi, tylko w jakimś kaszmirskim dialekcie. Próbuję mówić w farsi i okazuje się, że tutejszy dialekt jest do niego dość podobny. Uzgadniamy cenę i umawiamy się na wymarsz następnego dnia rano. Pójdzie z nami dwóch młodych chłopaków: Ramnat i Ramsila. Jeden ma szesnaście lat, a drugi siedemnaście, ale, jak to w Indiach, obaj są już żonaci i dzieciaci.



Mamy dziś sporo czasu i możemy trochę odpocząć. Bądź co bądź, nabiliśmy w ostatnich dniach zarówno kilometrów, jak i wysokości, a jutro czeka nas marsz w tempie narzucanym przez himalajskich górali.



Szwędam się po lesie koło wsi i nagle natykam się na tajemnicze obiekty. W lesie leżą ogromne, kamienne bloki, wyraźnie ruiny czegoś (światyni, pałacu?). Są pokryte rzeźbami i jakimiś ornamentami. Przypomina mi się scena z „Księgi Dżungli” Kiplinga: zapomniana, porośnięta dżunglą świątynia, w której rządzą małpy i węże. Pytam górali z Lai, co to jest. Potrafią tylko powiedzieć, że „to” zawsze tu było. Widać w Kaszmirze jest nie tylko dużo gór do zdobycia, ale i dużo zabytków do odkrycia. Pytałem później różnych ludzi w Kishtwar, w Jammu a nawet w Delhi. Nikt nie potrafił wyjaśnić pochodzenia tych kamiennych bloków. W czasie późniejszych wyjazdów do Indii zorientowałem się, że w tym kraju po bardzo wielu zabytkach mających tysiąc lub dwa tysiące lat skaczą małpy i wielu z nich nigdy nie widział żaden archeolog ani historyk. Obiekt, który znalazłem, jest tak zarośnięty lasem, że nie daje się obejrzeć ani sfotografować żadnej większej całości. Można tylko oglądać poszczególne bloki z odległości nie większej niż dwa metry. Trudno się nawet zorientować w jego planie.



Rano, razem z przewodnikami, zaczynamy ostre podejście w kierunku jednej z grani dzielących nas od doliny Kijai. Z naszych obserwacji z marszu po przeciwnej stronie Chenabu wiemy, że od doliny Kijai dzieli nas jeszcze jedna niewielka, ale wyjątkowo głęboko wcięta dolina. Od przewodników dowiadujemy się, że nazywa się ona Sung Lai Nullah (słowo nullah - to w hindi po prostu dolina).



Początkowo idziemy zwykłą leśną ścieżką, ale bardzo szybko wchodzimy w skały porośnięte dżunglą. Las rosnący w niemal pionowym terenie jest specyfiką dolnych partii Himalajów Kaszmiru. Wcale to nie ułatwia wspinaczki, a nawet wręcz przeciwnie - utrudnia. Gałęzie czepiają się o plecak i ubranie, a stopnie i pochyłe płyty pokryte są suchymi igłami cedrów. Igliwie na stromej skale powoduje, że stopnie stają się śliskie i wyjątkowo łatwo się z nich obsunąć. Jednocześnie trudno nie chwytać się gałęzi, a część z nich jest spróchniała albo po prostu ułamana. Wszystko to zmusza do ciągłej koncentracji uwagi, choć trudności techniczne są niewielkie.



Zacytujmy sprawozdanie napisane przeze mnie zaraz po wyprawie:



„Wyruszyliśmy z Lai początkowo ledwo widoczną ścieżką przez las (strome podejście), a następnie - pionową ścianą skalną, systemem zachodów i półek na grań oddzielającą dolinę Kachar od doliny Sung Lai, osiągając wysokość 3200 m.n.p.m. (1000 metrów podejścia od Lai). Trudności na tym odcinku wynoszą I-II w skali tatrzańskiej. Orientacja w terenie chwilami bardzo trudna.”



Przy okazji zauważam osobliwą technikę poruszania się w takim terenie, używaną przez miejscowych górali. Mają oni około półtorametrowe kije, którymi podpierają się, korzystając ze stopni i innych występów skalnych, które normalnie znajdują się poza zasięgiem. Taki kij jest jakby przedłużeniem kończyny, ale także bywa klinowany w kominkach, wtykany w szerokie szczeliny i rysy i wtedy bywa dodatkowym chwytem. Nigdy, w żadnych górach, nie widziałem tak osobliwej techniki wspinaczki.



Zeszliśmy stromym zboczem, porośniętym lasem, z kilkoma dużymi progami skalnymi do doliny Sung Lai. Ten punkt doliny położony jest na wysokości 2400 m. Różnica wysokości w zejściu wynosi 800 metrów, trudności II-III, stromizna 60 stopni do 90 stopni, orientacja bardzo trudna. Dolina Sung Lai jest niezwykle wąskim kanionem o prawie pionowych ścianach skalnych przekraczających 1000 metrów wysokości. Szerokość jej dna nie przekracza 10 metrów. W dolnej części dolina przechodzi w wijącą się szczelinę o szerokości kilku metrów, między pionowo-przewieszonymi ścianami o wysokości około 500 metrów a dopiero powyżej tej wysokości ściany skalne zaczynają się nieco rozchylać, osiągając odległość 300-400 metrów od siebie na 1500 metrów powyżej dna doliny. W tej części doliny nie widać w ogóle nieba. Miejsce, do którego zeszliśmy, znajdowało się jednak już w górnej jej części, gdzie jest nieco szerzej. Przejście doliną od dołu byłoby bardzo trudne ze względu na liczne pionowe progi z wodospadami. Dolina jest krótka (około 7 km) i wznosi się stromo w górę. Kulminuje nad nią tylko jeden wyraźny szczyt: Kirthai (5064 m), a obie granie są jego ramionami.”



Ten rekonesans to było niesamowite przeżycie. Odkrywaliśmy właściwie od zera konfigurację terenu. Odkrywaliśmy doliny, których nie było na żadnej mapie i znajdowaliśmy znane tylko miejscowym ścieżki. Przy okazji ustalaliśmy różne fakty. Czuliśmy się eksploratorami, odkrywcami.



Najpierw stwierdziliśmy, że powyżej wsi Lai znajduje się dolina Kachar, której istnienia nie uwzględniały żadne



mapy, podobnie jak doliny Sung Lai. Stwierdziliśmy, że Escort i Bonnington (Nick Escort i Christian Bonnington - jedni z najlepszych alpinistów brytyjskich, kierownicy wielu wypraw, zwłaszcza Bonnington m.in. na Anapurnę, Mt. Everest). wcale nie weszli na grań doliny Kijai, tylko doliny Kachar, o której istnieniu nie wiedzieli, a z powodu złej widoczności nie zorientowali się, że znajdują się gdzie indziej. Od spotkanych w pobliżu Lai indyjskich geodetów dowiedzieliśmy się, że Arjuna była już atakowana przez Japończyków od strony doliny Bhuroom, czyli od strony przeciwnej niż z doliny Kijai. Stracili tam oni dwóch ludzi i osiągnęli wysokość ok. 5000 metrów. Osiągnięcie 5000 metrów na Arjunie, to, w języku alpinistycznych konkretów, nazywa się nie oderwanie dupy od ziemi. To znaczyło, że góra musi być potężnie trudna.



Nieprawdopodobnym zjawiskiem jest dolina Sung Lai. Trochę to przypomina Wąwóz Kraków w Dolinie Kościeliskiej w Tatrach, gdyby nie rozmiary. Wijący się gigantyczny wąwóz, szeroki na kilka metrów i głęboki na kilometr albo więcej, sprawia, że na jego dnie jest w niektórych miejscach ciemno jak w jaskini. Wielokrotnie przewieszające się skały, to z jednej strony, to z drugiej, całkowicie zasłaniają niebo. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy dolinę tak wąską i tak głęboką, że na jej dnie trzeba było, przynajmniej w niektórych partiach, używać w dzień latarki. Nasi przewodnicy odradzają eksplorację dolnej części tej doliny. Tłumaczą, że w razie deszczu, staje się ona śmiertelną pułapką. Przed wodami wzbierającego wówczas potoku, nie ma dokąd uciec.



Z doliny Sung Lai podchodzimy dalej w górę w kierunku kolejnej grani, najpierw stromym kruchym żlebem, a następnie - w lewo stromym zachodem o nachyleniu około 60 stopni. Zachód jest łatwy technicznie, ale uciążliwy ze względu na gęstą roślinność. Od tej pory ścieżka praktycznie nie istnieje. Idzie się na zasadzie orientacji w terenie i znajomości punktów, do których trzeba dojść. Pomyłka o kilka metrów oznacza zabłądzenie. Skały powyżej zachodu są lekko przewieszone, a poniżej osiągają przewieszenie rzędu 50 metrów. Pod nami znajduje się gigantyczny okap, jeszcze większy od naszego tatrzańskiego okapu na Ministrancie.



Przypominają mi się słowa Andrzeja Zawady, o pięciuset Kazalnicach. Dookoła nas stoją ogromne ściany, pionowe i przewieszone, ale te tysiącmetrowe Kazalnice to są Himalajskie regle. Po tym tu się nie chodzi albo nie traktuje się tego poważnie. Te Kazalnice spełniają tu rolę skałek z Doliny za Bramką.



Zachód wyprowadza na strome skalne żebro na wysokości 3600 metrów (1200 metrów podejścia). Dalej rozpoczyna się około dwóch kilometrów trawersów kolejnych żeber i zboczy z lekkim obniżeniem. Trudności II-III, jeden dziesięciometrowy kominek III+. Na niektórych odcinkach - ogromna ekspozycja. Trawersy wyprowadzają na wybitne żebro, z którego zaczyna się zejście na stronę doliny Kijai.



Zaglądam do mojego sprawozdania:



Zeszliśmy w dół kilkadziesiąt metrów bardzo stromym, lecz łatwym terenem do długiej półki pod przewieszonymi skałami. Miejsce to zyskało później nazwę Biwaku z Tarantulami, ze względu na wyjątkowe nagromadzenie tych jadowitych pająków.”



Biwak z Tarantulami - to bardzo istotny punkt na tej trasie. Rzecz polega na tym, że, poruszając się na długim odcinku po wysoko położonych graniach, nie ma się dostępu do wody. W tym miejscu, około dzesięć metrów poniżej półki, znajduje się niewielkie źródełko. Wody w nim bardzo mało. Napełnienie menażki trwa prawie minutę, ale lepsza taka woda niż żadna.



Coraz bardziej rozumiem, jaki błąd popełniali Escort i Bonnigton. Tym błędem była pycha białych ludzi. Oni



zapewne myśleli, że jako alpiniści tak sprawnie poruszają się w każdym terenie, iż żadni miejscowi przewodnicy



nie są im potrzebni. Przypominam sobie nasze własne błądzenie sprzed paru dni w okolicy Shashoo. Gdyby nie Ramnat i Ramsila, tutaj błądzilibyśmy tak samo, a Biwaku z Tatrantulami i źródełka z wodą nie znaleźlibyśmy za chińskiego luda.



Biwak z Tarantulami jeszcze w tym momencie nie miał swej nazwy, choć niezwykłe nagromadzenie pajączków już wtedy zwróciło moją uwagę. W skale nad nami, niemal w każdej szczelince, znajdowała się gęsta pajęczynka



z charakterystycznym otworem, z którego wystawały jakieś kosmate łapki. Tak właśnie wyglądają gniazda tarantul. Ale na razie nic się nie działo. Miejscowi nie zwracali na to towarzystwo uwagi, więc my też nie.



Ramnat zszedł na dół do źródełka po wodę, a my rozpaliliśmy ognisko i przygotowywaliśmy się do biwaku. Półka była spora i wygodna, choć luft na stronę Chenabu był w tym miejscu naprawdę niezły. W mało których górach ma się pod nogami, w czasie dojścia do bazy, dwukilometrową ekspozycję. Według naszych przewodników prosto stąd schodzi się już do doliny Kijai i nie ma z tym żadnego problemu. Próbuję ustalić, co to znaczy „nie ma problemu”, ale trudności językowe nie pozwalają na lepsze dogadanie się. Oni mówią w kashmiri, a ja w farsi, który jest jezykiem tylko trochę do kashmiri podobnym. Jedyne słowa po angielsku, jakie znają Ramnat i Ramsila, to włąśnie no problem. Rzecz w tym, że w Indiach wszystko jest no problem. Pytasz o drogę? No problem, każdy ci pokaże, nawet, jak nie wie. Da się dojść do doliny? Da się. No problem, tylko trzeba przewspinać się dziesięć kilometrów po pionowym lesie nad ogromnym luftem. Ale ogólnie, to no problem.



W ogóle tu jest wszystko no problem: tarantule, kobry, tygrysy, ścieżka jak ze snu schizofrenika, wariackie boxy przez jedną z największych rzek Azji, „szosa” wymagająca od mułów cyrkowych umiejętności, a od ludzi żelaznej odporności na luft pod nogami… No problem, posuwamy się do przodu. Nawet już nam się zaczyna to wariactwo podobać.



Z miejsca, w którym jesteśmy, możemy już do naszej doliny zajrzeć, tylko niestety niewiele stąd widać. Wieczorem podchodzi do nas z dołu trzech ludzi. Są to kapłani hinduistyczni, który raz w roku chodzą w głąb doliny Kijai składać ofiary bogom u podnóża góry Brammah II.  Skoro ci kapłani wracają tędy niemal z końca doliny, to znaczy, że jest tędy przejście. W naiwności swojej myślałem nawet, że to przejście nie może być specjalnie trudne. Zapomniałem, że miejscowi górale łażą po skałach jak małpy.



Rano jeden z kapłanów uderzył głową w przewieszkę, stracił równowagę i spadł około dziesięciu metrów. Zatrzymały go rosnące niżej drzewa. Jest lekko ranny, przytomny i może iść. Jest tylko porządnie potłuczony. Zakładam mu opatrunki na kilka głębokich skaleczeń. Ten wypadek przesądza decyzję o zakończeniu rekonesansu. Musimy pomóc przy sprowadzaniu rannego.



Osiągnęliśmy już najważniejszy cel rekonesansu. Znaleźliśmy drogę do doliny Kijai. Wiemy, że jeśli weźmiemy przewodników i tragarzy z Lai, to do bazy dotrzemy, a dalej to już nasza alpinistyczna sprawa. Poza tym obawiałem się przekroczenia czasu alarmowego. Gdyby wyprawa poszła nas szukać i minęlibyśmy się, czego w tym terenie nie można wykluczyć, powstałoby zamieszanie o trudnych do przewidzenia skutkach. Z drugiej strony wiem, że gdybyśmy chcieli zobaczyć więcej, musielibyśmy iść w głąb doliny jeszcze przez kilka dni, a na to już nie mogliśmy sobie pozwolić.



Ramsila pyta, czy ze względu na rannego, możemy wrócić do wsi trudniejszą, ale szybszą drogą. Możemy, w końcu my też podobno umiemy się wspinać. O naiwni. Nie wiedzieliśmy, na co się zgadzamy. Przyszło nam poznać dolną ścieżkę.



Cofamy się na żebro, przez które przewinęliśmy się poprzedniego dnia, ale tym razem, zamiast trawersów, zaczynamy od razu opuszczać się ostro w dół. Teren jest niemal pionowy, porośnięty roślinnością i potwornie kruchy. Ruchome strome trawki, łamiące się spruchniałe gałęzie, krucha skała i blisko dwa kilometry zupełnego luftu. Każdy normalny taternik uznałby za wskazane stosować tu zjazdy na linie a nie złażenie, ale nasi górale poruszają się w tym terenie jak małpy. Robimy więc dobrą minę do złej gry i pokonujemy w dół na żywca setki metrów kruszyzny o trudnościach III, III+, z miejscami nawet mocniejszymi. Zaliczamy nawet przy tej zabawie po jednym locie, ale mamy szczęście. W obu miejscach, w których przyszło nam runąć, natura inteligentnie umieściła niżej drzewka. Następcom radziłbym jednak eksperymentu nie powtarzać, bo można mieć mniej szczęścia i na drzewko nie trafić, a wtedy grozi już taki lot, że nawet zwłok nie ma po co szukać.



W godzinę jesteśmy już prawie u wylotu doliny Sung Lai, ale tu dopiero zaczyna się „atrakcja dnia”. Do samego wylotu doliny i nad sam brzeg Chenabu trzeba zejść pionową ścianą o wysokości jakieś 50 metrów. To już nie są dwa kilometry luftu, ale ciągle jest gdzie runąć, a trudności tego odcinka w zejściu - to już dobre V+. Jeszcze do tego kruszyzna. Ale co począć? Nikt tego przecież nie przejdzie za nas. Walczę z wyważającym plecakiem w pionowym terenie, a Jacek nade mną marudzi, że trudno, i że kurwa, i że w dupie, i tak dalej.



- Jak będę spadał, to mnie łap - mówi Jacek.



- Jak będziesz spadał, to łaskawie nie na mnie - mówię.



Po chwili jesteśmy na dole, ale tu okazuje się, że to nie koniec atrakcji tylko początek. Dolna ścieżka trawersuje na przestrzeni około kilometra pionowo-przewieszoną ścianę nad Chenabem. Tam, gdzie nie ma żadnych półek czy gzymsów, wykuto w skale co kilka metrów otwory, w które wetknięto belki, wystające na około pół metra. Na tych belkach oparto długie żerdzie, na których z kolei poukładano płaskie kamienie stanowiące to chodnik, to schodki, w zależności od potrzeby. Oczywiście nie ma żadnej barierki, cała konstrukcja kołysze się pod ciężarem przechodzącego, a ekspozycja jest zupełna. Wszystko to jest jednocześnie na tyle wąskie, że człowiek z plecakiem ledwo się na tych galeryjkach mieści i musi bardzo uważać, by plecak nie odepchnął go od ściany. Przypomina to typową scenę z filmów sensacyjnych, gdy aktor przechodzi z okna do okna po gzymsie, co u większości widzów wywołuje grozę, a u alpinistów - śmiech, ale ten aktor nie idzie po gzymsie kilometra, tylko kilka metrów, gzyms się mu pod nogami nie rusza i nie ma w nim kilkumetrowych przerw. Nasze galeryjki nad stumetrowym luftem są mniej więcej tej samej szerokości, co ów filmowy gzyms, ale w dodatku są mocno niekompletne. Część stanowiących chodnik kamieni spadła i na niektórych odcinkach zostały tylko żerdki.



Ale dolna ścieżka, mimo wszystkich horrorów, ma jedną niewątpliwą zaletę. Od Biwaku z Tarantulami do Lai docieramy w ciągu zaledwie półtorej godziny, podczas gdy w pierwszą stronę szliśmy w ostrym tempie calutki dzień, od świtu do zmroku.



Rozliczamy się z przewodnikami i ruszamy w drogę powrotną. Dojście do Kishtwar zajmuje nam półtora dnia. Idziemy teraz z mniejszym obciążeniem, bo w okolicy Biwaku z Tarantulami ukryliśmy cały zbędny w drodze powrotnej sprzęt (namiot, linę, haki, karabinki, kilka ładunków butanowych i parę konserw).



W Kishtwar zastaję niedobrą sytuację. W składzie wyprawy coraz bardziej widoczny staje się rozłam na dwie grupy. Jedną stanowią Janek, Barbara i Jacek, a drugą - cała reszta. Na razie jednak nie ma powodu do większego niepokoju. Jeszcze nie widziałem wyprawy, w której nie tworzyłyby się jakieś frakcje i nie dochodziło do różnych drobnych konfliktów. Konflikt sprowadza się, na tym etapie, do takich szczegółów, jak zamieszkanie rozłamowej trójki w innym hotelu i różnych głupawych gadek lub docinek z obu stron. Oby na wszystkich wyprawach były tylko takie konflikty. Jeśli przypomnę sobie obie moje wyprawy w Hindukusz Afgański, to na tej wyprawie panuje niemal błoga atmosfera. Z niektórymi wyprawami „narodowymi” też nie ma co porównywać. Warto jednak ten początek konfliktu pokazać, bo miał on później poważne konsekwencje. Sięgnijmy do sprawozdania:



Narada robocza. Zachodzi konieczność przepakowania naszego bagażu, tak by nadawał się do transportu na mułach. Ładunki muszą być równej wagi nie przekraczającej 40 kilogramów. Musi być ich parzysta ilość. Musimy wypakować rzeczy, które nie będą nam potrzebne w górach.



Zarządzam wymieszanie żywności, by zapakować ją w sposób możliwie najdogodniejszy. Do tej pory każdy miał własne worki z żywnością, którą sam kupował. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem Janka, Basi i Jacka, którzy twierdzili, że centralna kuchnia jest na wyprawie błędem, że każdy powinien mieć swoją żywność i



sam nią gospodarować. Gdy ten argument nie dawał się utrzymać, Janek powiedział, że kupował żywność za własne pieniądze i jest ona jego własnością, a poza tym posiada „towary luksusowe” i nie będzie się nimi dzielił z innymi. To oświadczenie wywołało bardzo ostrą reakcję większości grupy (wszystkich poza wymienioną trójką). Doszło do burzliwej wymiany zdań. W końcu zgodziłem się na pewien kompromis. Trójka miała po przybyciu do bazy wydzielić pewną ilość żywności, w tej samej proporcji, co wszyscy inni, do wspólnej puli przeznaczonej na samą akcję górską, a „towary luksusowe” mieli zachować dla siebie.



Tego samego dnia doszło również do ostrej wymiany zdań na temat celu działalności górskiej. Spowodowane to zostało oświadczeniem Janka, że „my z Jackiem będziemy zdobywać Arjunę, a wy jakieś mniejsze szczyty”. Janek twierdził, że my wszyscy jesteśmy turystami, a tylko oni dwaj umieją się wspinać. Przyznam, że po raz pierwszy zdołał mnie wyprowadzić z równowagi. Uciąłem całą rozmowę bardzo ostro. Przy okazji dowiedzieliśmy się również, że teraz już w górach wysokich ‘się wspina’ w stylu alpejskim, że Kaszmir to są góry typu alpejskiego itp. Jacek powiedział, że on na sześć tysięcy nie potrzebuje się klimatyzować, ‘bo Zawada wchodzi na sześć tysięcy bez aklimatyzacji’. Brzmiało to wszystko tak, jakby niewielka ilość (był rok 1979) wejść w stylu alpejskim w Himalajach dokonana przez kilku zawodowców ze światowej czołówki stała się już normą obowiązującą, a pozerskie wypowiedzi uczestników trzech wcześniejszych polskich wypraw w ten rejon, które w ciężkich bojach w stylu himalajskim osiągnęły nic lub prawie nic, a potem opowiadały o górach typu alpejskiego, zostały przez Janka i Jacka wzięte na serio.



Ostatecznie uciąłem całą dyskusję stwierdzeniem, że ja będę o tym decydował, kto się będzie wspinał, gdzie i jak.



Cała ta dyskusja byłaby alarmującym sygnałem, gdyby nie to, że w dużym napięciu występującym w czasie wyprawy ludzie wygadują wiele różnych rzeczy i nie należy do tego przywiązywać zbyt wielkiej wagi. Poza tym nikt z nas nie widział jeszcze wtedy gór, więc cała ta dyskusja była bezprzedmiotowa.”



Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że Janek miał niewątpliwie trudny charakter, ale, z drugiej strony, kto z nas ma łatwy? Alpiniści to kupa oryginałów, to indywidualiści niemal z definicji. Jak ktoś ma łatwy charakter, to nie zostaje alpinistą. W dodatku na wyprawie spotykają się ogromne oczekiwania, nadzieje i ambicje z jednej strony, i ogromne stresy a także rozczarowania z drugiej. Trzeba o tym wiedzieć i z takiej perspektywy oceniać wyprawowe spory.



Nie demonizujmy więc sprawy. Przypomnijmy sobie moje wyprawy w Hindukusz Afgański, a dojdziemy do wniosku, że w Kaszmirze panowała wyjątkowo zgodna i kulturalna atmosfera.



Wynajętym samochodem udaliśmy się wszyscy do Galhar, gdzie nastąpiła przesiadka bagażu na muły, a nas - na



własne nogi. I oto znów podążam „szosą Kishtwar - Kargil”, tym razem w liczniejszym towarzystwie. Na drugi dzień wieczorem docieramy do Shashoo, gdzie nocujemy, ale w nieco innym miejscu niż poprzednio. Pod gigantycznym głazem, niczym koleba lub pieczara, urządzony jest Sharma Hotel, czyli typowy dla Indii i Nepalu lodge (miejsce na nocleg i garkuchnia). Nastrój tego miejsca jest niesamowity. Pod skalnymi ścianami rozstawiono zbiorowe prycze, a pośrodku płonie wielkie ognisko, służące za palenisko do gotowania, źródło ciepła i źródło światła. Poza nami nocuje tu kilkadziesiąt osób, głównie miejscowych tragarzy i poganiaczy mułów. Wzdłuż drogi stoją przywiązane do palików muły kilku karawan.



W pewnym momencie, z ogólnego gwaru rozmów, wyławiam znane mi słowo mariz. Mariz - to w języku farsi chory (w hindi też). Tak nazywali mnie Tadżycy, gdy wlokłem się kompletnie wykończony doliną Wahanu. Tym razem to słowo nie mnie dotyczy. Z pryczy podnosi się młody Anglik. Wygląda jak cień człowieka. Ledwo stoi na nogach. Nie wiem dokąd idzie, ale wiem, że nie zajdzie już daleko. Ale też pamiętam, jak sam, kilka lat temu, ledwo szedłem i nikt nie udzielił mi pomocy. Tym razem nie zostanę obojętny. Podchodzę do Anglika i zaczynam rozmowę.



Okazuje się, że młody człowiek jest brytyjskim alpinistą. Poszedł z czterema kolegami do doliny Bhuroom, ale zachorował na amebę. Wraca do Kishtwar sam, bo koledzy powiedzieli, że gdyby ktoś poszedł z nim, to zostało by ich tylko trzech, a to za mało, by mogli się wspinać w tych górach. Szlag mnie trafia, gdy to słyszę.



- Your friends are wały (Twoi koledzy są wały (ang.)). - mówię. Słowo wały mówię po polsku, bo nie znalazłem naprędce angielskiego odpowiednika.



Anglik oczywiście nie rozumie słowa wały. Wyjaśniam mu, że wał - to penis, a wały to plural number.



- O, yes! My friends are wały! - przyznaje Anglik.



Nie zostawimy go samego. Józek i Janusz odprowadzą go do Galhar i wsadzą do autobusu. Gdyby nie mógł iść, wsadzą go na muła. W Kisthwar jest cała masa wypraw jadących w góry lub z nich wracających. Tam już nie zginie. Niestety, nie mamy lekarza i nikt z nas nie umie leczyć ameby.



Następnego dnia karawana dochodzi do Lai. Zwalniam mulników i rozpoczynam werbunek miejscowych tragarzy. Nasze sześćset kilogramów bagażu będzie niosło 22 ludzi z Lai i pobliskiej większej wsi Atholi. Wreszcie karawana wyrusza w stronę doliny Kijai, oczywiście znaną mi już górną ścieżką. Z ciężkimi ładunkami idzie się znacznie wolniej niż poprzednio i do wieczora zdołaliśmy tylko przekroczyć pierwszą grań i dojść do doliny Sung Lai. Miejscowi przewodnicy wybierają miejsce na nocleg pod ogromnym okapem. Jeszcze raz okazuje się, jak dobrze ci ludzie znają swoje góry, i jakimi my jesteśmy w tym terenie dyletantami.



Wszyscy przenoszą się na miejsce biwakowe wybrane przez kulisów, ale ja i Staszek zostajemy na samym dnie doliny. Chcemy jeszcze trochę posiedzieć przy ognisku, a poza tym nie widzimy powodu, by gdzieś się przenosić. W nocy budzi nas potężny huk. Otwieram oczy, ale w zupełnej ciemności widzę tylko snopy iskier w żlebie nad nami. Żlebem schodzi kamienna lawina. Niestety prosto na nas. Nie potrafię ocenić jej wielkości, ale nie mam złudzeń co do niebezpieczeństwa, w jakim się znaleźliśmy. W ciemnościach rozpaczliwie szukamy schronienia. Na wyciąganie latarek nie ma czasu. Staszek dopada wielkiego głazu i prawie wczołguje się pod niego. Ja nie zdążyłem. Chowam się za znacznie mniejszymi kamieniami. Moje schronienie jest iluzoryczne, ale lepszego nie mam.



Lawina zbliża się. W ciemności słyszę tylko huk i gwizd przelatujących nade mną kamieni. Boleśnie obrywam kilka razy odłamkami, ale ogólnie nic mi się nie stało. Wszystko się uspakaja. Staszkowi zupełnie nic nie jest, ale jego schronienie zostało przywalone sporym głazem i nie może się uwolnić. Odwalam głaz i Staszek wyczołguje się na wierzch. Szukamy naszych plecaków i śpiworów. Są przysypane drobnym gruzem skalnym, ale specjalnie nie ucierpiały.



Z całej sprawy płynie nauka, że to, co mówią miejscowi, należy traktować poważnie. Moje doświadczenie z Tatr



i Hindukuszu w tym przypadku zawiodło. Himalaje są bardzo młodymi górami, które ciągle jeszcze się wypiętrzają. Cały rejon - to strefa aktywna sejsmicznie. W ruchu, choć niezwykle powolnym i niewidocznym, są nie tylko lodowce, ale i formacje skalne. Stąd częste, ogromne obrywy, osunięcia zboczy itp. W Tatrach i w Hindukuszu takie zjawiska nie występują. W Tatrach, w lecie, można zupełnie bezkarnie biwakować u podnóża żlebu. Dlatego nie widzieliśmy niebezpieczeństwa i zlekceważyliśmy opinię miejscowych górali.



Zastanawiało mnie, dlaczego nie protestowali przeciw mojej decyzji zostania w tym miejscu, choć wiedzieli, czym to grozi. Zrozumiałem to dopiero później, gdy już lepiej poznałem Indie. Społeczeństwo wiejskie Indii jest ciągle kastowe i półfeudalne. Sahib, w dodatku lider wyprawy, to dla tych ludzi wielka postać. Jak lider coś robi, to na pewno wie, co robi, a całkiem na pewno chłop nie może się temu przeciwstawić. Warto, by pamiętali o tym kierownicy wypraw. Miejscowi nie przeciwstawią się ich decyzjom, choćby były najgłupsze.



Następny dzień upływa na mozolnym zdobywaniu wysokości (1200 metrów podejścia) i pracowitym pokonywaniu trawersów nad Chenabem. Z ciężkimi worami nie jest to już takie proste. Wieczorem docieramy do Biwaku z Tarantulami, który jeszcze dotąd nie miał swej nazwy, ale właśnie miał ją uzyskać. Największą półkę biwakową zajmują tragarze. Dla nas nie ma na niej już miejsca. Druga, mniejsza półka zawalona jest worami. Musimy znaleźć sobie inne lokum. Jest nas sześciu, bo Janek, Basia i Jacek poszli dalej z jednym z tragarzy i biwakują już w zejściu do doliny.



Znajduję niewielką półeczkę, ale jest za wąska. Budujemy konstrukcję z gałęzi, dzięki czemu będziemy mogli położyć się z nogami nad Chenabem, wiszącymi jak na hamaku. W ten sposób sztucznie powiększyliśmy półkę.



Znajdujemy się w bardzo stromym, niemal pionowym terenie, ale ciągle w terenie porośniętym lasem. Rosnące tu ogromne cedry mocno ograniczają widoczność i dzięki temu nie czuje się dwukilometrowgo luftu pod nogami. Ale to nie znaczy, że go nie ma.



Leżymy już w śpiworach na naszej półeczce i wszystko wydaje się być w najlepszym porządku. Szłapa zaczyna



marudzić, że jakiś piasek sypie mu się na twarz. Zgodnie go opieprzamy, żeby nie marudził, tylko spał, bo nam się nic nie sypie. W pewnym momencie Kuba sięga po papierosy, które położył sobie na gzymsie za głową. Przy okazji świeci latarką na skałę i tuż nad głową Szłapy oświetla ptasznika. Tarantulka jest dorodna. Ma dobre 20 centymetrów średnicy. Poczuła ruch i unosi się na łapach, wysuwając kolce jadowe w postawie grożącej. Pająk jest wyraźnie zdenerwowany, a jad tak dużego osobnika może być dla człowieka śmiertelny.



- Spokój i miękkie ruchy - mówię - wycofujemy się powoli. Szłapa, nie ruszaj się.



Staramy się nie robić gwałtownych ruchów i odsuwamy się od niebezpiecznego przeciwnika. Tylko biedny Szłapa leży pod wkurzonym ptasznikiem, jak skazaniec pod gilotyną. Kuba ubiera się w kurtkę puchową, by mieć ochronę przed gadziną, bierze grubego kija i łup pająka w łeb! Trafił centralnie i skutecznie. Resztki ptasznika spadają na Szłapę, który nerwowo wyskakuje ze swojego legowiska. Łapię go w ostatniej chwili. Mało nie fiknął do Chenabu.



- Spokój i miękkie ruchy - mówię jeszcze raz - bez takich skoków nad luftem!



Pająki pająkami, ale nie można zapominać, że tu jest gdzie runąć. Pod nami są dwa kilometry niemal pionowej skały. Świecę latarką, żeby posprzątać resztki pająka i zauważam drugą tarantulę. To na pewno nie jest ta sama. Siedzi nieco wyżej, a jest cała i zdrowa. Kuba wykonuje kolejny cios, ale tym razem nie trafia. Tarantula skacze gdzieś między nas. Zaczynamy się nawzajem oglądać, aby stwierdzić, na kim ona siedzi, ale jej nie znajdujemy. Pewnie przeleciała między nami i spadła do Chenabu. Czort z nią.



Ale cała ta sytuacja coraz mniej mi się podoba. Sześciu do niczego nie przywiązanych facetów kręci się nerwowo, po ciemku, na wąskiej półeczce nad ogromnym luftem. W dodatku znajdujemy trzecią zwierzynę, co ma za dużo nóg i oczu i siedzi na tej samej skale. Kuba tym razem trafia ją niecentralnie, czyli po łapach. Lekko uszkodzona, ale za to ciężko wkurzona tarantula wycofuje się do szczeliny. Próbujemy wydłubać ją patykami, ale tylko włazi głębiej. Przecież nie położymy się spać pod wkurzoną tarantulą. Trzeba coś wymyślić. Związuję się liną i wyruszam w poszukiwaniu innej półki. Zaczynam się wspinać w górę i już po dwóch metrach rozdeptuję kolejnego pająka.



- Czwarta sztuka - mówię.



- A koło twojej ręki siedzi piąta - mówi któryś z chłopców.



Chce przełożyć rękę na inny chwyt, ale tam też już ktoś siedzi i łypie ośmioma oczami.



Co jest do cholery? Zjazd towarzyski tu mają czy co? Wspinam się po pionowym lesie, gałęzie się łamią, próchno się sypie, bździągwy latają, ale półki ani widu, ani słychu. Wracam jak niepyszny do punktu wyjścia.



W całej okolicy nie ma ani jednej półeczki nadającej się na nocleg, oczywiście z wyjątkiem naszej, na której jest zatrzęsienie tarantul. Wpadamy na pomysł, by przerzucić na nią wory i uwolnić w ten sposób sąsiednią półkę.



Pracowicie przenosimy bagaże, co w bardzo stromym terenie i po ciemku nie jest wcale łatwą operacją. W końcu podnoszę ostatni wór i odsłaniam pod nim dorodnego skorpiona. Chcę go rozdeptać, ale zagrzebuje się w listowie pokrywające półkę. No tak, półka jest wolna, ale nie położymy się przecież spać, dla odmiany, na wkurzonym skorpionie.



W końcu spędzamy resztę nocy w Wiliamsach (Wiliams - rodzaj biodrowej uprzęży asekuracyjnej. przyczepieni do cedrów. O spaniu raczej nie ma mowy. Okrywam się szczelnie ortalionowym skafandrem, ale i tak cały czas mam wrażenie, że coś po mnie łazi. Rano tragarze bardzo się dziwią widząc, jak biali sahibowie wiszą w Wiliamsach niczym gruszki na cedrach.



Wiele miesięcy później pytam pewnego bardzo doświadczonego badacza azjatyckiego interioru, jaki jest sposób na tarantule.



- Taki sam jak na rekiny - odpowiada.



- …?



- Polubić.



Gdy później opowiadałem o Biwaku z Tarantulami, parę osób uznało nasze zachowanie za przesadę i histerię. Może i jest w tym trochę racji, ale ciekaw jestem, ilu z tych ludzi spałoby spokojnie obok pająka wielkości ludzkiej dłoni, nawet gdyby nie był jadowity. Tarantula albo ptasznik, jak kto woli, to pająk nie tylko groźny, ale i wyjątkowo paskudny. Tułów, którego wielkość dochodzi u niektórych osobników do rozmiarów ludzkiej pięści, otoczony jest krótkimi, ale grubymi i włochatymi nogami, a widoczne z przodu odnóża jadowe przypominające kły drapieżnika wyglądają bardzo przekonująco. Nie jestem specjalnie wrażliwy na bździągwy, ale ptasznik - to paskudztwo wyjątkowe.



Rano w szybkim tempie schodzimy na dół do doliny Kijai na wysokość 1700 m. Różnica wysokości w zejściu wynosi aż 1900 metrów, a trudności są podobne jak dotąd. Niepokoi mnie, że w drodze powrotnej będziemy mieli tej samej wielkości podejście. Ot, takie dwie północne Mięgusza w lecie na żywca, tylko jeszcze porośnięte lasem.



Pierwszy widok na dolinę nie jest zachęcający. Ciągle nie widać właściwych gór. Wszystko zasłaniają pobliskie ogromne zbocza i skały. Dolina jest wąska, w kształcie ostrego V i kręta. Samym jej dnem płynie potężny, rwący potok, który szybko zyskuje naszą nazwę: Kijajowa Woda. Ta Kijajowa Woda w następnych dniach nieźle da nam w kość.



Uświadamiam sobie dodatkowe niebezpieczeństwo. Pierwsze zimowe opady śniegu na graniach, przez które tu przyszliśmy, mogą zamienić dolinę Kijai w pułapkę bez wyjścia. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że w Himalajach, na wysokościach do 3500 metrów, śnieg pada bardzo rzadko, nawet w zimie, ale jak już spadnie, to potrafi spaść go dwa metry. W takich warunkach wyprawa znajdująca się w tej dolinie zostałaby całkowicie odcięta.



Marsz doliną to właściwie jeden wielki trawers po zboczu połączony z bardzo uciążliwym przedzieraniem się przez gąszcz. Okazuje się, że poruszanie się doliną jest jeszcze trudniejsze, niż dojście do niej. Tragarze przerąbują się siekierami przez roślinność. Nie ma ani śladu ścieżki, za to wszędzie jest pełno odchodów niedźwiedzi. Zupełnie nie widać, gdzie jesteśmy. Co chwilę karawana zatrzymuje się i jeden z tragarzy szuka dalszej drogi. W pewnym momencie tragarz, którego poprzedniego dnia udało się Jankowi pogonić szybciej, mdleje i musi zostawić plecak. Przez dwie godziny niesie ten plecak Janusz, ale ma on jeszcze swój osobisty plecak, który sobie przytroczył na górze. Janusz - to kawał chłopa. Jest wysoki i silny, ale dwa plecaki na raz w takim terenie - to nawet dla niego przesada. Odciążają go częściowo Kuba i Szłapa, ale część ładunku muszą zostawić. Mają przecież własne plecaki, też nie lekkie. Zostawiają wielką puszkę marmolady i kilka konserw, myśląc, że wrócą po nie później.



Ten plecak należał do Jankowej trójki. Teraz mają oni wielką pretensję do nas o zostawienie części ładunku. Tymczasem z ładunkami Jankowej grupy cały czas są jakieś nieporozumienia. Wygląda na to, że wbrew ustaleniom z Kishtwar, zabrali oni większy bagaż niż inni. Znacznie później okaże się, że wzięli po prostu więcej żywności. Już w Lai tragarze nie chcą nieść jednego z ich plecaków, bo jest nadmiernie ciężki. Na pierwszym podejściu z Lai niosę go ja, ale później szlag mnie trafia i oświadczam panom, że kierownik wyprawy nie jest od tego, by nosić ładunki tak ciężkie, że tragarze się buntują. Dalej niosą ten plecak na zmianę Janek i Jacek. Teraz okazuje się, że jest kolejny plecak tej grupy tak ciężki, że wykończył tragarza. A przecież ci kaszmirscy górale - to nie ułomki. Żyją w tak ciężkich warunkach i tak ciężko pracują, że w tej populacji słabi fizycznie wymarli wiele pokoleń temu.



Wieczorem docieramy do rozległego kamienistego żlebu, w którym biwakujemy. Tragarze stwierdzają kategorycznie, że dalej nie pójdą. Początkowo myślę, że chodzi o podbicie ceny. Strajki tragarzy, w celu podbicia stawki, są stałym elementem każdej karawany. Tyle, że takie strajki występują na ogół na początku trasy, a nie na końcu. Tym razem jednak nie chodzi o pieniądze. Nie pójdą dalej, bo - jak twierdzą - dalej się nie da. Tymczasem z miejsca, w którym jesteśmy, nie widać powodu, dla którego miałoby się nie dać. Wręcz przeciwnie, dolina nawet stała się nieco szersza, choć teren nadal jest trudny.



Bardzo wcześnie rano, gdy wszyscy jeszcze śpią, wychodzę z Józkiem dalej w głąb doliny, by sprawdzić, dlaczego tragarze tak katergorycznie odmawiają dalszej drogi. Po dwóch kilometrach bardzo uciążliwego marszu przez las stwierdzamy, że potok dochodzi do pionowej ściany skalnej. Po naszej stronie Kijajowej Wody rzeczywiście nie ma dalszej drogi. Aby iść dalej po tej stronie rzeki, trzeba by wspinać się trawersem w trudnej skale na odcinku co najmniej kilometra, i to wspinać się w terenie o bardzo dużych trudnościach klasycznych, jeśli nawet nie hakowych. Oczywiście alpinista jest w stanie pokonać każdy teren, nawet taki. Tylko nie sposób przeprowadzić dalej karawany lub wielokrotnie kursować z ładunkami w tę i z powrotem. Jedynym rozwiązaniem jest przeprawienie się na drugą stronę rzeki, ale na razie zupełnie nie wiem, jak to zrobić. Prąd Kijajowej Wody jest tak potężny, że przejście wpław, nawet z asekuracją, nie wchodzi w rachubę.



Wracamy na miejsce biwaku o siódmej rano i zastajemy następującą sytuację: większość tragarzy już odeszła po



otrzymaniu wypłaty, której dokonał Janusz. Janek, Barbara i Jacek wraz z pięcioma tragarzami, którym zapłacili dodatkowo po 125 rupii (125 rupii - to dla indyjskiego chłopa ogromna suma, zwłaszcza po ówczesnym kursie rupii (8 Rs = 1 $). Taką sumę zarabiał indyjski robotnik przez pół roku pracy)., już z plecakami na plecach, właśnie wychodzą dalej, porzucając resztę wyprawy. Wcześniej, pod moją nieobecność, powiedzieli Januszowi, że się odłączają. Podchodzę do nich i żądam wyjaśnień. Janek mówi, że odłączają się, ponieważ „chcą za wszelką cenę się wspinać”, a ja „ich opóźniam”, a poza tym jesteśmy dla nich „za słabym zespołem, który stanowi tylko balast”. Żądam potwierdzenia tego, że się odłączają na własną rękę, na piśmie. Janek pisze na kartce:



Na własne życzenie odłączam się od wyjazdu turystycznego do Indii w roku 1979, organizowanego przez Oddział Klubu PTTK w Koszalinie”.



Wszyscy troje podpisują to oświadczenie.



Stało się to, na co zanosiło się od dawna. Otwarty rozłam w wyprawie stał się faktem. Później, już po wyprawie, okazało się, że Janek planował to odłączenie od samego początku. To dlatego nie chciał zgodzić się na wymieszanie żywności, to dlatego ich plecaki były tak ciężkie (zabrali dodatkową żywność i sprzęt). Z tego wynikały też wcześniejsze propozycje, że oni będą wspinać się oddzielnie, a dołączą do nich Bolek K. i Wiesiek K., którzy odłączą się w tym celu od wyprawy FAKA (FAKA - Federacja Akademickich Klubów Alpinistycznych. Ciało sztuczne utworzone odgórnie przez władze państwowe w celu lepszego kontrolowania niepokornych środowisk). do doliny Nandh. Później Jacek proponował jeszcze dołączenie swoich kolegów z Gdańska, z listy rezerwowej wyprawy FAKA. Jednym słowem, od samego początku chłopcy zamierzali utworzyć w ramach wyprawy jakąś subwyprawę, grupę działającą oddzielnie i poza



moim kierownictwem. Ja się na coś takiego zgodzić nie mogłem z paru zasadniczych przyczyn. Nie mogłem się zgodzić, że w ramach wyprawy działa zespół nie wykonujący moich poleceń, za który jednocześnie odpowiadam jako kierownik (łącznie z ewentualną odpowiedzialnością karną za wypadek). Nie mogłem też zgodzić się na wariant, że dwaj uczestnicy mojej wyprawy wspinają się oddzielnie ze swoimi kolegami spoza wyprawy, czyli powstaje jakiś zespół, którego kawałek formalnie mi podlega, a reszta - nie. W takim przypadku znowu miałbym na nich niepełny wpływ a całą odpowiedzialność. W dodatku zespół ten mieliby w całości stanowić ludzie o zerowym doświadczeniu wysokościowym (wszyscy oni byli w górach wysokich pierwszy raz w życiu). Nie byłem też zachwycony konkretnymi propozycjami personalnymi, co do składu tego zespołu, bo z całym szacunkiem i nie obrażając nikogo, ale żaden z panów nie należał, ani do kategorii orłów górskich, ani do gwiazd alpinizmu. Ci średnio sprawni alpiniści mogliby być dla wyprawy cenni, gdyby działali w ramach całego zespołu i w zgodzie z innymi, ale jako niezależna grupa stwarzaliby tylko dodatkowy kłopot dla pozostałych.



Odłączenie się grupy Janka wywołało później, już w Polsce, gwałtowną dyskusję w środowisku, w czasie której padały nieraz bardzo drastyczne i skrajne oceny. Jak zwykle w takich przypadkach, im kto mniej się znał na rzeczy, czyli na wyprawach i alpinizmie, tym bardziej kategoryczne i potępiające wygłaszał sądy. Pragnę więc przypomnieć o paru elementarnych faktach, o których większość dyskutantów zdawała się zapominać. Uprawianie alpinizmu i udział w wyprawie nie są obowiązkowe. Przynależność do grupy i podporządkowanie się władzy kierownika są całkowicie dobrowolne, nie wynikają z żadnych aktów prawnych ani innych. Każdy wolny człowiek ma prawo odłączyć się do wyprawy i robić, co chce, a żaden kierownik nie tylko nie ma możliwości, ale i NIE MA PRAWA mu tego zabronić. „Rozłamowej” trójce można było zarzucić co najwyżej pewną nielojalność wobec pozostałych, ale to wszystko. Niezależnie od tego, jak bardzo ta nielojalność była dla nas nieprzyjemna, pamiętać trzeba, że to jeszcze nie zbrodnia. Gdybyśmy z powodu tylko takich nielojalności i sporów obrażali się na innych alpinistów i zrywali znajomości w imię moralnego radykalizmu, to od dawna mógłby istnieć tylko alpinizm solowy, a w schroniskach panowałaby złowroga cisza zamiast gwaru. Tak więc, bez przesady. Może chłopcy postąpili trochę nieładnie, ale za to się jeszcze nie wiesza.



Wobec mnie parę osób wysuwało później pretensje, że nie zatrzymałem ich siłą, że nie zabrałem im sprzętu itp. Pomijając już kwestię tego, że nie miałem żadnego prawa ich zatrzymywać a tym bardziej zabierać im czegokolwiek, co było ich własnością (przypisywanie kierownikowi wyprawy prawa do dysponowania prywatną



własnością - to zwykła uzurpacja), to jak miałem to zrobić? Związać ich? Wybudować areszt czy co? To są pomysły zupełnie poza realiami. Już zupełnym nieporozumieniem była pretensja do mnie o to, że po rozłamie im pomagałem (pozwoliłem korzystać z naszych poręczówek, zatrzymać klubowy namiot itp.). Do jasnej Anielki! Przecież my nie byliśmy wrogami na wojnie! To byli nadal nasi koledzy i czemu nie mieliśmy im pomagać, gdy mogliśmy? Uważam, że właśnie odmawianie im pomocy byłoby wysoce nieetyczne.



Przez chwilę próbuję pertraktować z nimi, by zrezygnowali z odłączenia, ale bez rezultatu. Janek mówi, że teraz stanowią oddzielną wyprawę, której on jest kierownikiem, „a wy nie jesteście wyprawą, tylko wyjazdem i ty nic do nas nie masz”.



- Podaj chociaż czas alarmowy - mówię.



- Ja się nie będę ograniczał dla twojej przyjemności - odpowiada.



- Gdzie wy chcecie iść? Tam nie ma drogi.



- Może dla ciebie nie ma.



Zostało nam tylko czterech tragarzy na osiemnaście ciężkich ładunków. Nie ma wyboru. Trzeba założyć bazę tu, gdzie jesteśmy. Nie jest to wymarzone miejsce. Nawet nie widać właściwych gór i nawet nie wiadomo, jak bardzo jest do nich daleko. Ale jaki jest wybór? Nawet jak zbudujemy przeprawę, co musimy zrobić, bo inaczej nie posuniemy się dalej, to i tak nie jesteśmy w stanie kontynuować karawany. Wypada więc tylko pogodzić się z faktem, że baza położona jest zbyt nisko. Na wahadłowe przenoszenie bazy dalej nie mamy sił ani czasu. Zostało nam na działalność już tylko szesnaście dni. Tak wynika z rachunku żywności, z terminów biletów lotniczych i czasu potrzebnego na powrót. Planując wyprawę, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak trudnymi górami jest Kaszmir. Nie przewidzieliśmy, że dojście do doliny zajmie nam aż tyle czasu. Pozostaje tylko satysfakcja, że przetarliśmy drogę dla innych, którzy, dzięki naszym ustaleniom, będą mieli większe możliwości.



Szanse, że sami coś jeszcze tu zrobimy, wydają się w tym momencie niewielkie, zwłaszcza że rozłam podzielił jedną średnio silną wyprawę na dwie słabe.



Z naszej bazy właściwie nic nie widać. Wszystko zasłaniają stojące blisko ogromne ściany skalne, na pewno większe i trudniejsze od tatrzańskiej Kazalnicy. Widok w głąb doliny zamyka ogromna skalna ściana szczytu 5150 m. Kuba, zobaczywszy tę ścianę, powiedział: „na takie Młynarze, to ja nie łażę” i góra zyskała nazwę: Młynarz (W Tatrach Młynarz i Mały Młynarz są górami o wyjątkowo trudnych ścianach. Większość gór w dolinie Kijai nie miała nazw albo miała nie znane nam nazwy miejscowe. Nadawaliśmy więc tym górom własne nazwy, które nie są nazwami oficjalnymi).. Ten Młynarz byłby niezłym celem dla przyszłych wypraw o bardziej sportowym programie. Jego południowa ściana robi ogromne wrażenie. Ma aż 1700 metrów wysokości i na pewno jest potężnie trudna. Ale takie ściany w Kaszmirze - to śpiew przyszłości. W następnych latach były w tej dolinie jeszcze dwie wyprawy, a mimo to do dziś jesteśmy pod względem eksploracji tutejszych ścian na takim etapie, na jakim był Staszic w eksploracji Tatr.



Spoza Młynarza widać jeszcze kawałek szerokiej, połogiej grani, która prawdopodobnie prowadzi do szczytu 6013 m. Ten szczyt i chyba tę grań widzieliśmy już z Biwaku z Tarantulami. Tyle tylko możemy ustalić, analizując wszystkie dostępne mapy. Pewne jest tylko na nich położenie niektórych szczytów i ich wysokości, bo zostało to pomierzone przez topografów indyjskich z dużych odległości, natomiast przebieg grani między szczytami to na tych mapach czysta fantastyka. Żadnego związku z rzeczywistością. Jak się później przekonaliśmy, to w dodatku zaznaczono na mapach jeden szczyt na dziesięć rzeczywiście istniejących. Wiemy już, że zaznaczono natomiast nieistniejące drogi i mosty. Rezultat jest taki, że w dalszym ciągu działamy na ślepo.



Gdyby udało się nam wejść na tę połogą grań, którą widzimy spoza Młynarza, to może udałoby się wejść na szczyt 6013 m. Ale to prawie nierealne. Zupełnie nie wiemy, jak się do tego zabrać z powodu nieznajomości prawdziwej topografii doliny. A po za tym baza położona jest na wysokości 2700 m, czyli różnica wysokości, którą musielibyśmy pokonać wynosi aż 3300 metrów. Mamy to zrobić, razem z powrotem do bazy, w 16 dni? A czas na rozpoznanie terenu, na aklimatyzację? Na tym etapie wydaje mi się, że jeżeli zdołamy zrobić mapę graniową doliny, to i tak będzie to wielki sukces.



Pewien niewielki sukces już mamy. Jako pierwsi weszliśmy do dolin Kijai i Sung Lai, a ja samotnie wszedłem do doliny Sezar. Zresztą czy ja wiem, czy ten sukces jest taki niewielki? Nasze pokolenie przyzwyczajone jest uważać za sukces eksploratora dopiero wejście na szczyt. Żyjemy bowiem w czasach, gdy popularne rejony górskie są już zbadane i opisane, a większość szczytów w nich się znajdujących jest już zdobyta. Nasze pokolenie już zapomniało, że aby można było wejść na szczyty, to ktoś wcześniej musiał znaleźć drogę do doliny i narysować mapę.



Niepokoi mnie los trójki, która się odłączyła. W przeciwieństwie do nich, zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wyjątkowo dziki i nieznany teren sprawia, że zagrożenie wyczuwa się niemal przez skórę. Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa ze strony dzikich zwierząt. Wszędzie wokół bazy spotykamy odchody niedźwiedzi. Gdy chciałem przed odejściem tragarzy kupić od  jednego z nich siekierkę, wytłumaczył mi na migi, że nie może sprzedać, bo gdyby wracając do Lai spotkał duże zwierzę, byłby bezbronny. Gdy chciałem ustalić, co to za duże zwierze, narysował na kamieniu, węglem z ogniska, tygrysa.



Po powrocie do Polski, wszyscy przyznali się, że przez cały czas działalności w dolinie bali się zwierząt. O tym, jak realne było to zagrożenie dowiadywaliśmy się jednak stopniowo. Na razie wiedzieliśmy o niedźwiedziach. W tygrysa jeszcze nie całkiem wierzyliśmy. Z tego, że żyjące dziko małpy mogą być dla nas niebezpieczne, nie zdawaliśmy sobie sprawy. Myśl, że Basia będzie pozostawać sama w oddalonej od nas bazie, podczas gdy chłopcy będą się wspinać, nie dawała mi spokoju.



Zakładamy bazę. Wieczorem wracają Janek, Basia i Jacek wraz z tragarzami. Oczywiście zaszli tylko tam, gdzie ja z Józkiem o szóstej rano. Ponownie proponuję połączenie sił, ale kategorycznie odmawiają. Rozbijają swoje namioty w pewnej odległości od nas i odsyłają tragarzy.



Pierwsza noc w bazie jest dosyć nerwowa. Cały czas palimy ognisko. Bardzo długo nikt nie wybiera się spać. Jesteśmy otoczeni lasem, a z tego lasu dochodzą nas różne odgłosy, których nie potrafimy zidentyfikować. Coś w tym lesie ryczy, a my nie wiemy czy to niedźwiedź, czy to koza, bo się na tym nie znamy. Kuba zrobił dzidę z kija i noża, niby dla żartu, ale ile razy coś głośniej ryknie, to wcale nie jest nam do żartów. Ktoś przypomina historię czterech Niemców, którym w Nepalu niedźwiedź wyciągnął kumpla z namiotu i na ich oczach skonsumował. Mieli tylko czekany i nic na to nie mogli poradzić. Nad ranem jednak zmęczenie bierze górę i idziemy spać, pozostawiając płonące ognisko. Nasza baza znajduje się wśród wielkich głazów, więc pożar lasu nie grozi.



Rano przychodzi do nas Basia z propozycją, że będzie łącznikiem między obiema grupami. Od razu zaznacza, że cofnięcie zaistniałej sytuacji jest niemożliwe. Proponuje, byśmy sobie nie przeszkadzali, jeśli nie możemy współpracować. Mówię, że nie mam nic przeciwko temu, mogą korzystać z naszych poręczówek (byleby ich nie zdejmowali) i z mostu przez rzekę, który zamierzamy zbudować, a poza tym uważam, że współpracować możemy. Basia prosi o jedną płachtę biwakową, bo nie mają żadnej. Daję im płachtę. Mówię o zagrożeniu ze strony zwierząt i proponuję, by nie zostawała w bazie sama, tylko chodziła z nami, bo nas nie będzie „opóźniać” i my nie musimy się wspinać za wszelką cenę. Odmawia, tłumacząc to lojalnością wobec męża.



Obie grupy od razu przyjęły skrajnie przeciwną taktykę. My przyjęliśmy zasadę minimalnego ryzyka. Jak nam się uda gdzieś wejść, to dobrze, a jak nie - to nie musimy. Uważam, że nie możemy ryzykować żadnego wypadku, bo transport rannego drogą, którą tu przyszliśmy, jest niemal niemożliwy. Janek i Jacek za wszelką cenę muszą się wspinać.



Przystępujemy do budowy mostu. Jedyne miejsce, w którym jest to możliwe, znajduje się - na nasze szczęście - akurat koło bazy. Rzeka jest na tyle szeroka, że nie da się przerzucić przez nią jednego, zwalonego drzewa. Oczywiście można by to zrobić, gdybyśmy zwalili cedr, ale ścięcie cedru przerasta nasze możliwości. Nie mamy ani piły, ani siekiery. Musimy sobie poradzić za pomocą czekanów, noży i młotków. Poza tym musimy posłużyć się takimi drzewami, które będziemy w stanie przetransportować nad rzekę.



W miejscu, które wybraliśmy, na środku rzeki znajduje się skałka, na którą od strony przeciwnego brzegu zwaliło się potężne drzewo, tworząc połowę naturalnego mostu. Połowa mostu już więc jest, tyle że nie od naszej strony. Zaczynamy od usypania przyczółka z kamieni. Zajmuje to kilka godzin. Musimy zwalać w nurt rzeki spore głazy, bo mniejsze są natychmiast porywane przez prąd. Teraz przystępujemy do ścinania drzew. Pierwsze drzewo tracimy i sporo pracy idzie na marne. Straciliśmy drzewo, bo mieliśmy głupi pomysł, by spławić je wodą w pobliże budowy. Nie doceniliśmy siły prądu. Do drzewa przywiązaliśmy linę i mieliśmy zamiar za jej pomocą kierować spławianiem drzewa. Tymczasem siła prądu rzeki była tak wielka, że lina pękła,



i całe szczęście, że pękła, bo dzięki temu rzeka nie wciągnęła mnie i Kuby.



Przerzucenie drzew wcale nie jest prostą operacją. Najpierw niesiemy drzewo na nasz przyczółek. Następnie stawiamy je do pionu i kierując je za pomocą dwóch lin przewracamy na skałkę. W ten sposób przewracamy trzy drzewa, które następnie Kuba związuje pętlami. Teraz umacniamy kamieniami drugi przyczółek mostu, przeciągamy od brzegu do brzegu poręczówkę z liny asekuracyjnej i - gotowe. Ta poręczówka jest dodatkowym zabezpieczeniem nie tylko przy przechodzeniu przez most, ale i w razie jego zerwania przez wodę. W takim przypadku będzie można zrobić z niej kolejkę linową. Dzięki tej linie możemy się nie bać, że zerwanie mostu odetnie nam odwrót.



Wieczorem, gdy już skończyliśmy budowę, przyszli nad rzekę Janek i Jacek. Pytają czy mogą w czymś pomóc. Mówię, że już nie.



Nasz most wygląda na zdjęciu dość solidnie, ale w rzeczywistości był konstrukcją horrorystycznie chwiejną. Szłapa oświadcza, że ma dwoje dzieci i na taki most nie wejdzie. Wywołuje tym sporą wesołość pozostałych. Mówię, że w takim razie zostanie w bazie i zjedzą go niedźwiedzie. Wobec tej alternatywy Szłapa nie ma wyboru i musi przekonać się do mostu.



Następnego dnia możemy wreszcie wyruszyć dalej. Dzielimy się na dwie grupy. Kuba, Szłapa i Staszek pójdą jak najdalej w głąb doliny i postarają się znaleźć drogę do lodowca. Jeśli im się to uda, założą bazę wysuniętą. Józek, Janusz i ja podejmiemy próbę wejścia jak najwyżej w kierunku lewej grani doliny. Chodzi mi o to, by - wchodząc wyżej - jak najwięcej zobaczyć. Ciągle przecież nie znamy prawdziwej topografii terenu. Początkowo pójdziemy razem i dopiero w miejscu, gdzie będzie możliwość jakiegoś wbicia się w tę lewą ścianę, rozdzielimy się.



Ciężka walka z trudnym terenem zaczyna się tuż za naszym mostem. Na początek „pionowa ziemia”, formacja znana każdemu, kto bywał w górach wysokich, ale nie występująca w Tatrach. Potok głęboko podmył morenową skarpę i na wysokość kilkunastu metrów wznosi się pionowa ściana z ziemi i kamieni. Trzeba się na to wspiąć i nie spaść, a nie ma żadnej możliwości asekuracji. To jest coś w rodzaju kruchego muru z kamieni zlepionych gliną. Mam wątpliwy zaszczyt przeprowadzenia tego odcinka. Następni mają już linę z góry. Wieszamy poręczówkę i idziemy dalej. Trawersujemy przez dwa skalne żebra i zjeżdżamy na linie z powrotem nad rzekę. Przechodzimy przez mikrolodowczyk, podobny do tatrzańskich płatów wiecznego śniegu. To jedna z oznak, że jednak posuwamy się w górę i w stronę gór lodowcowych. Las koło bazy też nie przypomina już tropikalnej dżungli a raczej tajgę. Nie ma też takiego upału, jak na początku doliny.



Z lodowczyka znowu wchodzimy w las. Dolina jest tu trochę szersza i nie musimy się wspinać, tylko normalnie idziemy lasem. To też jest nowa jakość, choć marsz przez las, po którym nikt nie chodził, to nie spacer. To ciągłe przedzieranie się przez chaszcze, przekraczanie zwalonych pni… Wkrótce ujawnia się nowa atrakcja. Ten las to istne żmijowisko. Dosłownie, co kilka metrów natykamy się na jakąś żmiję. Nie tylko pełza tego masa po ziemi, to jeszcze są takie małe, zielone, cienkie jak ołówek i owinięte wokół gałązek. Prawie ich nie widać. Żmije zmuszają do ciągłej uwagi. Tak naprawdę nie wiemy, co z tego towarzystwa jest jadowite, a co nie, ale wolimy nie sprawdzać.



Dochodzimy do szerokiego żlebu spadającego z czegoś, co wydaje mi się progiem wielkiego kotła. Tu nasze drogi się rozstają. Grupa Kuby idzie dalej wzdłuż rzeki, a my zaczynamy podchodzić żlebem. Przez cały dzień mozolnie zdobywamy wysokość. Do wieczora niewiele zdołaliśmy jednak zobaczyć. Widok w głąb doliny skutecznie zasłania w dalszym ciągu Młynarz, natomiast coraz ciekawiej zaczyna wyglądać nasze najbliższe otoczenie. Jesteśmy w jakiejś ogromnej ścianie zbudowanej z bardzo osobliwej skały: z białego marmuru. Marmur kruszy się w regularne bloki o niemal prostokątnych kształtach. Żywo przypomina to płyty nagrobkowe.



- Czuję się jak w wytwórni nagrobków - mówię.



W ten sposób cała okolica zyskuje naszą robocza nazwę: Fabryka Marmurowych Nagrobków. Pod wieczór orientujemy się, że żadnego kotła nad nami nie ma, natomiast jest cała grupa ogromnych gór stanowczo zbyt trudnych, byśmy mieli jakiekolwiek szanse na ich zdobycie. Po całym dniu wspinaczki dochodzimy do początku potężnego zachodu wypełnionego lodem. Nad nami wznosi się ogromna, co najmniej tysiącmetrowa marmurowa ściana szczytu 5700 m, a w lewo od niego - nieprawdopodobna marmurowa płyta o wymiarach 800 na 300 metrów. To są bardzo ciekawe ściany i warte zdobycia, ale dla wyprawy, która będzie na takie walki przygotowana.



Patrzymy na to, jak zamurowani. Spodziewaliśmy się gór, z którymi normalni ludzie mogą się uporać w normalny sposób, a tu stoi przed nami pięćdziesiąt wyciągów hakówki. W dodatku w bardzo pięknej, ale wyjątkowo niewdzięcznej do wspinaczki, skale. Marmur ma to do siebie, że jest potwornie śliski. Nawet na lekko pochyłym stopniu praktycznie nie daje się stanąć. Ludzie, którzy kiedyś pokuszą się o zdobywanie tych ścian, będą musieli wcześniej opracować jakieś specjalne buty na marmur, bo bez tego cała grupa Fabryki Marmurowych Nagrobków to prawdziwe szklane góry.



Zakładamy biwak. Dalej nie pójdziemy, ale dziś jest już za późno na zejście. W tym samym czasie zespół Kuby dotarł do czoła lodowca i postawił pierwszy namiot bazy wysuniętej. Chwilę później docierają do nich Janek i Jacek, bardzo zdziwieni, że nie są tu pierwsi. Zakładają swoją bazę po drugiej stronie potoku, przez który przeszli po lodowcu, jak po moście. Baza wysunięta znajduje się na wysokości 3300 m, tuż pod ścianą Młynarza i w pobliżu czoła lodowca, który wypełnia dolinę między Młynarzem a wielkim, dwukilometrowym zboczem szczytu Kuthal (5589 m). Spod czoła lodowca wypływa Kijajowa Woda.



Z bazy wysuniętej nadal nie widać tych gór, które nas najbardziej interesują. To, co widać, wygląda mało zachęcająco, choć jest to otoczenie niezwykle piękne. Okazuje się, że Młynarz, którego 1700-metrowa ściana robiła dotąd za symbol niedostępności, to - jak określił Szłapa - „mały Pikuś” w porównaniu z dwu i pół kilometrową ścianą Devils Wall i co najmniej równie potężną ścianą Płetwy Rekina.



Kilka dni później, gdy siedzieliśmy w bazie wysuniętej, komentując otoczenie, Kuba zaproponował, nie traktując tej propozycji serio, abym coś w tej okolicy zasiekał. Oczywiście, o ile wiem, jak to zrobić.



- Jak to zrobić, to wiadomo - mówię - ale co zrobić, aby w ławeczkach z głodu nie umrzeć?



Szłapa przypomina środowiskową piosenkę „Przyjechali chłopcy w Tatry na aussery”. Rzeczywiście, pasuje jak



ulał. Zaczyna się od tego, że owi chłopcy „narobili sobie planów od cholery”, a kończy na tym, że „podrapali się po dupie - gdzieśmy wleźli?”, a w trakcie jest jeszcze zdanie: „dajcie no przewodnik Paryskiego, może tam jest napisane, jak zliźć z tego”. Tylko, że to nie Tatry a Himalaje, a podstawowy problem, jak tu wejść na cokolwiek, w dalszym ciągu jest wielką zagadką. Zaczynam tęsknić do Hindukuszu, gdzie już z daleka wszystko widać i wszystko wiadomo.



Wróćmy jednak do naszego rekonesansu. Rano zwijamy biwak i zaczynamy zejście. Trwa to kilka godzin, bo wleźliśmy na wysokość ok. 4000 metrów a może i nawet wyżej. Koło południa docieramy do bazy, gdzie spotykamy Baśkę. Dowiaduję się od niej, że Janek i Jacek wrócili nieco wcześniej od nas i zaraz zaczną przenosić bazę na lodowiec. Moim zdaniem jest to manewr nieopłacalny, przez który stracą tylko kilka dni czasu, ale w końcu to ich sprawa.



- W nocy niedźwiedzi nie spotkałam - mówi Barbara z pewnym przekąsem, wyraźnie starając się zbagatelizować



zagrożenie, ale wypada to mało przekonująco.



- Jak spotkasz, to już mi o tym nie opowiesz - odpowiadam i ponownie proponuję, by chodziła z nami, zamiast zostawać sama.



Basia ponownie odmawia, tak jak poprzednio tłumacząc decyzję lojalnością wobec męża.



- Jak wyglądają góry? - Baśka nie wyszła dotąd poza rejon bazy.



- Na osiemdziesiąt wyciągów V A1. Na razie nie widzieliśmy niczego, co dawałoby cień jakiejkolwiek szansy na sukces.



Po chwili pojawia się zespół Kuby. Opowiadają o założeniu bazy wysuniętej i o tym, że dalej powinno być „może nie łatwiej, ale normalniej”. Normalniej, to znaczy lodowiec i skała a nie chaszcze i bździągwy. Poprzedniego dnia, zanim jeszcze poszliśmy w innych kierunkach, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Siedzimy sobie, a dookoła las. Nie pamiętam już, kto zadał pytanie:



- Co wam przypomina sześciu facetów z czekanami w lesie?



- Jelenie - odpowiadamy wszyscy naraz i wszyscy jednocześnie wybuchamy śmiechem.



Rzeczywiście, coś w tym wszystkim nie gra. Przejechaliśmy pół świata, aby się wspinać, a od tygodnia (w przypadku moim i Jacka nawet od trzech tygodni) szlajamy się po jakiś rzęchach i chęchach, walcząc z potokami, chaszczami i pająkami, zamiast z lodem i skałą. Zapowiedź, że dalej będzie normalniej, bardzo mnie cieszy.



Siedzę sobie w bazie i piję herbatę. W pewnym momencie zauważam okazałego pytona, sunącego z wielką szybkością wprost na mnie. Zdążyłem tylko krzyknąć i wskoczyć na kamień, gdy był koło mnie i poszedł dalej. On mnie wcale nie atakował. On sobie szedł, a ja byłem po drodze. Dotąd nie zdawałem sobie sprawy, że wąż może poruszać się tak szybko. Chwilę później Józka omija wąż zupełnie innego gatunku. Prawdopodobnie kobra. A więc mamy węże i w bazie. Najwyższa pora uciekać na lodowiec, zanim „te pierońskie szlangi (Szlanga - to w gwarze śląskiej wąż, tyle że nie od kobry a od hydrantu.)”, jak je określa Kuba, zrobią komuś krzywdę.



Podobno pytony ludzi nie atakują, ale ten mój skurczybyk miał co najmniej cztery metry długości, a widok „szlangi, co ma szyję grubą, jak mały Cygan nogę” robi wrażenie, nawet jeśli ta „szlanga” jest podobno łagodna.



Po południu obserwuję, jak zespół Janka przenosi wahadłowo plecaki po drugiej stronie Kijajowej Wody. Do wieczora posunęli się najwyżej o trzysta metrów. To stanowczo nie jest dobry pomysł w tym terenie. Następnego dnia zmieniają taktykę. Zostawiają większość worów tam, gdzie są i zanoszą wybraną partię ładunku od razu do swojej nowej bazy. Nie chcą mieć bazy wysuniętej, tak jak my, tylko chcą przenieść całą bazę na lodowiec. W rezultacie przez szereg dni mają bazę w pobliżu czoła lodowca, a z tyłu, w dolnej części doliny, stopniowo topniejący magazyn gratów.



My też zaczynamy kursować do bazy wysuniętej, bo cudów nie ma i musimy ją zaopatrzyć we wszystko, co będzie potrzebne tam i wyżej. Tyle, że my, zostawiając bazę tam, gdzie jest, nie musimy przenosić z niej absolutnie wszystkiego. Dalsza droga do bazy wysuniętej też nie jest łatwa, ale to już w tej okolicy norma. W kilku miejscach wieszamy poręczówki, które nie są niezbędne, ale bardzo ułatwiają kursowanie z ciężkimi worami. Tak więc kilka kolejnych dni schodzi wszystkim na pracowitym noszeniu.



W trakcie tego noszenia zdarzył się pewien ciekawy incydent potwierdzający moje obawy, że samotny człowiek nie jest tutaj specjalnie bezpieczny. Schodzimy ze Staszkiem do bazy. Zostałem trochę z tyłu i jestem sam. W pewnym momencie słyszę od strony niewielkiej skałki nade mną jakieś dziwne warknięcie, ale inne niż warknięcie psa. Spoglądam w tamtą stronę i nieruchomieję. Po prostu mnie zamurowało. Jakieś cztery metry nade mną siedzi na skale pantera. Siedzi w pozycji przyczajonej. Widzę tylko jej pysk i przednie łapy. Przypominam sobie rady myśliwego, by nie uciekać i nie patrzeć jej prosto w oczy. Stoję nieruchomo i czekam na rozwój sytuacji, choć wiem, że zwierzę jest bardzo niebezpiecznie blisko. Staram się nie okazywać strachu. Po chwili pantera wstaje, odwraca się bez pośpiechu. Teraz widzę ją całą. Zdaję sobie sprawę, że nie miałbym żadnych szans. Pod czarną, lśniącą sierścią przesuwają się mięśnie, których nie powstydziłby się żaden kulturysta. To zwierzę jest po prostu nabite mięśniami. Pantera odchodzi jakieś dwa metry i spokojnym, jakby niespiesznym ruchem, odbija się. Skacze, przelatując wysoko ponad moją głową i znika w lesie. Ten kociaczek skoczył sobie bez wysiłku dobre dziesięć metrów.



Wracam do bazy. Nic nie mówię o spotkaniu z panterą. Wszyscy i tak już mają wystarczającego pietra. Świeżych odchodów niedźwiedzi między namiotami bazy nie sposób nie zauważyć. Można dalej udawać, że się nie wierzy w tygrysy, ale na widok wielkich śladów kocich łap w pobliżu naszego mostu, wszyscy się robią jacyś poważni. Nie będę im do tego dokładał czarnej pantery. Spieprzajmy na lodowiec i to już!



Minął cały miesiąc od przyjazdu do Indii, a my dopiero teraz wychodzimy po raz pierwszy na lodowiec. Ja i Staszek mamy pójść jak najdalej w górę doliny, rozpoznać jej dalszą topografię i założyć obóz pierwszy. Odprowadzają nas  kawałek Janusz i Józek. Lodowiec w dolnej części przypomina tatrzański, letni śnieg. Jego spore partie pokryte są piargiem a nawet błotem. Jest taki odcinek nazwany przez jedną z późniejszych wypraw Rzeką Błota. Istne bagno z gliny ze żwirem. Można się w tej mazi zapaść nawet po kolana. Pod lodowcem płynie rzeka i co pewien czas widać w lodzie wielkie, wytopione dziury.



To zjawisko jest nieco niebezpieczne, bo płynąca pod spodem woda wytapia lód, nie zmieniając jego powierzchni. Można przez to iść po cieniutkim mostku lodowym, nawet o tym nie wiedząc, a jego załamanie grozi nie tylko kilkunastometrowym upadkiem, ale i wpadnięciem w kipiel Kijajowej Wody, w dodatku pod lodem. Poza tym dolny lodowiec jest zupełnie łatwy, niemal poziomy.



Lodowiec wypełnia wąską na jakieś sto, może dwieście metrów dolinę na przestrzeni kilometra, po czym zamykają go dwa widoczne z daleka progi. Z naszej lewej strony dolinę ogranicza ogromna wschodnia ściana Młynarza, Nie tak pionowa i trudna, jak jego ściana południowa, ale niewiele od niej mniejsza. Z prawej opada do doliny dwukilometrowe zbocze Kuthala (5589 m), którego dobrze stąd nie widać, bo jesteśmy zbyt blisko. W tym zboczu Kuthala znajduje się jedna z większych atrakcji doliny Kijai: Żleb Micka Jaggera (Nazwę nadała jedna z późniejszych wypraw od nazwiska perkusisty zespołu Rolling Stones).. Wysoko nad tym żlebem znajduje się filar, który od lat po prostu się wali. Żlebem Micka Jaggera, z regularnością podmiejskich pociągów, odjeżdżają całe wagony kamieni. Potężne lawiny kamienne schodzą tędy co 15 - 20 minut. I to jakie lawiny! Któregoś dnia zaobserwowałem blok skalny wielkości jednorodzinnego domu szybujący 50 metrów nad ziemią, aż walnął w ścianę Młynarza. Kłopot polega na tym, że te lawiny przecinają całą szerokość lodowca, od ściany do ściany. Dlatego pod Żlebem Micka Jaggera się nie chodzi. Pod nim się biega. Odcinek ten jest niemożliwy do ominięcia. Biegaliśmy my i biegała trzecia wyprawa dobre kilka lat później. Co ciekawe, po tylu skalnych obrywach nie było widać, aby Kuthal cokolwiek zmalał lub aby mu cokolwiek z kształtów ubyło.



Za Żlebem Micka Jaggera lodowiec zaczyna się wznosić i doprowadza pod pierwszy próg. Jest to miejsce wysoce ponure, a próg robi jak najgorsze wrażenie. Jego środkiem opada ogromna, osiemdziesięciometrowa kaskada Kijajowej Wody rozpylająca na całe otoczenie krople wody. Pionowe skały progu są cały czas mokre, jakby oślizgłe. Lodowiec oddziela od skał progu bardzo nieprzyjemna szczelina brzeżna. To w niej znika kaskada Kijajowej Wody. Mam wrażenie, że znajduję się na dnie jakiejś zimnej, mokrej i ciemnej dziury. W dodatku huk ogromnego wodospadu zagłusza wszystko. Trudno się porozumieć, nawet krzycząc.



Janusz i Józek wracają. Ja i Staszek idziemy dalej. Asekurowany przez Staszka przekraczam szczelinę brzeżną po wielkim głazie, który się w niej zaklinował, spadając gdzieś z góry. Zaglądam do szczeliny, ale widzę tylko czarną czeluść, z której dobiega huk wodospadu. Kaskada ma osiemdziesiąt metrów nad lodem, a ile pod nim - nie wiadomo i lepiej nie sprawdzać. Pierwsze pół wyciągu jest trudne, V A0. Później robi się łatwiej, ale za to krucho. Instalujemy tu na stałe poręczówkę z liny asekuracyjnej. Jej dolny koniec mocujemy do kamieni leżących na lodowcu kilka metrów od szczeliny. Chodzi o zabezpieczenie także przeprawy przez nią. Naszego kamiennego mostu nad szczeliną jutro może już nie być. Wspinamy się dalej, a teren coraz bardziej się kładzie. Możemy już zwinąć asekurację. Próg zmienia się w strome, piarżyste zbocze i wyprowadza do niewielkiego kociołka, wypełnionego lodowcem.



Nareszcie trochę szersza widoczność, choć od wyższego piętra doliny oddziela nas kolejny próg. Jest większy, ale wygląda łatwiej. No i otoczenie jest bardziej sympatyczne. Nie jesteśmy już w czarnej dziurze, do której nawet nie dochodzi słońce. Stąd nareszcie zaczyna być coś widać, choć jeszcze niewiele. Pierwszy szczyt z górnej części doliny, jaki widzimy w całej okazałości, to Kuthal. Wygląda niezbyt trudno, ale myślę o nim jako o celu najwyżej rezerwowym. Kuthal ma, z punktu widzenia alpinizmu, poważną wadę: nie jest sześciotysięcznikiem. Jak się już przyjechało w Himalaje, to głupio atakować szczyty o wysokościach występujących w Kaukazie. Przynajmniej jako cel główny.



Środek drugiego progu przecina głęboki, wypełniony lodowcem, wąwóz. Wygląda na to, że tym wąwozem wydostaniemy się na górny lodowiec. Idziemy w niesamowitej scenerii. Jęzor lodu ma najwyżej kilkanaście metrów szerokości, a po obu stronach oddzielają go od pionowych skał progu potężne szczeliny brzeżne. Dobiega z nich huk rzeki, która płynie gdzieś tam w głębi, pod lodem. Niestety, po kilkuset metrach nasz lodowy jęzor przecina potężna szczelina. Mało powiedziane szczelina, istna przerwa w lodowcu. (W czasie późniejszych wypraw tej szczeliny nie było. Widoczny dowód, że lodowiec płynie i jego konfiguracja się zmienia). Ma co najmniej trzydzieści metrów szerokości, a jej dnem, jakieś pięćdziesiąt metrów w dole, płynie rzeka. To jest przeszkoda praktycznie nie do pokonania. Trzeba szukać innej drogi. Wracamy do kociołka między progami. Tym razem postanawiam ominąć próg wielkim zachodem w lewo. Ten wariant nadkłada trochę podejścia, ale jest zupełnie łatwy.



Wczesnym popołudniem jesteśmy nad progiem, w obniżeniu między ścianą skalną opadającą od strony szczytu



6013 m a moreną lodowca. To bardzo sympatyczne miejsce. Jesteśmy na wysokości 4200 metrów, a tu rośnie trawa i kwiaty. Pierwszy raz widać też góry.



A góry są naprawdę imponujące. Największe wrażenie robi Arjuna. Jej niemal pionowa zachodnia ściana ma 1800 metrów wysokości. W dodatku nie widać żadnej możliwości wejścia na nią bez wielu wyciągów trudnej technicznie wspinaczki. Szanse Janka i Jacka na tej górze uznaję za zerowe. Mam nadzieję, że po zobaczeniu Arjuny wybiorą sobie jakiś łatwiejszy cel.



Na lewo od Arjuny inny efektowny szczyt: Arjunas Sword (czyli miecz Arjuny), a na prawo od niej - cała, pełna fantastycznych turni, grań. Dwie niezwykle strzeliste turnie od razu nazwaliśmy Katedrami. Szczyt Arjuna w pełni zasługuje na swoją nazwę. W mitologii hinduistycznej Arjuna - to wielki, groźny wojownik, bohater eposu Ramajana. Całą grupę Arjuny jeden z kolegów porównał do Grandes Jorasses na sześciu tysiącach. Rzeczywiście, przypomina to Alpy, tylko dwa kilometry wyżej. Tych dwóch kilometrów różnicy Janek nie bierze pod uwagę i na tym polega jego błąd. Janek nigdy nie był wyżej, niż w Alpach i dlatego nie rozumie, że piątka w Alpach i piątka na sześciu tysiącach, to zupełnie nie to samo. Arjuna ma 6230 metrów, a więc jej wysokość zbliża się już do strefy śmierci wysokościowej, czyli do tego obszaru, w którym organizm przechodzi na metabolizm beztlenowy. A przemiana beztlenowa, jak wiadomo z medycyny, jest około dwadzieścia razy mniej wydajna energetycznie. Oczywiście to jeszcze nie siedem, a tym bardziej nie osiem tysięcy, ale też nie Alpy.



Dochodzi do tego rozmiar ścian. To są niezdobyte góry i, po zrobieniu drogi ścianą, nie można zejść inną łatwiejszą drogą, bo nie wiadomo gdzie tej łatwiejszej drogi szukać i czy w ogóle istnieje. Trzeba by więc zjeżdżać na linie tą samą drogą. I tu pojawia się nieubłagany rachunek. 1800 metrów ściany to około 50 zjazdów. Trzeba więc mieć ze sobą 50 haków do zostawiania na stanowiskach. Dla zespołu dwójkowego to duże obciążenie. Zresztą chłopcy w ogóle nie mają tylu haków. Te wszystkie problemy oczywiście da się rozwiązać, bo twierdzę, że nie ma ściany, której nie da się zdobyć. Tylko trzeba być do tego przygotowanym. Na przykład zabrać ze sobą lżejsze od haków spity na stanowiska zjazdowe. Tylko właśnie trzeba je mieć.



Widok Arjuny trochę mnie uspokoił. Byłem przekonany, że Janek wybierze inny cel i wszystko dobrze się skończy.



Stawiamy pierwszy namiocik obozu I. Rano schodzimy na lodowiec, by trochę rozejrzeć się w dolinie. Lodowiec jest szeroki i łatwy, ale wyżej przegradzają go dwa rozległe, poszczelinione lodospady. Rozglądam się za jakimś w miarę wysokim i w miarę łatwym celem, który moglibyśmy spróbować zdobyć. Największe szanse daje pobliski szczyt 6013 metrów. Jego dolne partie wyglądają na „wkaszalne”. Wyżej niestety nie widać, bo jesteśmy zbyt blisko, ale wyczucie mówi mi, że powinno być dobrze. Niestety nie możemy sobie pozwolić na coś bardziej ambitnego. Zostało nam już tylko kilka dni na wspinanie. A szkoda, bo na przykład można by spróbować najwyższego szczytu w dolinie, czyli Brammah II (6450 m). Wymaga on wprawdzie około ośmiuset metrów niezłej wspinaczki w skale i lodzie, ale nie aż takiej, żeby się nie dało. Niestety, Brammah II znajduje się na samym końcu doliny. Czas, którym dysponujemy, czyni ten cel nierealnym.



Schodzimy ze Staszkiem do bazy wysuniętej. W tym samym czasie pozostali wykonali ostatni transport sprzętu z bazy. Następnego dnia możemy wszyscy wyruszyć do jedynki.



Urządzamy obóz I, dostawiając drugi namiot. W zespole panuje wyraźnie lepszy nastrój. Wszyscy już mają dosyć wdrapywania się, przełażenia i przedzierania. Tu nareszcie można chodzić jak człowiek, na dwóch nogach. No i wreszcie widać coś, co przypomina normalne góry. Trudne, ale normalne, co mają skałę i lodowiec, a nie bździągwy i chaszcze. Jesteśmy na wysokości 4200 metrów i - wedle naszego mniemania - nie ma tu już zwierząt, nie trzeba ciągle rozglądać się czy nie idzie jakaś „stwora z kołnierzykiem a´la Słowacki”, albo jakaś „szlanga”.



Idę na stronę za duży kamień i ze zdziwieniem stwierdzam, że tu ktoś już był. Za kamieniem leży wielkie niedźwiedzie gówno. Nasza radość z odczepienia się od przyrody ożywionej była jednak przedwczesna.



Następnego dnia wychodzę ze Staszkiem w górę, w stronę szczytu 6013 m. Wspinamy się łatwą ścianą, chwilami bardziej zboczem niż ścianą, w stronę góry, o której nie wiemy nawet, jak wygląda. Wiemy tylko, że jest gdzieś na końcu tej ściany. Teren trochę przypomina północną Mięgusza w lecie. Bardzo wysoko, przynajmniej do 4500 m dochodzi roślinność. (Jest to południowa ściana i na południowym obrzeżu pasma górskiego. To tłumaczy wyjątkowo wysoki zasięg roślinności). Są to trawy, karłowate tuje i małe rododendrony. Wyżej wspinamy się po kruchych, ale łatwych (to znaczy II-III) skałach. Ogarniają nas chmury i niewiele widzimy. Cały dzień pracowicie zdobywamy wysokość we mgle. Nie boimy się zgubienia drogi powrotnej, bo znaczymy szlak traserami (Trasery - cienkie tyczki z kolorowymi chorągiewkami używane do znaczenia drogi, najczęściej na lodowcach).. Pod wieczór zaczyna prószyć śnieg. Początkowo opad jest niewielki i tylko trochę bieli kamienie, ale później zaczyna padać coraz mocniej i robi się nieprzyjemnie. Zrywa się silny wiatr i niesie śniegiem.



Zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem na biwak, ale we mgle i śnieżycy widoczność jest bardzo ograniczona. Wychodzimy na jakąś grań lub żebro, w tych warunkach naprawdę trudno się zorientować, ale i tu nie mogę znaleźć miejsca na postawienie namiotu. Grań usłana jest wielkimi głazami, które nie pozwalają na ustawienie namiotu, ale udaje się nam znaleźć między nimi kolebę. Szybko jednak okazuje się, że nie możemy tu zostać. Silny wiatr nanosi do naszej koleby całe masy śniegu. Jak się później okazało, byliśmy na wysokości 5400 metrów, na samym końcu łatwej grani prowadzącej prosto do szczytu 6013 m.



Zarządzam odwrót. Ściana, którą jeszcze niedawno wspinaliśmy się na żywca, pokryta jest już sporą warstwą świeżego śniegu. Musimy schodzić ze sztywną asekuracją lub wręcz zjeżdżać na linie. Zapada zmrok. W ciemnościach i śnieżycy mamy trudności z odnalezieniem naszych traserów. Obawiam się zabłądzenia w ogromnej i nieznanej ścianie. Decydujemy się biwakować.



Nie mamy możliwości rozstawienia namiotu, więc wykopujemy jamę śnieżną i przykrywamy się płachtą. Noc jest bardzo mroźna. Jesteśmy na wysokości około pięciu tysięcy, więc może być nawet kilkadziesiąt stopni mrozu. Ile, nie wiadomo. Tym razem nie mam ze sobą żadnego termometru. Okutani w kurtki puchowe i śpiwory, a mimo to trzęsąc się z zimna, siedzimy w jamie śnieżnej do rana. O spaniu nie ma mowy.



 Rano wita nas słońce. Od pewnego czasu pogoda wykazuje zadziwiającą regularność. Rano słońce i czyste niebo, po południu zachmurzenie, a wieczorem zupełne załamanie. Wniosek jest prosty. Trzeba wyjść z jedynki bardzo wcześnie, może nawet w nocy, aby dojść do tej grani, na której byliśmy jeszcze przed załamaniem i zdążyć założyć obóz. Na razie jednak musimy zejść do jedynki. Jesteśmy tak zmęczeni i wymarznięci, że dziś już do niczego więcej się nie nadajemy.



Z miejsca, w którym jesteśmy, widzimy po raz pierwszy szczyt 6013 m. Wczoraj, gdy byliśmy w tej okolicy, było pełne zachmurzenie. Góra wygląda przystępnie, ale nie widzimy wszystkiego, bo znajdujemy się w jej ścianie, a więc brak nam dalszej perspektywy. Jednak to, co widać, utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałem trafnego wyboru celu. Zresztą wybór jest niewielki. Dotarcie do doliny, te wszystkie rekonesansy i walki z chaszczami, zajęły tak dużo czasu, że w tej chwili mamy żywność już tylko na maksymalnie pięć dni akcji powyżej obozu I. Albo zdobędziemy górę od pierwszego strzału, albo nie zrobimy nic. Na powtórzenie ataku nie ma już czasu.



A swoją drogą żal. Gdybyśmy mieli żywność jeszcze na dwa tygodnie akcji, to moglibyśmy nasiekać w tej dolinie, co niemiara. Ale kto mógł przewidzieć, że teren w dolnych partiach będzie aż tak trudny i zajmie nam aż tyle czasu. Przynajmniej odwaliliśmy kawał roboty dla następnych wypraw. Nie ma dla mnie wątpliwości, ze baza przyszłej wyprawy powinna być tu, gdzie nasz obóz I, i jest to realne, gdy się wie, czego się spodziewać.



Nasze szanse zmniejszyło też tajemnicze zniknięcie jednego worka konserw. Było na ten temat sporo różnych posądzeń i oskarżeń pod różnymi adresami, ale ostatecznie sprawa nie została wyjaśniona. Fakt faktem jednak, że tym sposobem szczupłość zapasów żywności spowodowała skrócenie naszych działań o dobry tydzień.



Zwijając biwak, obserwujemy dwa niezwykłe ptaki. Wyglądem i wielkością przypominają indyki, tylko ubarwienie mają inne. Są czarno-fioletowe. Czyżbyśmy spotkali legendarne „gornyje indyjki”, o których krążą opowieści w Kaukazie? Te tajemnicze ptaki opisał Jan Długosz w „Kominie Pokutników”. Ponoć mają one wchodzić na piechotę na duże wysokości i zlatywać stamtąd w dół lotem ślizgowym. Alpiniści z Kaukazu w ten sposób tłumaczą liczne ptasie tropy na śniegu prowadzące zawsze w górę, a nigdy w dół. A może to zupełnie inne ptaki, tylko pasujące wyglądem do opisu?



W obozie I zastajemy pozostałą czwórkę. Wszyscy jesteśmy kompletnie przemoczeni. My po biwaku w śniegu, oni po wczorajszym podejściu w deszczu i gradzie. Przystępujemy do suszenia odzieży i śpiworów. Operacja słoneczna jest tak silna, że po godzinie wszystko jest suche. To słoneczko uratowało wyprawę przed klęską. Jutro jest ostatni dzień, w którym możemy podjąć próbę wyjścia wyżej i następnie, w kolejnym dniu, ataku szczytowego. Dziś mamy odpoczynek.



Wychodzimy ponownie w górę bladym świtem. Po wczorajszym śniegu nie ma już ani śladu. Po drodze wybijamy nasze haki zjazdowe. Przy dobrej pogodzie nawet nie jest tu potrzebna asekuracja. Znowu spotykamy rzekome „gornyje indyjki”, tym razem cztery. Gdy zbliżamy się do naszej grani zaczyna ponownie prószyć śnieg. Na grań wychodzimy w narastającym opadzie gradu, ale tym razem udaje się nam znaleźć miejsce na obóz. Szybko chowamy się do namiotów. Jesteśmy gdzieś, w nieznanym terenie i w załamaniu pogody, ale jakoś nikt się tym nie przejmuje. Wszyscy silnie wierzymy, że to tylko cowieczorna burza, która w nocy przejdzie.



I rzeczywiście. Rano niebo jest czyste i świeci słońce. Nasz obóz stoi w niesamowitym miejscu. Jesteśmy na samym końcu grani, na czymś w rodzaju kazalnicy, pod którą znajduje się ogromna, pionowa ściana, opadająca na stronę lodowca Kijai. Ale znacznie ciekawszy jest widok w przeciwnym kierunku. Po raz pierwszy widzę naszą górę i od razu wiem, że tylko nagły monsun, gradobicie, trzęsienie ziemi lub upadek komety, mogą nam ją odebrać. Przed nami długa łagodna grań, bez żadnych uskoków i niespodzianek. Prosta, jak szosa, prosto do piku. Mało tego, w tej grani są po drodze jeszcze dwa mniej wybitne wierzchołki, ale jednak wierzchołki, i też bez nagłego monsunu nic nam ich nie zabierze. Mamy nieprawdopodobne szczęście w tym wszystkim, bo w ostatnich dniach już się wydawało, że szansę na zdobycie czegokolwiek mamy taką, jak ślepy pies w obcej wsi na ożenek.



Przez ostatnie kilkanaście dni wszyscy widzieliśmy, jak maleją nasze szanse. Czas na akcję górską topniał w oczach, my nie mogliśmy się ciągle oderwać od dna doliny, a zamiast „gór dla ludzi” wyrastały przed nami coraz straszniejsze i coraz ogromniejsze skalne zerwy. Ale - z drugiej strony - miałem na tej wyprawie naprawdę wspaniały zespół. Z całej naszej szóstki, mimo coraz mniejszych szans, nikt nie marudził, tylko wszyscy do końca pracowali. I to był nasz klucz do sukcesu. Ta szóstka to był najlepszy, najbardziej zgrany zespół, jaki kiedykolwiek miałem na wyprawie. A muszę przyznać, że miewałem zespoły złożone z lepszych alpinistów, ale wystarczył jeden niezły pieniacz, by współpraca w zespole przestawała istnieć, górę brały prywatne ambicje i w rezultacie wszyscy wracali do kraju, zrobiwszy nic lub byle co.



A swoją drogą, to - poza szczęściem - mam chyba niezłego górskiego nosa, bo niemal po omacku, rzutem na taśmę, znalazłem najłatwiejszą drogę na najłatwiejszy sześciotysięcznik w okolicy. Jedyną drogę na jedyną górę, na której mieliśmy jakiekolwiek szanse w tak krótkim czasie.



Zaczynamy dzień od wejścia na znajdujący się tuż nad obozem wierzchołek 5450 m. Mamy pierwszą górę, więc nie wrócimy już z niczym, ale to góra mało wybitna. Potrzebny nam jest sześciotysięcznik. Mamy do niego tylko sześćset metrów różnicy wysokości, ale za to sporą odległość w poziomie. Zabraliśmy ze sobą pełen zestaw sprzętu wspinaczkowego i biwakowego, choć po drodze nie widać trudności. To efekt zeszłorocznego wypadku na Broad Peak Middle, z którego wyciągnąłem prosty wniosek: ataki szczytowe na lekko mogą ciężko się skończyć. Na Broad Peaku zginęło trzech ludzi, bo mieli tylko jedną linę i nie mieli porządnego sprzętu biwakowego. Mamy sporo czasu i nie ma powodu, by, lekceważąc ewentualne załamanie pogody, atakować na zasadzie ułańskiej szarży lub rzutu na taśmę. Może plecaki trochę więcej ważą, ale spokojnie sobie z nimi wejdziemy i spokojnie zejdziemy.



Po wejściu na szczyt 5450 m zauważam, że Szłapa idzie znacznie wolniej niż inni i znacznie gorzej toleruje wysokość. Polecam mu zawrócić do obozu. Jest tym wyraźnie zmartwiony. Mówię mu, że czasem lepiej na jakiś szczyt nie wejść, by jeszcze kiedyś wejść na inne, a ludzie, którzy chcą się wspinać za wszelką cenę, na ogół płacą za to cenę najwyższą. Szłapa nigdy nie wspinał się wyczynowo i jest z nas najsłabszy fizycznie. Wyraźnie też wolniej się aklimatyzuje. W zespole jest duszą towarzystwa, chłopakiem z gitarą, który rozładowuje napięcia i poprawia wszystkim humor, ale dla mnie ważne jest to, by wszyscy wrócili z gór w komplecie, dlatego, mimo całej sympatii do Szłapy, nakazuję mu zostać.



Idziemy dalej. Grań jest łatwa, ale pod następnym wierzchołkiem zaczyna ostro wznosić się w górę. Mielemy nogami w miejscu w osuwającym się łupkowym piargu. To bardzo wyczerpujący odcinek, choć trudności techniczne są żadne. Stajemy na kolejnym wierzchołku o wysokości 5800 m. Mamy dziś drugą górę. Ponad granią Kuthala zaczyna być widać szczyty za doliną Bhuroom. Stoją tam całe stada nie opisanych, a tym bardziej nie zdobytych, sześciotysięcznych Matterhornów i Eigerów. Ogromne obszary wielkich gór, na wschód od linii Atholi - Kargil, są zupełnie nieznane alpinistom. Za tą linią kończą się wszystkie dostępne dla nas mapy.



Pogoda, jak codziennie po południu, zaczyna się nieco psuć, ale przed nami już tylko niewielkie obniżenie na przełęcz i kopuła szczytowa sześciotysięcznika. Wchodzimy w mgłę, ale kierunek jest jasny, a droga już niedaleka. Pod koniec trochę wspinaczki w marmurowej skale, trudności III-IV, trochę łatwego lodu i mikstu. Szczyt jest zadziwiająco ostry, na co zupełnie nie wyglądało z dołu. Na bloku szczytowym nawet nie da się stanąć. Można co najwyżej położyć na nim palec. Jest nas pięciu i na szczycie, a raczej na kilku stanowiących go blokach skalnych, nie mieścimy się wszyscy jednocześnie.



Robimy zdjęcia, niestety sobie, a nie panoramy, bo jesteśmy we mgle. Swoją drogą, to mam dziwne szczęście do wchodzenia na szczyty w nocy albo we mgle. Józek umieszcza na bloku szczytowym medal z wizerunkiem papieża Jana Pawła II. Proponuje, by nazwać szczyt jego imieniem. Wszyscy się na to zgadzamy. Przez chwilę zastanawiamy się, czy ktoś tę nazwę uzna, ale Józek mówi, że ma już wszystko obgadane wstępnie z Watykanem i całą sprawę załatwi. To rozwiewa ostatnie wątpliwości. Nazwę Jan Paweł II dla szczytu 6013 m przyjmujemy zgodnie przez aklamację.



- No to cię teraz komuna „popieści” – mówi do mnie, jako do kierownika, jeden z chłopców.



- Komuna cale życie mnie „dopieszcza” jak umie, nic nowego – odpowiadam.



Zejście do obozu II przebiega szybko i sprawnie. Wieczorem pogoda się poprawia i znów widzimy naszą górę, ale od południa nadciąga ogromny front burzowy. Z tej wysokości widok jest bardzo daleki i front robi niesamowite wrażenie. Wielki wał ciężkich chmur, pod którym błyskają, wyglądające z tej odległości jak niegroźne iskierki, pioruny. Wiem, że ta przyjemność dojdzie do nas w nocy, ale nic na to nie mogę poradzić. Zejścia łatwą, ale 1200-metrową ścianą po nocy nie będę ryzykował. Nie zdołamy przed tą burzą uciec, bo nawet, gdybyśmy nieco zeszli z samej grani, to w skali tych gór nie ma to żadnego znaczenia, Sto czy dwieście metrów niżej jesteśmy w tej skali i tak, jak na czubku szpilki. Przezornie wynosimy tylko poza namioty wszelkie metalowe przedmioty.



W nocy nadciąga burza. Najpierw słyszymy wyładowania, a potem znajdujemy się w samym środku elektrycznego świata. Po namiotach, po ortalionie kurtek i śpiworów, przebiegają we wszystkie strony niebieskie rozbłyski ogni świętego Elma. Na całym ciele czuję jakieś mrowienia, kłucia, swędzenia. Po kątach namiotu biegają jakieś iskry, a zewsząd dobiegają syki i trzaski. Ale to dopiero początek. W pewnej chwili docierają do nas uderzenia potężnego wiatru i zaczyna się istna kanonada piorunów. Blisko, bardzo blisko! Trwa ten denerwujący spektakl kilka godzin, po czym wszystko się uspakaja. Rano znowu wita nas czyste niebo i piękne słońce.



Po śniadaniu zaczynamy zejście. Józek i Szłapa mają pomysł, żeby z góry zdobyć Młynarza. Młynarz znajduje się niżej niż my i można dość łatwo zejść na niego długim, obniżającym się trawersem. Następnie, cofając się nieco, można kolejnym obniżającym się trawersem powrócić na naszą drogę zejściową, ale już znacznie niżej. Teren jest doskonale widoczny i nie powinien zawierać żadnych niespodzianek. Zgadzam się na ten pomysł. Bierzemy od nich część ładunku, by ułatwić im zadanie. W ten sposób i Szłapa będzie miał więcej niż jedną górę.



Wieczorem spotykamy się wszyscy w obozie I. Postanawiamy nie nocować tu, lecz zejść od razu do bazy wysuniętej. Mamy już bardzo mało żywności i bardzo ograniczony, przypadkowy jej zestaw. Są akurat imieniny Staszka, który dostaje od nas specyficzny tort zrobiony z jednej z ostatnich puszek pasztetu.



Na dolnym progu zastajemy, obok naszej poręczówki, powieszoną równolegle poręczówkę Janka i Jacka. Możemy więc zwinąć naszą, nie obawiając się, że odetniemy im odwrót. Kiedy przechodzimy obok ich obozu, wychodzi do nas Basia, a po chwili także Jacek. Janek, od momentu odłączenia się, nie odezwał się do nas ani razu. Tym razem też nie podszedł. Pytam Jacka, co zrobili. Mówi, że nic. Atakowali Arjunę, ale bez powodzenia. Chcą jeszcze raz spróbować, ale chyba poszukają sobie jakiegoś łatwiejszego celu. Mówię, że my musimy już wracać, bo kończy nam się żywność. Umawiamy się, że zostawimy w ambasadzie w Delhi nasz bagaż, bo bilet bagażowy wystawiony jest na nazwisko Janka i tylko on może nadać cargo. Basia mówi, że oni mają jeszcze żywność na tydzień, a poza tym chyba jeszcze trochę pozwiedzają Indie. Mamy się więc nie martwić, gdybyśmy nie spotkali się w Delhi.



- A co wy zrobiliście? - pyta Jacek.



- Cztery góry - mówię.



To był chyba ten moment, który zaważył na dalszych wypadkach. Prawdopodbnie po tej rozmowie chłopcom bardzo zagrała ambicja. Oto oni, „alpiniści”, nie zrobili nic, a my, wzgardzani „turyści”, weszliśmy na cztery szczyty. Wprawdzie zdobyliśmy góry łatwe, ale jednak jeden sześciotysięcznik, no i nawet łatwe góry są lepsze niż żadne.



Jeszcze raz, bardziej dla porządku niż z przekonania, proponuję, by wracali z nami. Odmawiają.



Przebieg tej rozmowy był bardzo ważny ze względu na późniejsze wydarzenia. Przypomnę więc to, co napisałem o niej w sprawozdaniu tuż po wyprawie, bo po dwudziestu paru latach pamięć może zawodzić:



Jacek mówi, że atakowali Arjunę, lecz bez powodzenia. Założyli na lodowcu ‘składzik’. Próbowali wspinać się przez kocioł i lodowczyk w ścianie szczytu 5600 m. (Jacek w inny sposób określił, o który szczyt chodzi. Mając gorszy zestaw map niż my, nie znał wysokości tego szczytu) Wspomina, że załamanie pogody, które ja ze Staszkiem przeczekiwałem na wysokości 5200 m, przebiwakowali na wysokości 5700 m i osiągnęli grań (którą?), ale była zbyt ostra, by się nią wspinać.



W relacji tej jest wiele sprzeczności. Lodowczyk, o którym mówi Jacek, jest złudzeniem, gdy patrzy się z dołu. Dobrze to było widać z naszego obozu II. Naprawdę jest to pozorny ciąg pól lodowych. Lodowczyk ten nie istnieje w terenie, lecz w wyobraźni patrzącego z lodowca Kijai. Wysokości 5700 m nie można w tym rejonie osiągnąć, gdyż szczyt, w ścianie którego wszystko to się znajduje, ma 5600 m. Osiągnięcie jakiejkolwiek grani też jest mało prawdopodobne. Moim zdaniem, podawany przez niego przebieg wspinaczki był wytworem fantazji chłopców, którzy nie mogli się przyznać, że byli tak nisko.



[…]



Jacek mówi, że zamierzają teraz zaatakować jakiś łatwiejszy szczyt, a z Arjuny rezygnują. Zrozumiałem wtedy, że ma na myśli wspomniany już szczyt 5600 m, ale później, gdy analizowałem tę rozmowę szczegółowo, zacząłem mieć wątpliwości. Większość szczytów w otoczeniu doliny nie ma nazw, a z miejsca, w którym rozmawialiśmy, większości z nich nie widać. Mogłem więc źle zrozumieć.



Barbara opowiada, że gdy chłopcy szli się wspinać, siedziała w bazie sama i ‘dostawała bzika od szumu potoku’ (później, już po powrocie do Polski, opowiadała mi, że przez jedną noc leżała sama w namiocie, trzęsąc się ze strachu, podczas gdy w obozie buszowało jakieś zwierzę).



Jacek dziwi się, gdy opowiadam, jak przechodziliśmy progi. Oni trudności pierwszego nie odczuli, bo przeszli po naszej poręczówce, a ominięcia drugiego nie zauważyli i musieli wspinać się techniką hakową, by powiesić linę poręczową.”



Późnym wieczorem docieramy do bazy wysuniętej. Zaczyna padać deszcz ze śniegiem a w górach z całą pewnością śnieg. To może być początek górskiej zimy. Jesteśmy przekonani, że okres letniej pogody się skończył, więc Janek i Jacek nigdzie już nie pójdą. Nie doceniliśmy ich ambicji.



Rano schodzimy do bazy. Plecaki są już nieźle ciężkie, bo zwinęliśmy dwa obozy i bazę wysuniętą. W miarę, jak tracimy wysokość, śnieg zamienia się w deszcz. W sprawozdaniu z wyprawy, pod datą 16 września, napisałem:



„Przez chwilę rozważam czy nie powinniśmy zostać w dolinie i czekać na zejście grupy Janka. Jednakże, jest to zupełnie niemożliwe, bo nie mamy już żadnej rezerwy żywności. Musiałbym zostawić sześciu ludzi na kilka dni czekania i ciężką drogę do Lai zupełnie bez jedzenia. Na pewno źle by się to skończyło.



Pocieszam się, że załamanie pogody, które nastąpiło, zupełnie uniemożliwi im wyjście w góry. Musi przecież spaść wiele świeżego śniegu. Aby mieli szansę wejścia na jakikolwiek szczyt, potrzebują co najmniej sześciu dni pogody. Licząc, że dwa dni potrzebne im są na dojście z bagażem do miejsca, gdzie na 26 września umówili się z tragarzami i dzień na likwidację bazy, pakowanie itp., ponadto dzisiejszy dzień odpada z powodu złej pogody, to wystarczy by padało jeszcze jutro, aby nie mieli już po co wychodzić z bazy. Oczywiście, mogą jeszcze przedłużyć pobyt, ale na to już nic nie poradzę.



Schodząc, zostawiamy poręczówki, z myślą głównie o Barbarze.”



I dalej:



17 września. Pakujemy się i odpoczywamy czekając na tragarzy. Pada deszcz.



18 września. Staje się jasne, że skoro tragarze nie przyszli wczoraj, a dziś mieliśmy już wyjść z karawaną, to znaczy, że nie przyjdą. Z żywności zostało nam zaledwie kilka konserw. Decyduję, że w bazie zostaną Szłapacki i Gorgoń, a my zejdziemy do Lai i przyślemy tragarzy z następną porcją żywności, którą mamy w Lai (też nie jest tego za wiele). Zabieramy na drogę tylko jedną, ale dużą konserwę, a resztę pozostawiamy Szlapackiemu i Gorgoniowi, by mogli jakoś przetrwać kilka dni oczekiwania. Od rana cały czas leje. Pocieszam się, że dotychczasowy grad uniemożliwił już całkowicie Jankowi i Jackowi wyjście w góry. Mają już za mało czasu i napadało tyle świeżego śniegu, że myśl o wspinaczce nie ma sensu, więc nic już im się nie stanie.



Nie wziąłem wtedy pod uwagę ambicjonalnego podtekstu sytuacji. Oni nie mogli przejść do porządku nad faktem, że my ‘turyści’, których oni odrzucili jako zbędny balast, zdobyliśmy cztery szczyty, a oni - żadnego. Ich ambicja takiej klęski nie mogła znieść.



Około południa, w ulewnym deszczu, wyruszamy w dół. Dochodzimy do końca doliny i tam nocujemy.”



Wówczas nie rozumiałem, dlaczego tragarze nie przyszli. Pojąłem to dopiero, gdy lepiej poznałem Indie. A przyczyna była bardzo prosta. Ja im tłumaczyłem, używając mieszaniny słów z farsi i kaszmiri, że mają przyjść szesnastego września, a oni w ogóle nie znali kalendarza i nie wiedzieli, ani co to wrzesień, ani co to szesnasty.



Znów uciążliwy marsz doliną, tym razem w dół. W dodatku pada deszcz, co nie ułatwia zadania. Skały są śliskie, a na gałązkach gęstej roślinności pojawiła się stała przyjemność tropikalnego lasu: dżugi, czyli małe, wszędobylskie pijawki. Nie sposób się od nich opędzić, bo są wszędzie. Dżuga przysysa się do ciała całkowicie bezboleśnie i można tego w ogóle nie zauważyć. Wydziela jakąś substancję, która z jednej strony znieczula, a z drugiej powoduje, że krew nie krzepnie. Gdy dżuga już się odczepi, z wytworzonej przez nią ranki dalej cieknie krew. Po pewnym czasie marszu przez tropikalny las w deszczu, człowiek jest cały pokrwawiony jak rzeźnik. Dżugi nie są szkodliwe, nie przenoszą chorób, ale są za to wyjątkowo paskudne. Znajduje się je w butach, pod bielizną, pod pachami.



Po powrocie z wyprawy, jak zwykle, wór z brudnymi ciuchami stał nie rozpakowany przez kilka miesięcy. Przyszła jednak zima i trzeba było jechać w góry i to wszystko poprać. Nalałem więc wody do wanny i wrzucałem do niej ciuchy z wora. W ortalionowym skafandrze znalazłem zasuszoną dżugę. Myślałem, że jest martwa, bo wyglądała jak sucha frytka. Chciałem ją pokazać żonie, więc położyłem na brzegu wanny. Gdy po chwili wróciłem do łazienki, całkiem żywa i całkiem tłusta dżuga pływała w wannie zygzakiem.



Dochodzimy do końca doliny. Po drodze w paru miejscach przecinamy pasy stromych płyt, po których w tej chwili leci woda. Na trawersie jednego z nich Staszek obsuwa się i zaczyna spadać. Łapie się cherlawego krzaczka kilka metrów niżej i zawisa. Ma sporo szczęścia, bo pod nim jest sto metrów luftu do Kijajowej Wody, a ten krzaczek - to dosłownie byle badyl. Aż cud, że wytrzymał. Biwakujemy w lesie w ciągłym deszczu. Biwakujemy na głodno. Naszą jedyną konserwę zostawiamy na później. Przed nami kawał drogi.



19 września. Rozpoczynamy 1900-metrowe podejście na grań między doliną Kijai a doliną Sung Lai. Po drodze kilkakrotnie błądzimy. Józek zaczyna słabnąć z powodu braku wystarczającej ilości pożywienia. Biorę część ładunku z jego plecaka. Przy Biwaku z Tarantulami zjadamy naszą ostatnią konserwę. Dalej musimy już iść bez jedzenia, aż do Lai. Przed wyjściem na grań trzy godziny błądzenia, mimo że ja przechodzę tędy czwarty raz. Zaczyna słabnąć Staszek. Na wieczór schodzimy do doliny Sung Lai. Jest to bliżej, niż spodziewaliśmy się dojść. Cały dzień pada. Przykry, głodny biwak w Sung Lai.”



Tyle sprawozdanie. Było jeszcze błądzenie w poszukiwaniu początku podejścia. Gdybyśmy nie trafili we właściwy zachód, mogliśmy się wpakować w jakieś ogromne skalne ściany, których tu nie brak. 1900 metrów podejścia, a właściwie łatwej wspinaczki na żywca i na głodno, to też nie w kij dmuchał. Słabli nie tylko Józek i Staszek. Słabli wszyscy. To, że pierwszy osłabł Józek, góral z Żywca, człowiek żyła, z gatunku, co to kamieniem nie dobijesz, było dla mnie zaskoczeniem. Ale na głód nie ma mocnych.



Dużo poważniejsze błądzenie miało miejsce na końcu trawersów w kierunku doliny Sung Lai. Przez dobre trzy godziny nie mogliśmy znaleźć początku zachodu, którym się do niej schodzi. Ciągle różne błędne zachodziki wyprowadzały nas na krawędź ogromnej strefy przewieszonej. Gdy byliśmy już bliscy zwątpienia, wpadłem na pomysł, że po prostu jesteśmy za nisko. I to było właściwe rozwiązanie. Wspiąłem się wprost w górę czwórkowym kominkiem i od razu zauważyłem, że jestem tu, gdzie trzeba.



W Sung Lai rosły orzechy włoskie, ale były jeszcze niedojrzałe. Z głodu próbowaliśmy je jeść i wszyscy poparzyliśmy sobie wargi ich sokiem. Wcześniej zjedliśmy nasz ostatni prowiant: kilkanaście tabletek witaminy C w cukrowej polewie. Potraktowaliśmy ją jak cukierki. Następnego dnia rano, w powolnym tempie i w ulewnym deszczu, pokonujemy ogromne podejście na następną grań. Wszyscy już są bardzo słabi z głodu i potężnego wysiłku. Ja trzymam się z całego towarzystwa jeszcze najlepiej, co nie znaczy, że dobrze. Mój plecak staje się coraz cięższy, bo biorę od nich część rzeczy.



Po południu wychodzimy na ostatnią grań. Pogoda się nieco poprawia i wraca optymizm. Widać już Lai i wiemy, że dojdziemy, choć nogi mamy już wszyscy jak z waty. Od doliny Kijaj zrobiliśmy na głodno najpierw 1900 metrów podejścia, potem 1200 metrów zejścia i w końcu 800 metrów kolejnego podejścia. Teraz jeszcze kilometr w dół i koniec. To tak, jakby przelecieć się trzy razy z Morskiego Oka na Rysy i z powrotem na głodniaka. Proszę mi pokazać takiego, co nie osłabnie.



Chmury nieco się rozwiały i widać góry. Szczyty w otoczeniu doliny Bela pokryte są grubą warstwą świeżego śniegu. Nękani przelotnymi deszczami szybko schodzimy do Lai. Natychmiast przystępuję do umawiania tragarzy, którzy pójdą po Kubę i Szłapę.



Kuba, prowadzący dziennik, zanotował przebieg pogody tego dnia (20 września) w dolinie Kijai:



„- rano intensywny ciągły opad do godziny 11.30,



- godzina 13 - ponowny lekki opad,



- godzina 15.10 - opad intesywny do godziny 19.



Później pogoda dobra przez co najmniej tydzień (tyle czasu byliśmy jeszcze w niewielkiej odległości od gór i mogliśmy je widzieć). Śnieg, który spadł, już nie topniał.”



Według relacji Basi właśnie tego dnia Janek i Jacek po raz ostatni wyszli w góry, by nigdy już z nich nie powrócić.



Nie wiedzieliśmy wówczas, co dzieje się z trójką, która pozostała w dolinie Kijai. Byliśmy raczej przekonani, że opady śniegu definitywnie zakończyły ich wycieczkę, że nie pozostało im nic innego, niż zwijać interes i wracać. O tragedii i jej przebiegu dowiedzieliśmy się dużo później. Ale to osobny temat, do którego powrócimy w następnym rozdziale.



21 września wcześnie rano piątka tragarzy wyszła po Kubę i Szłapę. Zabrali dla nich papierosy i jedzenie. Górale z Lai tak przejęli się naszą opowieścią, że chłopcy nie mają co jeść, że pokonali trasę do doliny Kijai w zawrotnym tempie.



Jest to jedna z tych rzeczy, za które kocham Indie. To jest taki kraj i kultura, że nawet bardzo biedni ludzie starają się innym pomóc i często zupełnie bezinteresownie. Ci górale z Lai nie mieli żadnego interesu tak pędzić. Wręcz przeciwnie. Mieli płacone za każdy dzień karawany, więc powinni iść jak najwolniej. Jaki to kontrast w stosunku do krajów islamskich: Pakistanu, Afganistanu i Iranu, gdzie cały czas ma się niejasne uczucie, że rozmówca się uśmiecha, bo jesteś bogaty i może na tym skorzystać i nie masz pewności czy jak się odwrócisz, to ten uśmiechnięty jegomość nie walnie cię nożem. W Indiach, w Nepalu i w Tybecie ten uśmiech jest szczery.



23 września wracają tragarze z Kubą i Szłapą. Przegonili ich dolną ścieżką i chłopcy mają „oczy na szypułach”. Umawiamy karawanę mułów na drogę powrotną. Dopilnowuję, by tragarze umówieni z grupą Janka na 26 września po nich wyszli. Wychodzi pięciu tragarzy.



Wracamy do Polski. 28 września jesteśmy już w Jammu. 2 października w Delhi. 8 października, przez Rzym, w którym spędzamy trzy dni, docieramy do Warszawy. Jesteśmy w świetnych nastrojach. Nic jeszcze nie wiemy o wypadku. Tego samego dnia, 8 października, myśliwi z Lai znaleźli przypadkiem kompletnie wyczerpaną i załamaną Barbarę w dolinie Sung Lai, ratując jej życie. Janka i Jacka nigdy nie odnaleziono.



Powrót Baśki



Cofnijmy się nieco w czasie. Gdy wróciliśmy do Kishtwar, spotkaliśmy wyprawę do doliny Nandh kierowaną przez Mariusza Korasa. Mariusz był bardzo zaskoczony tym, że kilku członków jego wyprawy planowało  odłączenie się i przejście do doliny Kijai. W Kisthwar znaleźliśmy list zostawiony przez Janka i Jacka dla Wiesława K. i Boleslawa K., a zawierający opis dojścia do doliny. Jasne stało się, że rozłam był planowany jeszcze w Polsce, przed wyjazdem. Wyjaśniło się też, dlaczego Janek tak upierał się, by on albo Jacek wziął udział w rekonesansie.



Muszę tu zaznaczyć, że nie mam zwyczaju czytywać cudzych listów, ale była to kartka, której po prostu nie dało się nie przeczytać. Leżała na samym wierzchu wora z naszymi wspólnymi rzeczami. Zapewne, w zamyśle Janka, miał ją zabrać Wiesiek lub Bolek, a ja nie miałem nigdy jej zobaczyć.



Mariusz, podobnie jak ja, wpadł w nastrój daleki od zachwytu, gdy dowiedział się, że miał w gronie wyprawy spisek. Chyba każdego kierownika taka informacja by zbulwersowała, więc trudno się dziwić. Przy okazji dowiedzieliśmy się, dlaczego spiskowcy z Nanth nie dotarli do Kijai. Wiesław K. w ogóle nie wyjechał z Polski. Bolek K. został więc w tym spisku sam, a że wyprawa miała spore opóźnienie, tym bardziej nie zdecydował się na samotny wyłom. Teraz, w Kishtwar, usłyszał sporo gorzkich słów od kolegów. Złość innych była tym większa, że obaj panowie K., zdecydowanie nie zaliczający się do orłów alpinizmu, zostali zakwalifikowani na wyprawę z powodów „poza sportowych”, „dla uzupełnienia dalekich tyłów”, lub wręcz „z litości, niech sobie pojadą, co mają w domu siedzieć”. Przytoczyłem niektóre tylko wypowiedzi.



W Kishtwar spotkaliśmy też inne wyprawy polskie i niepolskie. Tu, blisko od gór, wszystko jest jasne i wiadome. Wszyscy wiedzą, co kto zrobił i jak. Nikt nie czaruje, że nie zakładał obozów i poręczówek. Nikt nie bajdurzy o „górach typu alpejskiego”, bo wszyscy pamiętają, jak bardzo w tych górach dostali w kość. Później, już w Polsce, obserwowałem zjawisko, które niechybnie miało zgubny wpływ na postępowanie Janka i Jacka. W publikowanych relacjach z wypraw, przejścia nagle nabierały „stylu alpejskiego”, ich czasy ulegały radykalnemu skróceniu, a wejścia na szczyty takie sobie urastały do sportowych wyczynów. Ta, niestety obecna i w poprzednich latach, wyprawowa mitomania była jedną z przyczyn licznych błędów, jakie popełnili nasi buntownicy.



Jest to cały temat wart zastanowienia. Mitologizacja własnych wypraw ma ten uboczny skutek, że ktoś w nią może uwierzyć. Pół biedy, gdy okazuje się, że góra - opisana jako straszna zerwa - jest w rzeczywistości pochyłym pagórem. Gorzej, gdy jest odwrotnie. W tym przypadku może pojawić się nawet kwestia odpowiedzialności za to, że zbyt słaby zespół uwierzył w zaniżający trudności opis i uległ wypadkowi. W innym, tylko za to, że ktoś wydał kupę pieniędzy, by pojechać na kraj świata i zamiast ściany zastać ściankę.



Jeden z moich byłych partnerów, który naprawdę nie ma powodów, by swoje przejścia podpierać bufonadą, bo wszyscy wiedzą, że jest świetny, na żadnym ze schematów nie podaje większych trudności niż V-, nawet gdy w rzeczywistości jest VII lub VIII. Po co to robi? Chyba tylko on sam to wie. Na jego opisach „Szare Zacięcie” to V-, „Kurtykówka” to IV+, i tak dalej. To jednak nie jest jeszcze specjalnie groźne, bo wszyscy wiedzą, że „do wyceny J.H. dodać dwa” i wszystko się zgadza. Zresztą na Czołówce czy Małym Młynarzu zbyt słaby zespół, który takiemu opisowi zaufa, co najwyżej nie oderwie tyłka od ziemi i to wszystko. Gorzej, gdy ktoś porwie się na siedmiotysięcznik, bo usłyszy, że tam „łatwo”.



Z „Kurtykówką” i mitomanią wiąże się zresztą pewna historyjka. Mój słowacki kolega Peter poszedł na „Kurtykówkę”, gdy jeszcze była to sensacja (pierwsze VI+ w Tatrach) i opisał ją właśnie na V- z komentarzem „Kurtyka jest łatwy”. Była to oczywista bufonada, bo Kurtyka łatwy nie jest. Sprawa była dosyć znana, ale mało kto zna jej ciąg dalszy. Otóż, ten że sam Peter naciął się na polską bufonadę odwrotną. Przeczytał w „Taterniku” relację z jednej z wypraw do Turcji czy Iranu pod tytułem „Trzy dni na… (tu była nazwa góry)”. Spotkałem później Petra w Kathmandu i musiałem wysłuchać całej litanii wkurzenia:



- Co oni tam, karwa, trzy dni robili? Co za szuhaj, karwa, to opisał? Pojechaliśmy specjalnie, a tu ściana sześć na dziewięć, w Wielickiej takie same stoją. Do obiadu byli na piku, zabili Cassina, a szli do kina!< D (Mieszanina słów polskich i słowackich.. Zabili Cassina, a szli do kina - wbili hak (marki Cassin) i szli do kina).



-Masz za swoje - powiedziałem - skoro Kurtyka był łatwy, to ta góra musiała być trudna. Jakaś równowaga się przyrodzie należy.



Obawiam się jednak, że moja odpowiedź była mało przekonująca. Ktoś z naszych kolegów się po prostu wygłupił. I nie on jeden zresztą. Dobre parę razy w różnych zagranicznych górach widziałem buńczucznie opisane przez kogoś ściany i żadnym sposobem nie mogłem dopatrzeć się w nich tych strasznych trudności, które miały ponoć tam występować.



Wróćmy jednak do mitomanii odwrotnej. Gdy wiele lat później redagowałem krótkotrwałe pisemko „Zerwa” (wyszły zaledwie trzy numery), pewna jednosezonowa gwiazdka kobiecego alpinizmu, o której dziś już nikt nie pamięta (bo i nie ma o czym), napisała do mnie list z wielkim pretensjami, że pominąłem jej wejście na Chen Tengri, które było ponoć wielkim wyczynem „zwłaszcza, że poręczówki były częściowo pod lodem albo porwane”. Chodzi oczywiście o cudze poręczówki. Niestety, jest to zjawisko nagminne, że wejścia w górach wysokich, dokonane po cudzych poręczówkach lub z korzystaniem z cudzych obozów, publikowane są często z pominięciem informacji o tych sztucznych ułatwieniach. Według mnie, jeśli korzysta się z cudzych poręczówek, powinno się uczciwie podawać, że jest to przejście niesamodzielne.



Swoisty rekord podobnej praktyki ustanowił pewien zespół w Tatrach. Prowadziłem solo nową drogę na Czołówce Mięgusza i, mniej więcej do połowy wysokości ściany, wisiały moje poręczówki. Całkiem przypadkowo w tym samym czasie inny zespół pozostawił dwie zwisające liny w górnej części ściany, na sąsiedniej drodze. Znalazło się dwóch takich misiów, którzy weszli po moich linach, po czym przesiedli się na liny sąsiadów. Pamiętam, że dziwiłem się wówczas, że chce im się przechodzić całą ścianę na poręczach, w ogóle się nie wspinając. Do czasu jednak. Gdy przygotowywałem do druku swój przewodnik taternicki, misie przysłali mi opis „nowej kombinacji wariantów” jako jej zdobywcy. Ponieważ pamiętałem, jak to było, odpisałem im, by nadali swej kombinacji nazwę „Świst Jumarów” i opisu nie opublikowałem.



O podobnej praktyce w stosunku do jednej z bardziej znanych dróg opowiadali mi, niezależnie od siebie, Jerzy Hirszowski i Wanda Rutkiewicz. W lecie 1962 roku wspinali się na południowej ścianie Wołowej Turni. W tym samym czasie, w połowie wysokości ściany, na lewo od nich, tkwiło pod przewieszką dwóch gości. Jurek i Wanda kończyli drogę i lada moment już by sobie z tej ściany poszli, gdy goście wydali z siebie straszny wrzask. Zapytali więc, czy coś się stało.



- Mate lano? (Macie linę? (słow)).- usłyszeli w odpowiedzi.



Oczywiście mieli linę i zrzucili ją tym Słowakom z góry. Pełne 80 metrów. Słowacy weszli po linie na prusikach. Wielkie było Wandy i Jurka zdziwienie, gdy później dowiedzieli się, że w ten sposób dokonało się pierwsze przejście pewnej sławnej drogi. Okazuje się, że „autorzy” drogi przebyli dwa ostatnie wyciągi, w tym najtrudniejsze jej miejsce, na prusikach po cudzej linie.



Dlaczego przytaczam te wszystkie przykłady? Po wypadku w dolinie Kijai wiele osób zaciekle krytykowało postępowanie Janka i Jacka jako niepoważne i nieodpowiedzialne. Nikt jednak nie poczuwał się do odpowiedzialności za to, że Janek uwierzył w jego mitomańskie relacje z Kaszmiru, za to, że na podstawie relacji z poprzednich wypraw uwierzył w „góry typu alpejskiego”, gdzie jest prawie tak samo, jak na Mont Blanc: gdy załamie się pogoda, to się przekibluje u Vallota (Schron na grani Mont Blanc), a jakby co, to przyleci „alueta” („Alueta” - spolszczona nazwa francuskiego śmigłowca Aluette przystosowanego do ratownictwa  górskiego).. Tylko, że na grani Arjuny Vallota nie ma, a „alueta” nie przyleci. Sprawdziłem: przed 1979 rokiem, czyli przed tym wypadkiem, w rejonie Kisthwar nie dokonano ani jednego wejścia w stylu alpejskim, natomiast roiło się od tego stylu w publikowanych relacjach.



Ósmego października lądujemy na lotnisku Okęcie w Warszawie. Dosłownie pięć minut po wejściu do domu dostaję telefon od ojca Barbary, który wyjechał po nią na lotnisko i oczywiście jej tam nie zastał. Ojciec Basi został zawiadomiony o przylocie wyprawy przez moją żonę, która nie miała pojęcia, że nie wracamy w komplecie i w dobrej wierze do niego zadzwoniła.



Mówię mu o odłączeniu się trójki i o tym, że wrócą zapewne później, bo deklarowali zamiar pozwiedzania Indii. Pyta czy nie warto by sprawdzić, czy są już w Delhi. Uważam, że sprawdzić nie zawadzi, ale jeśli jeszcze ich nie ma, to może znaczyć, że spokojnie zwiedzają Indie. Podaję numer telefonu i teleksu do ambasady w Delhi.



Jedenastego października ojciec Basi uzyskał połączenie teleksowe z Delhi i dowiedział się, że jeszcze nie było ich w ambasadzie. Jest mocno zaniepokojony, ale ambasada uważa, że „nie ma powodu do niepokoju, po prostu przedłużyli sobie wycieczkę”.



12 i 13 października ciągle nie ma ich w Delhi. To już zaczyna być trochę za długo, choć ciągle nie wiadomo czy nie opalają się na Goa, albo nie zwiedzają Benares. Postanawiam działać, mimo że mam wątpliwości, czy nie robię alarmu niepotrzebnie. Zawiadamiam, na razie ustnie, MSZ i PZA. Następnie zawiadamiam rodziców Jacka Szczepańskiego, a ojciec Basi zawiadamia rodziców Janka. Do tej pory nie chcieliśmy ich bez powodu denerwować. Teraz też nie wiemy czy alarm nie jest bezpodstawny, ale uznajemy, że lepiej zrobić alarm niepotrzebny, niż nie zrobić potrzebnego.



Rozmowa w MSZ jest jałowa. Mówię, że jako osoba znająca teren gotów jestem wrócić do Indii i wziąć udział w poszukiwaniach. MSZ nie widzi powodu, by mi pomagać. Sam nie jestem w stanie załatwić nowego paszportu (były to czasy, gdy paszporty oddawało się po powrocie z zagranicy, a wyrobienie kolejnego trwało minimum półtora miesiąca). Czego się zresztą mogłem spodziewać? Za komuny MSZ i ambasady bardzo mało przejmowały się losem polskich obywateli.



Jeszcze dziwniejsza była rozmowa w PZA. Dlaczego w ogóle zawiadamiałem PZA? Dziś bym tego nie zrobił, ale wówczas uważałem, że ta organizacja w jakiś sposób reprezentuje środowisko i że mogę liczyć na jej pomoc w ratowaniu kolegów. Naszych wspólnych kolegów. Jedynym rezultatem tej rozmowy było wydanie przez PZA oświadczenia, że „wyprawa nie była zatwierdzona przez PZA”. W celu udzielenia pomocy w ewentualnej akcji ratunkowej nie kiwnięto nawet palcem.



Muszę tu wyjaśnić pewną okoliczność, która dla części czytelników może być niejasna. Wyprawa rzeczywiście nie była zatwierdzona przez Polski Związek Alpinizmu dlatego, że nie istniał taki wymóg formalny, obowiązek czy przepis. Tak wtedy, jak i obecnie, PZA może zatwierdzać tylko te wyprawy, które sam organizuje. Nasza wyprawa była organizowana w ramach PTTK a nie PZA i była zatwierdzona przez Komisję Turystyki Górskiej PTTK. Polski Związek Alpinizmu nie miał tu nic do rzeczy. Nie mógł zatwierdzać tej wyprawy (lub zatwierdzenia odmówić) nawet, gdyby bardzo chciał.(Nawiasem mówiąc, do dziś uważam, że jakiekolwiek zatwierdzanie wypraw jest absurdem. Wolny obywatel wolnego kraju ma prawo pojechać gdzie chce i z kim chce, a urzędnikom nic do tego. PZA nie musiał też w ogóle zajmować w tej sprawie żadnego stanowiska. To oświadczenie było po prostu przejawem nadmiernego asekuranctwa. Było to obrzydliwe odcięcie się od kolegów, którzy być może gwałtownie potrzebowali pomocy w górach (wówczas nie wiedzieliśmy przecież, co naprawdę się stało).



15 października, po dwóch dniach bezskutecznych prób namówienia kogokolwiek do podjęcia jakiegoś działania, składam w MSZ powiadomienie na piśmie o zaginięciu trzech osób w Indiach. Mam nadzieję, że pisemnego dokumentu urzędnicy nie będą już mogli zignorować.



Zadziałało. Ale zadziałało na zasadzie, której się nie spodziewałem. Ruch w pokojach wywołało nie tyle moje zawiadomienie, co zawarte w nim nazwisko Szczepański. Jedną z czołowych postaci komunistycznej elity był wtedy wszechwładny szef Radiokomitetu Maciej Szczepański. Nie wiem do dziś czy Maciej Szczepański był w jakikolwiek sposób spokrewniony z Jackiem Szczepańskim i nie mam ochoty tej okoliczności dociekać. Wiem natomiast na pewno, że nie podejmował on w tej sprawie żadnej interwencji. Urzędniczą panikę i nadgorliwość spowodowała sama myśl, że ewentualnie mógłby.



Już następnego dnia ambasada zwraca się o pomoc do rządu Indii. Hindusi wysyłają wojskowy helikopter do Atholi (większej wsi w okolicy doliny Kijai), który zastaje tam Baśkę. Tylko Baśkę. Informacja, jaką dostaję z MSZ, jest niezwykle lakoniczna, ale i tak wiem, co to znaczy: „Helikopter armii indyjskiej odnalazł Barbarę Oficjalską w miejscowości Atholi. Poszukiwania Jana Oficjalskiego i Jacka Szczepańskiego trwają bez rezultatu.”



Komunikat mówi o poszukiwaniach, ale dla każdego, kto choć trochę zna góry, jest jasne, że szanse, by żyli, są znikome. Alpiniści nie gubią się w górach, jeśli żyją. To się zdarza turystom, że gdzieś zabłądzą i trzeba ich szukać, ale przypadki, by alpinista zaginął i następnie odnalazł się żywy, można policzyć na palcach jednej ręki. Ci nieliczni zaginieni, którzy przeżyli, też odnajdywali się po jednym, dwóch dniach. Rzadko dłużej, ale nawet jeśli, to niewiele dłużej.



Dzwonię do pana Szczepańskiego, ojca Jacka. Powtarzam dosłownie treść komunikatu. Pan Szczepański stara się rozmawiać ze mną spokojnie, choć wiem, że musi go to sporo kosztować. W tle słyszę narastający, potworny krzyk matki Jacka. Musiała słuchać przez drugą słuchawkę. Teraz i ja z trudem zachowuję spokój. Ten krzyk będę pamiętał do końca życia.



Wieczorem dowiadujemy się nieco więcej z komunikatu PAP. Chłopcy wyszli w góry 26 września i nie powrócili. Barbara została odnaleziona po 18 dniach przez miejscowych myśliwych i dotarła do Atholi, gdzie znalazł ją helikopter. Dla mnie wszystko jest już tragicznie jasne. Wyszli w góry 26 dni temu. Nie ma żadnych szans, by żyli.



Rodzice Jacka nie chcą się pogodzić z tą nieubłaganą logiką. Za wszelką cenę chcą ratować syna. Rodzice Janka przyjmują fakty do wiadomości. Nie chcą się z nikim widzieć, o niczym rozmawiać. Proszą, by zostawić ich w spokoju z tą tragedią.



Przez kilka następnych dni, razem z panem Szczepańskim, gorączkowo staramy się pomóc w poszukiwaniach, które zorganizowała ambasada. W tamtym czasie łączność z Delhi nie była taka łatwa, jak obecnie. Nawet zwykły telefon był problemem. Dzwoniło się najpierw na ręczną centralę międzynarodową i zamawiało rozmowę do Aten. Następowało kilka godzin czekania. Po uzyskaniu połączenia trzeba było wytłumaczyć telefonistce w Atenach, że ma nas połączyć z Kairem, a następnie telefonistce w Kairze, że ma połączyć z Delhi, gdzie kolejna telefonistka dopiero łączyła do ambasady. Wszystko to trwało bardzo długo, próby trzeba było ponawiać kilka razy, bo ciągle zdarzały się przypadkowe zerwania połączenia. No i na końcu mogło się okazać, że nic nie słychać i całą akcję trzeba powtórzyć od początku. Mimo to udało mi się z Wojskowej Agencji Fotograficznej przesłać faksem zdjęcia otoczenia doliny i narysowaną naprędce mapkę. Pierwszy raz w życiu widziałem wówczas telefaks (który nawet się jeszcze tak nie nazywał, a poza wojskiem mało kto wiedział, że takie urządzenie w ogóle istnieje).



Dowiadujemy się, że ambasada wysłała do doliny Kijai trzech ludzi, którzy przypadkowo w tym czasie byli w Delhi: Chrystiana Parmę, Marka Kaniewskiego i Stanisława Rudzińskiego. W pełni rozumiem szlachetne intencje kolegów, ale mam wrażenie, że rozpoczęto akcję ratunkową od powtarzania błędów ofiar wypadku. Bardzo trudno to jednak wytłumaczyć urzędnikom z MSZ, którzy nie znają się na alpinizmie ani na ratownictwie górskim, natomiast porozumienie się z ambasadą jest tak trudne, że niemal niemożliwe.



Tymczasem błędy popełniono kardynalne i to od razu całą serię:



1. Znowu w dolinie jest trzech ludzi i to stanowiących zespół jeszcze słabszy, pod względem umiejętności alpinistycznych, niż poszukiwani. Janek i Jacek, mimo wszystkich błędów, jakie popełnili, byli jednak całkiem niezłymi wspinaczami. W tej trójce umiejętności alpinistyczne, na w miarę przyzwoitym poziomie, ma tylko Parma, zaś pozostali - głównie dobre chęci.



2. Zespół nie ma żadnej łączności, więc nie może wezwać posiłków, ani przekazać jakiejkolwiek informacji, dokąd nie wróci przynajmniej do Kisthwar. Nawet gdyby znalazł poszukiwanych przy życiu, to na zawiadomienie o tym kogokolwiek potrzebuje minimum pięciu dni.



3. Trzy osoby bez specjalistycznego sprzętu i bez środków łączności praktycznie nie mogą udzielić żadnej pomocy rannym. Nie są też w stanie przetransportować rannych, a nawet tylko jednego rannego, w rejon łatwiej dostępny.



Po co więc w ogóle zarządzono taką akcję?



W całej tej sprawie splatały się motywacje, z jednej strony ludzi, którzy musieli się wykazać, że coś robią, a z drugiej strony ludzi, którym etyka taternicka nie pozwalała odmówić spieszenia na pomoc kolegom, niezależnie od tego, co o celowości akcji myśleli. Pytano mnie później wielokrotnie, dlaczego nie odmówiłem udziału w tej akcji. Przecież nie mogłem. Wyobraźmy sobie, co by było, gdybym odmówił: był kierownikiem wyprawy, od której się odłączyli, a kiedy ulegli wypadkowi, odmówił pójścia na pomoc!



Tuż przed moim wyjazdem do Indii na akcję ratunkową zadzwonił do mnie niejaki Włodzimierz Krzyżanowski. ze „Sztandaru Młodych” i koniecznie chciał zrobić ze mną wywiad na temat wypadku. Odmówiłem mu i myślałem, że na tym koniec. Tymczasem tenże pan, nie mogąc uzyskać ode mnie wywiadu, opublikował wywiad zmyślony. Do tego dołączył wypowiedź sekretarki zarządu PZA, Hanny Wiktorowskiej, o tym, że „wyprawa nie była zatwierdzona przez PZA”, ale oczywiście przemilczając, iż była zatwierdzona przez KTG, a PZA nie miało tu nic do rzeczy, a na koniec dodał wypowiedź jednego z nestorów GOPR-u, cytującego Wawrzyńca Żuławskiego: „przyjaciela nie zostawia się nawet, gdy jest bryłą lodu”. Tenże nestor GOPR-u, swoją drogą bardzo porządny człowiek, kompletnie nie wiedział, o co chodzi. W dodatku był już wtedy staruszkiem cierpiącym na potężną sklerozę. Skoro dziennikarz zapytał go czy można porzucić w górach przyjaciela, to odpowiedział, że nie można. I słusznie. Ja też bym tak odpowiedział.



Oczywiście redakcja poinformowała czytelników, że trwa akcja ratunkowa („na koszt państwa!”), ale zapomniała poinformować, że biorę w niej udział. Oczywiście redakcja sama tego nie wymyśliła. Inspiracja Służby Bezpieczeństwa, by dowalić dysydentowi, kierownikowi wyprawy, co śmiała nazwać górę Jan Paweł II, była oczywista. Służby specjalne PRL już o tej nazwie wiedziały, a PZA zdążył już nawet się od nas odciąć w oficjalnym oświadczeniu i to nie z powodu wypadku (o wypadku jeszcze w tym momencie nikt nie wiedział). Powodem była nazwa góry, która mogła popsuć PZA ciepłe stosunki z władzą. W tym artykule zrobiono ze mnie niemal mordercę. Nie muszę chyba wyjaśniać, że wówczas człowiek opluwany z inspiracji SB nie miał żadnych możliwości obrony ani sprostowania.



Prowadzę w MSZ dość jałowe rozmowy i tłumaczę, że szanse znalezienia chłopców żywych są bliskie zera a może i żadne. Że jeśli już ktoś koniecznie musi robić akcję ratunkową, to niech ona ma chociaż ręce i nogi. W Indiach i w Nepalu jest cała masa wracających wypraw, a więc są alpiniści z prawdziwego zdarzenia, co znają się na rzeczy. Taką akcją powinien kierować alpinista z autorytetem. Takiej akcji trzeba zapewnić odpowiedni sprzęt i łączność… Spotykam się nawet z ministrem i przedstawiam cały referat, co jest potrzebne a co nie. Przedstawiam też swoją opinię, że zaginionych nie można uratować, bo akcja ratunkowa może do nich dotrzeć najwcześniej w 44 dni odkąd wyszli w góry. Trzeba więc rozważyć celowość narażania innych ludzi. W odpowiedzi dowiaduję się, że do Indii zostanie wysłany ratownik GOPR, Wincenty Cieślewicz, z psem lawinowym. Mam wrażenie, że biorę udział w jakimś tragicznym teatrze absurdu.



Pan Szczepański prosi mnie, bym wziął udział w akcji. Odmówić nie mogę, ale zastrzegam, że nie widzę szans powodzenia. Mówię wyraźnie: moim zdaniem chłopcy nie żyją. Gdyby choć jeden z nich żył, dawno by dotarł do ludzi.



- Znam te argumenty - mówi pan Szczepański - ale nie zazanałbym spokoju do końca życia, gdybym nie zrobił wszystkiego dla ratowania syna.



Strasznie mi żal tych głęboko nieszczęśliwych ludzi. Chcą sprzedać samochód, by sfinansować akcję. Gotowi są poświęcić wszystko i kurczowo czepiają się ostatniej nadziei. Tej nadziei, której według mnie nie ma. Cóż ja mogę dla nich zrobić? Chyba tylko to, iż, biorąc udział w akcji, pomogę im mieć czyste sumienie, że dla ratowania Jacka zrobili wszystko, co mogli. Niezależnie od tego, co myślę o celowości tej akcji, nie mogę na nią nie pojechać.



Nagle wszystko, co w PRL-u zawsze było niemożliwe, stało się możliwe. W ciągu zaledwie czterech godzin dostaję nowy paszport, mam załatwioną wizę, kupiony bilet lotniczy i siedzę w samolocie. Zamiast Wincentego Cieślewicza, leci ze mną Franek Spytek z psem Bućkiem.



Franek też uczciwie przedstawia panu Szczepańskiemu i urzędnikom z MSZ, co myśli o celowości tej akcji, a myśli mniej wiecej to samo, co ja. Jednak jest ratownikiem GOPR i składał przysięgę, że nigdy nie odmówi niesienia pomocy w górach.



Obaj uważamy, że absurdem jest ciągnięcie w Himalaje psa. Pies może znaleźć człowieka zasypanego lub zaginionego, ale musi mieć jakiś określony kierunek szukania. W tym przypadku nic nie wskazuje na to, że chłopcy zginęli akurat w lawinie. Poza tym pies, tak jak człowiek, potrzebuje aklimatyzacji. Nie można go, ot tak, wysadzić z helikoptera na czterech tysiącach, jeśli dotąd nie przekraczał w swoim życiu wysokości rzędu dwóch tysięcy. W tym przypadku pies mógłby szukać ludzi najwyżej w dolnych partiach doliny, a jest wyjątkowo mało prawdopodobne, by zaginęli właśnie tam. Decyzję o wysłaniu na akcję psa podjął ktoś w MSZ, a MSZ uważa swoje decyzje za niepodważalne i poza dyskusją. Obaj z Frankiem wiemy, że najwyższa pora, by kierowanie akcją przejął ktoś znający się na rzeczy. Inaczej MSZ za chwilę wyśle na nią płetwonurków, różdżkarzy, łódź podwodną albo szybowiec.



Jedziemy na lotnisko i od razu okazuje się, że jest kłopot z zabraniem psa do samolotu. Przepisy lotnicze mówią, że pies powinien lecieć w luku bagażowym, w klatce. Franek ostro protestuje. Luk bagażowy nie jest hermetyczny, tak jak kabina pasażerska. Bućko by tam chyba oszalał, zamknięty w ciasnej klatce przez wiele godzin w rozrzedzonym powietrzu i w niskiej temperaturze. Franek przekonuje, że to jest pies lawinowy, który musi mieć super czuły węch, nie może być narażony na stresy. Wiem, że Franek po prostu boi się o Bućka. Jest z tym psem bardzo mocno związany. Dla niego to nie jest jakiś tam pies, tylko najbliższy przyjaciel. Na nasze szczęście dyskusję przesądza zbyt mała klatka. Bućko jest bardzo dużym wilczurem i do tej klatki nie zmieści się żadnym sposobem. Obsługa lotniska postanawia odwołać się do decyzji pilota.



Przychodzi pilot i już wiem, że nasi górą. Pilot jest bardzo fajnym facetem, który kocha psy i mówi tylko, żeby wsadzić nas do przedziału dla VIP-ów, „no i oganiajcie się od stewardes, żeby wam psa na śmierć nie zapieściły”.



Niestety, LOT-owska załoga może nam załatwić przewóz psa w kabinie tylko do Moskwy. Dalej jesteśmy zdani na Aerofłot i jego humory. Jednak, wbrew obawom, w Moskwie poszło nam nadspodziewanie łatwo. Ponoć załogi Aerofłotu są przyzwyczajone, że samolotami latają ludzie z kozami, kurami, więc może być i pies. W Delhi na lotnisku, jeszcze w strefie tranzytowej, czeka na nas polski konsul, pan Jan Wawrowski. Wychodzimy przejściem dla VIP-ów, praktycznie bez żadnej odprawy. Całe szczęście, bo przy normalnej odprawie mogłoby komuś wpaść do głowy, że pies ma odbyć kwarantannę.



Jedziemy do ambasady na Chanti Path. Ambasada PRL w Delhi jest niezwykle luksusowym i nowoczesnym budynkiem. Trochę razi mnie ten przepych w tak biednym kraju, zwłaszcza że ambasady innych państw, nawet bogatszych od Polski, nie są tak wystawne. Spotykamy się od razu z ambasadorem i dowiadujemy się, że będziemy mieli do dyspozycji wszystko, co trzeba, samochody, helikoptery… Na razie zostajemy zakwaterowani w klimatyzowanym apartamencie. Jutro mają przybyć inni uczestnicy akcji, jeszcze nie wiemy kto, oraz ma powrócić grupa poszukiwawcza Parmy.



Trzeba się zająć zdobyciem pożywienia dla psa, a nie jest to proste, bo Bućko musi być karmiony w specjalny sposób, aby nie stracił rewelacyjnego węchu. Bućko jada tylko surowe mięso, surowe ryby i surowe jajka. Tymczasem Indie - to kraj hinduistyczny, wegetariański. Dziś jest już w Delhi bardzo dużo sklepów, w których można bez problemu kupić mięso, ale wówczas, w 1979 roku, mięsem handlowano tylko w jednym miejscu tego miasta: na cmentarzu muzułmańskim. Wiem, że brzmi to szokująco, ale tak było. Mniejszość islamska w Delhi jest nieliczna, więc cmentarz przy meczecie był miejscem, w którym koncentrowało się całe jej życie, w tym handel.



Razem z nami do Delhi przyleciały dwie studentki orientalistyki, które mają tu przez dwa lata uczyć się języka hindi. Są pierwszy raz w Indiach i w ogóle w Azji, a dla takich nowicjuszek pierwsze zetknięcie z Indiami bywa szokujące. W 1979 roku ten szok był dużo większy niż obecnie, bo w ostatnich latach Indie bardzo się zmieniły. Wówczas był to kraj, w którym ludzie na co dzień umierali z głodu. Chodząc po Delhi, Bombaju czy Kalkucie, widywało się niemal codziennie zwłoki ludzi, którzy zmarli z niedożywienia. Poza tym była niesamowita masa żebraków. Przez Connaught Place (W późniejszych latach zabroniono wstępu żebrakom na Connaught Place), centralny plac Delhi, po prostu nie można było spokojnie przejść, by nie zostać otoczonym przez tłumek żebraków, kalek, żebrzących dzieci. Częstym widokiem był żebrak podsuwający nam pod nos ciałko zmarłego kilka dni temu małego dziecka lub obrzydliwe rany będące wynikiem trądu. Napisałem wcześniej, że kocham Indie. To prawda, ale ja ten kraj znam. Wiem, że poza nędzą, brudem, tłumem, gigantycznym ruchem na ulicach, w Indiach są jeszcze wspaniali ludzie, starożytne zabytki, cuda starej architektury, jak Tadż Mahal w Agrze, wspaniała muzyka… Dla nowicjusza - to tylko smród, brud i nędza.



Dziewczyny przeżyły już ze mną pierwszy spacer po Delhi i były dość mocno przerażone. Gdy jechaliśmy kupować mięso dla Bućka, zabraliśmy je ze sobą, by się nie nudziły. Nie było w tym żadnego podstępnego zamiaru z mojej strony. W tym momencie nie wiedziałem jeszcze, jak to miejsce wygląda.



Wjechaliśmy samochodem ambasady w wąskie uliczki koło islamskiego cmentarza. Dalej trzeba było iść piechotą. Nagle znaleźliśmy się w tłumie ludzi idących na pogrzeby. W Indiach nie używa się trumien. Zwłoki transportowane są na noszach, owinięte w całun, tak że widać sylwetkę zmarłego. Weszliśmy w uliczkę handlową i to było po prostu przedpiekle (dla nieprzyzwyczajonych). Między rzędami stołów, na których ćwiartowano mięso, tragarze nosili zmarłych, a na daszkach straganów siedziały rzędy sępów i orlików, czatujących, co by tu dziobnąć. Jedna z panienek doznała takiego szoku, że już na drugi dzień była z powrotem w Warszawie.



Następnego dnia przyjeżdżają uczestnicy dwóch wypraw: gdańskiej wyprawy na Daulaghiri i śląskiej wyprawy na Lhotse. Do tego jeszcze parę osób z innych wypraw. Nagle okazuje się, że jest nas cały tłum i wszyscy chcą brać udział w tej akcji. Udajemy się z Frankiem ponownie do ambasadora. Mówię, że taki tłum tu nie jest potrzebny. Wystarczy wybrać kilka naprawdę kompetentnych osób, a przede wszystkiem ustanowić kierownika akcji. Proponuję Andrzeja Czoka, alpinistę o wielkim autorytecie, którego nikt nie zakwestionuje, a zarazem człowieka tak zrównoważonego, że pokłócić się z nim może tylko jakiś skrajny furiat. Odbywa się wielkie zebranie, w wyniku którego Andrzej zostaje kierownikiem akcji. Wszyscy też upoważniamy go do wybrania z tego tłumu uczestników wyprawy poszukiwawczej.



Andrzej Czok postanawia, że w akcji wezmą udział chłopcy z grupy już działającej w górach (Parma, Kaniewski



i Rudziński) oraz Jurek Kukuczka, Tadek Szulc, Franek Spytek, Ania Pietraszek i ja. Daje to razem dziewięć osób. W razie potrzeby mamy w zapleczu sporą grupę naprawdę dobrych alpinistów z obu wypraw, którzy jeszcze przez kilka dni pozostają w Indiach. A jest w Delhi parę prawdziwych gwiazd, jak Wojtek Kurtyka, Walek Fiut, Adam Bilczewski. Ze strony ambasady łącznikiem ma być konsul Jan Wawrowski, a ze strony władz Indii - pełnomocnik ministra turystyki rządu stanowego w Kaszmirze, pan N.C. Kohli.



Po południu przylatuje z Jammu Barbara. Jest w lepszym stanie, niż się można było spodziewać. Przede wszystkim nadspodziewanie dobrze się trzyma psychicznie. A przecież przeżyła prawdziwy koszmar. Dopiero tu, w Delhi, poznaję całą historię jej powrotu. Basia mówi, że przeżyła, bo woli walki dodawała jej myśl o zostawionej w kraju córce. Gdyby nie miała dziecka, pewnie wcześniej by się załamała.



Po naszym rozstaniu przez cztery dni panowała fatalna pogoda. Padał śnieg. Później się przejaśniło. 20 września Janek i Jacek wyszli w góry. Powiedzieli Basi, że idą zlikwidować założony na lodowcu składzik, a jeśli poprawi się pogoda, „to może pójdą gdzieś się wspinać”. Zabrali ze sobą żywność na pięć dni i lekki sprzęt biwakowy: płachtę, kurtki puchowe, jedną nogę słonia (Noga słonia - krótki śpiwór puchowy obejmujący tylko dolną część ciała.), karimaty. Basia została sama w bazie. Tylko ona sama mogłaby opowiedzieć, co przeżyła. Ja mogę się tylko domyślać i podjąć próbę rekonstrukcji na podstawie nielicznych znanych mi faktów.



Samotna dziewczyna, z doświadczeniem tylko skałkowym i turystycznym, w ogromnych górach. Chłopcy nie wracają, jeden dzień, drugi, trzeci… Najpierw myśli, że poszli się wspinać, ale z każdym kolejnym dniem narasta niepokój. Basia nie ma w bazie nic do roboty. Ile czasu można sprzątać w namiocie i gotować dla jednej osoby? Z lasu dochodzą porykiwania niedźwiedzi. Ze Żlebu Micka Jaggera spadają ciągle kamienne lawiny. Z miejsca, w którym znajduje się baza, widok jest bardzo ograniczony. Górnej partii doliny stąd nie widać. Pewnej nocy jakieś duże zwierzę, prawdopodobnie niedźwiedź, buszuje po bazie. Zwala namiot, rozwala konserwy. Barbara przerażona leży nieruchomo, udając, że jej nie ma. Nawet nie zobaczyła, co to było.



Mijają kolejne dni. Nic się nie dzieje, a jej niepokój narasta. Po ośmiu dniach postanawia działać. 29 września wyrusza na poszukiwanie chłopców. Przechodzi progi na lodowcu po poręczówkach. Pierwszy - to nie problem. Pionowy odcinek jest tu krótki. Gorzej z drugim progiem. Barbara nie wie, że można go obejść, tak jak my to robiliśmy. Długi odcinek poręczówki na drugim progu wisi w powietrzu. Basia nigdy przedtem nie podchodziła po linie na jumarach. Obracała się w środowisku alpinistów, jeździła z nami w skałki, więc widziała, jak inni to robią, ale widzieć, a zrobić samemu, to nie to samo. Coś tam prawdopodobnie źle zawiązała, bo w pewnym momencie odczepił jej się piersiowy jumar i zawisła tylko na nożnym. Niejeden wspinacz by w tej sytuacji zgłupiał. Basia była jednak tak zdeterminowana, że dała sobie radę.



Wchodzi na górny lodowiec i po raz pierwszy widzi właściwe góry. Nie wie nawet, która góra jest która. Może zidentyfikować tylko Arjunę i Brammah II, bo to najwyższe szczyty w okolicy. Zapada wieczór. Góry są przeraźliwie puste. Nikt nie odpowiada na wołanie, po zmroku nie widać żadnego światełka. Martwa cisza.



Następnego dnia rano dochodzi do bariery seraków przecinającej cały lodowiec. Znajduje składzik sprzętu zostawiony przez chłopców. To niemal cud, że go znalazła. Lodowiec jest ogromny, ma ponad kilometr szerokości, a ona przecież nie miała żadnego opisu, gdzie się ten składzik znajduje. W składziku są trzy konserwy, torebka pierników, kilka torebek zup w proszku, spodnie przeciwwiatrowe i haki lodowe. A więc chłopcy wzięli sprzęt do wspinaczki, która musiała być niezbyt długa (zostawili część żywności).



Mogli mieć ze sobą żywność najwyżej na 2-3 dni (wyjściowo mieli na pięć, a część zostawili). Zabrali tylko haki skalne, poszli więc na skalną wspinaczkę. Jest 30 września, dziesięć dni od ich wyjścia w góry.



Analizując te fakty po latach, uważam, że już wtedy sytuacja była tragicznie jasna. Janek i Jacek, mając ze sobą żywność na najwyżej trzy dni i bardzo lekki sprzęt biwakowy, przez dziesięć dni nie zeszli na lodowiec. W końcu września temperatury na wysokości pięciu tysięcy metrów kształtują się na poziomie od - 30 do - 40 stopni Celsjusza. Gdy lecieliśmy z Frankiem do Delhi, czyli w drugiej połowie października, poprosiłem pilota, za pośrednictwem stewardessy, by zwrócił uwagę, przy schodzeniu do lądowania, jaka jest temperatura na pięciu tysiącach. Otrzymałem odpowiedź: - 50 stopni Celsjusza.



Kompletną zagadką pozostaje, gdzie oni poszli, ale gdzie by nie poszli, to gdyby żyli albo gdyby choć jeden z nich żył, to dawno by dotarł na lodowiec, a nawet do bazy. Jest zupełnie niemożliwe, aby człowiek ranny, bez jedzenia, przetrwał około tygodnia, w dodatku przy tak niskich temperaturach. Zdrowy mógłby przetrwać nawet dłużej, ale zdrowy dawno by zszedł na dół. Do dziś nie wiadomo, co się stało, ale najbardziej prawdopodobne jest to, że obaj spadli w czasie wspinaczki skalnej.



Basia zostawiła w składziku list do chłopców, w którym napisała, że idzie po pomoc, i zaczęła zejście.



Na progach znów przeżyła ciężkie chwile. Pierwszy raz w życiu musiała zjechać na linie. Oczywiście teoretycznie wiedziała, jak to się robi, ale każdy słuchacz kursu dla początkujących też teoretycznie wie, a mimo to instruktor musi wszystko mu sprawdzić i wręcz wsadzić go w zjazd. Barbarze nie miał kto pomóc. Sama musiała przełamać strach przed wysokością, przed powierzeniem życia linie cienkiej jak ołówek. Pamiętam, jak się bałem, gdy pierwszy raz w życiu zjeżdżałem na linie. A przecież obok mnie była gromada ludzi, kolega sprawdził mi wszystkie węzełki i miałem dodatkową asekurację z drugiej liny. Aż trudno sobie wyobrazić, jaką próbę dzielności i odwagi musiała przeżyć Barbara. Sama w ogromnych, pustych, mroźnych górach, bardzo daleko od najbliższych ludzi, ze świadomością, że jej mąż niemal na pewno nie żyje.



Dochodząc do bazy, przez chwilę miała jeszcze nadzieję, że może się minęli. Może ona poszła do góry, a w tym czasie chłopcy zeszli do bazy. Ale nie, koniec złudzeń. W bazie nie ma żadnych śladów czyjejkolwiek obecności. Każdy przedmiot leży tam, gdzie go zostawiła. Drugiego października zaczyna zejście doliną. Minęło dwanaście dni od ich wyjścia.



Zejście doliną nie jest proste. Do rejonu naszej bazy i mostu są pewne trudności terenowe, ale Barbara przechodziła ten odcinek kilka razy, więc przynajmniej nie błądzi. Dalej jednak zaczynają się problemy. Na odcinku „pionowej ziemi” w pobliżu mostu, i na moście, nie ma poręczówek. Tragarze, którzy byli z nimi umówieni w tym miejscu 26 września, zwinęli liny. Trudno się tym kaszmirskim góralom dziwić. W umówionym miejscu nikogo nie zastali. Nie wiedzieli, że dalej, jeden dzień drogi w górę doliny, Barbara siedzi samotnie w swojej bazie i wyczekuje powrotu chłopców. Dlaczego zdjęli poręczówki? Po pierwsze, nie wiedzieli, co to jest poręczówka i do czego służy. Ich technika zabezpieczania trudniejszych miejsc w terenie oparta była na żerdziach a nie na linach. Po drugie uważali, że te liny są zgubione lub porzucone, a dla ludzi żyjących bardzo biednie, w ciężkich warunkach, mocna, nylonowa lina jest bardzo cennym nabytkiem. Z całą pewnością nie mieli oni świadomości, że odcinają komuś odwrót.



Barbara musiała zejść na żywca przez „pionową ziemię”. Pamiętam, jaką trudną i delikatną wspinaczkę musiałem odbyć, by ten odcinek zaporęczować. Basia nie miała wyboru. Zaczęła schodzić… i spadła. Spadła około 8-10 metrów i mocno zraniła się w nogę. Jakiś ostry kamień przeciął jej głęboko udo na przestrzeni kilkunastu centymetrów. To już była sytuacja naprawdę groźna. Barbara miała przed sobą do pokonania wiele kilometrów bardzo skomplikowanego i trudnego terenu. Nawet gdyby nie błądziła, minimum trzy dni drogi. Tak duża rana nie tylko utrudniała marsz, ale i groziła infekcją, a to byłby już koniec.



Największym niebezpieczeństwem w górach jest odległość od ludzi. Wcale nie skały, stromizny, lawiny, tylko odległość, która powoduje, że lekko ranny albo tylko osłabiony człowiek, zanim doczeka się pomocy, może już nie żyć. Przypomniałem sobie przygodę z Hindukuszu. Gdybym po zejściu ze szczytu zastał bazę tam, gdzie być powinna, to nie znalazłbym się w żadnym niebezpieczeństwie. Ponieważ jednak musiałem jeszcze samotnie przejść około 130 kilometrów, to mało nie odjechałem w zaświaty. Gdyby Basia przemierzała drogę powrotną w grupie ludzi, to też by jej nic nie groziło, ale samotna dziewczyna, ranna, w trudnym terenie, w lesie pełnym niedźwiedzi, tygrysów i panter…



Barbara zachowała się bardzo rozsądnie. Zagotowała wodę, przemyła ranę, zrobiła sobie najlepszy opatrunek, jaki mogła. Niestety rana na pewno nie ułatwiała jej marszu, a zapach krwi mógł zwabić drapieżniki. Doszła do wylotu doliny i zaczęło się błądzenie na wyjściowych graniach. My też w tym rejonie błądziliśmy, ale nas było czterech silnych i zdrowych chłopów. W dodatku ja szedłem tą drogą czwarty raz. Basia przeszła ten szlak tylko raz i to w przeciwnym kierunku. Była od nas słabsza fizycznie, w dodatku ranna i więcej błądziła. Dotarła do dna doliny Sung Lai i tam utknęła na dobre. Nie mogła znaleźć wyjścia na drugą grań. Miała już z tego miejsca tylko pół dnia drogi do Lai, ale całkowicie zabłądziła. Ósmego października, sześć dni po wyjściu z bazy, została znaleziona przez myśliwych z Lai, którzy natknęli się na nią zupełnie przypadkiem. To był niemal cud.



W Delhi Basia powiedziała mi, że była już całkiem załamana i „czekała, aż umrze”. Myśliwi z Lai zapuszczają się w ten rejon szalenie rzadko, najwyżej raz do roku. Basia miała w tym przypadku wręcz nieprawdopodobne szczęście. Trudno się dziwić, że była załamana. Walczyła samotnie o życie już od osiemnastu dni. Najpierw o życie chłopców, potem już tylko o swoje. Utknęła w Sung Lai, w tym kanionie, w tej skalnej dziurze, gdzie nawet nie dochodzi słońce. Człowiek czuje się w tym miejscu, jak pies na dnie studni.



Myśliwi prowadzą Basię do Lai i dalej do Atholi. To jest trochę większa wieś, siedziba jakiegoś lokalnego wójta, niedaleko od Lai. Barbara zostaje nakarmiona i ogólnie otoczona opieką. W Atholi nie ma telefonu. Posłaniec zawiadamia policję w Kisthwar, ta jednak, z niewiadomych powodów, nie przekazuje informacji dalej. Swoją drogą, to czy policja w Kisthwar w ogóle wiedziała, że trzeba zawiadomić ambasadę?



Wieśniacy z Lai i Atholi samorzutnie organizują poszukiwanie chłopców. Do doliny udaje się kilka patroli złożonych z myśliwych dobrze znających teren. Nie znajdują niczego. Barbara czeka w Atholi na pomoc, nie spodziewając się, że o wypadku ciągle nikt nie wie. Dopiero po kolejnych ośmiu dniach przylatuje helikopter, wysłany na skutek mojej interwencji. Piloci samorzutnie wykonują lot patrolowy nad doliną. Nie znajdują żadnych śladów zaginionych. Zabierają Basię do Jammu, stolicy stanu Jammu & Kashmir, gdzie zostaje umieszczona w szpitalu. Dopiero teraz lekarze zszywają jej ranę na udzie. Minęło 26 dni od wyjścia chłopców w góry, a dopiero zaczyna się akcja poszukiwawcza.



Helikopter znalazł Basię 16 października. Już trzy dni później ląduje w Atholi kolejny helikopter z Parmą,



Kaniewskim i Rudzińskim, wysłanymi przez ambasadę na poszukiwania. Ich akcja trwa siedem dni. Oto relacja Christiana Parmy (z protokołu sporządzonego po całej akcji):



Ze względu na niemożność lądowania helikoptera na lodowcu zespół przetransportowany został helikopterem do lądowiska najbliższego terenowi poszukiwań, tj. do miejscowości Atholi, skąd wyruszono z tragarzami i przewodnikiem.



- 19 października. Przylot do Atholi i podejście do Lai.



- 20 października. Przemarsz z Lai trawersem przez dwa grzbiety górskie do biwaku po przejściu doliny Sung Lai.



- 20/21 października. Biwak w zejściu do doliny Kijai.



- 21/22 października. Przejście doliny Kijai i biwak ok. 2 godziny przed bazą.



- 22 października. Godzina 9 wymarsz z biwaku, 11, osiągnięto bazę (to jest wysokość około 3400 m.n.p.m.). Dalej, z bazy, kontynuowano wspinaczkę na lodowiec, pokonując pierwszy próg (poręczując próg, gdyż lina po poprzednikach była zdjęta). Następnie jedna osoba przeszła przez górny próg i powrócono do bazy.



- 23 października. Cały zespół przeszedł oba progi, dotarł na lodowiec, przeszedł go aż do magazynku sprzętu. Na lodowcu rozdzielono się i pojedynczo przeszukano lewą, środkową i prawą stronę lodowca, spenetrowano powierzchnię lodowca, szczeliny, równocześnie przepatrzono przez lornetę boczne lodowczyki i okoliczne ściany masywów górskich, ok. godziny 15 powrócono do bazy i od razu rozpoczęto zejście w dół doliny. Ok. 17 rozłożono biwak (zmrok zapadał ok. 18).



- 24 października. Zejście do Lai.



- 25 października. Zejście do Atholi, gdzie oczekiwano na helikopter do 28 października.



W wyniku akcji spenetrowany został lodowiec, przepatrzono przez lornetę zbocza doliny wokół głównego lodowca oraz widoczne części bocznych lodowczyków, stwierdzono, iż w magazynku sprzętu i żywności (założonym przez zaginionych), usytuowanym u podnóża bariery seraków, znajdował się zestaw sprzętu i żywności zgodny z opisem podanym przez Barbarę Oficjalską, która była tam ostatni raz 30 września (zostawiając list do zaginionych). Nie znaleziono żadnych śladów bytności zaginionych (stwierdzono warstwę 15 centymetrów świeżego śniegu).



Mur skalny długości 5-7 kilometrów o przewyższeniu do około 2 kilometrów jest bardzo rozczłonkowany, eksponowany, bardzo trudny technicznie, zaś brak śladów i informacji, co do zamierzeń zaginionych, uniemożliwił poszukującym precyzyjne wytypowanie rejonu poszukiwań.



W wyniku akcji zespół doszedł do wniosku, że poszukiwani nie zeszli z gór na lodowiec, nie dotarli do własnej bazy ani w głąb doliny Kijai.



Dnia 19 października odbył się 50-minutowy lot patrolowy helikoptera, w którym wzięli udział dwaj piloci, miejscowy przewodnik i Chrystian Parma. Spenetrowano lodowiec z wysokości kilkudziesięciu metrów oraz mur skalny z różnych wysokości (maksymalnie ok. 5800 metrów, a według pilota - z około 6300 metrów. W czasie wszystkich lotów helikoptera pojawia się zadziwiająca rozbieżność między wysokościami umieszczonymi na mapach a wskazaniami przyrządów śmigłowca. Różnica ta wynosi za każdym razem około 500 metrów. Nie chce mi się wierzyć, by przyrządy helikoptera, a zwłaszcza kilku helikopterów, były tak nieprecyzyjne. Bardziej prawdopod0bne, że góry wokół doliny Kijai są o 500 metrów wyższe niż przypuszczamy. Jeśli jest to prawda, to Arjuna ma 6730 m, Brammah II ma 6950 m i jest prawie siedmiotysięcznikiem. Zdobyte przez nas szczyty miałyby odpowiednio: 6513, 6300, 5950 i 5650 metrów. Kwestię mogłyby rozstrzygnąć wskazania przyrządu GPS, ale w Kaszmirze trwa wojna i o żadnych pomiarach nie ma mowy. Pozostaje pytanie czy tak duża rozbieżność w wysokościach między mapami a rzeczywistością jest możliwa? Tak. Te mapy wykazują GŁÓWNIE rozbieżność z rzeczywistością.). Nie znaleziono żadnych śladów zaginionych. Przed akcją wysłano patrol miejscowych myśliwych (kolejny), którzy weszli w górne piętro doliny, penetrowali otoczenie dolnej części lodowca.”



Jedziemy do Jammu. Ja z Frankiem, i oczywiście z psem, oraz Ania Pietraszek samochodem z ambasady. Reszta samolotem. 28 października odbywamy w Jammu naradę. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że w takiej sytuacji nie ma żadnego sensu angażowanie psa w poszukiwania.



Pies nie jest w stanie przejść trawersów grani na drodze do doliny. Trzeba by go przenosić (Bućko waży 35 kilo). Trzeba by też wciągać go na linie przez progi (łącznie ok. 300 metrów). W dolinie pies byłby w dużym niebezpieczeństwie ze względu na dzikie zwierzęta. Skąd ma wychowany w Zakopanem Bućko wiedzieć, jak się zachować wobec tarantuli lub kobry?



Franek uważa, że po opadzie świeżego śniegu nie ma szans, by pies znalazł stare ślady sprzed ponad miesiąca, a według relacji Parmy żadnych nowszych śladów nie ma. Zespół Parmy nie znalazł też żadnych śladów lawin, więc pies lawinowy zupełnie nie ma tu pola do popisu.



Prowadzimy rozmowy z pilotami. Twierdzą oni, że nie ma możliwości lądowania helikoptera na górnym lodowcu, a nawet w części doliny poniżej progów. Na wysokości lodowca, która według nas wynosi 4200 metrów, a według pilotów i ich przyrządów 4700 metrów, helikopter musi lądować jak samolot, na płozach, bo nie jest w stanie utrzymać się w zawisie dłużej niż kilkanaście sekund. Na nierównej, poszczelinionej i pokrytej głazami powierzchni lodowca jest to niemożliwe. Rozważamy pomysł desantowania się ze śmigłowca. Kłopot jednak w tym, że te helikoptery nie są przystosowane do ratownictwa. To są maszyny wojskowe. Mają karabiny maszynowe, ale nie mają wciągarki. Przez pół godziny studiujemy z Andrzejem budowę Aluetty, by stwierdzić, że nawet nie da się z niej zjechać na linie, bo nie ma liny do czego przywiązać. Kabinka z pleksi, aluminiowe rurki, plastikowe siedzenia, wszystko w sumie może mocne, ale punktowo wszędzie słabe. Na przywiązanie liny po prostu do silnika piloci nie chcą się zgodzić. Grozi to wplątaniem liny w rotor.



Dyskutujemy inny pomysł. A gdyby tak helikopter wolniutko przeleciał kilka metrów nad lodowcem? Andrzej, Jurek i ja gotowi jesteśmy wyskoczyć, ale i tym razem piloci nie zgadzają się. To zbyt ryzykowne. Jeden przypadkowy podmuch wiatru może skończyć się katastrofą. Mówię, że w Alpach, francuscy piloci, na takich samych Aluettach, robią takie rzeczy. „Alpy są o dwa i pół kilometra niższe, tu są Himalaje” - replikuje indyjski pilot.



Nasz pomysł krytykują też inni: „Skakanie z kilku metrów na piargi to wariactwo, połamiecie nogi”. „Wszystko, co robimy w górach to wariactwo” odpowiada Jurek. Ale pomysł i tak upada wobec oporu pilotów. Cóż nam zostaje? Lądować w Atholi i zasuwać do doliny na piechotę, czyli tak samo, jak grupa Parmy. Tylko czy to ma w ogóle sens? Jeżeli oni niczego nie znaleźli, to jakie są szanse, że my znajdziemy cokolwiek więcej?



Robimy kolejną naradę. Moja opinia, zapisana w protokole, była następująca:



Druga grupa poszukiwawcza dotarłaby do rejonu, w którym nastąpił wypadek, po 44 dniach od wyjścia zaginionych na wspinaczkę (zaginieni posiadali żywność na 5 dni i niewystarczający sprzęt biwakowy). Rozległość terenu ewentualnych poszukiwań, trudności techniczne i orientacyjne, dają bardzo małe szanse natrafienia na jakikolwiek ślad. Nie ma żadnych szans, by poszukiwani żyli do tej pory.”



Opinia Andrzeja Czoka:



Przypuszczam, że najprawdopodobniej nastąpił wypadek podczas wspinaczki ścianą, w czasie którego poszukiwani ponieśli śmierć i ewentualna dalsza akcja sprowadzałaby się do poszukiwania zwłok.”



Cały zespół doszedł ostatecznie do konkluzji:



Istnieje sens wykorzystania jeszcze jednego lotu patrolowego helikoptera. Brak sensu i celowości wysyłania drugiej grupy poszukiwawczej.”



W czasie zebrania zdarzył się jeszcze pewien incydent. Faksem, z Polski, przysłano nam rysunek wykonany przez sławnego jasnowidza, księdza K., do którego zwrócili się o pomoc rodzice Jacka. Wprawiło to nas wszystkich w zakłopotanie. Z jednej strony nikt z nas nie wierzył w jasnowidzów, z drugiej nie mogliśmy tej opinii zignorować. Ksiądz jasnowidz po prostu przerysował fragment zdjęcia masywu Arjuny i zaznaczył na nim sylwetki zaginionych, połączone liną. Rzecz w tym, że ksiądz jasnowidz nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów gór, które widział na zdjęciu. Jedną sylwetkę narysował na szczycie Tarczy Arjuny, a drugą zatkniętą, jak w szczelinie, w przełęczy miedzy Katedrami. Aby to było możliwe, ludzie musieliby mieć po dwieście metrów wzrostu, a lina dwa kilometry. Do tego dochodził komentarz słowny, że jeden leży w szczelinie a drugi na wierzchu. Na całe szczęście ksiądz jasnowidz nie twierdził, że chłopcy żyją. Wiele lat później, przez wizję innego jasnowidza, uruchomiono ogromną akcję poszukiwań kilku osób zimą w Tatrach, po czym okazało się, że rzekomi zaginieni spokojnie balangowali na Słowacji, nie wiedząc, że niemal cały TOPR ich szuka po górach.



29 października odbył się ostatni lot patrolowy w ramach akcji. Parę osób latało jeszcze nad tym rejonem później, ale nie miało to już żadnego znaczenia ze względu na czas, jaki upłynął od wypadku. Po kilku miesiącach czy po roku nawet szanse znalezienia ciał zbliżały się do zera. W następnych latach w dolinie Kijai działały jeszcze dwie polskie wyprawy. Wyprawa gdańska weszła na Tarczę Arjuny (w ich relacji „Arjunę Południową”) oraz na jeden ze zdobytych przez nas szczytów (5800 m). Wyprawa warszawska poprowadziła dwie drogi ścianowe: na Arjunę i na Tarczę Arjuny, znowu nazywaną „Arjuną Południową”. Żadnych śladów Janka Oficjalskiego i Jacka Szczepańskiego nie odnaleziono do dziś. W następnym roku kilku kolegów z Warszawskiego Klubu Wysokogórskiego miało dość niesmaczny pomysł zorganizowania „wyprawy poszukiwawczej” za pieniądze rodziców Jacka. Pomysł został zablokowany po mojej interwencji. W piśmie do zarządu klubu, bardzo ostrym, nazwałem ten pomysł „cynicznym wykorzystywaniem ludzkiej tragedii po to, by zrobić sobie wycieczkę”.



Napisałem relację o wypadku i akcji w „Taterniku”. Redakcja opatrzyła ją takim komentarzem:



Małe wyprawy w dzikie rejony Himalajów stają się coraz częstsze - mamy nadzieję, że ich organizatorzy uważnie przeczytają powyższą relację i wyciągną z niej wnioski. Zgodnie z przepisami PZA, wyprawa udająca się w odludny teren musi przez cały czas trwania tworzyć jeden organizm, z jednym ośrodkiem kierowania, a przynajmniej koordynacji. Podejmowanie trudnych akcji górskich w zespołach dwójkowych, bez żadnego zabezpieczenia, praktykowane przez niektórych wspinaczy zachodnich, zwłaszcza francuskich i anglosaskich, związane jest - choć z reguły chodzi tam o sportową ekstraklasę - z ogromnym ryzykiem. W omawianym wypadku ryzyko to zostało rozciągnięte na osobę trzecią, która życie ocaliła niemal cudem. Polskie placówki dyplomatyczne powinny być informowane o zamierzeniach wypraw i czasie alarmowym, co w Andach Peruwiańskich zaczyna być wymogiem formalnym.”



Uważam, że ten komentarz jest krzywdzący dla chłopców. Po pierwsze nie ma żadnych „przepisów PZA”, o jakich on mówi. W ogóle nie ma czegoś takiego jak „przepisy PZA”, bo PZA nie jest sejmem i nie ma kompetencji stanowienia prawa, nawet jeśli niektórym jego działaczom tak się wydaje. Tak zwane „przepisy PZA” - to pewien zbiór uchwał zarządu, którego przestrzeganie jest całkowicie DOBROWOLNE. Nie jest więc prawdą, że Janek i Jacek złamali jakieś obowiązujące przepisy prawa. Jeżeli można stawiać im jakieś zarzuty, to dotyczyć one mogą tylko zwykłej ludzkiej lojalności wobec nas i Basi. Ale to nie są winy, za które płaci się życiem. Takie lub podobne zachowania czy zagrania dzieją się na niemal każdej wyprawie. I oby tylko takie.



Po drugie, informowanie polskich placówek o czasach alarmowych nigdzie nie stało się wymogiem formalnym (i całe szczęście). Zresztą jest to nierealne i niecelowe. Zacznijmy od tego, że polskie placówki dyplomatyczne na ogół mają takie informacje, najdelikatniej mówiąc, „w głębokim poważaniu”. Poza tym, czas alarmowy ma w ogóle sens tylko w odniesieniu do godzin, w najlepszym przypadku do kilku dni. Po tym czasie wszelkie alarmy są już dawno spóźnione, a placówki dyplomatyczne znajdują się na ogół o setki kilometrów od rejonu działania wypraw.



Po trzecie, nie ma dowodów na istnienie jakiegokolwiek związku przyczynowego między wypadkiem a wcześniejszym odłączeniem się grupy Janka od naszej wyprawy. Jeżeli wypadek nastąpił w czasie wspinaczki skalnej, co jest najbardziej prawdopodobne, to nawet sto osób w dolinie nic by nie pomogło. Oczywiście byłoby ich łatwiej szukać, gdyby nie popełnili paru błędów, na przykład, gdyby zostawili informację, dokąd idą. Ale i w takim przypadku, najprawdopodobniej byłoby to już tylko szukanie ciał.



Wreszcie sprawa ryzyka. Cały alpinizm polega na podejmowaniu ryzyka. Gdyby wszyscy i zawsze przestrzegali obowiązujących reguł, obowiązujących tylko zwyczajowo na szczęście, to w alpinizmie nie byłoby żadnego postępu. Gdyby zasady, preferowane tu wyraźnie przez redakcję „Taternika”, były twardo przestrzegane, to do dziś w Himalajach królowałby archaiczny ciężki styl oblężniczy z butlami tlenowymi, tabunem tragarzy i poręczówkami od bazy do szczytu.



Również dyskusyjna jest sprawa „rozciągania ryzyka na osobę trzecią”. Basia była dorosła i podejmowała ryzyko świadomie. To był jej świadomy wybór. Nie wolno twierdzić, że chłopcy zadecydowali za nią, bo tak nie było.



No i pytanie ostatnie: czy przekroczyli dopuszczalne granice ryzyka? Tu również nie można udzielić jednoznacznej, a tym bardziej potępiającej, odpowiedzi. Ryzyko w alpinizmie, i w ogóle w górach, istnieje zawsze. Jakie ryzyko jest jeszcze dopuszczalne, a jakie nie, za każdym razem jest kwestią indywidualnej oceny bez jednoznacznych kryteriów. Już po wypadku wiele osób mówiło, że narażali Basię na niebezpieczeństwo, bo nie myśleli, co z nią będzie, gdy im się coś stanie. To jest typowe myślenie o fakcie po fakcie. Chodzi o to, że człowiek inaczej ocenia okoliczności, gdy wie, do czego doprowadziły, niż wtedy, gdy takiej wiedzy nie posiada.



Barbara zostawała sama, ale w bazie, czyli w miejscu stosunkowo bezpiecznym. Groziło jej niebezpieczeństwo właściwie tylko ze strony drapieżników. Czy Janek i Jacek zdawali sobie z tego niebezpieczeństwa sprawę? Myślę, że nie do końca. Dlaczego? Bo człowiek wychowany w mieście na ogół takiego niebezpieczeństwa nie dostrzega. W tym samym miejscu kilka lat później znajdowały się bazy wypraw gdańskiej i warszawskiej. Uczestnicy obu tych wypraw w ogóle nie zauważyli problemu drapieżników ani też ich obecności. Myśmy zauważyli, ale my mieliśmy bazę w środku lasu, i wielokrotnie, całymi kilometrami, chodziliśmy przez las.



Nie pomyśleli, co stanie się z Basią, gdyby oni zginęli. Podejrzewam, że w tej samej sytuacji, bez wiedzy powypadkowej, prawie nikt by nie pomyślał. Alpinista, wychodząc w góry, na ogół nie myśli, że może zginąć. Tego się raczej nie bierze pod uwagę. Wypadek przychodzi zawsze niespodziewanie. Najczęściej wynika z okoliczności, których się nie przewidziało. Powinno się przewidzieć, powie ktoś. Jednak statystyki wypadków pokazują, że tu nie ma mądrych. Wypadkom ulegają zarówno patałachy, jak i najlepsi. Z ludzi, którzy brali udział w tej akcji ratunkowej, nie żyje już trzech: Andrzej Czok, Jurek Kukuczka i Tadek Szulc. Żaden z nich nie był człowiekiem, który nie wie, co to jest ryzyko w górach, a jednak wszyscy coś źle ocenili i zginęli. A przecież mówimy o ludziach z czołówki, już nie tylko polskiej, ale światowej. Trzeba też pamiętać, że wypadki, w których giną na raz obaj partnerzy, są rzadkością. Jeśli myśli się o ewentualności wypadku, to na ogół o tym, że może ulec wypadkowi jeden, a nie obaj. Tak więc nie krytykujmy, bo bardzo łatwo wytyka się błędy, gdy zna się fakt po fakcie. Doświadczenie uczy, że zauważyć samemu te błędy przed faktem jest znacznie trudniej.



Janek i Jacek zostali na zawsze w górach. Podobnie jak później Andrzej, Jurek i Tadek. Zostali w otoczeniu, które kochali i każdy z nich ma wyjątkowo piękny naturalny grobowiec.



Góra jest i jej nie ma



Wypada jeszcze wyjaśnić, co się dalej stało z nazwa Jan Paweł II dla naszej góry. Jest ta nazwa, czy nie ma?



W Warszawie, zaraz po powrocie z akcji ratunkowej, zwróciłem się do redakcji „Taternika” (wówczas jedynego pisma alpinistycznego w Polsce) o zamieszczenie relacji z wyprawy. Redakcja zgodziła się, ale pod warunkiem przemilczenia nazwy szczytu. „Taternik” był organem Polskiego Związku Alpinizmu, a tenże związek natychmiast wydał oświadczenie, że „wyprawa nie była zatwierdzona przez PZA”. Wyjaśnię tu czytelnikom, że nie musiała być zatwierdzona (nie ma takiego obowiązku i nigdy nie było), a nawet nie mogła być zatwierdzona, bo PZA może „zatwierdzać” wyprawy tylko te, które sam organizuje, zaś nasza wyprawa była wyprawą PTTK i zatwierdzał ją zarząd PTTK. Zresztą wyprawy wcale nie muszą być przez nikogo „zatwierdzane”. Było i jest sporo wypraw prywatnych i są one całkowicie legalne.



Polski Związek Alpinizmu wcale nie musiał niczego oświadczać, bo nikt go o nic nie pytał, a to nagłe odcinanie się od naszej wyprawy było tylko objawem nadgorliwego lizusostwa wobec komunistów.



Nie wiem dokładnie, w którym momencie SB wydała tajny okólnik skierowany do swych ludzi w środowisku taternickim. Zawierał on następującą instrukcje na mój temat: „Należy rozpowszechniać niepochlebne opowieści na jego temat krążące w środowisku taternickim, gdyż nie można go, jak innych, pomawiać, że jest Żydem, bo zbyt dużo osób wie, że jest Tatarem.” W oryginale słowa Żyd i Tatar napisano z malej litery. No comments.



Nastał rok 1980, powstała „Solidarność”, powiało wolnością. Po raz pierwszy i jedyny zdołałem opublikować informację o naszej nazwie góry w „Tygodniku Solidarność”.



Nagle okazało się, że Papież jest trendy! W „Taterniku” ukazało się zdjęcie Jana Pawła II z Wandą Rutkiewicz. PZA postanowił nazwać imieniem Jana Pawła II nową drogę na Annapurnę. Oczywiście uzyskał na to zgodę od Głównego Komitetu kultury Fizycznej, a ten od Komitetu Centralnego PZPR. Na wyprawę zabrano księdza i nadano drodze nazwę. Oczywiście o nazwie naszej góry nadal milczano (nie było zgody z KC). Wyjaśnię tu czytelnikom pewną subtelność. Nazwa góry, po uznaniu jej przez władze kraju, jest nazwą geograficzną i widnieje na mapach. Nazwa drogi alpinistycznej istnieje tylko w żargonie środowiskowym, nie jest nazwą geograficzną, na żadnej mapie jej nie ma i w każdej chwili można o niej zapomnieć, gdyby stała się niewygodna. Ale „odpowiednie służby” osiągnęły tą operacją zamierzony efekt. Nagłośniona w państwowych mediach nazwa drogi (czyli nazwa, której de facto nie ma) przyćmiła i zepchnęła w niepamięć nazwę góry, nazwę, którą już uznały władze Indii. Zostaliśmy po prostu propagandowo zagłuszeni.



13 maja 1981 roku miał miejsce w Rzymie zamach na Papieża. Następnego dnia Komisja Zakładowa „Solidarności” w Teatrze Wielkim, której byłem przewodniczącym, postanowiła wywiesić na gmachu teatru ogromny transparent (miał ponad 50 metrów długości): Koniec wszelkim aktom przemocy „Solidarność”. Nawiązanie do zamachu było oczywiste i wszyscy wiedzieli, o jaką i czyją przemoc tu chodzi. Nawet nie przyszło mi do głowy, że tylko z tego powodu SB założyła mi kolejne już akta operacyjne (kwestionariusz) z powodu „zagrożenia” zdefiniowanego jako: „Wykorzystywanie organizacji społeczno-polit., instytucji, związków i stowarzyszeń do prowadzenia negatywnej działalności politycznej”. W uzasadnieniu zagrożenia napisano: „z jego inicjatywy jak i pozostałych osób z Komitetu Zakładowego „Solidarność” wywieszono na gmachu teatru transparent o treści: Koniec wszelkim aktom przemocy – „Solidarność”. Podaję ten fakt na podstawie dokumentów z IPN. Doprawdy potężny był ten system, skoro bał się nawet pacyfistycznych transparentów.



Przyszedł grudzień 1981 – stan wojenny. Nastała Wojna Polsko-Jaruzelska, PZA zapisał się żwawo do PRON-u (organizacji kolaboranckiej popierającej stan wojenny), choć miażdżąca większość ludzi do niego należących była zdecydowanie przeciw. Natychmiast zapomniano o drodze im. Jana Pawła II, a góry o tej nazwie PZA nigdy nie uznał, więc zapominać nie musiał. Część kolegów wylądowała w więzieniach, inni szkolili oddziały specjalne milicji (dziś twierdzą, że robili to w ramach walki z komuną). Zresztą szkolili te oddziały już do kilku lat, wiec nie było tu nic nowego.



Rząd Indii, które były wówczas pod silnymi wpływami ZSRR, też chętnie zapomniał o naszej nazwie, choć miał co do niej umowę z Watykanem. Cóż, Polacy nie protestowali, świat miał oczy zwrócone na to, co działo się w Polsce, a nie w Indiach, nikt nawet nie zauważył. Zresztą dla Indii ta nazwa zawsze była politycznie niewygodna – góra o nazwie Jan Paweł II położona w islamskim Kaszmirze, w dodatku na terytorium spornym z Pakistanem, w kraju uważającym się za sojusznika ZSRR, mającym aż trzy bardzo popularne partie komunistyczne. To była niedobra nazwa w tym kraju.



Nie ustawały ataki propagandowe na mnie w prasie środowiskowej. Próbowano też umniejszyć znaczenie góry.



W 1983 roku, w stanie wojennym, gdy siedziałem w wiezieniu, redakcja „Taternika”, ta sama, która nie chciała opublikować naszej nazwy góry, zamieściła taką o tej górze opinię:



„Może by jednak nazwy dobierać bardziej proporcjonalnie do ciężaru gatunkowego szczytów czy przełęczy. Jak wiadomo, jedna z polskich wypraw działających w rejonie Arjuny zdobyła tam szczyt i nazwała go imieniem  Jana Pawła II. Myślę, że Jego Świątobliwość w chwili słabości mógłby zrobić scenę zazdrości Panu Kościuszce o jego Kopiec w Krakowie”.



Ataki te nie ustawały nawet po upadku komuny. Czołowy paszkwilant środowiska, Mirosław Krawczyk, o którego dokonaniach górskich trudno znaleźć choćby wzmiankę w przewodnikach, napisał w pisemku „Optymista” w 1994 roku:



„Miarą głupoty wspinacza Krzysztofa Łozińskiego pozostanie próba nazwania drugorzędnej bałuchy w trzeciorzędnym paśmie Kaszmirskich Himalajów imieniem Jana Pawła II. Rodzaj megalomanii, na jaki Łoza cierpi objawił się tutaj najdobitniej. Abstrahując od głupoty tego pomysłu, wiele to wyjaśnia z wcześniejszych zachowań, które raczej sugerowały wizytę u psychiatry, a nie pretendowanie do czołówki wspinaczy. Wspinaczka wszak mimo pozorów aberracji wymaga całkiem zdrowej psychiki, czego niestety natura Łozińskiemu poskąpiła.”



Cóż, poziom kultury tej wypowiedzi najlepiej charakteryzuje autora. Mirosław Krawczyk do „czołówki wspinaczy’ nie pretenduje. Nie ma z czym.



Pod koniec lat 90. zostałem wpisany na „Listę wrogów Radia Maryja”. Czemu to zawdzięczam, nie wiem. Zaraz po tym, w antysemickim pisemku napisano: ”Łoziński, niezłe nazwisko sobie wybrał”. Czyżby nie znali instrukcji z 1979 roku? Jestem już Tatarem, Żydem, ciekawe kiedy będę Indianinem?s



Już po śmierci Papieża, w 2005 roku, ukazał się w „Taterniku” artykuł wstępny autorstwa Józefa Nyki (tego samego, który jako redaktor „Taternika” odmówił w 1989 roku opublikowania naszej nazwy). Autor przypomina zdobycie Mt Everestu przez Wandę Rutkiewicz w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża; wspomina wizyty Jana Pawła II w Tatrach, z szczególnie odwiedziny Morskiego Oka i Doliny Chochołowskiej. Pisze też o nazwanych imieniem Papieża szczytach: na Antarktydzie i w Apeninach, pierwszy wysokości 1100 m, drugi – 2424 m. Przypomina także Groń Jana Pawła II w Beskidzie Niskim (890 m).



O sześciotysięcznym szczycie Jana Pawła II w Himalajach Kaszmiru ani słowa.



Krzysztof Łoziński



Powyższy tekst jest zmodyfikowanym i uzupełnionym fragmentem złożonym z 2 rozdziałów mojej książki „Ślady na śniegu”, wydanej przez Wydawnictwo Górskie z Poronina. Książka jest dostępna w sieci „Sklepów Podróżnika”, w Księgarni Góskiej w Zakopanem w księgarni wysyłkowej „Antykwariat Filar” z Kielc oraz w księgarni internetowej Merlin (www.merlin.com.pl).